Kobiety w Rosji są w liczebnej przewadze: jest ich 76,8 mln, czyli 53,8 procent. Zwykle z okazji fetowanego tulipanami i zakrapianymi biesiadami Międzynarodowego Dnia Kobiet media zaglądają do statystyk, na które zwykle nie zwraca się uwagi.
Portal Publicpost przygotował zestawienie: 35 mln kobiet w Rosji pracuje, 2 mln to urzędniczki w organach władzy różnych szczebli, 11 tys. służy w armii, 4300 ma stopień oficerski, 26 – generalski, 15 uhonorowano tytułem Bohatera Rosji; 57,2 tys. odbywa karę pozbawienia wolności, w tym 10,6 tys. – za zabójstwo. Wśród dwustu rosyjskich miliarderów umieszczonych na liście „Forbesa” jest tylko jedna kobieta – Jelena Baturina (86. miejsce, majątek 1,1 mld dolarów), na „liście Magnitskiego” figurują 22 kobiety. 20 procent Rosjanek chciałoby wyjść za mąż za Putina, 34 procent deklaruje, że denerwują je geje i lesbijki, 50 procent kobiet zawierających pierwszy związek małżeński jest w ciąży. 30 procent pali papierosy, kobiety stanowią 38 procent chronicznych alkoholików. Spośród dokonanych w 2011 roku 40-50 tysięcy gwałtów na policję zgłoszono zaledwie 8 procent. 41 procent przyznaje, że mąż przynajmniej raz je pobił, 26 procent regularnie jest bite. Rosjanki zużywają 408 ton szminek rocznie. Poczucie szczęścia w życiu deklaruje 16 proc. Dwa procent uważa, że 8 marca nie jest świętem.
Tygodnik „Ogoniok”, rozgłośnia radiowa Echo Moskwy, agencje RIA Nowosti i Interfax w okolicach 8 marca od kilku lat sporządzają ranking najbardziej wpływowych kobiet Rosji. Ranking powstaje na podstawie opinii 43 ekspertów – przedstawicieli świata polityki, biznesu i mediów.
Podobnie jak w zeszłym roku na szczycie znalazła się Walentina Matwijenko – przewodnicząca Rady Federacji, izby wyższej rosyjskiego parlamentu, wcześniej gubernator Petersburga, wicepremier, ambasador. Czy rzeczywiście jest wpływowa? Rada Federacji jest ciałem dekoracyjnym, nie ma wpływu na Realpolitik. Formalnie Matwijenko jest czwartą osobą w państwie. Na drugiej pozycji umieszczono nazwisko Olgi Gołodiec, wicepremier; wcześniej pracowała w moskiewskiej dumie miejskiej. Czy to wpływowa osoba? Trudno powiedzieć – zapewne znalazła się tak wysoko w rankingu, bo nie ma w rosyjskich władzach kobiet, zajmujących wyższe stanowiska. Na trzecim miejscu uplasowała się Natalia Timakowa, rzeczniczka premiera Miedwiediewa, dziennikarka, sprawnie wykonująca swoją pracę. Czy ma wpływ na premiera? Nic o tym nie świadczy. Warto odnotować wysoką pozycję Ałły Pugaczowej, która – choć zakończyła już oficjalnie karierę artystyczną – na pewno pozostaje bardzo znaną postacią, ciągle pokazuje się w telewizji, zabiera głos w sprawach show-biznesu, zaangażowała się też trochę w politykę – ukochała Michaiła Prochorowa. Zdaniem jurorów, w stosunku do zeszłorocznego notowania spadły akcje żon najważniejszych osób w państwie – Ludmiły Putinej (z trzynastego miejsca w zeszłym roku na 41. miejsce w tegorocznym rankingu) i Swietłany Miedwiediewej (ósme miejsce zamiast zeszłorocznego czwartego). Spadły też notowania generał Tatiany Anodinej (z 34. na 64.). Co ciekawe, na liście umieszczono nieobecną rok temu dziewczynę z Pussy Riot, Nadieżdę Tołokonnikową (znalazła się na 72. miejscu).
