Patriarcha obszaru kanonicznego

Metropolita smoleński i kaliningradzki Cyryl (Kiriłł, Władimir Michajłowicz Gundiajew) został wybrany na nowego patriarchę Moskwy i całej Rusi. Delegaci Soboru Lokalnego (Pomiestnyj) w tajnym głosowaniu 27 stycznia oddali nań 508 głosów (z 701). Kontrkandydat – metropolita kałuski i borowski Klemens, szef Wydziału Administracyjnego Patriarchatu Moskiewskiego – otrzymał 169 głosów.

Cyryl, po śmierci patriarchy Aleksego II od 6 grudnia 2008 roku, pełnił urząd strażnika patriarszego tronu, przedtem przez wiele lat kierował Wydziałem Stosunków Zewnętrznych Patriarchatu Moskiewskiego.

Cyryl urodził się w Leningradzie w 1946 roku w rodzinie prawosławnego duchownego, ukończył Leningradzką Akademię Duchowną, od początku lat siedemdziesiątych pracował w Wydziale Kontaktów Zewnętrznych Patriarchatu Moskiewskiego, jeździł po świecie, reprezentował Rosyjską Cerkiew na międzynarodowych spotkaniach, konferencjach, zjazdach. Należał do bliskiego kręgu metropolity leningradzkiego Nikodema (Rotowa), uważanego za przedstawiciela liberalnego skrzydła prawosławnych hierarchów. Liberalne poglądy eksperci ds. religii przypisują także Cyrylowi. Jego częste kontakty z hierarchami Kościoła katolickiego, wizyty w Watykanie, spotkania z Ojcem Świętym niechętni dialogowi ekumenicznemu konserwatyści cerkiewni oceniali wręcz jako „kryptokatolicyzm”.

Czy uzasadnione jest oczekiwanie, że obyty w świecie, zajmujący się dialogiem z innymi wyznaniami, chętnie występujący w mediach Cyryl – już jako patriarcha – będzie kontynuował ekumeniczne wysiłki na rzecz porozumienia? W przeddzień wyboru Cyryl oświadczył w wywiadzie dla gazety „Trud”, że pozycja Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej wobec perspektywy spotkania z papieżem pozostaje bez zmian: „To sprawa uzależniona od realiów, które istnieją w stosunkach między naszymi Kościołami. Dlatego w danym momencie mogę powtórzyć tylko to, co przez lata mówił Jego Świątobliwość [Aleksy II], odpowiadając na podobne pytania […] Do spotkania z papieżem dojdzie, jeśli nastąpią pozytywne zmiany w tych kwestiach, które stanowią problem w naszych stosunkach”. Poprzednik Cyryla zawsze powtarzał, że Cerkiew nie jest w stanie zaakceptować prozelityzmu i zbytniej aktywności Kościoła katolickiego na terytorium kanonicznym Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. Cyryl dał więc sygnał, że chce być wierny standardom wyznaczonym przez Aleksego.

Pojęcie „terytorium kanoniczne” wydaje się kluczowym dla patriarszej posługi Cyryla i wyznaczenia przezeń priorytetów działalności. A pod pojęciem swojego terytorium kanonicznego Rosyjska Cerkiew Prawosławna rozumie… terytorium Związku Radzieckiego. Zabiegi Patriarchatu Moskiewskiego o utrzymanie zwierzchnictwa nad Cerkwiami na Białorusi, Ukrainie, Mołdawii, Estonii współbrzmią z głoszoną przez Kreml doktryną wypychania obcych wpływów z obszaru postradzieckiego. Zdaniem diakona Andrieja Kurajewa (jednego z popularyzatorów prawosławia, obecnego w mediach komentatora życia religijnego), jak pisze gazeta „Kommiersant”, centralnym zagadnieniem polityki Patriarchatu Moskiewskiego stanie się Ukraina. „Z jednej strony Patriarchat Moskiewski odczuwa nacisk Patriarchatu Konstantynopola – przy wsparciu prezydenta Wiktora Juszczenki na Ukrainie dąży się do powołania Cerkwi autokefalicznej, podporządkowanej Patriarchatowi Konstantynopola. Z drugiej strony istnieją silne nastroje rozłamowe wewnątrz samej Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego [nie mylić z rozłamową Ukraińską Cerkwią Prawosławną Patriarchatu Kijowskiego], część ukraińskich biskupów opowiada się za większą autonomią Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej, która może podać w wątpliwość rosyjsko-ukraińską jedność prawosławną”.

