Bracia Carnajewowie – 26-letni Tamerlan i 19-letni Dżochar – są podejrzani o dokonanie zamachu na maraton w Bostonie (15 kwietnia). Powody, dla których zdetonowali bomby na mecie biegu, będą przedmiotem drobiazgowego i zapewne długotrwałego śledztwa. Większość mediów i komentatorów już dziś nie ma jednak wątpliwości co do tego, że inspiracją dla aktu terroru była ideologia radykalnego islamizmu.
Tamerlan został zastrzelony podczas strzelaniny z policją w nocy z czwartku na piątek, ranny Dżochar – schwytany dziś przez policję. Obaj mieszkali w Stanach od kilku lat (według jednych źródeł – od dziesięciu lat, według innych – od pięciu). Pochodzili z czeczeńskiej rodziny, która od końca lat 90. mieszkała w Machaczkale (Dagestan), przedtem w Kirgizji.
Przez amerykańskich znajomych i kolegów charakteryzowani jako fajni ludzie, uczyli się, studiowali (jeden pobierał nawet stypendium), starszy uprawiał z powodzeniem boks i inne sztuki walki. Jak się okazało – otoczenie niewiele wiedziało o ich fascynacji islamizmem. Wedle słów rodziców, FBI interesowała się starszym synem, miała oko na to, czym się zajmuje, co czyta, jakie strony internetowe odwiedza. Tamerlan miał na swoim koncie epizod z policją: został zatrzymany za pobicie swojej dziewczyny.
Od braci Carnajewów odżegnały się natychmiast władze Czeczenii. Prezydent Kadyrow oznajmił: „Wszelkie próby powiązania Czeczenii i Carnajewów są skazane na niepowodzenie. Oni wyrośli w USA, ich poglądy i przekonania tam się formowały. Korzeni zła należy szukać w Ameryce”.
Co do tych korzeni, to za wcześnie, by wyrokować. Prasa powoli ujawnia szczegóły. Tamerlan w zeszłym roku wybrał się do Rosji, gdzie spędził siedem miesięcy. Co tam robił? Czy tylko odwiedził ojca w Machaczkale? Przedstawiciele rosyjskich służb specjalnych nie udostępnili amerykańskim kolegom żadnej informacji na temat jego pobytu. A o współpracę służb zaapelował w rozmowie telefonicznej z prezydentem Putinem prezydent Barack Obama.
„W 2010 roku służby USA zaczęły mówić o tym, że zagrożenie wewnętrzne [terroryzmem] jest większe niż zagrożenie z zewnątrz. Chodziło przede wszystkim o ludzi, którzy nie są związani z organizacjami terrorystycznymi, nie przechodzili szkoleń w afgańskich obozach, nie otrzymywali finansowania z zagranicy, ale inspirowali się radykalnymi ideami przez Internet” – piszą w komentarzu Andriej Sołdatow i Irina Borogan, rosyjscy dziennikarze specjalizujący się w tematyce służb specjalnych.
Amerykanie mieli się nad czym pochylić, jeśli chodzi o Tamerlana, który z upodobaniem słuchał pieśni w rodzaju „Poświęcę swoje życie dżihadowi” Timura Mucurajewa, najsłynniejszego czeczeńskiego barda. Założył na Youtube account, na którym zamieszczał ekstremistyczne treści. Wiadomo to teraz, gdy już do zamachu doszło. Dlaczego amerykańskie systemy czesania Internetu na obecność niebezpiecznych treści islamistycznych zawiodły? – pytają Borogan i Sołdatow. I wskazują na ciekawy aspekt historii z braćmi Carnajewami. „Być może [po zamachu w Bostonie] amerykańskie służby specjalne będą musiały spiesznie zmienić strategię współpracy z rosyjskimi służbami. Przez długie lata [amerykańscy] eksperci od zwalczania terroryzmu uważali, że obywatele USA nie są celami dla terrorystów na Kaukazie Północnym. W związku z tym nie było ścisłej współpracy pomiędzy FBI i FSB. […] Ponadto rosyjski MSZ w styczniu tego roku w ogóle ogłosił o zerwaniu umowy o współpracy z organami ścigania USA. Możliwe, że teraz Amerykanie będą potrzebować ponownego nawiązania współpracy. Skoro USA znajduje się na celowniku bojowników, to amerykańscy sportowcy mogą stać się celem podczas igrzysk w Soczi. Amerykanie mogą stanąć przed wyborem: albo iść w worku pokutnym na Łubiankę, albo zakazać swoim sportowcom wyjazdu na igrzyska. To na pewno nie będzie sprzyjać wypracowaniu twardego stanowiska USA w sprawie przestrzegania praw człowieka i politycznie motywowanych prześladowań w Rosji”.