W Moskwie odbyło się dziś kilka akcji, związanych z Dniem Kobiet. Spokojnie nie było. Podczas akcji o równouprawnienie płci, zorganizowanej przez feministki i partię Jabłoko „Feminizm to wyzwolenie” zatrzymano szesnastu uczestników. Obok protestujących w obronie praw kobiet zebrała się też grupa przeciwników feminizmu. Doszło do szarpaniny. W Parku Kultury odbyła się pikieta matek i żon „więźniów 6 maja” [siedzących w więzieniach i aresztach w oczekiwaniu na procesy uczestników antyputinowskich demonstracji 6 maja 2012 roku]. Pod siedzibą służby więziennej na placu Kałuskim od rana trwają pojedyncze pikiety w obronie członkiń Pussy Riot osadzonych w koloniach karnych; zatrzymano kilka osób.
Demonstracje i pikiety to nowy element świątecznego pejzażu Moskwy w dniu 8 marca.
Ostatnie wpisy
Roman, Aliszer i inni
„Forbes” opublikował najnowszy ranking najbogatszych ludzi świata. Listę miliarderów otwiera – już po raz czwarty z rzędu – magnat telekomunikacyjny Meksykanin Carlos Slim Helu. Jego majątek wzrósł z 69 do 73 mld dolarów.
Rosyjscy koledzy miliarderzy ulokowali się na dalszych pozycjach listy. Pierwszy wśród Rosjan, 34. miejsce na światowej liście „Forbesa”, to Aliszer Usmanow (17,6 mld dolarów). Fundamentem majątku Usmanowa są przedsiębiorstwa branży metalurgicznej, choć zdaniem wielu ekspertów rynków finansowych, ostatnie przez dwa-trzy lata wzrost dochodów zapewniły Usmanowowi odważne inwestycje w telekomunikacji, w nowe technologie czy zakup akcji Facebooka. Usmanow należy do czołówki rosyjskich krezusów od wielu lat, wie, skąd wieją polityczne wiatry, nie wchodzi w spektakularne spory, które zostawiałyby rysy na wizerunku czy zmuszały do rejterad. Kilka lat temu wykupił prawa do rosyjskich kultowych kreskówek, a potem także wystawioną na sprzedaż za granicą kolekcję dzieł sztuki Mścisława Rostropowicza, jest udziałowcem wielkiego domu wydawniczego Kommiersant. Dwa lata temu został uhonorowany medalem za pomoc niesioną narodowi Osetii Południowej. Jednym słowem – prymus.
Rosyjskie wydanie „Forbesa” odnotowuje najbardziej spektakularny skok na liście miliarderów. Giennadij Timczenko, człowiek, który włóczy po sądach tych, którzy twierdzą, że jest przyjacielem Putina i temu zawdzięcza pozycję, skoczył w górę o 37 pozycji w stosunku do zeszłorocznego notowania. Zajął 62. miejsce z majątkiem 14,1 mld dolarów. Właściciel i współwłaściciel spółek Gunvor, Novatek, Sibur, Bank Rossija, Transoil zyskał dzięki wzmocnieniu kapitalizacji swoich najważniejszych spółek (Novatek, Sibur) i sprzedaży akcji Novateku francuskiej firmie Total.
Natomiast najbardziej spektakularny spadek stał się udziałem pieszczoszka brytyjskich tabloidów, wielbiciela wielkich jachtów, boga Czukotki – Romana Abramowicza. Przez wiele lat Abramowicz uchodził za „sakiewkę Kremla”, człowieka zawiadującego szarym majątkiem rosyjskiej wierchuszki politycznej. W zeszłym roku „Forbes” umieścił nazwisko Abramowicza na 68. pozycji. W tym roku Roman Arkadjewicz musi się ukontentować miejscem poza pierwszą setką: z majątkiem 10,2 mld dolarów uplasował się na 107. miejscu.
Interesujące są niektóre przemieszczenia na dalekich miejscach rankingu. Aż o 741 pozycji awansował Arkadij Rotenberg – z majątkiem 3,3 mld zajmuje 412. miejsce. Ciekawe, czy też będzie się procesował, jak Timczenko, z dziennikarzami, którzy napiszą, że swój awans zawdzięcza bliskiej znajomości z Władimirem Putinem. Ale za to inny dobry znajomy WWP, Jurij Kowalczuk zanotował spadek o 253 pozycje i wylądował na 1268. miejscu.