Nowy patriarcha będzie musiał też stawić czoło tendencjom rozłamowym w łonie samej Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. Trudno pogodzić rozbieżne tendencje – myślenie reformatorskie, nastawione na otwartość wobec świata i skrajnie konserwatywne podejście choćby biskupów Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej Zagranicą, którzy odrzucają wszelkie kontakty z innymi Kościołami chrześcijańskimi. Wtórują im zwolennicy obłożonego anatemą we wrześniu 2008 roku biskupa czukockiego Diomida, który ekumenizm zrównał z herezją i domagał się wygnania wszystkich nieprawosławnych „antychrystów” z Rusi. Jak z różnymi tendencjami w łonie rosyjskiego prawosławia poradzi sobie Cyryl? Czy pozostanie „liberałem”, czy jednak wzmocni skrzydło „konserwatystów”?

Wreszcie last, but not least – kwestia stosunków Cerkwi i władz państwowych. Konstytucja Federacji Rosyjskiej zapewnia rozdział państwa od Kościoła. Jednak za czasów posługi patriarszej Aleksego II Cerkiew stała się filarem władzy świeckiej. Coraz mocniej wyrażane przez tandem prezydenta-premiera wielkomocarstwowe ambicje współgrają z nastrojami wielu hierarchów i wiernych, którzy za zadanie Cerkwi uważają wspieranie odbudowy imperium. W Moskwie mówiło się, że Cyryl w wyborach miał za sobą nieoficjalne poparcie Kremla. Czy Cyryl będzie bardziej politykiem (tak jak politykiem był jego poprzednik) czy bardziej autorytetem religijnym, najwyższym hierarchą Kościoła oddzielonego od państwa?

Czy milczenie jest złotem?

W biały dzień, na ulicy o pięknej, poetyckiej nazwie Prieczistienka w centrum Moskwy uzbrojony mężczyzna z pistoletu zastrzelił 19 stycznia adwokata Stanisława Markiełowa i dziennikarkę Anastasiję Baburową. Morderca następnie spokojnie doszedł do pobliskiej stacji metra i wmieszał się w tłum pasażerów. Pracownicy biura, którego okna wychodzą na Prieczistienkę słyszeli odgłos strzałów, ale nikt nie wyjrzał przez okno.

Adwokat Markiełow należał do nielicznego grona prawników, zajmujących się w Rosji sprawami trudnymi – bronił ofiar zbrodni i aktów łamania praw człowieka w Czeczenii, bronił ludzi pobitych przez milicję, bronił antyfaszystów, bronił żołnierzy, którzy ucierpieli z powodu korupcji i innych bezprawnych czynów dowództwa. Jak napisała „Nowaja Gazieta”, „bronił tych, których zabijało i poniżało państwo rosyjskie”. Wspierał działalność organizacji obrony praw człowieka w Rosji. Był bezkompromisowy. Twardo domagał się przestrzegania litery prawa. Czym i komu się naraził?

Anastasija Baburowa dopiero zaczynała pracę, studiowała na piątym roku dziennikarstwa, nawiązała współpracę z „Nową Gazietą” – opozycyjnym periodykiem, w którym pracowała znakomita Anna Politkowska. Ostatnio badała działalność faszystowskich bojówek w Moskwie.

Kto zabił? Jakie były motywy zbrodni? Czy zabójstwo było zemstą tych, którym działalność Markiełowa się nie podobała, bo odsłaniała ich ciemne sprawki? A może zbrodnię zlecił ktoś z pobudek ideologicznych? A może po prostu chodziło o to, żeby go na zawsze uciszyć, bo „wiedział za dużo”? Nie wiem, czy kiedyś poznamy odpowiedzi na te pytania. Dziennikarze „Nowej Gaziety” mówią i piszą, że to planowy odstrzał ludzi niewygodnych dla systemu, ludzi, którzy w systemie się nie mieszczą i mieścić nie chcą, ludzi bezkompromisowych, ludzi, których nie można przekupić, ludzi, którzy tropią, pokazują i piętnują bezprawie.