Ostatnie wpisy
Rosja znowu w sądzie
Pierwsza rozprawa Aleksieja Nawalnego przed sądem w Kirowie trwała 45 minut. Obrońcy oskarżonego poprosili o kilka dni na zapoznanie się z dokumentacją sprawy. Rozprawę odroczono więc do 24 kwietnia. Tłum dziennikarzy i sympatyków Nawalnego nie zdołał się dostać do sali rozpraw, szumny mityng odbywał się spontanicznie pod siedzibą sądu.
Nawalny jest najbardziej znaną twarzą opozycji pozasystemowej, w swoich publikacjach na blogu i w portalach internetowych Rospil.ru i innych tropi nieprawidłowości w funkcjonowaniu biurokracji i przewały finansowe oraz liczy majętności skorumpowanych bonzów. To na niego patrzą z nadzieją uczestnicy demonstracji ruchu białej wstążki. On sam nie ukrywa, że ma ambicje polityczne: kilka dni temu zapowiedział, że chce zostać prezydentem.
Według wersji śledztwa, w 2009 roku będąc doradcą gubernatora obwodu kirowskiego Nawalny miał zmusić szefa firmy Kirowles do zawarcia niekorzystnego kontraktu. Firma miała na tym stracić kilka-kilkanaście milionów rubli. „Śmieszne pieniądze. Nawet gdyby Nawalny rozkradł cały las obwodu kirowskiego, to urządzono by mu rutynowy proces [na niższym szczeblu], a centralny aparat Komitetu Śledczego [powołanego, by prowadzić najważniejsze śledztwa w kraju] nie zwróciłby na takie coś uwagi. Powodem, dla którego jednak zwrócił uwagę, było nazwisko Nawalnego” – pisze w komentarzu portal Polit.ru.
W sprawie domniemanych machinacji wokół firmy Kirowles dochodzenie wszczynano kilka razy. Po raz pierwszy, kiedy Nawalny pojawił się na firmamencie z rewelacjami o rozkradaniu państwowych pieniędzy przy realizacji wielkich kontraktów przez Transnieft’. Śledczy kopali, kopali, ale się niczego nie dokopali, sprawę umorzono „z braku znamion przestępstwa”. W zeszłym roku – po wielkich demonstracjach antyputinowskich, w których Nawalny brał aktywny udział – ponownie do sprawy powrócono. Sam szef Komitetu Śledczego Aleksandr Bastrykin w lipcu ub.r. urządził piekło podwładnym za zaniedbania, ci zabrali się ochoczo do roboty, niedostrzeżone uprzednio „znamiona przestępstwa” dostrzegli i wysmażyli akt oskarżenia. Nawalny też nie pozostał dłużny i wyciągnął Bastrykinowi posiadanie cichego mieszkanka w Czechach, gdzie główny śledczy Federacji Rosyjskiej ubiega się o prawo stałego pobytu, czego jako urzędnik państwowy nie powinien robić. (Więcej o tym: http://labuszewska.blog.onet.pl/2012/07/31/bloger-kontra-czeski-szpieg/)
To, że proces Nawalnego jest procesem politycznym, nie ulega wątpliwości dla rzeszy jego zwolenników i większości komentatorów prasowych. Niektórzy porównują go do procesu Chodorkowskiego. Oliwy do politycznego ognia dolał w zeszłym tygodniu rzecznik Komitetu Śledczego Władimir Markin, który oznajmił, że „góra” ma dosyć Nawalnego, który ją drażni. No i stąd ten proces. Ponadto Markin insynuował, że podczas studiów w Ameryce Nawalny mógł zostać zwerbowany przez służby specjalne.
