Czytając stare gazety

3 kwietnia 2024. Rosyjska machina propagandowa zaplata kolejne wątki wokół zamachu terrorystycznego na Crocus City Center w podmoskiewskim Krasnogorsku. W oficjalnej narracji podbijany jest cały czas „ślad ukraiński”. Amerykańska prasa pisze, że rosyjskie służby otrzymały od USA na tacy informację, że celem zamachu ma być Crocus. Wcześniej rosyjskie służby półgębkiem przyznawały, że faktycznie jakieś informacje dostały, ale były one mętne, niekonkretne. No to się okazało, że, owszem, były aż nadto konkretne. Tymczasem dzisiaj podczas spotkania z dziennikarzami rzecznik prezydenta Rosji dumnie na pytanie o to odparł, że komentowanie tego rodzaju doniesień nie leży w kompetencji Kremla. A rzeczniczka MSZ Rosji Maria Zacharowa w firmowym stylu odrzekła: „jesteśmy przyzwyczajeni do wrzutek”.

W Rosji nikt nie czyta amerykańskiej prasy, więc do świadomości Rosjan sączy się codziennie dawka antyukraińskiej narracji, amerykańskie rewelacje nie trafiają pod rosyjskie strzechy. Jak się jednak okazuje, Rosjanie nie czytają i rosyjskiej prasy. W każdym razie już następnego dnia nie pamiętają, co tam było.

Oficjalny organ Rady Ministrów Federacji Rosyjskiej, dziennik „Rossijska Gazieta” 10 marca br. opublikował materiał pod tytułem „Bojownicy, przygotowujący zamach na synagogę w Moskwie, przybyli z Kazachstanu”. Według enuncjacji gazety, Komitet Bezpieczeństwa Narodowego Kazachstanu potwierdził, że dwaj zlikwidowani przez FSB terroryści to obywatele Kazachstanu (bez nazwisk). KBN potwierdził także ścisłą współpracę z rosyjskimi służbami i przekazywanie sobie nawzajem informacji. Dalej „Rossijskaja Gazieta” przytacza źródła z FSB, które wskazują, że zamach na moskiewską synagogę w dzielnicy Marjina Roszcza szykowali członkowie ISIS: „na terytorium obwodu kałuskiego Federacji Rosyjskiej została rozbita grupa należąca do afgańskiego skrzydła zakazanej w Rosji międzynarodowej organizacji ISIS, nosząca nazwę Wilajat Chorasan”. Brzmi znajomo, prawda?

Gazeta opisała także pokrótce okoliczności likwidacji: „Podczas zatrzymania terroryści stawili zbrojny opór i zostali zneutralizowani z użyciem broni strzeleckiej. Na wideo z rejestratora FSB widać, jak funkcjonariusze specnazu FSB wchodzą do prywatnego drewnianego domu. Potem: ciała zlikwidowanych terrorystów, ich broń i amunicję, elementy urządzeń wybuchowych, a także plan Moskwy”.

Wydarzenia w obwodzie kałuskim (jak ustalili dociekliwi użytkownicy mediów społecznościowych, do incydentu doszło we wsi Koriakowo w pobliżu granicy administracyjnej obwodu moskiewskiego, ustalili także wiek i nazwiska zabitych) miały miejsce 7 marca. Przypomnę, że tego samego dnia ambasada USA w Moskwie przestrzegała o bardzo wysokim ryzyku zamachu terrorystycznego w rosyjskiej stolicy. Ciąg dalszy znamy: Putin skupiony na swoich pseudowyborach lekceważy ostrzeżenie Amerykanów, a po wyborach na spotkaniu z kolegium FSB dezawuuje ostrzeżenia (https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2024/03/24/po-zamachu-w-crocus-city-hall/). Słowa Putina to odgórny sygnał dla służb, czym mają się zająć, a co sobie odpuścić. Być może incydent w obwodzie kałuskim uznano wewnątrz służb za wyczerpanie tematu zagrożenia terrorystycznego. A teraz rosyjska propaganda o tym, rzecz jasna, nie przypomina.