Śledczy zapewniają, że zbierają dowody. Własne śledztwo – jak po śmierci Politkowskiej – prowadzą dziennikarze z „Nowej Gaziety”.

Znamienne jest to, że przedstawiciele władz nie dostrzegli tego tragicznego wydarzenia i nie uznali za stosowne, by zabrać w tej sprawie głos. Nikogo z władz nie przeraziło, że w środku miasta w środku dnia ktoś podchodzi do ludzi na ulicy i strzela im w głowę z pistoletu. Nikt nie zapewnił, że dołoży wszelkich starań, by sprawcy zostali pojmani i osądzeni. Czy obywatele mogą czuć się bezpiecznie? A może właśnie chodzi o to, żeby się nie czuli bezpiecznie. Zwłaszcza jeśli zajmują się obroną praw człowieka, ściganiem sprawców zbrodni w Czeczenii, wyjaśnianiem przypadków korupcji wśród urzędników i wojskowych itd. Jedyną osobą z władz, która w pewien sposób zareagowała na zbrodnię, był prezydent. Ale nie Rosji, a Ukrainy. Wiktor Juszczenko wystosował telegram kondolencyjny do rodziny Anastasii Baburowej. Dziennikarka pochodziła z Sewastopola i tu też została pochowana.

Znamienne jest też to, że w Rosji nie odbyły się żadne demonstracje, społeczeństwo nie dało sygnału, że jest zszokowane, wstrząśnięte, przerażone zbrodnią, że chce wysłuchać od władzy, dlaczego ta nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa obywatelom. Bo przecież władza odpowiada za bezpieczeństwo wszystkich obywateli – niezależnie od ich poglądów. Powinna odpowiadać.

Na pogrzebie Markiełowa nie zjawiły się tłumy – było sto kilkadziesiąt osób. Znajomi, przyjaciele, działacze organizacji obrony praw człowieka, dziennikarze. Przybyłych na pogrzeb przy bramie cmentarza sprawdzała milicja. Na pogrzebie nie było ani jednego polityka, nawet spośród opozycji. Opozycja zresztą nie próbowała zorganizować czarnego marszu milczenia ani innej formy manifestacji przeciwko przemocy. Jedyną formą uczczenia pamięci zabitych były kwiaty i świece w miejscu zbrodni. Kilkaset osób odczuło potrzebę przybycia na to miejsce, odmówienia modlitwy, złożenia kwiatów. Anarchiści i antyfaszyści 21 stycznia skrzyknęli się w Moskwie – przyszło trzysta osób, by zaprotestować przeciwko zbrodni, panoszącemu się faszyzmowi i przeciwko obojętności władz. Uczestnicy nie mieli sankcji na marsz, ponadto stłukli kilka szyb wystawowych. I tyle.

Pospolita znieczulica czy tylko efekt i objaw ośmioletniego letargu społecznego? W erze kąpieli w petrodolarach funkcjonował niepisany układ społeczny: władza rządzi, a społeczeństwo w garnki jej nie zagląda, za to ma możliwość budowania swojej małej stabilizacji (bez mieszania się do polityki), o zakresie wolności decyduje władza, o tym, o czym wolno mówić i pisać, decyduje władza, o tym, na kogo głosować, decyduje władza, za to ludność ma kolorowe jarmarki glamouru na każdym rogu ulic i na wszystkich kanałach telewizji. Czy w związku z tym, że era rwącego strumienia petrodolarów się skończyła, a nowa era ma na imię kryzys, zostanie zrewidowany układ władza-społeczeństwo? W jaki sposób?

Władza zademonstrowała, że nie zamierza zmieniać sposobu zachowania wobec sytuacji nadzwyczajnych – jak zwykle milczała. Po co budzić demony? Jeden z komentatorów rozgłośni radiowej Echo Moskwy zestawił nadaktywność premiera Putina w sprawie wojny gazowej z Ukrainą (rzeczywiście, Putin dwoił się i troił – zwoływał konferencje prasowe, codziennie rozmawiał z prezesem Millerem o ciśnieniu w rurach, biegał od dyspozytorni do dyspozytorni, nie schodził z ekranów telewizyjnych, Rosjanie już do lodówki podchodzili w strachu, że jak ją otworzą, to okaże się, że tam też siedzi premier i rozprawia o gazie) z całkowitym milczeniem na temat ulicznej egzekucji na Prieczistience. „Gaz jest dla władz ważniejszy niż ludzie” – podsumował rosyjski publicysta z goryczą.

