Moskiewski układ szybkiego reagowania

W ciągu ostatnich dni Kreml prezentował miastu i światu, że Rosję stać na kupowanie sojuszy na obszarze WNP.

Wpierw prezydent Białorusi Alaksandr Łukaszenka podpisał długo negocjowane i zapowiadane porozumienie o wspólnym z Rosją dowództwie obrony przeciwlotniczej za obietnicę 2 mld dolarów rosyjskiego kredytu. Łukaszenka przez lata wił się jak piskorz, by sprawę dowództwa – jak każdą inną w dziele wiekopomnej integracji Państwa Związkowego – przewlekać. Dlaczego? Uznawał ją za mityczny atrybut niepodległości, choć w praktyce połączone dowództwo (taka była uprzednia formuła) działało jako jednolite ciało, a o wszystkim i tak decydowała centrala w Moskwie. Porozumienie sformalizowało stan faktyczny, a białoruska obrona przeciwlotnicza stała się integralną częścią rosyjskiego systemu obronnego. W Moskwie Łukaszenka jak zwykle piał z zachwytu nad postępującym zbliżeniem dwóch bratnich państw i narodów, ale nikt się zapewne nie zdziwi, kiedy w jakimś kolejnym paroksyzmie marzeń o odwróceniu sojuszy zacznie się upierać, że to, co jest na białoruskiej ziemi, jest białoruskie i należy wyłącznie do narodu białoruskiego. Tą kwiecistością mowy jak zwykle zirytuje Moskwę, która postanowi po raz sto pięćdziesiąty poważnie nauczyć go moresu, po czym nastąpi faza kolejnych długich negocjacji. To jeden z możliwych scenariuszy, oparty na analizie poprzednich odcinków przydługiej mydlanej opery o integracji. Niemniej czasy mamy teraz wyjątkowo nieprzewidywalne, sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie, a kryzys rąbie coraz mocniej. W Moskwę też.

W tych okolicznościach może dziwić obietnica kolejnego dwumiliardowego kredytu (czy to jakiś nowy nominał służący kupowaniu przychylności sąsiadów?) – dla Kirgizji. W zamian za tę obietnicę delegacja kirgiska wygłosiła na zlocie sojuszników w Moskwie swoją obietnicę. Prezydent Bakijew zapowiedział, że wypędzi Jankesów z bazy lotniczej Manas, używanej do zaopatrywania sił stacjonujących w Afganistanie. Jednym słowem: obietnica za obietnicę. Gra o Manas toczy się więc dalej. Może Amerykanie jeszcze przelicytują Moskwę. A może Moskwa sama zaproponuje Waszyngtonowi nowe zasady użytkowania kirgiskiej bazy – tym razem już pod ścisłą kontrolą i pod dyktando Rosji.

Jedno jest pewne: Rosja bardzo by się chciała pozbyć Amerykanów (Zachodu w ogóle) z całego obszaru postradzieckiego – z Azji Środkowej również. Względny spokój w postradzieckich republikach azjatyckich jest możliwy m.in. pod warunkiem względnego spokoju w Afganistanie. Względny spokój w Afganistanie jest możliwy dzięki obecności tam sił sojuszniczych. Ta obecność jest dla Moskwy prawdziwym błogosławieństwem. Pod koniec lat 90., kiedy talibowie coraz bardziej wchodzili w miękkie podbrzusze Rosji, Kreml rozważał nawet prewencyjne uderzenia lotnictwa na ich pozycje. Amerykanie, można powiedzieć, przyszli w samą porę, Rosji nie było stać (nie stać jej i teraz) na prowadzenie kosztownej operacji wojskowej w Afganistanie. No i w regionie nie ostatnią rolę odgrywają Chiny. No i nie należy zapominać o ostatniej porażce poniesionej przez ZSRR w Afganistanie w latach 80.

