Wahadełko, czyli emigracja wewnętrzna po rosyjsku

Ostatni sondaż centrum badań socjologicznych Lewady przynosi ciekawe wyniki: 85% Rosjan nie widzi żadnej możliwości, aby wpływać na podejmowanie decyzji przez władze państwa, 77% nie czuje się gotowe do udziału w polityce, 62% zadeklarowało, że liczy wyłącznie na siebie i stara się unikać wszelkich kontaktów ze strukturami władzy. Tylko 3% oświadczyło, że zawsze stara się zrealizować postawione cele poprzez kontakt z władzami. Pod pojęciem „władze” w pytaniach ankiety rozumiano i władze centralne, i władze regionalne. Jednocześnie prawie 20% Rosjan zadeklarowało gotowość osobistego udziału w ewentualnych zmianach w sytuacji kraju.

Ogromna większość społeczeństwa nie chce mieć nic wspólnego z polityką, nie wierzy, że ma jakiekolwiek przełożenie na to, jak rządzą władze na różnych szczeblach. Przez uprzednią putinowską dekadę umowa społeczna polegała na tym, że władze odgrodziły się od społeczeństwa pod hasłem: „proszę się nie wtrącać, wy róbcie swoje, a my będziemy robić swoje, robimy pieniądze i żyjemy w zgodzie, choć z daleka”. Teraz przyszły inne czasy i władze zabiegają o poparcie społeczne, starają się zbliżyć do ludzi, przekonują, że wszystkie działania antykryzysowe nakierowane są na poprawę losu ludu pracującego miast i wsi, a także weteranów i emerytów. Dialogu jednak nie ma. Nadawane przez programy informacyjne reportaże z działań przedstawicieli władz na rzecz społeczeństwa i z kontaktów ze społeczeństwem wyglądają na ogół, jak ilustracja starego radzieckiego dowcipu: „Jak żyjecie?” – zagaił żartem sekretarz. „Dobrze” – odpowiedzieli żartem kołchoźnicy.

Jak napisał w komentarzu w internetowej „Gazietie” Siemion Nowoprudski, „skoro 85% społeczeństwa nie widzi możliwości wpływania na podejmowanie decyzji politycznych, to oznacza, że ci ludzie nie będą protestować przeciwko jakiemukolwiek przywódcy kraju, ale także palcem nie kiwną w obronie istniejącego porządku. Jeszcze ważniejszy jest ranking odmowy kontaktów z państwem. Prawie dwie trzecie Rosjan osobiście nie chce mieć żadnych kontaktów z organami władzy. To wskaźniki emigracji wewnętrznej. Naród i władza w Rosji żyją jak gdyby w dwóch oddzielnych krajach, nie tylko w dwóch różnych światach. […] Jednakże najważniejszy rezultat tego badania to, moim zdaniem, świadectwo tego, że rosyjskie władze nie mogą liczyć na wsparcie społeczeństwa”.

Ale jest jeszcze interesujące 20% tych, którzy zadeklarowali gotowość przełamania impasu. W Rosji w ostatnich tygodniach widać zdecydowany wzrost potencjału protestów. Tego oczywiście nie pokazuje się w telewizji – tu nadal panuje spokój i zgoda społeczna pod każdym względem, pan prezydent spotyka się z młodymi naukowcami, pan premier uruchamia kolejną elektrownię, żadnych zadrażnień, wszystko idzie jak po maśle. Ale wystarczy zajrzeć do rosyjskiego Internetu i przejrzeć choćby pobieżnie kilka poświęconych życiu społecznemu i politycznemu stron, aby przekonać się, że w państwie duńskim coś pęka powoli. Niemal we wszystkich opozycyjnych i choćby niezależnych stronach internetowych wiszą banery „Putin musi odejść”. To hasło wypisują na transparentach uczestnicy coraz liczniejszych demonstracji w prowincjonalnych miastach Rosji. Protesty odbywają się już nie tylko w Kaliningradzie czy Kraju Nadmorskim, ale także w mniejszych i większych miastach w tych częściach kraju, które na ogół smacznie śpią i z niczym się nie wychylają. Większość ma charakter upominania się o sprawy bytowe, o niesprawiedliwe postępowanie miejscowych władz, o likwidowane zakłady pracy itd. Skutki kryzysu są odczuwalne coraz mocniej, mimo zaklęć góry. Grupa publicystów, polityków, artystów napisała list do premiera Putina z sugestią, że powinien odejść, pod listem może się teraz podpisać każdy użytkownik Internetu. Wzrost nastrojów antyputinowskich w Rosji, ich wyraz artystyczny w postaci haseł na demonstracjach czy listów w Internecie nie oznaczają, że Władimir Władimirowicz posłucha vox populi i w te pędy poda się do dymisji – w jego rękach nadal pozostają realne instrumenty władzy. Kremlinolodzy twierdzą, że premiera bardzo drażnią te hasła, ale oficjalnie – nic się nie dzieje, Putin nie skomentował tego, wszak w oficjalnej przestrzeni medialnej, zapełnionej po brzegi imitacją życia, zwłaszcza politycznego, nie ma ciągle miejsca na szczerość. Na 20 marca wyznaczono „dzień gniewu” w Moskwie (protest przeciwko samowoli mera Jurija Łużkowa), tego dnia demonstracje w ramach obywatelskiego i społecznego protestu mają się odbyć także w Petersburgu, Irkucku, Nowosybirsku, Iżewsku, Astrachaniu i in.