Gadające głowy w programach telewizyjnych powtarzają zadane mantry o rzekomych powiązaniach zatrzymanych sprawców zamachu z Ukrainą.

Bloomberg, powołując się na swoje dobrze poinformowane źródła, pisze, że ludzie z otoczenia Putina nie wierzą w wersję o współudziale Ukrainy przy organizowaniu zamachu w Crocus City Hall. Sam Putin brał udział w naradach, na których urzędnicy dochodzili do wniosku, że żadnych związków oskarżonych o zorganizowanie zamachu z Ukrainą nie ma. Niemniej Putin zamierza wykorzystać tragedię, aby skonsolidować społeczeństwo i walczyć z Ukrainą.

Kijów i Waszyngton kategorycznie dementują rosyjskie kłamstwa. Przez rosyjską propagandę jest to intepretowane tak: usilne zaprzeczanie świadczy o współudziale, koniec kropka. Służba Wywiadu Zagranicznego oświadczyła, że władze USA „aktywizują wysiłki na rzecz stworzenia wypaczonego obrazu zamachu 22 marca w Rosji”. Komitet Śledczy zamiast uważnie zbadać przebieg zamachu i znaleźć odpowiedzi na wiele pytań, nadal wiszących nad Crocusem, prowadzi kontrolę, mającą wyjawić „organizacje, finansowanie i przeprowadzenie zamachów terrorystycznych przez USA, Ukrainę i inne państwa zachodnie, skierowanych przeciwko Rosji”. Bo fakty faktami, a Ukraina i Stany Zjednoczone i tak mają być winne. Własne błędy najłatwiej jest ukryć, krzycząc „łapaj złodzieja”.

– Jeżeli propaganda i władze oskarżą Ukrainę i uczynią z tego główny przekaz, ludzie w to uwierzą, gdyż kontrola nad przestrzenią informacyjną jest w Rosji niemal absolutna – powiedział dyrektor Centrum Lewady Denis Wołkow.

Po zamachu w Crocus City Hall

24 marca 2024. W położonym na obrzeżach Moskwy centrum handlowo-rozrywkowym Crocus City Hall w piątkowy wieczór 22 marca doszło do zamachu terrorystycznego. Uzbrojeni mężczyźni weszli do sali koncertowej i otworzyli ogień do widzów, którzy zaczęli zbierać się przed koncertem grupy Piknik. Doszło do eksplozji i pożaru. W wyniku zamachu zginęło co najmniej 137 osób, ponad sto trafiło do szpitali. Początkowo w rosyjskich mediach społecznościowych pojawiło się wiele ostrych oświadczeń, zawierających sugestie graniczące z pewnością, że zamachu dokonała Ukraina. Dość szybko jednak do autorstwa przyznało się afgańskie skrzydło Państwa Islamskiego. Ta deklaracja tylko nieco uciszyła antyukraińskie nastroje rozpętane przez kremlowską propagandę.

Wersję o islamskim autorstwie potwierdziły źródła amerykańskie, które przypomniały też, że na początku marca ostrzeżenia o spodziewanym zamachu ambasada USA w Moskwie przekazała nie tylko swoim obywatelom przebywającym w rosyjskiej stolicy, ale także odpowiednim służbom kontrwywiadowczym. Początkowo przypuszczano, że do zamachu może dojść jeszcze przed pseudowyborami, w dniach 7-9 marca. Nie doszło. Być może dlatego rosyjskie służby nie podjęły wątku. Tym bardziej że spostponował amerykańskie przestrogi sam Putin. Na spotkaniu z kierownictwem Federalnej Służby Bezpieczeństwa 19 marca (po pseudowyborach) uznał komunikat amerykańskich służb za próbę ingerencji w wewnętrzne sprawy Rosji, rozkołysania nastrojów, zastraszenia społeczeństwa itd. Skoro zatem sam najwyższy boss lekceważy zagrożenie, to można odetchnąć swobodnie i przestać zawracać sobie głowę jakimiś, na dodatek nie wiadomo jakimi, terrorystami (już post factum rosyjskie służby przyznały, że otrzymały przestrogi od kolegów z USA, ale były one „zbyt ogólnikowe”, by potraktować je poważnie). Wygrało rosyjskie „awoś” – to znaczy, może nic się nie stanie, może to tylko niesprawdzone pogłoski (pisałam o tym w gorącym komentarzu, jaki ukazał się na stronie Tygodnika Powszechnego https://www.tygodnikpowszechny.pl/czy-putin-wykorzysta-akt-terroru-w-krasnogorsku-do-rozpetania-antyukrainskich-nastrojow-zohydzania).