Cmentarz innowierców

W moskiewskiej dzielnicy Lefortowo,nad brzegami Jauzy, nieopodal dawnych włości druha cara Piotra I, Franza Jakoba Leforta znajduje się Cmentarz Wwiedieński, zwany inaczej cmentarzem niemieckim lub cmentarzem innowierców. To stara nekropolia rosyjskiej stolicy, na której spoczywają luteranie i katolicy – Niemcy, Francuzi, Włosi, Polacy, których los zetknął z Moskwą. Do rewolucji grzebano tu wyłącznie „zachodnich chrześcijan” – potem władze bolszewickie, mające za nic wyznanie, zezwalały na pochówki bezwzględu na wiarę, bez żadnego religijnego obrządku, toteż dziś na cmentarzu spotkać można nagrobki zarówno z katolickim krzyżem, jak z czerwoną gwiazdą, gwiazdą Dawida czy krzyżem prawosławnym. Tu znaleźli miejsce wiecznego spoczynku „święty doktor z Moskwy” Friedrich Joseph Haas, żołnierze legendarnego pułku lotniczego Normandia-Niemen, poetka Sofia Parnok, prawosławni duchowni, wybitni uczeni, artyści.

Cmentarz Wwiedieński został założony w pobliżu niemieckiej słobody, która powstała pod koniec XVI wieku, po wojnie liwońskiej, podczas której Rosjanie wzięli do niewoli żołnierzy niemieckich, a także uprowadzili do Rosji wielu cywili. Niemcy zostali osiedleni pod Moskwą, mieli prawo handlować i zajmować się rzemiosłem. Podmoskiewska słoboda (dziś todzielnica Moskwy Lefortowo), usytuowana na malowniczych Wzgórzach Wwiedieńskich nazywana była powszechnie Kukuj (opisał ją w jednej z książek Borys Akunin). Kolejne fale Niemców i innych cudzoziemców napłynęły do Rosji już dobrowolnieza czasów Piotra I, potem Katarzyny II.

Cmentarz powstał w 1771 roku podczas epidemii dżumy, początkowo był wyłącznie luterański, stała tu kircha (kilka lat temu odbudowano ją i przywrócono sakralny charakter – w czasach ZSRR była nieczynna, niszczała). Potem zaczęto grzebać również katolików.

Cmentarz Wwiedieński jest miejscem niezwykłym, różni się od pozostałych moskiewskich nekropolii (których w mieściejest w sumie aż siedemdziesiąt jeden), czuje się tu odmienność stylu, ducha, filozofii, tradycji. Nie jest tak znany jak Cmentarz Nowodziewiczy(„moskiewskie Powązki”), na którym spoczywają członkowie elity politycznej iartystycznej czy Cmentarz Doński. Trudno nawet powiedzieć, że w ogóle jest znany. Jak większość starych cmentarzy jest zamknięty – na nowe pochówki trzebauzyskiwać specjalną zgodę.

Na cmentarzu zachowało się wiele starych nagrobków – większość pochodzi z końca XIX, początku XX wieku. Wiele z nich nosi ślady dawnej świetności. Uwagę przykuwają dzieła dłuta znanych i nieznanych mistrzów – szlochające niewiasty, zakrywające twarze chustą, zadumane anioły o wyrazistych sarnich oczach i omszałych skrzydłach, wzruszające piety, neogotyckie ukrzyżowania.

Wśród grobów pochodzących z przełomu XIX i XX wieku spotyka się wiele z napisami w języku polskim. Po napisach narodzinnych grobowcach widać, że potomkowie podpisywali się już po rosyjsku, ale jeszcze w następnych pokoleniach nadawali sobie polskie imiona. O wiele z tych grobów nikt już dziś nie dba, na ziemi leżą zwalone tablice, kawałki kolumn, krzyży.