Dwunaste krzesło

Wczorajsza wizyta Władimira Putina w Brześciu jest godna zauważenia nie ze względu na planowe posiedzenia i formalne rozmowy (te bez przełomów), ale ze względu na kontekst, otoczkę i oświadczenia rosyjskiego premiera.

Pikanterii wizycie premiera Putina dodało przede wszystkim to, że Alaksandr Łukaszenka nie zechciał się z nim spotkać. Według źródeł w administracji prezydenta Białorusi Łukaszenka specjalnie na ten czas wyznaczył datę swego wyjazdu do Wenezueli, aby uniknąć spotkania z Putinem; miał wyjechać we wtorek, tymczasem zdecydował, że poleci do Caracas już w poniedziałek. Bat’ka lubi podkreślać, że jego partnerem jest prezydent Miedwiediew, bo jest prezydentem, a premier jak premier, choćby i „naclider” – niech się spotyka z premierem. Więc partnerem brzeskich rozmów Putina był białoruski premier Sidorski. Podróż Władimira Władimirowicza do Brześcia była związana z posiedzeniem Rady Ministrów Państwa Związkowego. Wygląda na to, że panowie premierzy postanowili postawić grubą kreskę pod niedawnymi wojnami handlowymi. Miły gość nie omieszkał wprawdzie przy okazji wyliczyć z dokładnością do stu milionów dolarów tych słodyczy, których Białoruś doznaje ze strony Rosji: tani gaz, tania ropa faktycznie ratują niemrawą białoruską gospodarkę przed upadkiem. Dalszy ciąg wypowiedzi był jeszcze ciekawszy: „W Rosji oczekiwano, że Białoruś szybko, energicznie i efektywnie poprze nas w sprawie uznania niepodległości Abchazji i Osetii Południowej. Ale tak się nie dzieje. Widzimy to”. Po czym dodał z pewnym rozbawieniem, że Moskwa zawsze opowiadała się za „normalizacją stosunków Białorusi z zachodnimi sąsiadami, a USA. I jeśli to nastąpi choćby na tym gruncie, to jest to pozytywny rezultat. Chwała Bogu. Normalizacja stosunków Białorusi z zachodnimi sąsiadami jest tego warta […] Mamy kryzys, a kredyty MFW to ponad 3 mld dolarów”. Następnie premier błysnął erudycją i znajomością „12 krzeseł” Ilfa i Pietrowa, powołując się na bohatera znakomitej powieści Kisę Worobjaninowa, który twierdził, że istnieją problemy, wobec których „wszelki targ jest nie na miejscu”. „W pełni podzielam stanowisko Kisy, to ostatecznie taki właśnie problem, który leży w sferze suwerennych decyzji białoruskiego państwa i suwerennych decyzji legalnie wybranego prezydenta”.

Kilka pięter aluzji i wątpliwości. Z jednej strony kilka miliardów dolarów, które Białoruś zyskuje dzięki przychylności starszej siostry z Państwa Związkowego, z drugiej – kredyty MFW. Z jednej – smaczne pierniczki za uznanie niepodległości Osetii i Abchazji ze strony Rosji, i za to samo gorzkie migdały ze strony Zachodu albo na odwrót. Przechodząc na tak lubianą przez premiera Putina „fienię”, można podsumować: „A teraz, Kisa, sam decyduj, co jest ci droższe i co ci się bardziej opyla. Tyle że za bardzo nie kombinuj, bo i tak dwunaste krzesło ze słynnym garniturem brylantów stoi na Kremlu”.