Ale pogłoski okazały się prawdziwe.

Kilka słów o obiekcie, w którym doszło do zamachu. Crocus City Hall znajduje się w satelickim mieście Krasnogorsk pod Moskwą, właściwie na jej obrzeżach. Dobrze prosperująca moskiewska „tusowka”, hołdująca zasadzie „nie mieszam się do polityki”, lubi takie miejsca, gdzie można się w piątkowy wieczór zabawić – pójść na koncert, coś zjeść, wypić, coś kupić. Jak się miało okazać już po zamachu, nikt nie brał pod uwagę żadnego zagrożenia, wszyscy dobrze się bawili, nieliczni ochroniarze nie sprawdzali wchodzących do obiektu. Oprócz koncertu grupy Piknik tego wieczoru odbywał się również (w innej części olbrzyma) turniej tańca. Uczestników nikt nie powiadomił o zagrożeniu, ewakuowali się własnym sumptem.

Crocus City Hall wchodzi w skład holdingu Crocus Group zarządzanego przez rodzinę Agałarowów. Pochodzący z Azerbejdżanu Aras (Araz) Agałarow zajmuje 55. miejsce na liście najbogatszych Rosjan z majątkiem szacowanym na 1,7 mld dolarów. Od początku rządów Putina jest jednym z beneficjentów dobrych układów z wierchuszką: na swoje piękne oczy dostaje zlecenia na wielkie inwestycje (np. stadiony przed mundialem). Ale nie ma nic za darmo. Kreml zleca mu po wielkiemu cichu dyskretne misje. Do takich należało mącenie wody przed amerykańskimi wyborami i urabianie Donalda Trumpa i ludzi z jego otoczenia (pisałam o tym na blogu: https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/07/15/trupy-w-rosyjskiej-szafie-trumpow/; https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/07/18/trupy-w-rosyjskiej-szafie-trumpow-czesc-3/). To właśnie w Crocus City Hall Agałarow – podczas konkursu Miss Universe – zawarł obiecującą znajomość z Trumpem. Był rok 2013. Zostawmy dawne dzieje, przyjrzyjmy się, co się dzieje teraz, gdy Crocus City Hall znów znalazł się w centrum zainteresowania.

Nazajutrz po zamachu i rujnującym pożarze Agałarow senior przyjechał na zgliszcza w towarzystwie syna Emina (piosenkarz, do niedawna wiceprezes Crocus Group). Wyrazili dyżurne współczucie wobec rodzin ofiar. Po wizycie holding opublikował komunikat, że wprawdzie sala koncertowa doszczętnie spłonęła (straty oszacowano na 12 mld rubli), ale właściciele będą chcieli ją odbudować.

