Minister obrony Anatolij Eduardowicz Sierdiukow, cywil na czele wojskowego resortu, obudził się dzisiaj ministrem po raz ostatni. Rano gruchnęła po Moskwie wieść, że Sierdiukowa odwołano. Na jego miejsce prezydent Putin powołał swojego wiernego pretorianina do specjalnych poruczeń Siergieja Szojgu. Pan Szojgu był przez lata ministrem ds. sytuacji nadzwyczajnych, czyli ratownictwa wszelkiego (znakomity satyryk Michaił Żwaniecki pisał, że Rosja jest krajem stworzonym wprost do tego, żeby mieć takie ministerstwo – bez przerwy się coś pali, wali, tonie etc.), a w maju tego roku był rzucony na trudny odcinek: został gubernatorem obwodu moskiewskiego, gdzie trzeba było zaprowadzić porządek, zwłaszcza jeśli chodzi o kontrolę nad finansami.
A więc nastąpiła zmiana na jednym z kluczowych stanowisk w rządzie. Bloger ChurovCat napisał prześmiewczo w Twitterze: „Putin zdymisjonował Putina. Nowym Putinem został mianowany Putin, który zwolnił stanowisko Putina dla ministra obrony”.
Pretekstem do odwołania ministra Sierdiukowa były: korupcja, machinacje i nadużycia w finansach resortu, przez który przepływa gigantyczna forsa na obsługę armii. To oficjalnie. A nieoficjalnie mówi się o nazbyt bujnym temperamencie ministra (teraz już eksministra), któremu testosteron nie dawał spokoju. Anatolij Sierdiukow był zięciem Wiktora Zubkowa, niegdyś premiera, do niedawna wicepremiera, osoby wielce wpływowej, członka kooperatywy Oziero. Po Moskwie chodzą słuchy, że dymisja to osobisty odwet Zubkowa za córkę Julię, z którą Sierdiukow od dawna już pono nie mieszka. Kolejny romans Anatolija Eduardowicza z atrakcyjną bella bionda Jewgienią W., członkiem rady dyrektorów firmy Oboronserwis, był tajemnicą poliszynela. Skandal wybuchł, gdy w trzynastopokojowym mieszkaniu Jewgienii W. (znajdującym się w tym samym domu, co mieszkanie ministra) podczas rewizji oficerowie z Komitetu Śledczego znaleźli o szóstej rano… ministra. Wiadomość o tym, wraz z opisem i zdjęciami szykownej biżuterii pani W., znalazła się na stronie internetowej lifenews.ru, a stamtąd rozprzestrzeniła się jak pożar po całej sieci.
Wersja obyczajowa, niewybrednie smakowana przez tabloidy, to tylko jedna z wersji, nic więcej. Zapewne nie poznamy powodów, dla których poczciwego acz nieostrożnego ministra w trybie nagłym zdjęto z jednego z najważniejszych stanowisk w państwie. Może po prostu przegiął z „rospiłem babła” w powierzonym mu ministerstwie.
Anatolij Eduardowicz, firmujący reformy armii, był solą w oku wielu osobom. Gazety wiele pisały o jego konflikcie z Dmitrijem Rogozinem, człowiekiem odpowiedzialnym w rządzie za zbrojeniówkę. Ciągle wybuchały jakieś konflikty o zakupy broni dla wojska, padały zarzuty o brak finansowania na nowe typy uzbrojenia, lały się hektolitrami gorzkie słowa o demontażu prześwietnej i niezwyciężonej armii. Cywil Sierdiukow nie miał poważania w gronie mundurowych, którzy lepiej wiedzieli, jak zarządzać środkami przeznaczanymi hojnie na armię i w ogóle jak armią zawiadywać. Sierdiukow wziął na siebie i przeprowadził kilka ważnych zmian. Armia pod jego rządami odeszła od koncepcji masowej armii mobilizacyjnej z obowiązkową służbą wojskową dla wszystkich czy się do tego nadają czy nie nadają. Druga część reformy polegała na rozmontowaniu i komercjalizacji rozbudowanego jeszcze w czasach ZSRR wojskowego zaplecza. Firma Oboronserwis, która znalazła się teraz w centrum korupcyjnego skandalu (za który wyleciał Sierdiukow), zajmowała się zagospodarowywaniem mienia wojskowego. Komitet Śledczy zainteresował się sprzedażą po zaniżonych cenach nieruchomości należących do ministerstwa obrony. Straty państwa przy tych podejrzanych transakcjach oszacowano na 3 miliardy rubli.