Tymczasem moskiewscy stratedzy postanowili odkurzyć temat Afganistanu i talibów. Prezydent Miedwiediew podczas wspomnianego zlotu na Kremlu ogłosił o utworzeniu sił szybkiego reagowania Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, czyli, jak dumnie głoszą propagandyści – WNP-owskiego odpowiednika NATO. Siły stanowić ma kilka mobilnych jednostek (dywizja, brygada, kilka batalionów), stacjonujących stale w swoich krajach. Wedle słów Miedwiediewa, „zostaną wyposażone w nowoczesny sprzęt, mają być efektywne, swoim potencjałem bojowym nie powinny ustępować siłom Sojuszu Północnoatlantyckiego”. I dopiero kiedy nastąpi godzina X, wtedy zostaną przetransportowane do Rosji i stąd zaczną działać gdzie trzeba i jak trzeba. A jak trzeba? Doradca prezydenta Rosja powiedział, że siły szybkiego reagowania tworzone są… do walki z talibami. Cóż.

Trudno powiedzieć, na czym miałaby polegać wyższość tej formacji nad innymi formacjami Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej (bo przecież dla nikogo nie jest tajemnicą przewaga militarna Rosji nad wszystkimi innymi członkami sojuszu razem wziętymi) i dlaczego kooperacja z batalionem armii, powiedzmy, Armenii czy Tadżykistanu ma dać Moskwie jakieś dodatkowe atuty w walce z hipotetycznym wrogiem (a choćby i wymienionymi przez prezydenckiego doradcę niehipotetycznymi talibami). Wygląda na to, że nie chodzi o żadnych talibów ani w ogóle jakiekolwiek realne przymierze wojskowe. Chodzi wyłącznie o „zaznaczenie terytorium”, symboliczne przypieczętowanie przez Rosję wasalizacji krajów tworzących Organizację Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym. Czy to ma szanse powodzenia? Dopóki są pieniądze…

Drogie wakacje w Courchevel

Courchevel – kurort narciarski we francuskich Alpach – był w ostatnich latach jednym z ulubionych miejsc zimowego wypoczynku rosyjskiej elity biznesowo-politycznej. O szastaniu pieniędzmi i kąpielach w szampanie opowiadano legendy. Mniej więcej rok temu głośnym echem odbił się skandal obyczajowy wywołany przez Michaiła Prochorowa, jednego z najbogatszych rosyjskich oligarchów (jako jeden z nielicznych i dziś utrzymuje się na powierzchni i zamierza skupować aktywa zbankrutowanych kolegów), który ostentacyjnie zabawiał się z pracownicami najstarszej profesji świata i został z hukiem zatrzymany przez francuską policję, co zostało szczegółowo opisane przez wszystkie brukowce świata, rosyjską poważniejszą prasę też. Potem o Courchevel zrobiło się cicho, wyglądało na to, że kryzys odebrał bogaczom ochotę do demonstracyjnych uciech. Zachodnia prasa pilnie śledzi, jak się prowadzą panowie z zasobnymi portfelami, więc kolejne nieroztropne amory czy akty beztroskiej rozrzutności rosyjskich grubych ryb zaraz zostałyby dostrzeżone. Jak się okazało, na kolejną okazję do skandalu nie trzeba było długo czekać. Przedstawiciele rosyjskiej elity zdążyli się przyzwyczaić, że wakacje spędzają nie w przaśnych rodzimych miejscowościach wypoczynkowych, a w Alpach lub na Karaibach. Czy kryzys może być powodem, dla którego ktokolwiek miałby rezygnować z takiej przyjemności?

Trzej wysocy rosyjscy urzędnicy – przewodniczący Komitetu Olimpijskiego Rosji, szef wydziału administracyjnego prezydenckiej kancelarii i szef służby ochrony prezydenta – uznali, że coś im się od życia należy nawet w trudnych czasach i postanowili śladem licznych rodaków pojechać jak zwykle do Courchevel. I nie tylko pojechali, ale dali się tam zauważyć. Jak pisze dziennik „Kommiersant”, prezydent Miedwiediew też ich zauważył. Nikt nie wie, czy zostali potem przezeń osobiście przeczołgani po kremlowskim dywaniku, dość że prezydent wydał wczoraj rozporządzenie wprowadzające obowiązek informowania głowy państwa w formie pisemnej o miejscu i terminie urlopu przez wszystkich urzędników z kierownictwa kancelarii prezydenta i tych ministerstw, które mu bezpośrednio podlegają.