I jeszcze słowo o człowieku, o którym rok temu było w Rosji głośno, a potem zrobiło się dziwnie cicho. Michaił Prochorow startował w marcowych wyborach prezydenckich. Dla wielu był nadzieją, że wybory mogą być alternatywą, a nie plebiscytem popularności Putina. Ci, którzy nie chcieli głosować na Putina czy na któregoś polityka z zestawu obowiązkowego zaakceptowanej przez Kreml tak zwanej opozycji systemowej, głosowali na Prochorowa. Choć nie brakowało ekspertów, którzy głośno twierdzili, że Prochorow jest projektem Kremla na wypadek, gdyby noga powinęła się głównemu kandydatowi. Wybory odbywały się przecież w atmosferze protestów społecznych i podważania legitymacji władzy, opartej na nieczystych grach i fałszerstwach. Po wyborach Michaił Prochorow zwinął żagiel i zniknął ze sceny politycznej, nominalnie pozostając liderem partii politycznej Platforma Obywatelska. Nadzieje głosującego nań elektoratu pozostały gdzieś zakurzone w kącie. Amerykańskie wydanie „Forbesa” mocno podbiło Prochorowowi bębenka: choć uplasował się dopiero na 69. miejscu, a jego majątek stopniał w stosunku do zeszłorocznego notowania o 200 mln, to właśnie jego twarz zdobi okładkę. Powodem tego wyróżnienia jest zapewne to, że Prochorow nabył w 2009 roku 80% klubu Nets, wsparł go milionami, podlał też odpowiednio budowę Brooklyn Nets. Ma więc w USA dobrą prasę, która pisze, że z takim majątkiem może sobie pozwolić na niezależność. No, zobaczymy.
Józek Słoneczko umiera?
Od sześćdziesięciu lat Rosja zmaga się z cieniem tyrana. 5 marca 1953 roku Józef Wissarionowicz Stalin upadł na podłogę w pokoju na daczy w Kuncewie, przeleżał porażony wylewem kilka godzin i nie odzyskawszy zmysłów zmarł. Na jego pogrzebie szloch wstrząsał nie tylko najbliższą rodziną – płakały w poczuciu osierocenia tłumy ludzi, wierzących w jego boskość i wątpiących w to, czy bez niego w ogóle możliwe jest życie na ziemi, a w każdym razie w wielkim kraju, którym rządził prawie trzydzieści lat.
Następcy nie wiedzieli, czy naśladować, kontynuować, czy potępiać, odwracać, wygładzać. Wszystkiego było więc po trochu: i odchodzenie od kultu jednostki, i przemilczanie istnienia Stalina, i ostrożne rehabilitowanie jego ofiar, otwarte mówienie o zbrodniach, potępianie ich i wreszcie obserwowane w ostatnich latach niejednoznaczne kontredanse: to potępianie zbrodni stworzonego przezeń systemu, to docenianie osiągnięć „zdolnego menedżera”, relatywizacja wyrządzonego zła i ocieplanie wizerunku potwora poprzez przypisywanie mu ludzkich cech, a także usprawiedliwianie zbrodniczych decyzji. Jazda po muldach trwa, przynosząc od czasu do czasu zaskakujące owoce. Ale na jednoznaczne rozliczenie zbrodniczego systemu i jego paranoicznego twórcy Rosja się nie zdobyła.
W sześćdziesiątą rocznicę śmierci Stalina czołowe ośrodki socjologiczne przeprowadziły badania, jak dziś Rosjanie oceniają rolę Stalina w rosyjskiej historii. Respondenci Ośrodka Lewady: „raczej pozytywnie” rolę Stalina oceniło 40 procent, „bezwarunkowo pozytywnie” – 9%; „raczej negatywnie” – 22%, „bezwarunkowo negatywnie” – 10%.
W badaniu ośrodka WCIOM 36% badanych przyznało, że pozytywnie odnosi się do Stalina, w tym „z szacunkiem” – 27%, „z zachwytem” – 3%, „z sympatią” – 6%. Druga strona: 14% – „z rozdrażnieniem”, 5% przyznało, że odczuwa strach przez krwawym tyranem, 6% zadeklarowało „nienawiść i wstręt”, łącznie 25%. Aż 30% odpowiedziało, że odnosi się do Stalina obojętnie. A 8% nie potrafiło udzielić odpowiedzi. 45% pytanych orzekło, że Stalin uczynił dla kraju mniej więcej tyle samo złego, co dobrego.
