Genewo, żegnaj!

Jeden z najbogatszych ludzi Rosji, naftowy trader, współwłaściciel firmy Gunvor Giennadij Timczenko, od dwudziestu z górą lat mieszkający za granicą, ma zamieszkać na stałe w Rosji – wieść o tym obiegła rosyjskie media i wywołała liczne komentarze i uśmieszki. Według oficjalnie tłumaczących to zadziwiające posunięcie współpracowników Timczenki, biznesmen zamierza „rozwijać produkcję w kraju”, a to wymaga jego obecności na miejscu. „Forbes” sugeruje, że Timczenko ma zająć się w Rosji budownictwem, pod koniec 2011 roku zaczął skupywać firmy budowlane.
Znajomy Timczenki, anonimowy bankier, na którego powołuje się gazeta „Wiedomosti”, wyjawił dość osobliwy powód powrotu naftowego potentata – miał go mianowicie o to poprosić sam Władimir Putin. „Władimir Władimirowicz jest zainteresowany wzrostem rosyjskiej produkcji, dlaczego nie mieliby zaangażować środków jego majętni znajomi. Poza tym, jeżeli znajomi będą znajdować się tu, to Putin może lepiej kontrolować sytuację”. Sekretarz Putina stwierdził, że nic mu o tym nie wiadomo.
W swoim blogu były wicepremier, obecnie w ostrej kontrze wobec Kremla, Borys Niemcow (autor m.in. niedawnego raportu o luksusowych rezydencjach, autach i zegarkach prezydenta Putina) wyraża przypuszczenie, że pan Timczenko powrócił na ojczyzny łono, „ponieważ przeciwko niemu Departament Sprawiedliwości USA wszczął śledztwo, mające wyjaśnić manipulacje przy ustalaniu cen ropy”, jakich miałby się dopuszczać Timczenko (tę wersję prezentuje także gazeta „Wiedomosti” – według dociekliwych dziennikarzy przedstawiciel Gunvor odmówił komentarza w tej sprawie, a Departament Sprawiedliwości „nie potwierdził ani nie zaprzeczył”). Niemcow pilnie przygląda się poczynaniom pana Timczenki, szczególnie od momentu, kiedy przegrał z nim sprawę w sądzie. Timczenko wystąpił przeciwko Niemcowowi z pozwem o zniesławienie. Niemcow w raporcie „Putin. Korupcja” napisał, że przyjaciele Putina – m.in. Timczenko – stali się w czasie jego rządów krezusami właśnie dzięki znajomości z prezydentem. Timczenko to stwierdzenie podważył i wygrał. Odtąd dziennikarze piszący o Timczence zawsze podkreślają, że to „nie jest przyjaciel Putina”.
Niemcow przypomina zawrotną karierę biznesową Timczenki, który nie jest przyjacielem Putina: w 1999 r. wyemigrował on do Finlandii, jego skromna firma handlująca ropą na początku dla fińskiej służby podatkowej wykazuje dochód około 300 tys. euro. Firma Gunvor zaczyna się szybko i dynamicznie rozwijać na początku 2000. (Niemcow podkreśla, że zbiega się to z początkiem prezydentury Putina). Kolejne lata przynoszą kolejne krotności dochodów. W tegorocznych rankingach najbogatszych ludzi świata „Forbes” sytuuje pana Timczenkę z majątkiem 9,1 mld dolarów na 99. miejscu (w Rosji – na dwunastym). Giennadij Timczenko od 2003 r. mieszka na stałe w Genewie. Tam też płaci podatki. „Jak się domyślacie, [Timczenko] w Rosji nie płaci nic. Jego firma Gunvor zarejestrowana w Holandii, należy do cypryjskiego off shore’u. Gunvor też nie płaci podatków w Rosji, a płaci w Szwajcarii i Singapurze. Tymczasem będąc obywatelem Finlandii i płacąc podatki w Szwajcarii, [Timczenko] eksportuje ponad jedną trzecią rosyjskiej ropy” – twierdzi Niemcow. Dalej wywodzi: „Firma Novatek [w której Timczenko włada 23% akcji] omijając przepisy o monopolu na eksport gazu uzyskała ekskluzywne prawo sprzedaży gazu za granicę. Tylko nie pytajcie: a co wspólnego z tym ma Putin. Rząd Putina latem 2011 roku bez przetargu oddaje Timczence złoża gazowe na północy Jamału. Dzięki tej operacji kapitalizacja biznesu Timczenki wzrosła z 5 do 9 mld dolarów w roku 2011/2012”. Zdaniem Niemcowa powodem decyzji Timczenki o powrocie do Rosji – mogą być jego interesy, w których stosuje on ścigane na Zachodzie schematy prania brudnych pieniędzy. Może tak, może nie. Sam zainteresowany na razie nie wypowiadał się na ten temat. Może znowu zacznie ciągać Niemcowa po sądach za zniesławienie…
Kuluary wielkiego biznesu pełne są tych i innych domysłów. A z tego, co jawne, dowiedzieliśmy się na przykład, że 10 października odbyło się spotkanie Giennadija Timczenki z wszechwładnym naftowym bossem Wszechrusi Igorem Sieczinem. To ważne spotkanie. Gunvor od dawna jest partnerem biznesowym największej rosyjskiej firmy naftowej Rosnieft’ (Igor Sieczin). Ale ostatnimi czasy na gładkiej tafli współpracy pojawiły się rysy: Rosnieft’ zarejestrowała w Szwajcarii spółkę córkę Rosneft Trading (co Gunvor odczytał jako jawne wyzwanie), a latem Gunvor przegrał przetarg na handel ropą pochodzącą z rosyjskich kompanii wydobywczych (co z kolei odczytano jako świadectwo niełaski ze strony Sieczina wobec Timczenki i rzecz oznaczającą konflikt pomiędzy dwoma panami). Tak czy inaczej, wygląda na to, że już po burzy. Timczenko i Sieczin poinformowali, że obie firmy – Rosnieft’ i Gunvor – będą współpracować przy zagospodarowywaniu nowych złóż. W Rosji, oczywiście.