To ciekawy przyczynek do stylu życia rosyjskiej „wierchuszki”. Czy kryzys i prezydenckie rozporządzenie wprowadzą korektę w sposobie spędzania wolnego czasu przez rosyjskich dygnitarzy? Czy Miedwiediew zdoła wymusić posłuszeństwo na swoich współpracownikach, przyzwyczajonych do wystawnego trybu życia w dobie, kiedy budżet państwa zaczyna w oczach pękać w szwach, a w państwowej kasie brakuje pieniędzy na zaspokojenie wielu potrzeb zaniepokojonego swym losem społeczeństwa? Przypadek trzech niefortunnych wczasowiczów z Courchevel każe też zastanowić się nad środkami, które pozwoliły urzędnikom państwowym (oficjalnie nie zarabiają kokosów), na spędzenie ferii w drogim kurorcie. Cytowany tu już przeze mnie „Kommiersant” sugeruje, że wystawne wakacje urzędników będą wchodzić w kolizję z „nowym ustawodawstwem o zwalczaniu korupcji, przyjętym w ramach programu antykryzysowego. […] Figuruje w nim punkt o korzystaniu z usług osób prywatnych w organizowaniu wypoczynku”. Korupcja jednak niejedno ma imię, a w Rosji kwiat ten pleni się bujnie na każdym szczeblu i w każdej strefie klimatycznej. Zdaniem socjologów, kryzys jeszcze wzmocni ten chwast, zmienią się co najwyżej tylko formy. I jeszcze jedno – znawcy kremlowskich korytarzy uważają, że Miedwiediew prędzej może się spodziewać cichego sabotażu swojego rozporządzenia niż lojalnego podporządkowania się mu przez urzędników.

Tak czy inaczej z Courchevel przyjdzie się jednak rosyjskim dygnitarzom – przynajmniej na jakiś czas – pożegnać, skoro pobyt tu może kosztować znacznie drożej, niż to wynika z hotelowych rachunków.

Niespokojna niedziela

W ostatni weekend w Rosji odbyło 160 demonstracji, w których wzięło udział łącznie 200 tysięcy osób. To wiele, jeśli porównać dane o chętnych do protestowania w analogicznym okresie roku ubiegłego, i niewiele, jeśli wziąć pod uwagę, w jakim tempie kryzys rozbiera na czynniki pierwsze rosyjską gospodarkę i jak szybko rośnie napięcie społeczne.

Jedni demonstrowali niezadowolenie wobec polityki rządu w dobie kryzysu, inni – swoje poparcie dla rządzącego tandemu i miłość do partii „Jedinaja Rossija”. Najwięcej protestujących, a także najwięcej popierających było w Moskwie, Władywostoku, Petersburgu, Nowosybirsku.

W dalekim Ułan Ude (Buriacja) pod hasłem „Precz z Putinem” zebrało się na placu Rewolucji 150 osób, a na prospekcie 50-Lecia Października na wiec poparcia dla rządu przyszło zaledwie 50 chętnych.

W Moskwie na placu Maneżowym zgromadzono popleczników „partii władzy”, przywieziono ich autobusami, zmarzniętych częstowano gorącą herbatą. Jeden z indagowanych przez korespondenta gazety „Kommiersant” młodych uczestników wiecu na pytanie, dlaczego tu przyszedł, odparł: „żeby dostać zaliczenie”. W szeregach wiecujących członkowie opozycyjnego ruchu „Smiena” (Zmiana) prowadzili do różowych świnek-skarbonek zbiórkę pieniędzy pod hasłem „Pomóż Gazpromowi”, zgromadzeni chyba nie poznali się na dowcipie, bo chętnie wrzucali pieniądze, nawet banknoty. Według danych milicji w akcjach poparcia w Moskwie wzięło udział około pięciu tysięcy ludzi.