Ciekawy komentarz wygłosił szef WCIOM Walerij Fiodorow: „Stalin stał się [w powszechnym odbiorze] lokatorem panteonu walki i sprzeciwu. Coś jak Che Guevara. Czcić Stalina oznacza dziś trochę być partyzantem, płynąć pod prąd, kontestować. Z realną postacią historyczną nie ma to nic wspólnego”. Zdaniem Aleksieja Makarkina z Centrum Technologii Politycznych: „U nas podejście do Stalina jest zróżnicowane. Są liberałowie, dla których Stalin jest masowym zabójcą. Są ludzie, którym Stalin jest obojętny. To są głównie zwolennicy władz, którzy jednak również obojętnie odnoszą się do polityki. A są ludzie, którzy częściowo wpisują się w konserwatywną falę, dla nich Stalin jest symbolem nieskorumpowanej, efektywnej, choć i okrutnej władzy. W latach siedemdziesiątych kierowcy tirów wieszali sobie za przednią szybą portrety Stalina – to był wyraz protestu przeciwko korupcji epoki Breżniewa. Teraz ta grupa pod hasłem „Stalina na was nie ma” w swoich sympatiach przechyliła się na stronę władzy, przeciwko propagandzie gejowskiej i Pussy Riot, bezczeszczących świątynię. To dla władzy pewne wyzwanie: skoro ludzie oczekują od władz walki z korupcją, to korupcję trzeba zwalczać”.
Na ryzyko związane z lansowaniem przez władzę wersji „Stalin light” wskazuje inny moskiewski politolog, Jewgienij Minczenko: „Kiedy w propagandzie państwowej stosunek dobrego i złego w stalinizmie ocenia się jak 80 do 20%, to jest to zielone światło dla powrotu stalinowskich praktyk, między innymi sądzenia i skazywania bez sądu”.
Cień wąsatego górala nadal nie pozwala czuć pod stopami ziemi.
Krucjata dziecięca
Emocje związane z wprowadzeniem przez Dumę Państwową „ustawy Dimy Jakowlewa”, zabraniającej adopcji rosyjskich sierot przez Amerykanów, buszują w rosyjskiej przestrzeni publicznej od kilku tygodni. Histeryczne reakcje w Rosji wzbudziła ostatnio sprawa śmierci trzyletniego Maksima Kuzmina, który wychowywał się wraz z bratem Kiriłłem w Teksasie. Rosyjski rzecznik praw dziecka Paweł Astachow, zanim ktokolwiek zdołał cokolwiek ustalić i wyjaśnić, oskarżył amerykańskich rodziców o umyślne spowodowanie śmierci Maksima. Na jakiej podstawie? Nie bardzo wiadomo, ale ostra reakcja Astachowa zrobiła swoje: w oficjalnych rosyjskich mediach rozbrzmiał chór głosów domagających się wprowadzenia pełnego zakazu zagranicznych adopcji oraz zawrócenia do Rosji wszystkich sierot adoptowanych przez Amerykanów.
Los dzieci znowu stał się towarem w politycznej przepychance. Po stronie rosyjskiej trwa formułowanie oskarżeń pod adresem strony amerykańskiej. „Paroksyzmy nienawiści do amerykańskich rodziców zastępczych skręcają rosyjskich urzędników i prawodawców. Śmierć rosyjskiego dziecka w Teksasie to [w ich ujęciu] nie straszny wypadek, a kolejne zabójstwo. Powstaje wrażenie, że Amerykanie realizują jakiś złowróżbny plan, że ustawiają się w kolejce, by zamordować kolejne rosyjskie dziecko” – pisze Władimir Abarinow w „Graniach”. Podsycanie nienawiści do „Amierikosów-Pindosów” stanowi dziś ważny element rozbujanego rosyjskiego pejzażu. Trafia na podatny grunt: nic tak skutecznie nie organizuje zgodności opinii publicznej, jak dobrze znany wspólny wróg zewnętrzny.
Na wczorajszej specjalnej konferencji prasowej przedstawiciele miejscowych władz i prokurator okręgowy ze stanu Teksas oświadczyli, że Maksim Kuzmin zmarł na skutek nieszczęśliwego wypadku. Czy Paweł Astachow wycofa wobec tego swoje oskarżenia, przeprosi za pospieszne, nieuzasadnione oskarżenia? Nie zanosi się na to: zapowiedział, że rosyjskie władze powinny zażądać od strony amerykańskiej pełnej dokumentacji związanej ze sprawą. Wcześniej 28 lutego oświadczył, że nie ma zamiaru podawać się do dymisji, bowiem dobrze wywiązuje się ze swoich obowiązków, a jego dymisji domagają się pedofile, bo on z nimi skutecznie walczy.