Władze rzeczywiście są zniecierpliwione. Neutralizacja przywódców opozycji, nękanie czy prześladowanie uczestników demonstracji (więźniowie 6 maja), naloty na NGO – to elementy kampanii, karczującej „niepożądane elementy”.
W kampanii przeciwko Nawalnemu dla każdego coś miłego: Nawalny złodziej oraz Nawalny szpieg to hasła dla szerokiej publiczności, która nie czyta niszowych gazet i nie zagląda do Internetu (Nawalny ignorowany przez długi czas przez „podkabłuczną” telewizję, teraz jest obiektem jej zainteresowania; ale przedstawiany jest wyłącznie w czarnych barwach), natomiast teza Nawalny – projekt Kremla przeznaczona jest dla grona jego zwolenników, by podważyć zaufanie.
Nawalny opublikował w Internecie wszelkie dostępne dokumenty związane ze sprawą Kirowlesa http://navalny.livejournal.com/788038.html. Jego zdaniem, oskarżenie kupy się nie trzyma.
Komentarze oscylują wokół linii: posadzą – nie posadzą. Jeśli skażą – to na jaki wyrok: realny czy w zawiasach. Jeśli Nawalny zostanie skazany, to nie będzie mógł wystartować w wyborach. Sekretarz prasowy prezydenta pospieszył zapewnić, że Władimir Władimirowicz nie zamierza obserwować procesu Nawalnego. No pewnie, dlaczego miałby obserwować, skoro ma na głowie sprawy wagi państwowej. A może nie jest ciekawy, bo już zna wynik?
Dwie listy
Amerykanie opublikowali osiemnaście nazwisk rosyjskich urzędników i wysokich funkcjonariuszy MSW, którzy mieli bezpośredni związek ze sprawą Siergieja Magnitskiego. Zgodnie z przyjętym w grudniu ub.r. „aktem Magnitskiego”, osoby te nie otrzymają prawa wjazdu na terytorium USA, a ich aktywa w USA zostaną zamrożone.
Dzisiejszy „New York Times” uściśla, że oprócz jawnej części „listy Magnitskiego” istnieje jeszcze część druga – utajniona „ze względów bezpieczeństwa”. Osoby z tej drugiej części mają – jak pisze NYT – tak wielkie wpływy w Rosji, że administracja Baracka Obamy obawiając się sankcji ze strony Rosji wobec amerykańskich kongresmanów czy członków administracji, postanowiła objąć część nazwisk klauzulą tajności. Znaleźli się na niej urzędnicy dopuszczający się łamania praw człowieka. Wedle przecieków utajnioną czarną listę otwiera prezydent Czeczenii Ramzan Kadyrow.
Kadyrow na wieść o tym oświadczył, że nie zamierza odwiedzać USA – kraju, który łamie prawo na całym świecie, próbując zaprowadzić swoje porządki. „Widzimy, co oni wyprawiają w krajach arabskich. Jak im wygodnie, to popierają terrorystów, a jak niewygodnie, to są przeciwko terrorystom”. Poza tym prezydent Czeczenii wypomniał USA, że jakiś czas temu na amerykańskie terytorium nie wpuszczono jego konia, który miał brać udział w wyścigu. „Naruszyli prawa zwierząt. Od tego czasu mój koń choruje. A kiedy usłyszałem, że jestem na liście, zaraz oddałem bilet do USA i nigdy więcej nie zamierzam kupować biletu do Stanów, nawet jeżeli nie ma mnie na tej liście. Jestem dumny, że nie podobam się Ameryce” – dodał z przekąsem.
Może trochę się pospieszył, bo na razie nie ma oficjalnego potwierdzenia istnienia tajnej listy i nie wiadomo, czy Kadyrow na niej figuruje. Administracja Obamy stara się maksymalnie wygładzić ostre kanty i nie drażnić Kremla, listę, wedle enuncjacji prasy, ograniczono do minimum. Ale Kreml już od dawna jest rozdrażniony i ostrzy kły na Amerykę, znowu uznanej za głównego wroga Moskwy. Na listę Departamentu Stanu Rosja odpowiedziała własną „stop-listą”: też zawiera ona osiemnaście nazwisk. To ludzie mający związek z procesami dwóch Rosjan, sądzonych przez amerykańskie sądy – handlarza bronią Wiktora Buta i wożącego samolotem zabronione ładunki pilota Dmitrija Jaroszenki – oraz z torturami w więzieniu w Guantanamo. Osoby te nie zostaną wpuszczone do Rosji, gdyby zechciały tu przyjechać. O ich rosyjskich aktywach nic nie wiadomo.
