29 marca w Moskwie doszło do dwóch zamachów terrorystycznych na stacjach metra, zginęło co najmniej 37 osób, kilkadziesiąt odniosło rany. Ze wstępnych komunikatów wynika, że w godzinach porannego szczytu komunikacyjnego bomby zdetonowały pochodzące z Kaukazu samobójczynie.
Zawsze w takich razach na początku jest szok i pytanie, jak mogło do tego dojść. Dlaczego zginęli niewinni ludzie? I niezgoda na to, żeby przez to, że istnieją jakieś polityczne czy ideologiczne zatargi, obywatele w drodze do pracy wylatywali w powietrze. Zaraz potem powstają pytania, jak, w wyniku jakich procesów mogło dojść do takiego zezwierzęcenia i jak sobie z tym poradzić, jak temu zaradzić, co przeciwstawić terroryzmowi. Pytania te na ogół zawisają w powietrzu.
Dziesięć lat temu Władimir Putin obejmował władzę na Kremlu pod hasłem ścigania terrorystów „nawet w kiblu”, obiecywał, że da społeczeństwu poczucie bezpieczeństwa. Tymczasem Rosja pod jego rządami nie poradziła sobie z plagą terroryzmu. Głowy hydry stale odrastają, z różnych stron, na różnych tułowiach. Operacje antyterrorystyczne na Kaukazie Północnym, przede wszystkim w Czeczenii, nie przyniosły uspokojenia sytuacji, uzdrowienia nabrzmiałych problemów regionu – przemocy, bezrobocia, korupcji, nepotyzmu. W północnokaukaskich republikach stale dochodzi do zamachów, to straszna tamtejsza codzienność. Teraz terroryści uderzyli w Moskwie, spektakularnie, w metrze, a więc w miejscu, przez które przewijają się codziennie miliony ludzi. I nie mogą się nie przewijać – to główny środek transportu w olbrzymiej metropolii. Przez jakiś czas pasażerowie na pewno będą zjeżdżać w głąb przepastnego metra z zimnym dreszczem przelatującym przez plecy.
Kto dopuścił się tego bestialstwa? I po co?
Jako najbardziej prawdopodobnych autorów zamachu wskazuje się kaukaskich radykałów – fundamentalistów islamskich. Przez kilka ostatnich tygodni w górach Kaukazu Północnego trwała operacja sił specjalnych, mająca na celu likwidację przywódców islamskich radykałów – w jej wyniku zginęło czterech najważniejszych liderów ruchu, m.in. ideolodzy islamskiego podziemia Said Buriatski i Anzor Astiemirow (o czym rosyjskie służby specjalne za pośrednictwem mediów donosiły z wielką pompą). Jest więc prawdopodobne, że to odwet za ich śmierć.
Wśród licznych spekulacji rosyjskich mediów dotyczących tła zamachu można spotkać i teorie spiskowe: że zamach mógł być inspirowany przez siły niechętne lansowanej przez Miedwiediewa idei modernizacji, że to wyraz podskórnej walki kremlowskich klanów, że za zamachem mogą stać ludzie, chcący uderzyć w Miedwiediewa, a wedle innej wersji – wysadzić z siodła Putina. Niepodobna te teorie zweryfikować. Niezależnie od tego, kto stoi za zamachem, to uderzenie w wizerunek Rosji i rządzącego tandemu Miedwiediew-Putin.
Prezydent Miedwiediew podczas zwołanej błyskawicznie narady z ministrami odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo zapowiedział, że walka z terroryzmem musi być kontynuowana, „bez najmniejszych wahań i do końca”. Premier Putin, który przebywa w Krasnojarsku, zapowiedział, że „organizatorzy zamachu zostaną zlikwidowani”.
Co to będzie oznaczać w praktyce? Kolejne przykręcenie śruby? Zwalczanie opozycji, która w coraz szerszym zakresie eksploatuje niezadowolenie społeczne i na demonstracjach protestu rozsiewa hasło „Rosja bez Putina”? Czy może to tragiczne wydarzenie zostanie przez kogoś – kogo? – wykorzystane politycznie do przetasowań na górze? Czy zamach zmieni układ sił w rządzącym tandemie? Czy struktury bezpieczeństwa pozostaną bezradne wobec terrorystów? A może nic się nie zmieni? Na razie można tylko postawić te pytania, odpowiedzi na nie dziś nie znamy.