Mundial w Stalingradzie?

Zbliża się okrągła rocznica związana z historycznym zwycięstwem Armii Czerwonej pod Stalingradem – w lutym przyszłego roku minie 70 lat od zakończenia bitwy, która zmieniła bieg II wojny światowej. Prezydent Putin już podpisał dekret o przygotowaniach do obchodów siedemdziesięciolecia „rozgromienia przez wojska radzieckie niemiecko-faszystowskich wojsk w bitwie stalingradzkiej”. Obchody można zacząć w zasadzie już 19 listopada, jako że tego dnia w 1942 r. wojska niemieckie znalazły się w okrążeniu, którego nie zdołały przerwać i 2 lutego 1943 r. poddały się.
Po rosyjskich mediach koczuje sugestia, że dojrzewa idea przywrócenia nazwy Stalingrad miastu, które przez ostatnie pięćdziesiąt lat nazywało się – i nazywa nadal – Wołgograd. Miasto najpierw nazywało się Carycyn, w latach ZSRR przemianowano je na Stalingrad na fali wiernopoddańczych hołdów pod adresem umiłowanego przywódcy. A gdy przywódca zamknął oczy, wymyślono neutralną nazwę – miasto nad Wołgą, a więc Wołgograd. Niemniej jeżeli o tym mieście wspominano w podręcznikach historii, to wspominano je właśnie pod nazwą z okresu wojny, a więc Stalingrad.
Pisarz Nikołaj Starikow z Petersburga już kilka dni po prezydenckim dekrecie w liście otwartym do prezydenta wystąpił z prośbą, by przywrócić „miastu-bohaterowi nad Wołgą nazwę Stalingrad”. Starikow nie kryje swojej fascynacji patronem zwycięskiego miasta. Właśnie wydał książkę „Stalin. Wspominamy razem”. Organizacja o dziwnej nazwie „Związek Zawodowy Obywateli Rosji” zbiera na ulicach Petersburga podpisy pod petycją o zmianę nazwy. Podpis można złożyć również na specjalnej stronie internetowej „Za Stalingrad!” (obok ankiety, którą powinni wypełnić uczestnicy głosowania, zamieszczono wiersz autorstwa szesnastoletniego Józefa Dżugaszwili, wzruszenie, nie ma co, chwyta za gardło nawet najtwardszych czytelników).
Zdaniem Starikowa i jego współpracowników, nadanie historycznej nazwy Stalingradowi byłoby najwspanialszym podarunkiem dla narodu rosyjskiego. Ponadto pozwoli ono „przywrócić sprawiedliwość historyczną w odniesieniu do naszego narodu-wyzwoliciela”, „posłuży sprawie umocnienia pozycji Rosji na arenie zewnętrznej”, a także stanie się „sygnałem dla wszystkich, że my, współcześni, jesteśmy godni swoich przodków i nikomu nie pozwolimy pozbawić nas naszej, tak ciężko zdobytej, niepodległości”. Odpowiedzi prezydenta na list nie znamy – może jeszcze jej nie było, może jej w ogóle nie będzie.