*

Zapraszam do galerii zdjęć (w ramce po prawej stronie) i do przeczytania obszerniejszego artykułu na temat cmentarza w najnowszym numerze „Tygodnika Powszechnego” (4/2009).

Bal w operze

Saksoński Order Wdzięczności przedstawia świętego Jerzego na koniu, rażącego kopią smoka. Kawalerem orderu został w piątek wieczorem premier Władimir Putin za wybitny wkład w rozwój kulturalnych związków Rosji i Niemiec. Uroczystość wręczania odznaczenia odbyła się w czasie balu w operze drezdeńskiej, podczas którego wydekoltowane panie piły szampana, balet tańczył w takt walca z „Maskarady” Chaczaturiana, a całe Drezno podziwiało pokaz fajerwerków nad kopułą gmachu opery.

„Czajkowski i Glinka, Bach i Beethoven, wszyscy oni przypominają nam – Rosjanom i Niemcom, że mieszkamy w jednym domu, cenimy te same wartości, zostaliśmy wychowani we wspólnych tradycjach kulturalnych” – zaczął swoje przemówienie odznaczony, luzując uścisk przekrzywionej muszki. Tych nazwisk premier Putin – zgodnie z wykładnią pomysłodawców odznaczania zasłużony przecież dla rozwoju kulturalnych więzi rosyjsko-niemieckich – chyba jeszcze nigdy publicznie nie wypowiadał, ich przywołanie i zestawienie w kontekście tej nagrody wydają się zdecydowanie nieudane i zdradzające niewiedzę w materii kultury.

Niemieccy komentatorzy prasowi byli bardzo zaskoczeni motywacją przyznania odznaczenia, gdyż nikt nie mógł sobie przypomnieć jakiejkolwiek zasługi premiera Putina na niwie dwustronnej wymiany kulturalnej i na niwie kultury w ogóle. (Niemieccy komentatorzy jeszcze nie wiedzieli, że dzień później Władimir Władimirowicz da się poznać światu jako jeden z najdroższych mistrzów pędzla – jego obraz „Wzór” został na dobroczynnej aukcji w Petersburgu sprzedany za 37 mln rubli, czyli ponad milion dolarów). Mieszkańcy Drezna pamiętają natomiast, że w drugiej połowie lat 80. oficer KGB Putin działał w ich mieście na niwie, niemającej z kulturą nic wspólnego.

Jednak ważniejsze punkty programu pobytu premiera Putina w bliskich mu pod wieloma względami Niemczech dotyczyły nie wymiany kulturalnej, a wymiany gazowej. Wydaje się, że szef rosyjskiego rządu wybrał się do Niemiec, by wycisnąć z zaniepokojonych rosyjsko-ukraińskim konfliktem Niemców deklaracje o zwiększeniu szans budowy gazociągów, omijających Ukrainę i Białoruś. Chodziło przede wszystkim o Nord Stream. Na wspólnej konferencji prasowej Putin-Merkel po rozmowach pani kanclerz poświęciła bałtyckiej rurze tylko jedno zdanie: „Dla nas nic się nie zmieniło. Chcemy nadal konsekwentnie realizować ten projekt”. A więc ciągle nie wiemy, czy gazociąg ma po kryzysie gazowym więcej szans na powstanie. Oschły komunikat Angeli Merkel w tej sprawie, jak się zdaje, nie spełnił oczekiwań rosyjskiego gościa, który był na dodatek zawiedziony tym, że najważniejszy europejski partner nie wygłosił słów jednoznacznego poparcia dla Rosji w jej sporze z Ukrainą.