I jeszcze jedno: Putin oznajmił, że sam nigdy nie poruszał kwestii uznania Abchazji i Osetii przez Mińsk, wskazując: „Nie wiem, o czym rozmawiali prezydenci Miedwiediew i Łukaszenka, trzeba by ich zapytać” (Łukaszenka kiedyś w porywie szczerości rzucił, że przyjeżdżają do niego „z Moskwy” i nakłaniają, żeby uznał Abchazję i Osetię).

Miliarderzy rosną w siłę

Szeregi rosyjskich miliarderów mimo kryzysu krzepną. Według ostatniego rankingu „Forbesa”, w porównaniu z poprzednim (bardzo słabym dla całej rosyjskiej gospodarki) rokiem liczba miliarderów w Rosji podwoiła się. Na tegoroczną listę wskoczyło aż 62 bogaczy z Rosji (na poprzedniej było ich 32).

Najbogatszym sklasyfikowanym przez Forbes Rosjaninem jest właściciel nowolipieckiego kombinatu metalurgicznego, Władimir Lisin (32. miejsce na liście) z majątkiem wycenianym na 15,8 mld dolarów. Z wykształcenia jest inżynierem, włada biegle językiem angielskim, zbiera przedrewolucyjne odlewane z brązu figurki (tzw. kaslinskoje litjo). Z myślą o trojgu swoich dzieciach sfinansował wydanie ekskluzywnego albumu, w którym zebrano charakterystyczne dla sowieckiego stylu obrazki, plakaty, rękodzieło, zabawki, przedmioty codziennego użytku. Album miał ocalić od zapomnienia sowieckiego ducha, który Lisin najwyraźniej darzy sentymentem.

„Sakiewka Kremla”, Roman Abramowicz, szczęśliwy posiadacz jednego z najdłuższych jachtów i najbardziej zawoalowanych powiązań z kolejnymi władcami Rosji, znalazł się na 50. miejscu (jedyne 11,2 mld dolarów). Ciekawa jest wysoka pozycja Olega Deripaski (57. miejsce z 10,7 mld dolarów) – w zeszłym roku, po kryzysie, który gwałtownie zjadł dużą część aktywów Deripaski, mówiono, że biedak sobie nie poradzi, za chwilę stanie się niewypłacalny i zejdzie ze sceny. A tu niespodzianka – jest i ma się nieźle. Może wyjaśnieniem dobrej kondycji biznesu Deripaski jest historia z Pikalowem, w którym premier Putin urządził publiczną chłostę potentata, kazał mu podpisać na oczach wszystkich zobowiązanie do ratowania miejscowej upadającej cementowni, potem go jeszcze upokorzył, nakazując oddać długopis, no, ale się opłacało – po tym przedstawieniu nastąpiły „wlewki” z państwowej kasy i miliarder jakoś znowu wiąże koniec z końcem.

536. miejsce zajmuje na liście miliarderów Giennadij Timczenko, właściciel firmy Gunvor, trader rosyjskiej ropy (1,9 mld dolarów). Tajemnicą poliszynela jest to, że znakomitą pozycję zawdzięcza nieformalnym powiązaniom z premierem. W wielu publikacjach na jego temat powtarza się teza, że jest wręcz przykrywką dla prywatnych biznesów samego Putina.

Zabrakło na tegorocznej liście figurującego na niej od wielu lat Borysa Bieriezowskiego, niegdyś wszechpotężnego magnata trzęsącego Rosją, dziś siedzącego na emigracji w Londynie, od czasu do czasu występującego z demaskatorskimi stwierdzeniami pod adresem „zbrodniczej kliki rządzącej Rosją” (ostatnio Bieriezowski wygrał przed londyńskim sądem sprawę przeciwko rosyjskiej telewizji, która – jak twierdzi Bieriezowski, bezpodstawnie – oskarżała oligarchę o współudział w zamordowaniu Aleksandra Litwinienki).