Ale sprawa jest. Półtora roku temu Putin – jeszcze jako premier – był w Wołgogradzie, gdzie uczestniczył w zjeździe swojego Ogólnorosyjskiego Frontu Narodowego. Do dziś w mieście powtarzane jest z upodobaniem jedno zdanie z tego wystąpienia: „Jak mamy zwyciężać bez Stalingradu?”. Zdanie zostało wyrwane z kontekstu – Putin mówił wtedy o perspektywach uczestnictwa Wołgogradu w mistrzostwach świata w piłce nożnej, które mają odbyć się w Rosji w 2018 roku. Uroczystość przyznawania organizacji pretendującym miastom odbyła się 29 września i, faktycznie, Wołgograd znalazł się na liście rosyjskich miast, które przyjmą drużyny piłkarskie i kibiców za sześć lat. Jak w tym kontekście rozumieć słowa Władimira Putina, że bez Stalingradu nie da się wygrywać? Hm, może to znaczy, że sam prezydent by chciał, iżby powrócono do nazwy miasta, która znana jest na całym świecie w przeciwieństwie do nazwy Wołgograd, która tak opromieniona sławą nie jest.
Czy chodzi tylko o kojarzącą się ze zwycięstwem nazwę, która miałaby zagrzewać do boju piłkarzy i kibiców? Im zapewne jest wszystko jedno, jak nazywa się miasto, w którym odbywać się będą mecze. To bardzo ciekawy moment. Dwadzieścia lat temu w całej Rosji masowo przywracano historyczne nazwy miastom przemianowanym w okresie ZSRR na nazwy czczące wodzów rewolucji. Nazwy związane ze Stalinem zniknęły z map na ogół w drugiej połowie lat pięćdziesiątych czy na początku sześćdziesiątych na fali żegnania się z kultem jednostki (wtedy „była faza” na wytuszowanie Stalina ze świadomości). Czy teraz dojdzie do przywrócenia nazwy, której patronuje kat narodów? Władze ciągle nie mogą się zdecydować, jak się ze spuścizną Stalina ułożyć. Kilka lat temu napisałam, że dla Kremla Stalin jest jak walizka bez rączki – nieść ciężko i nieporęcznie, ale i wyrzucić szkoda. Przez okres prezydentury Miedwiediewa wznosząca się za drugiej kadencji Putina fala rehabilitacji Józefa Wissarionowicza uległa wyhamowaniu. Niemniej wypowiadane przez Miedwiediewa słowa potępienia zbrodni stalinowskich zaraz były równoważone przez inne gadające głowy wskazaniem osiągnięć okresu stalinowskiego, przypisywanych osobiście towarzyszowi Stalinowi w duchu dawnego hołdownictwa. Dzieci w szkołach uczy się z podręcznika, w którym Stalin nazywany jest „efektywnym menedżerem”. W wielu środowiskach dąży się do zrelatywizowania ogromu i znaczenia zbrodni okrutnego reżimu. A wspominany powyżej autor Nikołaj Starikow, który nie jest w swych zapędach odosobniony, towarzysza Stalina wielbi.
„Wpisanie w aktualną polityczną toponimiczną i mitologiczną przestrzeń nazwy Stalingrad miałoby być świadectwem transformacji koncepcji suwerennej demokracji w państwową doktrynę suwerennego patriotyzmu – sugeruje w dzienniku „Niezawisimaja Gazieta” Andriej Sierienko. – Nowy suwerenny patriotyzm zyska dzięki temu prostemu zabiegowi odcień globalizacji – wszakże Stalingrad jest międzynarodowym symbolem zwycięstwa nad faszyzmem, który na dodatek nie podlega dewaluacji w odróżnieniu na przykład od pomników żołnierzy radzieckich poza granicami Rosji”.
Zobaczymy, jak sprawy potoczą się dalej. W ostatnią niedzielę pod wnioskiem o zmianę nazwy Wołgogradu na Stalingrad w Petersburgu zebrano zaledwie dziewięćset podpisów.