Kilka różnorodnych akcji protestacyjnych przeprowadzili komuniści, którzy ostatnio mocno się zaktywizowali i nawołują do protestów ulicznych (wczoraj wymachiwali hasłem: „Nie ma kapitalizmu, nie ma kryzysu”. To może być chwytliwe hasło chyba tylko dla tych, którzy mają kurzą pamięć). KPFR próbuje też od jakiegoś czasu „podłączyć się” z bratnią pomocą pod akcje protestu przeciwko wprowadzeniu nowych ceł na używane samochody zagraniczne.

Był też specyficzny „Marsz niepokornych” pod siedzibą rządu. Aktywiści opozycyjnej organizacji „My” stali z czystymi kartkami papieru i z zaklejonymi taśmą klejącą ustami. Milicja uznała to za nielegalne zgromadzenie, dziesięciu uczestników akcji zatrzymano. Jednemu z nich przedstawiono dość osobliwy w tych okolicznościach zarzut: „używanie niecenzuralnych wyrażeń w miejscu publicznym”.

W Moskwie kilkaset osób zebrało się też, by uczcić pamięć adwokata Stanisława Markiełowa i Anastasii Baburowej, zabitych 19 stycznia w centrum miasta.

 

Władze starają się nie nagłaśniać informacji, że w kraju coraz częściej dochodzi do demonstracji, że rośnie potencjał niezadowolenia. Reagują po swojemu. Dzisiaj premier Putin podpisał rozporządzenie o utworzeniu federalnego Centrum Zarządzania w Sytuacjach Kryzysowych, do zadań centrum ma należeć m.in. „likwidacja sytuacji nadzwyczajnych”. Co może być „sytuacją nadzwyczajną” poza pożarem czy powodzią? Może odpowiedzią jest wcześniejsze zarządzenie o wzmocnieniu milicji jednostkami wojsk wewnętrznych w miastach, w których istnieje zagrożenie masowymi zwolnieniami z wielkich zakładów przemysłowych i rośnie możliwość zorganizowania strajków i akcji protestacyjnych. Jeszcze wcześniej podano, że planowanej redukcji wojsk wewnętrznych nie będzie („Jest to związane z koniecznością wypełnienia wszystkich postawionych zadań” – mówił dowódca wojsk wewnętrznych gen. Rogożkin).

Ciekawym „środkiem antykryzysowym” jest zaordynowane przez prezydenta Miedwiediewa nowe zadanie Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Kontrwywiad ma teraz sprawować kontrolę nad wykorzystaniem państwowych środków przeznaczonych na walkę z kryzysem i na wsparcie w warunkach kryzysu realnego sektora gospodarki, systemu bankowego i kompleksu obronnego. Miedwiediew stwierdził, że z powodu korupcji środki nie były wykorzystywane zgodnie z przeznaczeniem. Nic nie powiedziano na temat sposobów, których FSB ma używać, aby okiełznać rozpełzanie się na boki państwowych finansów przeznaczonych na ratowanie gospodarki. Może FSB otrzyma jakieś dodatkowe kompetencje? Jakie? Po co? I tak każdemu może zaglądać przez ramię.

Władze zaczynają działać według zasady „wszystkie ręce na pokład”. Monitorowaniem sytuacji i nastrojów w zakładach pracy zajmuje się „Jedinaja Rossija”, Ministerstwo ds. Sytuacji Nadzwyczajnych ma tworzyć lotne brygady do gaszenia strajków, prokuratura kontroluje, czy pracownicy dostają na czas wynagrodzenia oraz czy media nie podają „dezinformacji dotyczącej oceny kryzysowych zjawisk i ich skutków”. Czyli rozrasta się system kontroli nad społeczeństwem i jego nastrojami. Czy to oznacza, że władze nie wierzą w skuteczność swoich programów antykryzysowych?