Zdaniem Steve’a Forbesa, prezesa Forbes Inc. i redaktora naczelnego pisma, „sinusoida rosyjskich krezusów zawsze związana jest z notowaniami cen na surowce, przede wszystkim ropę i metale. Spadek cen na surowce w 2008 roku spowodował wyparowanie z naszej listy aż pięćdziesięciu rosyjskich miliarderów. A teraz powrócili wraz ze wzrostem cen na surowce. W 2000 roku Rosja zmieniła kodeks podatkowy i przeprowadziła pewne reformy, jednak fala rosyjskich miliarderów napłynęła na naszą listę dopiero w 2003 roku, kiedy nastąpił znaczący wzrost cen na surowce”. Zdaniem Forbesa, państwo rosyjskie w znaczącym stopniu okazuje pomoc rodzimym biznesmenom. Dodajmy, wybiórczo.

Jeszcze jedną cechą charakterystyczną rosyjskiej wierchuszki bogaczy jest to, że znacznie chętniej inwestują oni za granicą (najchętniej na znienawidzonym Zachodzie) niż w kraju. Cóż, łaska pańska na pstrym koniu jeździ, lepiej się zabezpieczyć.

Broń nasza powszednia

Rosja plasuje się w pierwszej trójce – obok Stanów Zjednoczonych i Chin – światowych potentatów rynku broni. W ubiegłym roku zarobiła na sprzedaży za granicę broni i sprzętu wojskowego 8,6 mld dolarów.

Choć cała gospodarka rosyjska przeżywa od półtora roku ostry kryzys, zbrojeniówka ma się doskonale: portfel zamówień na produkcję zakładów zbrojeniowych, jak podaje tygodnik „The New Times”, opiewa na okrągłą sumkę 34 mld dolarów, czyli na kilka lat naprzód branża może się nie niepokoić o swój los.

Te dane odnoszą się do oficjalnego obrotu, a, jak twierdzą eksperci, pozostaje jeszcze w tej sferze długa smuga cienia. Kilka miesięcy temu świat pasjonował się pewnym statkiem o nazwie Arctic Sea, który wedle oficjalnych papierów wiózł drewno z Finlandii do Afryki, a na Bałtyku został rzekomo uprowadzony przez szpiegów w masce. Do prasy przeciekły domniemania, że statek wiózł rosyjskie rakiety do Iranu. Domniemań nie potwierdzono ani nie zdementowano. Atmosferę podgrzewały dziwne zabiegi wokół statku, wiadomości o udziale izraelskich tajnych służb w „przejęciu” ładunku, sekretna wizyta izraelskiego premiera w Moskwie, odcięcie od mediów wszystkich, którzy jakkolwiek brali udział w tej historii. Dziennikarz, który na konferencji prasowej powiedział o dziwnym rejsie Arctic Sea, wolał wyjechać z Rosji, kierując się względami bezpieczeństwa.

Od czasu do czasu światowe media przypominają o sprawie Rosjanina Wiktora Buta, zatrzymanego w Tajlandii w 2008 roku na podstawie listu gończego Interpolu. O jego ekstradycję zabiegają USA (chcą go sądzić m.in. za dostawy broni dla kolumbijskich rebeliantów; tajlandzki sąd odmówił ekstradycji, strona amerykańska przedstawiła nowe dowody). Wiktor But jest bardzo znaną postacią. Jego wyczyny w dziele obdarzania szerokiego spektrum wojującej części ludzkości wszelaką bronią, sposoby działania, brawurowe rajdy itd. stały się podstawą amerykańskiego filmu fabularnego „Pan życia i śmierci” (w rolę Buta wcielił się Nicolas Cage). Tytuły publikacji prasowych i książek na jego temat brzmią równie imponująco: „Uzbroił cały świat”, „Listonosz śmierci”, „Handlarz śmiercią”. W pierwszych latach po rozpadzie ZSRR zaopiekował się radziecką bronią, która pozostała bez kontroli. Broń trafiała m.in. do Sudanu, Afganistanu, Liberii, Sierra Leone. W rosyjskich mediach od momentu aresztowania Buta pojawiają się doniesienia o zakulisowych zabiegach rosyjskiej dyplomacji, aby „wyjąć” Buta z tajlandzkiego więzienia i spod obcej jurysdykcji, a pod koniec lutego br. oficjalny przedstawiciel rosyjskiego MSZ oznajmił, że Federacja Rosyjska będzie nadal podejmować wszelkie możliwe kroki na rzecz uwolnienia Buta. Ten były funkcjonariusz KGB i sprawny komiwojażer, wożący w walizce kontrakty na zakazany asortyment, na pewno dużo wie o tym segmencie czarnego rynku. W wielu publikacjach pojawiają się sugestie, że byli towarzysze z „Firmy”, również czerpiący zyski z nielegalnych operacji, byli dobrą „kryszą” Buta, który czuł się dzięki ich opiece bezkarny i bezpieczny.