Przymusowe lądowanie, przymusowe hamowanie

„Z przyczyn technicznych” zaplanowaną na 14-15 października wizytę prezydenta Władimira Putina w Turcji przeniesiono na listopad. A dobrze poinformowani komentatorzy zaraz dodali, że raczej na „święty nigdy”.
„Przyczyny techniczne” kolejnego przymrozku w stosunkach Rosji z zagranicą, tym razem z Turcją, to sytuacja w Syrii i wokół Syrii. Karty przy politycznym stoliku dodatkowo pomieszał nieprzyjemny incydent z cywilnym samolotem syryjskich linii lotniczych lecącym z Moskwy do Damaszku, który tureckie siły powietrzne zmusiły dwa dni temu do lądowania w Ankarze.
Samolot przestał na lotnisku osiem godzin, cywilni pasażerowie nie dostali w tym czasie nic do jedzenia ani nie mogli skontaktować się z rosyjskimi dyplomatami w Turcji i teraz mają o to uzasadnione pretensje. Premier Turcji Recep Tayyip Erdogan miał pretensje innego rodzaju: powiedział, że Rosja złamała zasady dotyczące funkcjonowania lotnictwa cywilnego, gdyż na pokładzie samolotu znajdował się sprzęt wojskowy, wyprodukowany w zakładach zbrojeniowych w Rosji: „I nie ma wątpliwości co do tego, dla kogo był ten ładunek – dla ministerstwa obrony Syrii”. Turecka prasa napisała, że w dziesięciu skrzyniach przewożonych samolotem były elementy radarów, moduły rakiet, sprzęt telekomunikacyjny.
Moskwa początkowo wyrażała zdumienie i oburzenie. Zaprzeczano, że ładunek znaleziony na pokładzie samolotu to sprzęt wojskowy, dementowano informacje, że to sprzęt rosyjski itd. Dzisiaj po naradzie z prezydentem Putinem i członkami Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow potwierdził, że na pokładzie Airbusa A320 znajdował się sprzęt dla radiolokacyjnych systemów obrony przeciwlotniczej. „Nie mamy tajemnic. Tam nie było broni, nie mogło jej tam być. Samolot przewoził legalny ładunek, który wysłano legalnie do legalnego odbiorcy. [Przewożony sprzęt] to aparatura podwójnego przeznaczenia, która nie jest zabroniona przez międzynarodowe konwencje. Przewożenie tego rodzaju ładunków cywilnymi samolotami jest absolutnie normalną praktyką”.
Dzisiejszy „Kommiersant” napisał, że na pokładzie samolotu było dwanaście (nawet dwanaście, nie dziesięć) skrzyń z technicznymi elementami dla stacji radiolokacyjnych wraz z dokumentacją. Teraz Federalna Służba Bezpieczeństwa szuka, gdzie nastąpił przeciek informacji na temat wrażliwej przesyłki do Syrii, czyli skąd Turcy wiedzieli, który z samolotów zmusić do lądowania. „Czy Turcja miała prawo, by zmusić samolot do lądowania na swoim terytorium? To sprawa niejasna – skomentował Fiodor Łukjanow w „Moskowskim Komsomolcu”. – Po pierwsze, [Turcy] nie mieli takiego prawa, bo to