Departament Stanu nie dał długo czekać na komentarz: „Rosja powinna przeprowadzić jak należy śledztwo w sprawie wyjaśnienia okoliczności śmierci Magnitskiego, a nie działać wedle zasady oko za oko”.
Tymczasem nic nie wskazuje na to, by Hammurabi mógł spać spokojnie: zażarty mecz trwa. Na „akt Magnitskiego” Rosja odpowiedziała „ustawą Dimy Jakowlewa”. Teraz kolejną listą na listę. „Za kilka dni rozpocznie się proces Aleksieja Nawalnego [jeden z najpopularniejszych blogerów, tropiących nieprawidłowości i korupcję, oskarżony o narażenie na szkodę jednego z przedsiębiorstw zajmujących się sprzedażą drewna w obwodzie kirowskim]. Ten proces to główna odpowiedź Putina na listę Magnitskiego. Oraz procesy „więźniów 6 maja” [uczestnicy demonstracji 6 maja 2012 r., zorganizowanej w dzień inauguracji Putina, oskarżani są o złamanie prawa do zgromadzeń] – powiedziała w swojej cotygodniowej audycji „Kod dostępu” w Echu Moskwy Julia Łatynina. – To logiczne. No bo co Putin myśli o Ameryce? Że finansuje opozycję, wspiera demonstracje, znęca się nad rosyjskimi dziećmi i w ogóle myśli tylko o tym, żeby rozsadzić Rosję”.
Tymczasem sam Siergiej Magnitski, mimo że zmarł w 2009 roku w areszcie, został posadzony na ławie oskarżonych: przed sądem rejonowym w Moskwie toczy się przeciwko niemu proces. Oskarżenie chce dowieść, że dopuścił się on malwersacji finansowych.
Rosja zmęczona Putinem?
Jak się okazuje, tak – Rosja jest zmęczona Putinem. Ale to dopiero po roku 2018. O co chodzi? O wyniki ostatnich badań opinii publicznej na temat ewentualnego przyszłego prezydenta po upływie bieżącej kadencji Putina, czyli po roku 2018.
Za tym, by po 2018 roku na szczycie piramidy władzy stanął ktoś inny niż obecny umiłowany przywódca, po prostu ktoś nowy – bez wdawania się w dywagacje, z jakiego będzie obozu politycznego, w sondażu Centrum Lewady, opowiedziało się 55 procent pytanych. Reelekcja Putina zadowoliłaby 22 procent respondentów, powrót na Kreml Dmitrija Miedwiediewa – 8 procent.
Kilka miesięcy temu pisałam o wznowieniu jednego z ulubionego tematu ekspertów i jasnowidzów, czyli „kto po Putinie”, w związku z nagłym mianowaniem na stanowisko ministra obrony Siergieja Szojgu, naczelnego ratownika Rosji (http://labuszewska.blog.onet.pl/2012/11/12/operacja-nastepca-reaktywacja). Wtedy jak na komendę media zaczęły jałowe spekulacje, czy Szojgu to dobra kandydatura. Teraz nazwisko ministra pochodzącego z odległej Tuwy znowu wieńczy listę rozpatrywanych kandydatur. Aż 74 procent Rosjan wyraża do niego zaufanie. Według Lwa Gudkowa z Centrum Lewady, Siergieja Szojgu popiera konserwatywne skrzydło elektoratu Putina – ludzie w starszym wieku, mało wykształceni, słabo poinformowani, mieszkający na prowincji.