Krytyczna wobec Kremla „Nowaja Gazieta” napisała, że roszada na stanowisku ministra obrony to świadectwo kryzysu systemu stworzonego przez Putina. Kooperatywa Oziero robi bokami. „Sezon skandali korupcyjnych [dotyczących ludzi z najbliższego otoczenia Putina] został otwarty. Problem polega też na deficycie kadr – Putin nie ma po kogo sięgnąć, by zastąpić odwoływanych za skandale. I jeszcze na tym, że Putin przestał wierzyć ludziom z najbliższego kręgu. Nominacja Szojgu, którego ściągnięto z ważnego odcinka, objętego ledwie kilka miesięcy temu, świadczy o histerii Putina. Trwają poszukiwania efektywnego menedżera”.
Jednym słowem, uczciwy „ratownik” Szojgu wygląda jak ostatni sprawiedliwy w skorumpowanej Sodomie putinowskiej korporacji, która rozpada się wzdłuż linii podziału interesów. Nominację Siergieja Szojgu – generała armii – w ministerstwie obrony przyjęto z zadowoleniem.
Ostatnie wpisy
Szlachetne zdrowie
Po słynnym przelocie na motolotni na czele stada śnieżnych żurawi prezydent Władimir Putin zaczął utykać. Po kolei odwołano kilka jego wizyt zagranicznych – do Turcji, do Indii, na szczyt państw WNP. Oficjalnie powody podawano różne, przeważnie mgliste. Putin nie pojechał na imprezę związaną z rozruchem gazowego złoża Bowanienkowskiego, choć to on właśnie miał uroczyście uruchamiać to arcyważne złoże. Prezydent spędza większość czasu w podmoskiewskiej rezydencji w Nowo-Ogariowie, nawet na Kreml jeździ rzadko.
Od wczoraj rosyjski Internet z animuszem dyskutuje nad stanem zdrowia prezydenta. Podczas lotu z żurawiami Władimirowi Władimirowiczowi miała się odnowić stara przypadłość w kręgosłupie.
Reuters, powołując się na własne dobrze poinformowane źródła na Kremlu, podał, że Putin może być nawet operowany w związku z problemami z kręgosłupem. „Nikt formalnie o tym nie informował, ale wszyscy doskonale wiedzą, że wizyty zagraniczne zostały odwołane z powodu choroby” – cytuje agencja jednego z rozmówców. Zawsze prostolinijny do granic rzecznik prezydenta Dmitrij Pieskow zdementował rewelacje agencji w zawadiackim stylu: odwołane wizyty? Owszem, ale za każdym razem były ważne po temu powody. Nie rusza się z Nowo-Ogariowa? Tak, ale to dlatego, żeby nie powodować korków w Moskwie [za każdym razem, gdy prezydent jedzie do pracy na Kremlu, na czas jego przejazdu blokowane są ulice]. Nie będzie tradycyjnej „bezpośredniej linii” ze społeczeństwem? To tylko dlatego, żeby łączącym się za pośrednictwem telewizji i zadającym spontaniczne pytania członkom społeczeństwa nie zmarzły uszy i nosy w oczekiwaniu na połączenie. A do Indii prezydent pojedzie w grudniu po południu, kiedy będą gotowe merytoryczne kwestie. Trzeba powiedzieć, że pan Pieskow ma wybitne talenty sowizdrzalskie.
Według gazety „Wiedomosti”, prezydentowi zaaplikowano obecnie serię zabiegów fizjoterapeutycznych, lekarze zalecili, by prezydent w tym czasie nie latał – ani samolotem, ani tym bardziej motolotnią.
Stan zdrowia rosyjskiego prezydenta przez ostatnie dwanaście lat nie był tematem numer jeden – prezydent Putin tryskał zdrowiem. Mało tego – prezentował się jako wybitnie sprawny, wysportowany i gotów na każde wyzwanie. Po okresie rządów sowieckiej gerontokracji – stetryczałego Breżniewa, podłączonego do sztucznej nerki Andropowa, gasnącego w oczach Czernienki, a potem ciężko chorego na serce i miłość do mocnych trunków Jelcyna krzepki Władimir Władimirowicz prezentował się sprężyście. I wszyscy o temacie zdrowotnym zapomnieli.