Wyrazy współczucia

Prezydent Dmitrij Miedwiediew spotkał się 29 stycznia z redaktorem naczelnym opozycyjnej „Nowej Gaziety” Dmitrijem Muratowem i byłym prezydentem ZSRR Michaiłem Gorbaczowem, akcjonariuszem periodyku. Przekazał wyrazy współczucia rodzinom adwokata Stanisława Markiełowa i dziennikarki „Nowej Gaziety” Anastasii Baburowej, zabitych w środku dnia na ulicy w centrum Moskwy 19 stycznia. Dotychczasowe milczenie przedstawicieli władz wobec zbrodni zostało przez obrońców praw człowieka i dziennikarzy „Nowej Gaziety”, domagających się uczciwego śledztwa, ocenione jako cynizm rządzących.

Na spotkaniu prezydent wytłumaczył swoje dotychczasowe milczenie dość osobliwie. „Miedwiediew wprost powiedział: Gdybym określił to zabójstwo jako polityczne, to na pewno wpłynąłbym na śledztwo. A tego kategorycznie nie chciałem” – streszczał potem przebieg rozmowy z prezydentem Muratow. Dziwne tłumaczenie. Dziwne spotkanie.

Czemu prezydent Miedwiediew zdecydował się na wyrażenie elementarnego ludzkiego współczucia dopiero teraz? Czyżby śledztwo się już zakończyło, a więc czy teraz wypowiedziana przezeń głośno kwalifikacja czynu nie wpłynie na śledztwo? A czy wyrazy współczucia przekazane rodzinom ofiar w dniu zbrodni zabrzmiałyby jako nacisk wywierany na śledztwo? Argumenty prezydenta trudno uznać za logiczne. Ale jednocześnie trudno nie zauważyć, że zaproszenie na Kreml dla szefa opozycyjnej gazety i wyrażenie – choćby poniewczasie – współczucia w związku z głośnym zabójstwem jest przełamaniem dotychczasowej praktyki okresu putinowskich rządów. Nad innymi zabitymi skrytobójczo dziennikarzami czy politykami władza się nie pochylała. Putin wypowiedział swoje haniebne zdanie o Annie Politkowskiej indagowany za granicą przez dziennikarzy. Milczenie w takich sprawach było znakiem firmowym władz.

Czy owo spotkanie to przebudzenie prezydenta? Zapraszając na rozmowę Muratowa i wypowiadając słowa współczucia pod adresem rodzin zabitych, Miedwiediew poniekąd przyznał, że milcząc tak długo, popełnił błąd. I być może w ten sposób postanowił go naprawić. A może chodziło jeszcze o coś innego?

W czasie rozmowy padły również inne doniosłe stwierdzenia. Według rozgłośni „Echo Moskwy”, Miedwiediew miał powiedzieć, iż „Nowaja Gazieta” nadal powinna zajmować się krytyką rządu, że niekoniecznie trzeba ją kochać, ale gazeta krytykuje rząd i słusznie czyni.

Informacje i komentarze o spotkaniu podały jedynie niszowe media – kilka gazet, portali internetowych, „Echo Moskwy”. Można więc uznać, że komunikat nie został skierowany do ogółu społeczeństwa, które wiadomości o wydarzeniach czerpie głównie z telewizji – a telewizja nie udzieliła rozmowie zbytniej uwagi (jedynie TV NTW i Wiesti-Rossija poinformowały o spotkaniu półgębkiem jednorazowo, w dosłownie trzech ogólnikowych zdaniach). Podobnie jak nie było w telewizji wcześniej informacji o grudniowych demonstracjach na Dalekim Wschodzie, brutalnie rozgonionych przez przywieziony spod Moskwy OMON. „Po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy”. Propagandowa papka jest dozowana jak za czasów ZSRR. Zapewne dzisiaj i jutro rosyjscy telewidzowie też nie dowiedzą się o licznych planowanych w całym kraju akcjach protestu przeciwko polityce rządu, za to obejrzą reportaże o sprawnie zorganizowanych przez putinowską partię „Jedinaja Rossija” akcjach poparcia społeczeństwa dla kursu rządzącego tandemu.