Dobrze na ogół zorientowani, co w kremlowskiej trawie piszczy, politolodzy Gleb Pawłowski i Igor Bunin od jakiegoś czasu mówią, że Putin ma „na wszelki wypadek” przygotowane kandydatury do przekazania schedy. Listy oczywiście nikt nie widział, w każdym razie nikt się nie przyznawał. Wszelako na giełdzie chodzą nazwiska z różnych porządków i różnych opcji. Oprócz Szojgu pojawia się nazwisko Aleksieja Kudrina, przez wiele lat ministra finansów i wicepremiera, autora programu oszczędzania w latach tłustych, wygryzionego z rządu przez Miedwiediewa, dalej wymienia się miliardera Michaiła Prochorowa, zapasowe lotnisko Kremla podczas ostatnich wyborów prezydenckich oraz Siergieja Sobianina, mera Moskwy, wielkiego niemowę, który wprawdzie zarządza Moskwą i nikomu na Kremlu nie wadzi, ale nic nie wskazuje na to, by się rwał na szczyty i umiał na tych szczytach postępować. Miedwiediewa na tej liście nie ma.
Tymczasem sami z siebie jeden po drugim już zaczęli się zgłaszać kandydaci na wyborach prezydenckich 2018. Jako pierwszy wyrwał się bloger, aktywista ruchu protestu, autor powiedzenia „partia oszustów i złodziei” na określenie Jednej Rosji, Aleksiej Nawalny. Właśnie czeka go proces o domniemane przewały przy wycinaniu lasu w obwodzie kirowskim.
Zaraz za nim pospieszył ze zgłoszeniem Dmitrij Diomuszkin, jeden z przywódców ruchu „prawdziwych Słowian”, głoszących wyższość rasy słowiańskiej nad innymi (w niedawnym wywiadzie przyznał się, że jak był mały, to wymalował cały żłobek w swastyki).
A dziś do tego grona dołączył Siergiej Mawrodi – autor największego szwindla po rozpadzie ZSRR: piramidy finansowej MMM, która oszwabiła 10-15 milionów naiwnych depozytariuszy. W 2007 roku został skazany za to na karę 4,5 roku pozbawienia wolności. Po wyjściu na wolność montuje kolejne piramidy, ale już z mniejszym powodzeniem. „Na pewno wystartuję w wyborach. To mój obywatelski obowiązek. MMM to dziś jedyna realna opozycja” – oznajmił Mawrodi.
Nie pozostaje nic innego, jak trzymać kciuki. Choć do wyborów jeszcze daleko i wszystko się może zdarzyć.
Goło i tęczowo
Zagraniczne wizyty prezydenta Putina rzadko znajdują się w centrum uwagi rosyjskiego społeczeństwa. Chyba że Władimir Władimirowicz wygłasza w Monachium wykład odgrzewający atmosferę zimnej wojny albo udaje się z przyjacielską wizytą do Pekinu, a chińskie tematy zwykle są „oprawiane” przez rosyjskie media pompatycznie, dworsko, w feudalnym ukłonie. Ostatnia blitz-wizyta prezydenta w Niemczech i Holandii nie przyniosła przełomowych wydarzeń, więc nie jest dziś głównym tematem rozmów w metrze czy „na kuchnie”, gdzie nadal toczą się w Rosji najbardziej interesujące rodaków rozmowy.
Wobec tego – czy warto się jej przyjrzeć? Zobaczmy.