„W kraju, gdzie połowa mężczyzn nie dożywa do emerytury, a druga połowa marzy, żeby w wieku 60 lat wyglądać tak, jak wygląda Putin, w takim kraju taki człowiek – uprawiający wszystkie możliwe dyscypliny sportu, pracujący bez odpoczynku i od rana do nocy pełen werwy – nie mógł nie mieć poparcia. Dlatego nie spiskująca opozycja, nie zakusy Zachodu i nawet nie spadek cen ropy są głównym zagrożeniem dla rządów Władimira Putina. Głównym zagrożeniem jest zniszczenie wizerunku silnego i zdrowego człowieka” – napisał w blogu komentator Echa Moskwy Anton Oriech.
Może rzecznik prezydenta dobrze o tym wie i dlatego jak ognia unika potwierdzania pogłosek o niedyspozycji szefa. W czasach ZSRR zachodnia kremlinologia specjalizowała się w stawianiu na odległość diagnoz członkom radzieckich władz – Kreml zawsze milczał jak zaklęty, temat zdrowia przywódców był sferą tabu. Słowna ekwilibrystyka rzecznika Pieskowa każe się zastanowić, czy nie trzeba będzie powrócić do tych starych praktyk.
Problemy z kręgosłupem to fatalna rzecz, życzę prezydentowi Putinowi zdrowia. Aha, i jeszcze jedno: żurawie, które prezydent prowadził na motolotni na miejsce zimowania, nie zaadoptowały się w nowym miejscu i trzeba je było z powrotem przywieźć do rezerwatu pod opiekę specjalistów.
Ostatni as hrabiego Barry Kenta
Białoruś rozpatruje możliwość zmiany swojej pozycji, jeśli chodzi o kwestię niepodległości Abchazji i Osetii Południowej – taki nieoczekiwany sygnał wysłał dziś minister spraw zagranicznych Białorusi Uładzimir Makiej po rozmowach z rosyjskim kolegą w Mińsku. Czego Białoruś spodziewa się w zamian?
Białoruska gospodarka od dawna robi bokami. Kontredanse prezydenta Łukaszenki polegają na wiecznym targowaniu się z Moskwą o przywileje i ulgi, które pozwalają jako tako utrzymać się „na pławu”. Przez całe lata Bat’ka skutecznie opierał się naciskom i nie oddawał w rosyjskie ręce najważniejszych przedsiębiorstw – rafinerii i zakładów chemicznych. Wcześniej jeszcze też długo i męczliwie grał o zarządzanie rurociągami biegnącymi przez terytorium Białorusi, przez które na Zachód płynie rosyjska ropa i gaz. Łukaszenka w wielu z tych kwestii własnościowych musiał w końcu Rosji ustąpić, gdy widmo bankructwa zaglądało mu w oczy, ale jedną kartę trzymał cały czas w rękawie – kwestię uznania niepodległości Abchazji i Osetii Południowej, na czym szczególnie zależało Moskwie.
Moskwie zależało, Moskwa niejednokrotnie wydawała z siebie niezadowolone pomruki, ale Bat’ka się nie ugiął. To, że Białoruś nie uznała niepodległości tych oderwanych w 2008 roku w sierpniowej wojnie gruzińskich prowincji, było poniekąd rysą na wizerunku Rosji. Ha, skoro tej awantury nie chce przypieczętować nawet najbliższy partner Kremla, to co dopiero mówić o innych. Akty uznania Abchazji i Osetii przez Nauru czy Vanuatu nie miały ciężaru gatunkowego i częściej stanowiły pożywkę dla kpin niż poważnych analiz.
Czy wypuszczane z białoruskiego MSZ sygnały to tylko kolejne baloniki próbne w nieodmiennej grze Łukaszenki w kotka i myszkę? Czy jednak dojdzie w tej sprawie do przełomu? Takiego asa można zagrać tylko raz i tylko raz uzyskać za to profity. Tymczasem Białorusi potrzebne jest długodystansowe wsparcie ze strony Moskwy.
Eksperci od gospodarki mówią, że ekonomika Białorusi pogrąża się w stagnacji, jest nieefektywna, nie wypracuje więc więcej niż dotąd, raczej mniej. Tymczasem zobowiązania rosną, przy niskich dochodach z eksportu trudno się będzie z nich wywiązać. A na przyszły rok przypadają terminy spłaty 3-miliardowego kredytu. Na dodatek Rosja zażądała od Mińska wypłaty 1,5 mld dolarów zaległych ceł za wwóz do Rosji „rozpuszczalników” (Rosja w końcu przestała przymykać oczy na stosowany przez Białoruś proceder omijania barier celnych dotyczących handlu materiałami ropopochodnymi, które przez granice przejeżdżały jako rozcieńczalniki i rozpuszczalniki).