W grudniu 2009 roku ekspert szwedzkiego instytutu SIPRI powiązał zatrzymanie w Bangkoku samolotu Ił-76, przewożącego 30 ton broni, z działalnością Wiktora Buta i Serba Tomislava Damjanovicia. But zareagował błyskawicznie: „nie mam z tym nic wspólnego”. O co chodziło z tym Iłem? Według szwedzkiego eksperta należał on do Damjanovicia, a przedtem firmy powiązanej z Butem i od dawna był używany do przewożenia broni według wypracowanego schematu. Samolot leciał z Phenianu do… no, właśnie, nie bardzo wiadomo – może do Pakistanu, a może na Sri Lankę, a może – jak sugerują komentatorzy – do Teheranu. Czy to jedyny samolot wożący nie objętą ewidencją broń do objętych embargiem krajów? Zapewne nie. Chociaż obecnie transportowanie takich „lewych” ładunków drogą powietrzną nie jest rozpowszechnione – 80 procent „szarych” i „czarnych” dostaw broni odbywa się bowiem drogą morską.

Rosyjska broń „zasila” wiele konfliktów na świecie. Broń z napisami cyrylicą walczy na Bliskim Wschodzie, w Afryce, w Ameryce Łacińskiej. Ta dostarczana legalnie, na podstawie oficjalnych kontraktów międzypaństwowych, i ta nielegalna.

Według danych rosyjskiego MSW, w 2009 roku intensywnie poszukiwano na terytorium Federacji Rosyjskiej 217 tysięcy jednostek broni, wśród nich 70 przenośnych kompleksów rakietowych i trzech tysięcy granatników. „A to tylko broń, której zaginięcie zostało zgłoszone” – pisze Anatolij Szatrow w „The New Times”.

Coraz rzadsze metale

Nowe to tylko dobrze zapomniane stare, jak uczy mądrość ludowa. O nie do końca wyjaśnionych poczynaniach zastępcy mera Petersburga ds. kontaktów z zagranicą na początku lat 90. swego czasu pisały gazety. Od 2000 roku nie piszą. Może dlatego że wicemer został wtedy prezydentem i w Rosji wkrótce zaczęła w mediach obowiązywać zasada: o prezydencie albo nic, albo dobrze.

Tymczasem teraz ni z tego ni z owego po stare gazety i dokumenty w swoim archiwum sięgnęła Marina Salje, była deputowana petersburskiej rady miejskiej. Przez dziesięć lat nie odzywała się, siedziała gdzieś na odludziu w pskowskiej guberni. Ostatnio zabierała głos przed wyborami prezydenckimi 2000 roku, kiedy mówiła to samo, co powtarza dziś. A mianowicie: w 1992 roku w ramach prac komisji specjalnej petersburskiej rady miejskiej Salje, analizując dokumenty merostwa „północnej stolicy”, doszła do wniosku, że na podstawie podpisanych przez wicemera Petersburga Władimira Putina i jego zastępcę Anikina dokumentów wywieziono za granicę metale ziem rzadkich i inne surowce na sumę ponad stu milionów dolarów. Były to kontrakty barterowe (według słów Mariny Salje, kontrakty zawierano za pośrednictwem podstawionych jednodniowych firm na podstawie licencji wystawianych przez Putina, choć Putin nie miał prawa do wydawania licencji). W zamian miasto miało otrzymać dostawy żywności. Nie otrzymało. Co się stało ze stoma milionami? Nie wiadomo. Raport komisji Mariny Salje trafił wtedy do prokuratury i zarządu kontroli administracji prezydenta. Ale śledztwo utknęło w martwym punkcie, a Putin nie dość że nie został zdjęty, co postulowała komisja, to jeszcze dostał „kopa w górę”.