Rozmowy premiera Putina w Niemczech miały dotyczyć także pośredniego rozwiązania w sporze gazowym z Kijowem – powołania z europejskimi firmami energetycznymi enigmatycznego konsorcjum, które miałoby kupować tak zwany gaz technologiczny i tym samym umożliwić uruchomienie przesyłu rosyjskiego gazu do Europy przez terytorium Ukrainy. Jak czytamy w korespondencji Andrieja Kolesnikowa w gazecie „Kommiersant”: „Spotkanie premiera Putina i szefów Eni, E.On Ruhrgas i Gaz de France odbywało się w berlińskim hotelu Ritz Carlton na tym samym piętrze, na którym w tym samym momencie odbywała się konferencja implantologów protez zębowych. W oczekiwaniu na Putina, który zwiedzał wystawę rolniczą, kierownictwo firm gazowych mogło zapoznać się dokładnie z najnowszymi osiągnięciami protetyków […] Putin przybył na spotkanie w znakomitym nastroju”. Dziennikarzy wyproszono z sali, więc nie wiadomo, jak potoczyły się rozmowy, po których premier Putin nie był już jednak w tak dobrym nastroju. „Pod wieczór stało się jasne: idea utworzenia nowego konsorcjum gazowego, która w ciągu dnia wydawała się pewna i nieodwracalna, umarła przy omawianiu szczegółów komercyjnych, jako że business is business” – podsumowuje Kolesnikow.

Zresztą po powrocie do Moskwy pomysł przedziwnego konsorcjum ds. zakupów technologicznego gazu dla potrzeb tranzytu przez Ukrainę okazał się i tak nieaktualny. 17 stycznia w nocy po dziesięciogodzinnych rozmowach premierzy Ukrainy i Rosji oznajmili, że osiągnięte zostało porozumienie w sprawie cen na gaz i tranzyt i że niebawem nastąpi wznowienie dostaw dla Ukrainy i Europy. Na razie nie znamy szczegółów tego porozumienia. Może kiedy zostaną podpisane i opublikowane (przynajmniej w części) odpowiednie dokumenty regulujące najważniejsze kwestie handlu gazem, będzie można zrozumieć, po co zainteresowani jedli tę żabę i po co nakarmili nią jeszcze wszystkich naokoło. Czy można już optymistycznie założyć, że wojna się skończyła czy tylko zostało zawarte prowizoryczne zawieszenie ognia? Obawiam się, że strony mają jeszcze przed sobą wiele trudnych kwestii do rozstrzygnięcia i niewiele wskazuje na to, że wszystko pójdzie jak po maśle.

Jedzenie gazowej żaby i przegryzanie jej gazrurką może się na dłuższą metę okazać niszczące dla uzębienia zainteresowanych, może wtedy opisane przez dziennikarza „Kommiersanta” zdobycze światowej protetyki będą jak znalazł.

Ciągle pod gazem

Napięcie rośnie, ciśnienie spada. Europa nie dostaje rosyjskiego gazu. Od początku roku dzień w dzień odbywa się nowy spektakl w „Teatrzyku Gazowa Gęś” – przez ostatnie trzy dni strona rosyjska prezentowała obserwatorom i zgromadzonej przy telewizorach publiczności inscenizowane w siedzibie Gazpromu z udziałem najwyższych władz partyjnych i państwowych pokazy, jak pełna dobrej woli Rosja wznawia przesyłanie gazu, a wiarołomni Ukraińcy nie chcą go do Europy tranzytem przepuścić. Z kolei równie pełna dobrej woli Ukraina wysyłała do zainteresowanych listy z wyjaśnieniem, że Rosja odkręciła nie te kurki, co trzeba, tzn. puściła gaz tymi rurami, którymi paliwo do europejskich odbiorców dopłynąć nie może, za to spowoduje zakłócenia w zaopatrzeniu odbiorców ukraińskich. Premier Putin parował, że wrzuci te wszystkie listy do pieca, bo papiery bez podpisu Moskwy w ogóle nie mają mocy. Publiczność zdaje się już gaz jednym uchem wpuszczać, a drugim wypuszczać, w detalach pogubili się wszyscy.

Konflikt przybiera kształt powieści szkatułkowej – nikt już kolejnego dnia, przy kolejnym wyciągniętym wątku i kolejnych piętrzących się przeszkodach nie pamięta, co działo się na poprzednim etapie, od czego się zaczęło, kto zaczął i do czego to wszystko zmierza. Jedno widać: do końca nadal jest daleko. Wydaje się, że strony nie zamierzają uelastycznić stanowisk, Moskwa i Kijów poszły „stienka na stienku” i nie przewidują na razie żadnych kompromisów.