Podczas mińskich rozmów ministra spraw zagranicznych Rosji stanęła jeszcze jedna kwestia: wzmocnienia systemu rosyjskiej obrony przeciwrakietowej na kierunku zachodnim. Strona białoruska ma wziąć w tym udział. Jeśli chodzi o współpracę wojskową Moskwa-Mińsk, to tutaj żadnych sporów i konfliktów nie ma. Współpraca rozwija się znakomicie.
Przywracanie pamięci
Przez cały dzień przy Kamieniu Sołowieckim na moskiewskim Placu Łubiańskim wyczytywano w porządku alfabetycznym imiona i nazwiska ofiar represji stalinowskich. Memoriał przeprowadził akcję „Przywracanie imion” po raz szósty w przededniu Dnia Pamięci Ofiar Represji Politycznych mrocznych czasów. W tym roku przypada 75 rocznica „Wielkiego Terroru” 1937 roku. W samej Moskwie, między innymi w piwnicach słynnej Łubianki, która znajduje się po drugiej stronie Placu Łubiańskiego, rozstrzelano wtedy ponad 30 tysięcy ludzi. Łącznie w całej Rosji w latach 1937-1938 stracono 680 tysięcy ludzi. Dziś odczytano trzy tysiące nazwisk. Przy Kamieniu zapalono setki zniczy, złożono kwiaty.
Ludzi przyszło sporo (według uczestników, znacznie więcej niż zwykle). Czytający listę nazwisk po kolei podchodzili do mikrofonu. Na swoją kolej trzeba było czekać ponad dwie godziny. Memoriał prowadzi w tym roku dodatkowo akcję zbierania listów więźniów GUŁagu, więc oprócz nazwisk odczytywano jeszcze wybrane listy. Przy nazwisku ofiary wyczytywano także jej zawód. Pisarka Linor Goralik stwierdziła, że to zestawienie robi kolosalne wrażenie: „Można sobie wyobrazić, jak „szyto” sprawy wysokim dowódcom wojskowym czy funkcjonariuszom partii, ale kiedy słyszy się obok nazwiska ofiary „kwiaciarka z Parku Kultury” albo „operator karuzeli” czy „pracownik bufetu wiejskiego artelu inwalidów”, to czy można sobie wyobrazić, na czym polegać miała ich wina”.
Bezpośrednią transmisję z „Przywracania imion” można było oglądać w Internecie na stronie Memoriału. Jeden z organizatorów akcji Oleg Orłow powiedział: „podobne akcje mają szczególne znaczenie właśnie teraz. Dziś wspominamy ofiary represji epoki Stalina, a jutro, 30 października zbierzemy się na skwerze Nowopuszkińskim, aby wziąć udział w mityngu przeciwko represjom politycznym we współczesnej Rosji. Te dwie akcje są ściśle ze sobą związane”.
I przytoczę jeszcze dwa znamienne głosy internautów pod nielicznymi materiałami informacyjnymi na temat tej akcji. Głos pierwszy: „dlaczego mówi się tylko o Wielkim Terrorze i o Stalinie? Dlaczego właśnie jego [poczynania] tak się podkreśla? Dlaczego nie mówi się o wszystkich ofiarach bolszewizmu, poczynając od 1917 roku? O duchownych, szlachcie, oficerach, kupcach? Dlaczego ani Lenin, ani Trocki, ani Swierdłow, ani inni czekiści, którzy przed Stalinem sięgnęli po terror i stworzyli całą zbrodniczą machinę terroru, dlaczego oni nie są wspominani? Można odnieść wrażenie, że na przywracanie pamięci zasłużyli tylko ci, którzy początkowo nieźle urządzili się w sowieckiej rzeczywistości, w tym również kosztem zastępów represjonowanych przed falą Wielkiego Terroru i którzy w rezultacie trafili w żarna tej strasznej machiny terroru, stworzonej być może z ich udziałem. To oczywiście nie odnosi się do wszystkich ofiar Wielkiego Terroru, szczególnie do zwykłych ludzi czy duchownych [wiele ofiar fali terroru w 1937 r. to partyjni funkcjonariusze wysokich szczebli, wojskowi, czekiści – Stalin rozpętał terror m.in. w celu pozbycia się konkurencji z szeregów partii]. Jednakże ci, którzy sami przyczynili się do [zwycięstwa] rewolucji, a nawet otrzymali potem z tego tytułu profity, a dopiero potem byli represjonowani, to nie są niewinne ofiary, weźmy choćby czekistów albo dowódcę karnej ekspedycji na zbuntowanych tambowskich chłopów, Tuchaczewskiego, albo bolszewickich aparatczyków. Odczytywanie wszystkich jednym tchem nie jest sprawiedliwe”.