był samolot cywilny, który leciał zgodnie ze wszystkimi międzynarodowymi porozumieniami nad terytorium Turcji. Po drugie, Syria nie jest podmiotem żadnych sankcji międzynarodowych, zaaprobowanych przez Radę Bezpieczeństw NZ. Czyli nie ma bazy prawnej do powietrznej blokady Syrii. Turcja zapowiada, że dalej będzie tak postępować, ale to już sprawa polityczna. Natomiast jeżeli na pokładzie samolotu rzeczywiście znajdował się sprzęt, który był przeznaczony dla kompleksu obronnego Syrii, to już sprawa etyki – jak można wykorzystywać tego rodzaju samoloty rejsowe do przewożenia tak niebezpiecznych ładunków.[…] Był już taki przypadek, kiedy przewożono ładunek wojskowy z Rosji do Syrii drogą morską. Został zatrzymany w brytyjskich wodach terytorialnych i zawrócony”.
Tureckie władze zachowują się coraz bardziej nerwowo w związku z Syrią. Napięcie na granicy rośnie z każdym dniem. Na początku października doszło do ostrzału ze strony syryjskiej tureckiej wioski, zginęli cywile, Turcja nie pozostała dłużna i odpowiedziała ostrzałem.
Pozycja Rosji w sprawie Syrii, jej poparcie dla Baszara Asada, drażni Ankarę. „Interesy Rosji i Turcji krzyżują się w Syrii – napisał w komentarzu w „Politcom” Iwan Prieobrażenski. – I [premier Turcji] Erdogan, i Putin uważają za regionalnych liderów siebie, osobiście. Turecki lider uważa, że Syria to była turecka kolonia i znajduje się w strefie tureckich interesów, a nielojalny [wobec Ankary] reżim Asada powinien zostać wyeliminowany. Putin uważa, że Rosja jako spadkobierczyni ZSRR ma prawo do tego, by liczono się z jej interesami w Syrii. Mało tego – że ma prawo zachować strategicznych sojuszników w regionie, z których Asad jest już ostatni. Rosja gotowa jest bronić Asada, tym bardziej że i sam syryjski prezydent demonstruje gotowość i zdolność do utrzymania się u władzy”. Turcja wspiera opozycję antyprezydencką i coraz mocniej podkręca spór. Rosja opowiada się za władzą Asada i nieinterwencją z zewnątrz. A więc – przeciwstawne pozycje. Brak możliwości zbliżenia stanowisk.
Odwołanie wizyty (formalnie – jej odłożenie na później) to ważny sygnał w języku dyplomacji: „nie możemy teraz rozmawiać, bo nie podoba nam się to, co robicie, drodzy partnerzy, nasza wizyta mogłaby zostać odczytana jako wsparcie dla was i waszych poczynań, a my wam takiego wsparcia nie udzielamy i udzielić nie zamierzamy, wręcz przeciwnie”. Z drugiej strony otwarte pójście na udry z Turcją też nie jest Moskwie na rękę. Ankara pozostaje ważnym partnerem w wielu kluczowych kwestiach regionalnych, przez ostatnie lata stosunki Putin-Erdogan układały się przecież doskonale. Może będzie do czego wrócić w przyszłości.