Wróćmy do terrorystów. Eksperci Ośrodka Studiów Wschodnich przybliżają, kim są ci, którzy najprawdopodobniej dokonali zamachu: to „komórki Państwa Islamskiego – Chorasan (ISIS-K); grupa terrorystyczna powstała w 2015 r. po rozbiciu Państwa Islamskiego w Syrii, z główną bazą w Afganistanie i ze strukturami opartymi głównie na Tadżykach i Uzbekach. Grupa ta posiada – trudne do jednoznacznej oceny – wpływy w diasporach migranckich (m.in. w Turcji), pozostaje w ostrym konflikcie z talibami, a w ostatnich miesiącach przeprowadziła zamachy m.in. w Iranie, Pakistanie i Turcji” (https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/analizy/2024-03-23/islamisci-i-slad-ukrainski-zamach-terrorystyczny-pod-moskwa). Zaznaczmy, że na tym etapie śledztwa trudno określić, czy faktycznie mamy do czynienia z ISIS-K. Owszem, Rosja ma narastające problemy z coraz liczniejszą grupą gastarbeiterów, wywodzących się z postsowieckiej Azji Centralnej, niewykluczone że w tej grupie są radykałowie, zdolni do zorganizowania kolejnych zamachów. Powodów do odwetu na Moskwie widzą wiele – w mediach społecznościowych kolportowane są domniemania, że to ludzie z Afganistanu, zwalczający talibów (z którymi rosyjska dyplomacja zachowuje dobre kontakty, mimo że Taliban jest oficjalnie organizacją zabronioną w Rosji). To oni mieli wynająć chętnych do strzelanki w Crocusie.

*
Na koniec zacytuję eksperta Nikołaja Mitrochina (od lat na emigracji), który w swoich mediach społecznościowych napisał: „Mimo przestróg ze strony Amerykanów, rosyjscy słabowicy [kpiarskie określenie nawiązujące do pojęcia „siłowicy”] zostawili ogromny kompleks, w którym przebywało około dziesięciu tysięcy ludzi, bez kontroli. Choć nawet na nabożeństwie w prawosławną Wielkanoc w wiejskiej parafii pod cerkwią stoi uzbrojony patrol. A w Crocusie odbywał się nie tylko koncert rockowy, ale i konkurs tańca dla dzieci. Następnie słabowicy jechali powolutku [na miejsce zdarzenia], aby terroryści zdążyli sobie postrzelać, podpalić obiekt i spokojnie odjechać. […] Potem słabowicy zaczęli podjeżdżać pod Crocus i przeszkadzać straży pożarnej i pogotowiu zająć się tym, co do nich należy. Weszli do obiektu o 20.44, pół godziny po tym, jak terroryści odjechali. Następnie przez godzinę walczyli z kimś (nie wiadomo, z kim, być może sami ze sobą) wewnątrz płonącego obiektu. […] Tymczasem podejrzani spokojnie podjechali w okolice granicy z Białorusią, choć po drodze musieli minąć kamery monitoringu w samym kompleksie, na ulicach i drogach. […] Jednemu z zatrzymanych odcięto ucho i wsunięto mu je w usta, akt ten został nagrany, filmik momentalnie pojawił się w sieci. Pozostałych podejrzanych pobito i też pochwalono się tym w sieci, słabowicy najwidoczniej uznali, że w ten sposób pokazują, jacy są twardzi i gotowi do zemsty. Dodać można, że ucho odciął słabowik, mający na rękawie „kołowrat” (zmodyfikowaną swastykę, którą naszywają sobie na rękawy neonaziści). Jeden z tzw. korespondentów wojennych już wystawił nóż, którym odcięto ucho terrorysty, na aukcję. Co jeszcze można zrobić, aby dobitniej pokazać degradację i faszyzację rosyjskiego systemu?”.

Putin zagłosował na Putina. I Putin wygrał

18 marca 2024. Falsyfikacje, manipulacje i jawne oszustwa wyborcze można stopniować. Okazuje się, że w Rosji Putina wszystko jest możliwe. Socjolodzy z organizacji na rzecz obrony praw wyborców „Gołos”, obserwujący „wybory Putina” napisali: „Jeszcze nigdy nie widzieliśmy kampanii prezydenckiej, która tak bardzo odbiegałaby od standardów konstytucyjnych. Pogwałcono wszystkie artykuły konstytucji, gwarantujące prawa i swobody obywatelskie, a sama konstytucja została zmieniona, aby obejść ograniczenia dotyczące sprawowania urzędu prezydenckiego przez więcej niż dwie kadencje”. Ale kto by się na Kremlu przejmował takimi niuansami – Centralna Komisja Wyborcza bez zająknienia odczytała wyniki: Putin 87 procent. A potem długo, długo nic i trzech figurantów, udających konkurentów po 3-4 procent.