I drugi głos: „Czytanie nazwisk ofiar pod bokiem śmiejącej się z tego po cichu Łubianki to profanacja. Teraz w ramach walki z totalitaryzmem należałoby odczytywać nazwiska oprawców i ich spadkobierców, a nie ich ofiar. A propos, wśród ofiar 1937 roku (i później) było wielu takich, którzy mieli ręce po łokcie we krwi. […] Obywatele, zajmijcie się konkretnymi sprawami, bo za waszym rytualnym czytaniem chowają się wczorajsi i dzisiejsi oprawcy i sadyści. To o nich trzeba mówić całemu światu!”.
Dwa kluby i jeden zarząd
23 października 2012. Elita polityczna i społeczeństwo muszą zdecydować, jakie ma być państwo, które chcą budować. Bez tego niemożliwe będzie opracowanie scenariuszy rozwoju kraju – tak w przeddzień obrad międzynarodowego klubu ekspertów Wałdaj mówił jeden z jego założycieli, członek Rady ds. Polityki Zagranicznej i Obronnej Siergiej Karaganow. Klub wałdajski od lat spotyka się z przedstawicielami najwyższych władz partyjnych i państwowych, by pospołu wskazywać drogę ku świetlanej przyszłości. W duchu oświeconego miękkiego autorytaryzmu, nazywanego przez nich samych liberalizmem.
Karaganow w wywiadzie dla „Kommiersanta” mówił ciekawe rzeczy podające w wątpliwość to, czy nawet w tym liberalnie nastrojonym gronie uda się wypracować jakieś sensowne koncepcje, skoro elita polityczna podzieliła się – i to nie tylko pod względem ideowym (podział na reformatorski obóz liberałów i zachowawczo-patriotyczny obóz konserwatystów), ale także wzdłuż linii podziałów regionalnych czy profesjonalnych. „Elita jest podzielona tak bardzo, że prawie osiągnęła poziom rozbicia z początków lat 90. XX wieku. Ludzie nie rozmawiają ze sobą, dlatego że albo nie myślą o przyszłości, albo chcą zostawić wszystko tak, jak jest”.
Eksperci z klubu wałdajskiego mimo wątpliwości, czy mają do kogo kierować rezultaty swoich prac, przygotowują cztery scenariusze rozwoju. Karaganow wskazuje, że „głównymi bohaterami” wszystkich scenariuszy są: ceny ropy naftowej oraz elita polityczna kraju. I trochę tę elitę straszy: jeżeli elita stwierdzi, że nie należy reformować gospodarki, to w momencie spadku cen ropy wydarzenia w Rosji będą się rozwijać według najgorszego scenariusza. Jeżeli ceny się nie zmienią, a elita zastygnie w bezczynności, to Rosja będzie „się zwijać”, a nie rozwijać. W razie wprowadzenia niezbędnych reform, sytuacja w Rosji będzie stabilna nawet, gdy ceny spadną. Jeżeli ceny się nie zmienią, a reformy zostaną wdrożone, to zdaniem Karaganowa, „Rosja ruszy z kopyta”.
Obserwując poczynania władz, trudno dostrzec zamiar dokonania szeroko zakrojonych reform, mających przynieść Rosji modernizację, otwarcie na świat i w efekcie – owo „ruszenie z kopyta”. Na scenie wewnętrznej trwa przykręcanie śruby oraz zabiegi „bloku gospodarczego” o dobrą pozycję przy dzieleniu smakowitego tortu, na scenie zewnętrznej widać symptomy odwracania się od Zachodu.