Podejrzana jedenastka

Ci ludzie, tytułowa podejrzana jedenastka, nie mają nic wspólnego z futbolem. Amerykanie postawili w Nowym Jorku zarzut „niezgodnego z prawem eksportu” jedenastu Rosjanom. Dziś od oficjalnego przedstawiciela MSZ Rosji można było usłyszeć, że podejrzani nie mają nic wspólnego z działalnością wywiadowczą – to zwyczajny kryminał i tyle. Dyplomata po to jest dyplomatą, żeby używać okrągłych dyplomatycznych sformułowań. O co chodzi z tą kolejną rosyjską wpadką na amerykańskim gruncie?

Prokuratura Brooklynu podała do wiadomości, że dzielna jedenastka zajmowała się nielegalnym przekazywaniem nowoczesnych technologii Federacji Rosyjskiej, m.in. elementów mikroelektronicznych, chipów, mikroprocesorów, znajdujących się pod czułą opieką władz USA. Krótko mówiąc, z pominięciem wymaganych prawem procedur, Rosjanie szmuglowali na ojczyzny łono urządzenia podwójnego przeznaczenia. Takie, którymi władze USA nie zamierzają się dzielić z zagranicą. Takie, które mogą być wykorzystywane do celów cywilnych, i do celów wojskowych. Tymczasem główny podejrzany w sprawie, 46-letni obywatel USA i Rosji o swojsko brzmiącym nazwisku Alexander Fiszenko (lub Fiszczenko) – szef amerykańskiej firmy Arc Electronics działającej w Houston i zarejestrowanej w Moskwie Apex System – wraz z całym sztabem współpracowników bez wiedzy amerykańskich władz miał się dzielić amerykańskim wrażliwym sprzętem z centralą w Moskwie. Według FBI, przez kilka ostatnich lat Arc Electronics wysłała do Rosji aparaturę, części, sprzęt na łączną kwotę 50 mln dolarów. Jeżeli wina zostanie udowodniona, Fiszenko, któremu Amerykanie zarzucają m.in. to, że nie zarejestrował się w charakterze „oficjalnego agenta rządu Federacji Rosyjskiej”, może dostać wyrok nawet 55 lat więzienia. Amerykańskie media podają, że podejrzani starali się również pozyskać dane dotyczące arsenału jądrowego USA, amerykańskiej polityki wobec Iranu oraz informacje o amerykańskich kongresmanach i wysoko postawionych osobach w CIA. Jako kamuflaż służyły podane oficjalnie cele działalności firmy Arc Electronics: produkcja kutrów rybackich i ulicznej sygnalizacji świetlnej.

Historyk wywiadu Borys Wołodarski w ocenie wyczynów pana Fiszenki-Fiszczenki i spółki nie był tak dyplomatyczny jak oficjalny przedstawiciel MSZ: – Tu nie chodzi o szpiegostwo przemysłowe w czystej postaci – powiedział Wołodarski w wywiadzie dla Radia Swoboda. – Mamy do czynienia z operacją wywiadowczą. Pod szpiegostwem przemysłowym rozumiemy kradzież technicznych i przemysłowych sekretów, a w danym wypadku został zorganizowany przerzut z USA do Rosji tajnego sprzętu mikroelektronicznego, produkowanego do celów wojskowych. To najprawdopodobniej operacja wywiadu wojskowego GRU, wykonywały ją bowiem struktury afiliowane z wojskiem. Siatka pracowała od dawna, obserwowana była od 2008 roku. Ich działalność przyczyniła Stanom sporych strat.