Po raz pierwszy głosowanie trwało trzy dni (15-17 marca), co dawało władzom dodatkowe możliwości falsyfikacji. Na kremlowski spektakl nie zostali zaproszeni obserwatorzy z OBWE/ODIHR. Władze zastąpiły ich ściągniętymi z różnych zakamarków zwolennikami rosyjskiego dyktatora.

W warunkach ograniczania wolności obywatelskich i zawężania pola protestu za szansę na wyrażenie antywojennej i antyreżimowej postawy część społeczeństwa uznała akcję „W południe przeciw Putinowi” (https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2024/03/15/w-samo-poludnie/). Aleksiej Nawalny przed śmiercią zwrócił się do swoich zwolenników z apelem, by przyszli pod lokale wyborcze 17 marca w południe i zagłosowali przeciw Putinowi. Apel powtórzyła Julia Nawalna, która głosowała w ambasadzie FR w Berlinie. Stała w kolejce około sześciu godzin – ludzi przyszło bardzo dużo, urzędnicy ambasady robili wszystko, aby zakłócić głosowanie, wstrzymywali wpuszczanie głosujących do środka, wreszcie zamknęli lokal, mimo że na ulicy stało jeszcze kilkaset osób. Zgromadzeni krzyczeli „Gdzie mój głos?”. Nie dowiedzieli się.

Przez cały dzień w mediach społecznościowych ukazywały się relacje spod rosyjskich placówek dyplomatycznych za granicą i lokali wyborczych w wielkich miastach w Rosji, pod którymi ustawiły się długie kolejki tych, którzy chcieli wyrazić niezgodę wobec uzurpatora. Do urn wrzucono wiele „zepsutych” kart: z dopisanym nazwiskiem Nawalnego czy antywojennymi hasłami. Nawalna i inni przedstawiciele rosyjskiej opozycji za granicą apelowali do społeczności międzynarodowej, aby nie uznała legitymacji władzy Putina, zdobytej w „operacji” niemającej nic wspólnego z uczciwymi wyborami. Unia Europejska wydała okrągły komunikat: nie uznajemy wyników wyborów przeprowadzonych na terytoriach okupowanych Ukrainy (lokale wyborcze otwarto na Krymie, Donbasie, w obwodach zaporoskim i chersońskim), ale wyborów jako takich nie uznajemy za nielegalne. Chciałabym, a boję się. Bardziej kategoryczne w sformułowaniach były władze Francji: „Paryż przyjmuje do wiadomości wynik wyborów prezydenckich w Rosji, ale uważa, że nie spełniły one międzynarodowych standardów” – czytamy w oświadczeniu MSZ. Prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier oświadczył, że nie wyśle depeszy gratulacyjnej Putinowi, gdyż „wybory nie były ani wolne, ani uczciwe”. Dobre i to. Jak napisali w analizie powyborczej analitycy Ośrodka Studiów Wschodnich, „rezultat „wyborów” ma wzmacniać presję na Zachód, aby ten uległ rosyjskiemu rewanżyzmowi w sferze bezpieczeństwa europejskiego i globalnego. Mandat Putina jest wysoce wątpliwy zarówno na gruncie prawa krajowego (z uwagi na skalę łamania praw konstytucyjnych obywateli), jak i międzynarodowego (organizacja głosowania na okupowanych terytoriach Ukrainy). […]Należy spodziewać się, że po „wyborach” pewność siebie Kremla wzrośnie, co przełoży się na determinację w kontynuowaniu inwazji i szantażowaniu Zachodu, dalsze przestawianie kraju na tory wojenne i wzrost represji. Legitymizację Putina na arenie wewnętrznej i międzynarodowej umocni widoczny brak woli politycznej państw zachodnich, aby jednoznacznie uznać go za uzurpatora” (https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/komentarze-osw/2024-03-18/spektakl-putina-wybory-prezydenckie-po-sowiecku). I znów uzurpator uzna, że może sobie pozwolić wobec słabeuszy z Zachodu na dużo więcej.