Nic nowego, nieprawdaż? O dziwnych interesach Władimira Putina w czasach jego pracy w merostwie Petersburga gazety w latach dziewięćdziesiątych pisały otwartym tekstem. Później sprawa wypływała i znów zanurzała się po szyję. W ostatnich latach to był temat tabu.

Marina Salje stwierdziła, że przypomniała całą sprawę w związku z okrągłą, dziesiątą rocznicą śmierci mera Petersburga – Anatolija Sobczaka, mentora i patrona Putina. I Dmitrija Miedwiediewa poniekąd też (jako młody prawnik z ambicjami doradzał merostwu przy wielu transakcjach, nie tylko związanych z metalami ziem rzadkich). Z okazji tej rocznicy telewizja pokazała film o Sobczaku, w którym poczesne miejsce zajęły dwa wywiady: wdowy po Sobczaku, Ludmiły Narusowej (deputowanej, businesswoman) z Władimirem Putinem oraz córki, Ksieni Sobczak (wulgarnej lwicy salonowej, prowadzącej w telewizji różne programy rozrywkowe o wątpliwej zawartości etycznej, bohaterki skandali towarzyskich) z Miedwiediewem. A Salje stwierdziła, że nie może pozostawić tego ulukrowanego panegiryku bez niezbędnego komentarza. W wywiadzie dla Radia Swoboda zdementowała m.in. podawane przez interlokutorów żony i córki Sobczaka informacje o tym, że to Sobczak sprawił, że Leningrad zmienił nazwę na Petersburg. Salje podaje, że Sobczak był przeciwnikiem zmiany, a procedura ruszyła dopiero po referendum, w którym mieszkańcy miasta opowiedzieli się za przywróceniem starej nazwy.

Zdaniem Mariny Salje, Sobczak – który stroił się w szaty demokraty, ale demokratą nie był – wtedy osobiście osłonił Putina i jego umowy barterowe. Ta sprawa mocno ich ze sobą związała. Jak przypomina dawna petersburska działaczka, Putin zrewanżował się Sobczakowi, kiedy tego pod koniec lat 90. ścigała prokuratura i wywiózł nielegalnie za granicę (o tej akcji wspominał w swojej książce „Prezydencki maraton” również Borys Jelcyn).

Wywiad Mariny Salje został wyemitowany przez niszową rozgłośnię i dostrzeżony tylko przez wąskie grono odbiorców. Jego treść nie dostała się do mediów o większym zasięgu rażenia. Ale jednak zaistniał. Można zadać pytanie: dlaczego? Dlaczego akurat teraz? Ideowa romantyczka, demokratka pierwszego zaciągu Marina Salje nie uczestniczy na pewno w dzisiejszych grach politycznych. Trudno przyszywać jej wystąpieniu jakieś dodatkowe uszy – ona sama uzasadnia je koniecznością skomentowania banialuk, które na temat Sobczaka i jego pracy w Petersburgu wygadują w telewizji najważniejsze osoby w państwie.

A jednak pytanie, dlaczego zdecydowała się przypomnieć o posiadaniu przez siebie archiwum z kompromitującymi dokumentami podpisanymi przez Putina właśnie teraz po dziesięciu latach milczenia, zawisa w powietrzu.

Wrażliwe moskiewskie nosy próbują od jakiegoś czasu wyłowić z ogólnego smrodku nad Kremlem powiewy nowych trendów. I każdy najmniejszy powiew jest natychmiast przez kremlinologów rozwałkowywany i brany pod światło. Wystąpienie Salje z jej przypomnieniem znanej, acz zapomnianej historii zostało odczytane jako potwierdzenie spiskowych teorii o osłabieniu pozycji Putina w rządzącym tandemie. A nawet jako zakamuflowany, ale czytelny dla adresata atak Miedwiediewa na Putina.

Niepodobna potwierdzić ani zaprzeczyć tym tezom komentatorów. Nie wiemy, co w kremlowskiej trawie piszczy – gdy wszystko jest hermetycznie zamknięte i odcięte od świata zewnętrznego, powstają teorie spiskowe. I to być może jedna z nich.

Czy ciąg dalszy nastąpi, czy sprawa znowu przycichnie na dziesięć lat? W końcu władcy Rosji mają teraz ważniejsze sprawy na głowie – jak by kryzysu było mało, jeszcze dzisiaj ruszyła w międzynarodowym sądzie w Strasburgu rozprawa „Jukos przeciwko Rosji”. Ale to temat na następne opowiadanie.