Paweł Astachow faktycznie walczy. Ostro i nie licząc się z niczym. Udzielił np. zdecydowanego wsparcia biologicznej matce chłopców, adoptowanych przez rodzinę w Teksasie. Julia Kuzmina została pozbawiona praw rodzicielskich z powodu notorycznego zaniedbywania dzieci i pijaństwa. Paweł Astachow odnalazł ją zagubioną gdzieś w obwodzie pskowskim, umył, uczesał, przyodział i zaprosił do studia telewizyjnego. W godzinach największej oglądalności rosyjscy widzowie programu pierwszego mogli obejrzeć przykładną, pełną skruchy matkę, przysięgającą, że rzuciła alkohol, ma pracę i będzie się opiekować młodszym synem, którego chce ściągnąć z Teksasu, „póki go tam nie zabili”. Łzy wzruszenia ciekły po policzkach publiczności zgromadzonej w studio i przed telewizorami. Niestety wola poprawy opuściła biedną kobietę już w drodze powrotnej do domu: Julia Kuzmina z towarzyszem upiła się do nieprzytomności i urządziła w pociągu pobojowisko. O tym widzowie pierwszego programu już się jednak nie dowiedzieli, bo to nie pasuje do pozytywnego obrazka matki, która chce zacząć nowe życie i opiekować się utraconym synkiem. Straszna historia.
Straszna we wszystkich aspektach. Dzieci z patologicznej rodziny (Julia Kuzmina pije od trzynastego roku życia, jej partner właśnie wyszedł z więzienia za gwałt i podpalenie staruszki) nie znajdują rodziny zastępczej w Rosji, w zeszłym roku trafiają do USA. W Rosji z pośrednictwa adopcyjnego utrzymuje się wiele agencji. Jak wynika z publikacji prasowych, wiele z nich nagina przepisy, wymusza dodatkowe opłaty, wiele bierze udział w korupcyjnym procederze. Czy dzieci są temu winne? Na pewno nie. Dzieci chcą mieć rodzinę i tyle. Jeśli to rodzina w Ameryce, to niech będzie w Ameryce. Urzędnicy zajmujący się adopcjami podkreślali, że rosyjskie rodziny nie chcą adoptować niepełnosprawnych dzieci. A Amerykanie adoptowali. Czy los dzieci poprawi się z powodu tego szumu, podnoszonego w mediach, z powodu odgórnych zmian w przepisach?
„Ustawa Dimy Jakowlewa” miała być symetryczną odpowiedzią państwa rosyjskiego na „akt Magnitskiego” (zakaz wjazdu do USA dla osób związanych ze śmiercią w areszcie śledczym audytora Siergieja Magnitskiego). Czy faktycznie się stała? Gdyby rosyjskie rodziny adoptowały amerykańskie sieroty, to można by mówić o porównaniu sytuacji, symetrycznej odpowiedzi itd. Ustawa miała pokazać moralną wyższość rosyjskiego prawodawstwa nad amerykańską hipokryzją. Czy pokazała? No, nie wiem. Pokazała i nadal pokazuje raczej patologie systemu. Pisarz Michaił Weller powiedział w rozgłośni Echo Moskwy: „O cierpieniach sierot w USA Duma zaczęła krzyczeć dopiero wtedy, kiedy [Amerykanie] przyjęli akt Magnitskiego. Publiczne opłakiwanie aktu Magnitskiego byłoby nieprzyzwoite, należało zatem znaleźć jakiś dobry powód, by szlochać i krzyczeć ze złości. I znaleziono powód – los adoptowanych przez Amerykanów dzieci. Los sierot w Rosji jest o wiele bardziej nieszczęsny. Takich tragedii w Rosji jest o wiele więcej”. A obrońca praw człowieka, członek prezydenckiej Izby Społecznej Borys Altszuler dodaje: „W 2012 roku przybyło w Rosji 83 tys. sierot. To bardzo dużo, 250 dziennie. Ile z tych dzieci trafi do rodzin krewnych? Dziesięć procent. Tylko dziesięć procent. To statystyczne zero. To znaczy, że w Rosji nikt się nie zajmuje pracą z rodzinami. W USA, we Francji do rodzin krewnych z domów dziecka powraca 70 procent dzieci”.
Ale w poszukiwaniu argumentów na rzecz „ustawy Dimy Jakowlewa” takie dane się nie przydają, więc się o nich głośno nie mówi. Szerokiej publiczności powtarza się: „Nie damy skrzywdzić naszych dzieci. Odbierzemy nasze dzieci i zawrócimy je do Rosji. Już nigdy żadne rosyjskie dziecko nie zginie na obczyźnie”. I to zyskuje poklask. Nikt nie pyta, jak ta demagogia ma się do życia.