Odmiennego zdania na temat charakteru działalności pana Fiszenki-Fiszczenki jest ekspert ds. służb specjalnych Andriej Sołdatow: „Ten biznes [nielegalnego eksportu wrażliwych towarów podwójnego przeznaczenia] zawsze był karany, ale nigdy nie był uważany za prawdziwe szpiegostwo. Jeśli porównać dwie afery – tę z 2010 roku, kiedy Amerykanie złapali i wysłali rosyjskich nielegałów, i tę obecną – to widać jedno: etatowi pracownicy wywiadu, uśpieni agenci [z Anną Chapman na czele] przez wiele lat nic nie wskórali, tymczasem przedsiębiorca z firmy Arc Electronics raczej nie pobierał uposażenia z kasy Służby Wywiadu Zagranicznego czy GRU, tymczasem przeprawił do Rosji całkiem sporo”. Czy „na etacie” czy „nie na etacie” struktura zorganizowana przez Fiszenkę przesyłała towar do resortu obrony i do Federalnej Służby Bezpieczeństwa. W aktach sprawy, jak twierdzi FBI, znalazł się list z Federalnej Służby Bezpieczeństwa, w którym odbiorca skarży się na kiepską jakość chipów i prosi o ich wymianę.

Wołodarski wyklucza, by Rosja była w stanie odpowiedzieć Amerykanom pięknym za nadobne i zatrzymać analogiczną liczbę szpiegów, polujących na rosyjskie rarytasy techniczne. „Pewnie wymienią ich na pseudoszpiegów, czyli najpewniej na rosyjskich uczonych” – przypuszcza ekspert. Jego zdaniem w wielu krajach świata – przede wszystkim Szwajcarii, Austrii i USA – działa wiele nielegalnych rosyjskich siatek, uprawiających nielegalny proceder: pranie brudnych pieniędzy, inwestowanie „wypranych” środków, polowanie na technologie, nielegalny przerzut do Rosji pozyskanych technologii. „Można mówić o swego rodzaju renesansie działalności szpiegowskiej w wykonaniu Rosjan” – twierdzi Wołodarski.

Przygruntowe przymrozki?

Wraz z powrotem Władimira Putina na Kreml w stosunkach Rosji z Zachodem zaczęło się robić coraz chłodniej. Nowy-stary prezydent demonstracyjnie nie wybrał się wiosną do Stanów Zjednoczonych na szczyt G8. Swoimi pierwszymi wizytami po zaprzysiężeniu zaznaczył, że droższe mu są Białoruś i Kazachstan, a zaraz potem Chiny. Żywiołowe protesty polityków i artystów z Zachodu wobec procesu członkiń zespołu Pussy Riot, który zakończył się wyrokiem skazującym, odbierane były przez oficjalną Moskwę z rozdrażnieniem. Podobnie jak wsparcie dla białego ruchu protestu. Duma przegłosowała ustawy uznające NGO przyjmujące zagraniczne granty za „agentów zagranicznych”. Ostatnio została wyrzucona z Rosji amerykańska agencja realizująca projekty rozwojowe USAID (rosyjski MSZ uzasadnił to posunięcie tym, że działalność agencji wykraczała poza deklarowane cele; jej wsparcie dla monitorowania wyborów uznano za instrument wpływu politycznego). Przyjaznych gestów jak na lekarstwo: „jesień idzie, nie ma na to rady”. A wraz z nią przygruntowe przymrozki.