Chyba że jednak coś ma szanse się zmienić i spotkanie Miedwiediewa z dziennikarzem opozycyjnej gazety należy odczytać jako sygnał poluzowania w polityce informacyjnej władz.

Co oznaczałaby taka „neo-głasnost” i czy w ogóle jest ona w obecnej sytuacji możliwa? Czym byłoby dopuszczenie do głosu w masowych elektronicznych mediach krytyków systemu i odkręcenie zakręconych mocną ręką władz i podległych im służb gałek telewizorów? Nie po to Putin je zakręcał, kiedy było całkiem przyjemnie i strumień petrodolarów napełniał „kormuszkę” dla ludzi władzy, żeby teraz je odkręcać, kiedy strumyk wysycha, a kołderka dóbr do podziału się kurczy. Media i system władzy to w Rosji naczynia połączone. Putinowski pion władzy nie może istnieć bez ściśle kontrolowanych mediów. Wolne media są dla niego zagrożeniem. Nie tylko dlatego że mogą ujawnić to, co władze chciałyby ukryć. Ale także dlatego, że wolne media wymuszają konkurencję. A konkurencja i system władzy oparty na lojalności, a nie profesjonalizmie, to rzeczy wzajemnie się wykluczające.

Moskiewscy kremlinolodzy penetrujący „korytarze władzy” coraz częściej piszą o narastających pęknięciach w monolicie rządzącej elity. Rozważane są nawet scenariusze konfrontacji dwóch głównych „partii” – jedną umownie nazywa się „partią forsy”, drugą „partią krwi”. Obie nazwy nie brzmią zbyt optymistycznie. A gdy patrzy się na to, jak władze szykują się do siłowego ugaszenia ewentualnego gniewu ludu, optymizmu nie przybywa. Żadna z tych „partii władzy” realnej władzy stracić nie chce.

Patriarcha obszaru kanonicznego

Metropolita smoleński i kaliningradzki Cyryl (Kiriłł, Władimir Michajłowicz Gundiajew) został wybrany na nowego patriarchę Moskwy i całej Rusi. Delegaci Soboru Lokalnego (Pomiestnyj) w tajnym głosowaniu 27 stycznia oddali nań 508 głosów (z 701). Kontrkandydat – metropolita kałuski i borowski Klemens, szef Wydziału Administracyjnego Patriarchatu Moskiewskiego – otrzymał 169 głosów.

Cyryl, po śmierci patriarchy Aleksego II od 6 grudnia 2008 roku, pełnił urząd strażnika patriarszego tronu, przedtem przez wiele lat kierował Wydziałem Stosunków Zewnętrznych Patriarchatu Moskiewskiego.

Cyryl urodził się w Leningradzie w 1946 roku w rodzinie prawosławnego duchownego, ukończył Leningradzką Akademię Duchowną, od początku lat siedemdziesiątych pracował w Wydziale Kontaktów Zewnętrznych Patriarchatu Moskiewskiego, jeździł po świecie, reprezentował Rosyjską Cerkiew na międzynarodowych spotkaniach, konferencjach, zjazdach. Należał do bliskiego kręgu metropolity leningradzkiego Nikodema (Rotowa), uważanego za przedstawiciela liberalnego skrzydła prawosławnych hierarchów. Liberalne poglądy eksperci ds. religii przypisują także Cyrylowi. Jego częste kontakty z hierarchami Kościoła katolickiego, wizyty w Watykanie, spotkania z Ojcem Świętym niechętni dialogowi ekumenicznemu konserwatyści cerkiewni oceniali wręcz jako „kryptokatolicyzm”.