Premier Putin w wywiadzie dla niemieckiej telewizji ARD w przeddzień wyjazdu do Niemiec wyjawił, jakich konsekwencji spodziewa się po tej gazowej wojnie: przyspieszenia prac dla Nord Streamem. Nikogo tym wyznaniem nie zaskoczył, o tym, że Nord Stream jest jego politycznym projektem i oczkiem w głowie, wiadomo od dnia, w którym o planach budowy gazociągu po dnie Bałtyku ogłoszono publicznie. Od początku tegorocznego gazowego konfliktu wiadomo też, że Moskwa próbuje wykorzystać zaistniałą na Ukrainie sytuację jako argument na rzecz przyspieszenia budowy bałtyckiego gazociągu, która ślimaczy się, a właściwie jeszcze nie ruszyła. Kwestia, czy argument zostanie uznany przez niemieckich partnerów, pozostaje otwarta. Zresztą niemieccy partnerzy mogą nawet uznać ten argument, ale nadal pozostanie do rozstrzygnięcia sprawa pieniędzy (to od początku było powodem gry w gorącego kartofla pomiędzy Rosją i Niemcami, bo Niemcy wcale nie zamierzali ponosić zbyt wielu kosztów budowy rury, Gazprom pieniędzy na nowe inwestycje nie ma, a teraz w ogóle jest kryzys), no i last, but not least przekonanie do wyrażenia zgody ekologicznie uwrażliwionych Skandynawów. Tak czy inaczej: cel został postawiony. Czy uda się go osiągnąć?

Drugą sprawą, którą premier Putin zamierza zająć się w Berlinie, będzie pomysł utworzenia międzynarodowego konsorcjum ds. zarządzania systemem ukraińskich gazociągów. To stary pomysł, który był maglowany jeszcze z drugom Gerhardem Schroederem i poprzednim prezydentem Ukrainy Leonidem Kuczmą. Teraz wraca jako panaceum na tranzytowe bolączki. Od początku ostrej fazy konfliktu gazowego (a i dużo wcześniej przy każdej nadarzającej się okazji) przedstawiciele najwyższych władz Rosji wypowiadają się w sposób lekceważący, wręcz obraźliwy o władzach Ukrainy, próbując zdyskredytować nie tylko konkretnych polityków, ale i całą Ukrainę jako niepoważnego partnera. Przy okazji swojemu społeczeństwu pokazują, jak opłakane skutki przynosi kolorowa rewolucja – oto Ukraina na skutek działań nieodpowiedzialnych przywódców znajduje się w zapaści, a owi pomarańczowi przywódcy dbają tylko o swoje interesy. Według Moskwy, międzynarodowy zarząd nad ukraińskimi rurami ograniczyłby wpływ niewiarygodnych, zdaniem Kremla, władz Ukrainy na sprawę przesyłu rosyjskiego gazu. Ukraińscy eksperci przypominają w tym kontekście, że ukraińskie ustawodawstwo nie przewiduje prywatyzacji i dzierżawy ukraińskich rurociągów. Dzisiaj w rosyjskich mediach wałkowana jest kolejna nowość: w podpisanej pod koniec ubiegłego roku Karcie strategicznego partnerstwa pomiędzy USA i Ukrainą zapisano, że Stany będą pomagać Ukrainie w remontowaniu rurociągów. W Rosji podniosła się natychmiast fala komentarzy, nie brakowało głosów oburzenia, że Jankesi pakują się na „kanoniczne” terytorium Rosji i o to w ogóle toczy się cała gra.

Jednym słowem – „kurek show” rozkręca się na całego. Obie strony grają ostro.

*

Na koniec lżejsze podejście do poważnego sporu: w rosyjskim Internecie kursują w najlepsze dowcipy o gazowej wojnie.

– „Gaz dla Ukrainy powinien kosztować drożej niż dla Europy. Bo Ukraina otrzymuje gaz wcześniej niż Europa, a więc jest on świeższy”.

– „Łukaszenka siedzą z Putinem i opiekają Juszczenkę. Putin kręci rożnem jak oszalały. Łukaszenka zwraca mu uwagę: – Jak będziesz tak szybko kręcił, to on się nie upiecze. Putin nie przestaje: – Jak kręcę wolniej, to on podkrada węgle z paleniska”.