To on, Ediczka
Właśnie skończył siedemdziesiąt lat. Nadal czuje się młody, pełen werwy i pomysłów na dobre urządzenie kraju. Eduard Limonow, perwersyjny literat i niespełniony wódz rewolty, głosi konieczność obalenia złodziejskiego reżimu i odbudowy wielkiego imperium, przed którym miałby drżeć ze strachu cały świat, któremu miałyby lizać sołdackie buciory podbite karły. Plwa z wysokości na zachodnią cywilizację. Na sztandarach wypisuje hasła rewolucyjnej lewicy: sprawiedliwości społecznej, chleba, pracy. W jego imperium ma być jednocześnie czerwono i brunatnie. „Wszystko zabrać i podzielić na nowo” – to hasło dnia. Rzucając się z jednej skrajności w drugą, deklaruje, że pozostaje wierny swoim ideałom i że tylko on potrafi połączyć sobą te skrajności. Ponadto zachowuje monopol na rację, własną rację: jednako gromi i Putina, „człowieka o leniwym i powolnym myśleniu” (choć tego ostatnio coraz słabiej), i żałosne środowisko pozbawionych ikry inteligencików z opozycji. Bo w ogóle nienawiść do inteligencji i burżuazji, tych wszystkich ludzi, którym się cokolwiek w życiu udało, Limonow ma w swojej proletariackiej krwi zrodzonej w nędznym charkowskim osiedlu. Bez wdzięku pozuje na jedynego sprawiedliwego w politycznej Sodomie współczesnej Rosji. Nieodmiennie upaja się tym, że zadziera z całym światem. Prowokuje i drażni – z całą premedytacją pokazując, że jest draniem, bo tak lubi. A jak się to komuś nie podoba, to on ma to w głębokim poważaniu.
Z doświadczeń wyniesionych z poniewierki w Ameryce w latach osiemdziesiątych napisał świetną książkę, „To ja, Ediczka”, pulsującą nienasyceniem, żądzą odniesienia sukcesu, odegrania się na sytych mieszczuchach, chęcią zniszczenia poukładanego zachodniego świata i jednocześnie tęsknotą do tego ichniego lepszego życia. Potem uwiódł na chwilę francuską bohemę, która zakochała się w jego bezkompromisowości i chamskim sposobie formułowania prostackich myśli. Stracił pozycję pieszczoszka paryskich salonów, gdy podczas wojny w Jugosławii pojechał tam i bawił się zapachem krwi.
Wrócił do Rosji, założył kontrowersyjną partię Narodowo-Bolszewicka Partia Rosji, wzywał do zaprowadzenia porządku, pozbycia się uzurpatorów, okradających naród, hołubił pamięć Stalina. Partia działała nielegalnie. Limonow poszedł siedzieć (za nielegalne posiadanie broni). W więzieniu przechodził resocjalizację, w ramach działalności artystycznej śpiewał w więziennym chórze. Po wyjściu na wolność intensywnie szukał miejsca dla siebie na politycznym Olimpie, bez specjalnych sukcesów. Założył którąś z kolei rodzinę, z dumą mówi o kilkuletnich dzieciach, które mu się w tym związku urodziły.
Ostatnimi czasy flirtował nawet chwilowo z inteligentami z antyputinowskiej opozycji, z Garrim Kasparowem wspólnie szedł na barykady w ramach „Strategii-31” (obrony prawa do zgromadzeń). Ale w zeszłym roku ich drogi się rozeszły: inteligenci poszli swoją drogą na plac Błotny, a Limonow swoim zwyczajem się na nich obraził (bo go ze sobą nie zabrali). Teraz wszędzie gdzie może wiesza na liberałach i innych opozycyjnych swołoczach wyleniałe psy swoich inwektyw. Wiesza je między innymi na łamach prokremlowskiej gazety „Izwiestia”. Mówi, że będzie obrzucał swoimi „limonkami”, jak nazywa jadowite felietony, działaczy opozycji. Ostatnio rzucał nie tylko „limonkami”, bo na lidera lewaków, Siergieja Udalcowa rzucił się z pięściami.
W okolicznościowym wywiadzie dla internetowego portalu „Lenta.ru” oznajmił, że teraz dla odmiany chciałby być ajatollahem. Ale takim kierującym się leninowskimi zasadami. Ciekawe połączenie. Tylko czy to ma sens?