Jeden z głównych ekspertów z otoczenia Dmitrija Miedwiediewa, kiedy ten był prezydentem i głosił modernizacyjne hasła, Jewgienij Gontmacher napisał o rekonstrukcji „doktryny Putina”: „Prezydent dokonał wyboru strategii. Nie została ona zapisana na papierze – w przeciwieństwie do licznych koncepcji z lat 2000. (nie zrealizowanych), ale można ją wyczytać z tego, co się dzieje. Z dwóch wariantów: (1) integracja z Zachodem, co dawałoby choćby minimalne gwarancje podtrzymania wewnętrznej stabilności i (2) odwrócenie się do Zachodu plecami, przeorientowanie się w stosunkach gospodarczych na Chiny, a także aktywizacja procesów integracyjnych na obszarze postsowieckim, prezydent wybrał drugi wariant. […] Dla dokonania wyboru na scenie wewnętrznej na rzecz konserwatyzmu miało znaczenie to, że doszło do masowych protestów [wokół wyborów]. Okazało się, że społeczeństwo, otrzymawszy w poprzednich sytych latach obfitej renty naftowej wzrost poziomu życia, zamiast pokornej wdzięczności wobec przywódcy zażądało od niego uczciwych wyborów i szacunku dla siebie. […] Putin zamiast pójść na spotkanie tych 15-20% niezadowolonych aktywnych Rosjan, wolał oprzeć się na konserwatywnych, a wręcz fundamentalistycznych warstwach”. W przeciwieństwie do Karaganowa, który ma nadzieję, że władze zechcą skorzystać z owoców pracy twórczej klubu wałdajskiego i kiwnąć palcem w stronę liberalnych reform, Gontmacher zdaje się powoli szykować do wywieszenia napisu „Koniec złudzeń, panowie”.
Klub wałdajski nie jest jedynym klubem eksperckim, w którym wykuwane są scenariusze dla Rosji. We wrześniu powstał klub izborski zrzeszający ekspertów o poglądach konserwatywno-patriotycznych. Również oni zamierzają opracować swój raport analityczny i przekazać go władzom. Członek klubu izborskiego znany literat, publicysta i płomienny ideolog, redaktor gazety „Zawtra”, barwny Aleksandr Prochanow jak Wernyhora rwie malowniczo włos z głowy i wieszczy: „świat i Rosja znajdują się na krawędzi kolosalnych wstrząsów. Tymczasem Rosja nie jest przygotowana do wojny – nie mamy broni, nie mamy gospodarki, w społeczeństwie nie ma świadomości obronnej”. Zdaniem Prochanowa, jeśli Rosja nie zrezygnuje z liberalizmu, to liberalizm ostatecznie wykończy rosyjską gospodarkę. Rosji niezbędny jest zatem „projekt mobilizacyjny”, którego kołem zamachowym ma być kompleks zbrojeniowy – „muszą powstać nowe zakłady przemysłowe, broń nowego typu”, a społeczeństwo musi się zjednoczyć pod tymi zbawiennymi hasłami.
Eksperci obu nurtów mają się spotkać i dyskutować. Na razie bez otwartej eksperckiej dyskusji w ramach Administracji Prezydenta powołano na mocy dekretu Władimira Putina nową strukturę – zarząd ds. projektów społecznych. Jego zadaniem ma być „umocnienie wychowania patriotycznego i duchowo-moralnych podstaw społeczeństwa rosyjskiego”. Pod światłym przewodem zarządu obywatele będą teraz kochać ojczyznę nie urzędowo, a szczerze. Zarząd powstał z osobistej inicjatywy prezydenta, który według kremlowskich gadających głów, „od dawna jest zaniepokojony upadkiem norm społecznych”. Na wrześniowej naradzie poświęconej wychowaniu patriotycznemu podkreślał, jak ważna jest praca nad świadomością społeczeństwa, „wypaczenia narodowej świadomości historycznej i moralnej niejednokrotnie doprowadziły do katastrofy całe państwa”. W celach wychowawczych mają powstać odpowiednie filmy, książki, praca odbywać się będzie w szkołach, ponadto urzędnicy kremlowskiego zarządu będą rozmawiać z przedsiębiorcami, pracującymi w Rosji. Bo to teraz patriotycznie pracować w Rosji (jak pokazuje choćby opisywany przeze mnie kilka dni temu przykład Giennadija Timczenki).
Satyryk Wiktor Szenderowicz w zjadliwym komentarzu stwierdza jednoznacznie, że cały ten projekt jest kolejnym powodem do „raspiłu babła” dla tych, którzy dorwą się do dojnej krowy budżetu zarządu. Cytuje w tym kontekście niezrównanego XIX-wiecznego pisarza Michaiła Sałtykowa-Szczedrina, który od podszewki znał rosyjskie wstydliwe bolączki i z troską satyryka piętnował je w swoich przenikliwych książkach, zawierających przytomną i dogłębną analizę stanów społecznej świadomości: Zajęli się wychowaniem patriotycznym? Najwidoczniej się nakradli.