Gratulacje złożyli Putinowi Xi Jinping i Narendra Modi, a ponadto m.in. przywódcy Wenezueli, Nikaragui, no i Białorusi. Podczas ostatnich „wyborów” Łukaszenka w 2020 r. narysował sobie 80 procent głosów. Wobec masowych protestów przeciwko fałszerstwom, ostentacyjnie wziął do ręki kałacha i powiedział, że będzie bronić swego zwycięstwa. Putin kazał sobie narysować jeszcze więcej – 87 procent, przelicytował białoruskiego uzurpatora. Kałacha trzyma za niego sfora wiernych psów łańcuchowych reżimu, a on sam może się zaprezentować w eleganckim garniturze i na konferencji prasowej w otoczeniu młodzieży dziękować za wielkie zaufanie społeczne. Kremlowscy inżynierowie dusz odetchną na chwilę z ulgą: spektakl w trybie „wyborczej operacji specjalnej” mogą uznać za udany. Nie było wielkich protestów (zdarzyło się trochę podpaleń, ludzie wrzucali do urny farbę, oddawali głosy nieważne), a falsyfikacji nikt nie był w stanie na bieżąco wykryć i pokazać. Dziś już po ogłoszeniu tzw. wyników w mediach społecznościowych szerzą się analizy dotyczące skali fałszerstw (np. na Putina dosypano średnio ok. 30 procent przypisanych mu głosów). Prawdziwość tego typu danych jest nie do potwierdzenia czy obalenia. Jedno jest pewne: cały proces wyborczy był jedną wielką ściemą i imitacją. Nie miał nic wspólnego z demokratyczną procedurą.

Putin był zadowolony. Podczas spotkania z dziennikarzami nawet wypowiedział nazwisko „Nawalny”. – Cóż, umarł. To smutne, ale to się zdarza. A co – w Stanach Zjednoczonych to się nie zdarza? Owszem, i to nawet często.

Wróćmy jeszcze do wymyślonej przez Nawalnego akcji „W południe przeciw Putinowi”. Trudno ocenić, czy wpłynęła na wyniki – te zostały określone już przed głosowaniem. Protest został dostrzeżony w świecie i pozwolił podważyć wiarygodność bezprecedensowej wygranej Putina (w poprzednich „wyborach” osiągnął on wynik 74 proc.). Nawet te nieśmiałe sygnały oporu części społeczeństwa zaburzają przekaz władz o jednoznacznym poparciu dla wodza i braku alternatywy.

Na grobie Nawalnego kilka osób oprócz kwiatów złożyło wczoraj karty do głosowania, na których dopisało nazwisko zmarłego opozycjonisty.

W samo południe

15 marca 2024. Od dziś można zagłosować w pseudowyborach prezydenckich. I już sypią się meldunki z różnych regionów kraju: w obwodzie biełgorodzkim frekwencja pierwszego dnia przekroczyła 50 procent, radosną nowość o 100-procentowej frekwencji przekazano z trzech wiosek na Czukotce, w Moskwie przy urnach zameldowało się lub wybrało metodę online ponad trzy miliony wyborców. W całym kraju już dosięgła 30 procent, w obwodzie wołogodzkim zagłosował sam Dziadek Mróz, z białą brodą i w czerwonej czapie. A to nie koniec cudów.

Już sam Putin zagłosował. W opublikowanym przez służbę prasową Kremla materiale Putin siada przy biurku, na którym stoi komputer, wpatruje się w monitor, klika myszką, po czym rozpromienia się i macha ręką do kamery. Na monitorze pojawia się napis „Dziękujemy za oddany głos”. Jak widać, Putin zrezygnował z pojawienia się własną osobą w lokalu wyborczym, wybrał wirtualne głosowanie – zdecydowanie mniej zachodu z inscenizacją, mniej problemów z zapewnieniem bezpieczeństwa itd. No i można zaprezentować, jakim się jest postępowym gościem (choć większość obserwatorów zwyczajów panujących na Kremlu twierdzi, że Putin komputerem się nie posługuje, codzienne raporty otrzymuje w teczkach).