Teraz nowy akord w antyzachodniej uwerturze. Rosyjska delegacja na Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy jeszcze przed wyjazdem na październikową sesję wysłała „znaczące sygnały”. Przewodniczący Dumy Siergiej Naryszkin oświadczył, że nie stanie na czele delegacji, jak było w planie i nie pojedzie do Strasburga, gdzie miał przedstawić jakieś tajemnicze „strategiczne propozycje” w fundamentalnej sprawie rozwoju europejskiego parlamentaryzmu. „W miarę zbliżania się terminu wyjazdu poczuliśmy, że moje strategiczne propozycje nie zostaną usłyszane przez szereg przedstawicieli Zgromadzenia Parlamentarnego i szereg liderów rusofobicznych delegacji”. Kim są owe delegacje rusofobów, pan Naryszkin nie uściślił. Z klasycznym manewrem wyprzedzającym wystąpił Aleksiej Puszkow, w przeszłości prokremlowski dziennikarz specjalizujący się w tematyce międzynarodowej, obecnie szef komisji spraw międzynarodowych Dumy. Zapowiedział, że jeżeli Rada Europy przeniesie monitorowanie Rosji na poziom komitetu ministrów Rady Ministrów Europy, to owo posunięcie znacznie skomplikuje stosunki Rosji z Rady Europy.

A Rada Europy pewnie przeniesie monitorowanie na wyższy szczebel, w każdym razie powinna. O co chodzi? Skąd te groźne pomruki niedźwiedzia? Otóż, Rada Europy wykazała zainteresowanie pospiesznie wprowadzanymi w Rosji ustawami, ograniczającymi swobody obywatelskie (nowela ustawy o zgromadzeniach publicznych, ustawa o działalności NGO, ustawa o wprowadzeniu odpowiedzialności karnej za oszczerstwo, planowana ustawa o wprowadzeniu odpowiedzialności karnej za obrażanie uczuć religijnych – trochę się tego ustawowego towaru nazbierało). Czyż takie przyglądanie się poczynaniom rosyjskich władz, pilnie manipulujących przy pokrętle dokręcającym śrubę, to nie przejaw zaawansowanej rusofobii?

Być może Naryszkin nie tyle obawiał się o to, że nie zostanie usłyszany, ale o to, co sam mógłby usłyszeć w Strasburgu – na październikowej sesji ma zostać przedstawiony raport o dopełnianiu przez Rosję zobowiązań wynikających z członkostwa w Radzie Europy, a po przedstawieniu raportu planowane jest przyjęcie rezolucji. W dokumencie Rady Europy znalazła się krytyki procesu Pussy Riot, wzmiankowane powyżej nowe ustawy oraz wezwanie do zaprzestania prześladowania obrońców praw człowieka.

W redakcyjnym komentarzu na temat demarche Naryszkina internetowa Gazeta.ru napisała: „Rosyjskie władze wyraźnie postawiły na przykręcenie śruby wewnątrz kraju i wykorzystanie Zachodu w charakterze głównego wroga w propagandowej retoryce. Zachód stracił złudzenia co do możliwości demokratyzacji rosyjskiego reżimu, które powstały podczas prezydentury Dmitrija Miedwiediewa. Stanom nie przyniósł politycznych dywidend kurs na reset, Barack Obama raczej nie będzie się upierał przy kontynuowaniu tego kursu, jeśli pozostanie w Białym Domu na drugą kadencję. Rosja politycznie odchodzi od Zachodu coraz dalej i dalej, Europa i USA nie mają żadnych sposobów, aby zawrócić Rosję z tej drogi”.

Tendencja odwracania się plecami do Zachodu, wchodzenia w przydeptane kamasze pochodzącej z czasów ZSRR antyzachodniej propagandy jest z jednej strony dla wielu osób z rosyjskiej wierchuszki powrotem do naturalnego stanu rzeczy, zgodnym z ich przekonaniami, przyzwyczajeniami, potrzebami. Ale z drugiej strony wiele osób z wierchuszki nie wyobraża sobie zamrożenia stosunków z Zachodem i opuszczenia nowej żelaznej kurtyny – bo co się wtedy stanie z tymi wszystkimi słodkimi pierniczkami zdeponowanymi tu i ówdzie na tym okropnym Zachodzie. Zabawa w przeciąganie liny może się okazać dla jej uczestników drogą przyjemnością. Ale o różnicach zdań w tej i innych sprawach w bliskim otoczeniu Putina – w następnych odcinkach.