Czy uzasadnione jest oczekiwanie, że obyty w świecie, zajmujący się dialogiem z innymi wyznaniami, chętnie występujący w mediach Cyryl – już jako patriarcha – będzie kontynuował ekumeniczne wysiłki na rzecz porozumienia? W przeddzień wyboru Cyryl oświadczył w wywiadzie dla gazety „Trud”, że pozycja Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej wobec perspektywy spotkania z papieżem pozostaje bez zmian: „To sprawa uzależniona od realiów, które istnieją w stosunkach między naszymi Kościołami. Dlatego w danym momencie mogę powtórzyć tylko to, co przez lata mówił Jego Świątobliwość [Aleksy II], odpowiadając na podobne pytania […] Do spotkania z papieżem dojdzie, jeśli nastąpią pozytywne zmiany w tych kwestiach, które stanowią problem w naszych stosunkach”. Poprzednik Cyryla zawsze powtarzał, że Cerkiew nie jest w stanie zaakceptować prozelityzmu i zbytniej aktywności Kościoła katolickiego na terytorium kanonicznym Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. Cyryl dał więc sygnał, że chce być wierny standardom wyznaczonym przez Aleksego.

Pojęcie „terytorium kanoniczne” wydaje się kluczowym dla patriarszej posługi Cyryla i wyznaczenia przezeń priorytetów działalności. A pod pojęciem swojego terytorium kanonicznego Rosyjska Cerkiew Prawosławna rozumie… terytorium Związku Radzieckiego. Zabiegi Patriarchatu Moskiewskiego o utrzymanie zwierzchnictwa nad Cerkwiami na Białorusi, Ukrainie, Mołdawii, Estonii współbrzmią z głoszoną przez Kreml doktryną wypychania obcych wpływów z obszaru postradzieckiego. Zdaniem diakona Andrieja Kurajewa (jednego z popularyzatorów prawosławia, obecnego w mediach komentatora życia religijnego), jak pisze gazeta „Kommiersant”, centralnym zagadnieniem polityki Patriarchatu Moskiewskiego stanie się Ukraina. „Z jednej strony Patriarchat Moskiewski odczuwa nacisk Patriarchatu Konstantynopola – przy wsparciu prezydenta Wiktora Juszczenki na Ukrainie dąży się do powołania Cerkwi autokefalicznej, podporządkowanej Patriarchatowi Konstantynopola. Z drugiej strony istnieją silne nastroje rozłamowe wewnątrz samej Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego [nie mylić z rozłamową Ukraińską Cerkwią Prawosławną Patriarchatu Kijowskiego], część ukraińskich biskupów opowiada się za większą autonomią Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej, która może podać w wątpliwość rosyjsko-ukraińską jedność prawosławną”.

Nowy patriarcha będzie musiał też stawić czoło tendencjom rozłamowym w łonie samej Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. Trudno pogodzić rozbieżne tendencje – myślenie reformatorskie, nastawione na otwartość wobec świata i skrajnie konserwatywne podejście choćby biskupów Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej Zagranicą, którzy odrzucają wszelkie kontakty z innymi Kościołami chrześcijańskimi. Wtórują im zwolennicy obłożonego anatemą we wrześniu 2008 roku biskupa czukockiego Diomida, który ekumenizm zrównał z herezją i domagał się wygnania wszystkich nieprawosławnych „antychrystów” z Rusi. Jak z różnymi tendencjami w łonie rosyjskiego prawosławia poradzi sobie Cyryl? Czy pozostanie „liberałem”, czy jednak wzmocni skrzydło „konserwatystów”?

Wreszcie last, but not least – kwestia stosunków Cerkwi i władz państwowych. Konstytucja Federacji Rosyjskiej zapewnia rozdział państwa od Kościoła. Jednak za czasów posługi patriarszej Aleksego II Cerkiew stała się filarem władzy świeckiej. Coraz mocniej wyrażane przez tandem prezydenta-premiera wielkomocarstwowe ambicje współgrają z nastrojami wielu hierarchów i wiernych, którzy za zadanie Cerkwi uważają wspieranie odbudowy imperium. W Moskwie mówiło się, że Cyryl w wyborach miał za sobą nieoficjalne poparcie Kremla. Czy Cyryl będzie bardziej politykiem (tak jak politykiem był jego poprzednik) czy bardziej autorytetem religijnym, najwyższym hierarchą Kościoła oddzielonego od państwa?