Nie wszyscy przychodzą do lokali wyborczych, aby wrzucić kartę do urny. W szesnastu miastach odnotowano przypadki podpalenia miejsc, w których odbywa się głosowanie. W niektórych doszło do zniszczenia urn – ludzie przychodzili i przez otwór wlewali do urny farbę. Komitet Śledczy wszczął co najmniej dziewięć postępowań w sprawie ataków na lokale wyborcze. Przewodnicząca Centralnej Komisji Wyborczej Ełła Pamfiłowa wielkim głosem zakrzyknęła, że urny psuje i podpala lokale „prozachodnia opozycja liberalna”. No bo kto?

Piątek jest w Rosji dniem roboczym, na głosowanie zgoniono więc przede wszystkim pracowników sfery budżetowej, którzy byli pod ręką. W pewnym momencie było ich tak dużo, że padł system obsługujący wybory. Nie na długo, ale padł. Pojawiły się w mediach domniemania, że to hakerzy narozrabiali.

Choć w dyktaturach tzw. wybory nie są wyborami, a rytuałem, to część nastawionego nieprzychylnie wobec władzy społeczeństwa szuka sposobów na wyrażenie swojego negatywnego stanowiska. Aleksiej Nawalny przed śmiercią zwrócił się do swoich zwolenników z apelem, aby przyszli pod lokale wyborcze 17 marca w południe i zagłosowali przeciwko Putinowi. To miałby być wyraz protestu przeciwko uzurpacji władzy przez Putina, przeciwko wojnie, przeciwko więzieniu ludzi za przekonania. Apel powtórzyła Julia Nawalna.

Rosyjskie władze uznały wezwanie do przyjścia w niedzielę o dwunastej za naruszenie prawa – miałoby to być, wedle interpretacji prokuratury, namawianie do udziału w nielegalnym zgromadzeniu. Dostrzeżono w tym znamiona działalności ekstremistycznej. Putin strzela z armaty do wróbli. Wzięcie udziału w tej akcji będzie aktem osobistej odwagi.

Na kremlowski spektakl „wyborczy” przyjechali obserwatorzy z zagranicy. Tak. Centralna Komisja Wyborcza z całą powagą zameldowała, że przebiegowi doniosłej procedury mają przyglądać się obserwatorzy ze 106 krajów świata. Furorę w mediach społecznościowych zrobiła wypowiedź urodziwej obserwatorki z Kamerunu, która przez kamerami rosyjskiej telewizji zapewnia, że wszystko jest zgodne z demokratycznymi wymogami, wszystko transparentne, doskonale przygotowane, ludzie są w pozytywnych nastrojach, wszystko będzie w porządku. Dama ma dobre wzorce w swoim kraju rodzinnym: od 1982 r. rządzi tam 91-letni obecnie dyktator Paul Biya. On też urządza spektakle zwane wyborami. I – będziecie się Państwo zapewne dziwić – wygrywa je.

Jeden dzień z życia kandydata i innych postaci

12 marca 2024. Wielkimi krokami zbliża się premiera politycznego spektaklu „wybory prezydenckie” w Rosji. Odtwórca głównej roli i reżyser sztuki jest doskonale znany: to Władimir Putin. Jego dwór już dawno temu zapowiedział, że otrzyma on 80-procentowe poparcie przy 70-procentowej frekwencji. W sytuacji, gdy do zagrania drugoplanowej roli nie został dopuszczony Borys Nadieżdin, kandydat dający nadzieję na przełamanie militarystycznego trendu, w walce o drugie miejsce w imitowanym wyścigu wzmocnił pozycję Władisław Dawankow z partii Nowi Ludzie.

Znawcy obecnych układów w aparacie władzy nazywają Dawankowa „projektem Kirijenki”. Siergiej Kirijenko, zastępca szefa Administracji Prezydenta, zawiaduje „specjalną operacją wyborczą”, to on rozdaje w tym przedsięwzięciu konfiturki, pilnuje, by nie stało się nic, nad czym nie dałoby się zapanować. A skoro Dawankow jest jego pomysłem, to ma pewną przewagę nad dwoma pozostałymi słupami z koncesjonowanej opozycji (o tym, skąd się wziął Dawankow w grze „wyborczej”, pisałam w „Rosyjskiej ruletce”: https://www.tygodnikpowszechny.pl/wybory-w-rosji-spektakl-do-roli-tego-drugiego-wlasnie-zatrudniono-nowego-aktora-kim-jest-wladislaw).

We wrześniu 2023 r. Dawankow próbował swoich sił w wyborach mera Moskwy. W wyciągnięciu nieznanego kandydata z niebytu i wylansowaniu pomagała dziennikarko-prezenterko-plotkarka Ksenia Anatoljewna Sobczak. Chodziła z nim po Moskwie, zaglądała w różne ciekawe miejsca, zaciągnęła go też na kebsa. Tam wzięła w wypazurzone dłonie menu lokalu i zaczęła odczytywać kolejne pozycje. Jednocześnie kobieta z obsługi zachwalała dania: na przykład wyśmienita szoarma „Bucza”. He-he-he – zaśmiali się zgodnie Sobczak i Dawankow. O, tak, zaiste, to bardzo śmieszne tak nazwać danie. Okazało się, że potrawa nazywa się „butcher”, tylko pani za ladą tak tę nazwę wymawia, wypaczając sens. Więc można było jeszcze pośmiać się z pani, która nie jest rodowitą moskwianką. He-he-he. Wtedy filmik trafił do ukraińskiej telewizji i był bezlitośnie skrytykowany (https://www.youtube.com/watch?v=_9zfIow-Y9c). Dziś w mediach społecznościowych materiał ten został przypomniany dla uzupełnienia obrazu „kandydata numer dwa”. Soczysta jest larwa rosyjskiej duszy.

Ksenia Sobczak i w tej kampanii próbuje być przydatna i dostrzeżona. Na swoim kanale w Telegramie zaprezentowała w lutym br. ranking kandydatów pod względem zamożności. Za podstawę wzięła oficjalne deklaracje o dochodach. Okazało się, że pierwsze miejsce zajmuje Władisław Dawankow, który w ciągu ostatnich sześciu lat zarobił prawie 77 mln rubli, ma wypasione mieszkanie w Moskwie, dom, nieruchomość pod Moskwą, jakieś konta i maybacha. Putin przy nim to szaraczek – tylko 68 mln rubli zarobił przez minione 6 lat, ma własnościowe mieszkanie z garażem w Petersburgu, dwie rozklekotane wołgi, przyczepkę „Skif” i niwę. Nie, nie, o żadnych pałacach w Gielendżyku czy na Wałdaju nie ma mowy, o upchanych na lewych kontach miliardach też nie. Moją ciekawość wzbudziła ta przyczepka. Co też Putin może nią wozić?

Kiedy ogląda się rosyjską telewizję czy przegląda najpopularniejsze prokremlowskie gazety, można odnieść wrażenie, że na świecie całym nie ma innego człowieka niż Putin. On i tylko wypełnia sobą całą n-wymiarów przestrzeń. Nawet łaskawie dopuszczeni do kandydowania Leonid Słucki z LDPR (znany głównie z molestowania dziennikarek – https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/03/24/duma-panstwowa-broni-podrywacza/) i Nikołaj Charitonow z Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej czy wzmiankowany wyżej Dawankow pojawiają się jedynie sporadycznie, w odległym tle. Tam, gdzie ich miejsce.

Niedobitki rosyjskiej opozycji starają się wyznaczyć jakiś model postępowania i udziału w głosowaniu dla tych, którzy zachowali w swoich sercach resztki przyzwoitości i nie chcą popierać Putina. O tym, że są tacy ludzie w zniewolonej przez dyktatora Rosji, można było się przekonać po śmierci Aleksieja Nawalnego. Mimo akcji zastraszania ze strony władz ci ludzie wzięli udział w pogrzebie, składali kwiaty przy spontanicznych memoriałach, przynosili przez wiele dni bukiety na grób Nawalnego. To temat na następny odcinek „przedwyborczy”.