Pierwszym etapem podróży był Hanower. Rosja i Niemcy od czasów kanclerza Schroedera, który zwykł nazywać przyjaciela Władimira krystalicznym demokratą, budowały swoje stosunki – przede wszystkim biznesowe – w dobrej atmosferze. Podczas prezydentury Dmitrija Miedwiediewa niemieckie elity przeżywały podniecenie graniczące z euforią w nadziei zapowiadanej przez Miedwiediewa liberalizacji, modernizacji, otwartości i swobody. Powrót na Kreml krystalicznego demokraty ściął te nastroje jak niewinne lilie. A kolejne inicjatywy Kremla w kierunku ograniczenia swobód obywatelskich jeszcze bardziej ochłodziły atmosferę. Niemiecka prasa pisze o Putinie i jego polityce przykręcania śruby krytycznie i twardo. Dialog z panią kanclerz Merkel, która zresztą nawet w lepszych czasach nie była bliską przyjaciółką Putina jak jej poprzednik, zapewne nie należał do przyjemnych. Z oficjalnych komunikatów nie wynikało, czy tematem rozmów były sprawy cypryjskiego kryzysu. Wiadomo natomiast, że poruszano kwestię praw obywatelskich, w szczególności masowych kontroli NGO w Rosji. Na konferencji prasowej, na której zwykle politycy starają się wygładzać ostre kanty, Merkel z naciskiem powiedziała: „Prezydent zapewnił nas, że nie chodzi o ograniczenie działalności tych organizacji. My jednak wyraziliśmy zaniepokojenie, dlatego że może być tak, że organizacje pozarządowe nie będą się rozwijać tak, jak by chciały. Jeszcze raz podkreśliłam, że Niemcy opowiadają się za silnym społeczeństwem obywatelskim, w którym [istnieje] wiele NGO”. Putin tłumaczył, że nie chodzi o zamykanie NGO, tylko o kontrolę ich finansowania. Jak twierdzą komentatorzy w Rosji, chodzi o dużo więcej: nie tylko o zagęszczenie atmosfery wokół NGO, zniechęcenie wolontariuszy do tego typu działalności czy zastraszenie, ale przede wszystkim o zgromadzenie danych o ludziach udzielających się w NGO, o charakterze ich pracy i kontaktów z zagranicą. Fantastycznie wpisał się w to dzisiaj Władimir Żyrinowski, który z rozmachem wykrzyczał dziś przed kamerami, że trzeba wszystkie te NGO pozamykać, bo to gniazda szpiegostwa. Dużo pani Merkel wskórała.
Ożywił skostniałą atmosferę wizyty w Niemczech happening aktywistek Femen podczas wizytowania targów hanowerskich przez wysoką delegację. Półgołe dziewczyny (dwie Ukrainki, dwie Niemki i Rosjanka) miały na ciele wypisane hasła zawierające nieparlamentarne określenia Putina i jego rządów po rosyjsku i angielsku. Rzuciły się na prezydenta z okrzykami, zostały odparte i powalone przez byków z ochrony. Putin zdążył zrobić zdziwione oczy (nota bene znowu bardziej skośne niż zwykle, najwyraźniej po kolejnym liftingu), uśmiechnąć się i jednej z uczestniczek pokazać kciuk zadarty do góry na znak akceptacji. Rosyjska telewizja też pokazała tę krótką migawkę, którą wczoraj tłukły na okrągło i smakowały na wszelkie sposoby niemal wszystkie telewizje świata. W rosyjskim reportażu wszelako napisy na plecach i biustach zostały starannie zasłonięte. Czy to już zadziałał kolejny z zakazów, wprowadzony na dniach (dzień bez nowego zakazu jest dniem straconym), a mianowicie zakaz używania w mediach przekleństw? Czy może rosyjscy nadawcy nie chcieli, by widzowie w Rosji zobaczyli, z jakimi napisami rzucały się na prezydenta femenki?
Kiedy prezydent oprzytomniał po ataku, był już w Holandii. Na konferencji prasowej z holenderskim gospodarzem miał przygotowaną kąśliwą replikę, jak potraktować wybryk półnagich aktywistek –roznegliżowanych, więc jak z takimi rozmawiać i przyjmować poważnie ich polityczne manifesty? „Nie zdążyłem zjeść śniadania. Gdyby one pokazały mi kiełbasę albo sadło, to bym się ucieszył, a te atrakcje, które one demonstrują – to jakoś nie bardzo”. Głodnemu kiełbasa na myśli, a nie jakieś wymalowane w „fucki” biusty. To ciekawe podejście do golizny. Pan prezydent sam się przecież chętnie prezentuje z odsłoniętym torsem. Owszem, nie na wystawie w Hanowerze, tylko w ostępach dzikiej przyrody ojczystej. Ale jednak używa tego wizerunku do robienia polityki.
I w Niemczech, i w Holandii zorganizowano kilka demonstracji przeciwko polityce Putina. W Hanowerze zgromadziło się przy wejściu na targi kilkaset osób z plakatami wspierającymi ruch protestu w Rosji, podważającymi legitymację władzy Putina zdobytą w wyniku sfałszowanych wyborów, krytykującymi represyjne akty prawne. Do tych wewnętrznych rosyjskich protestów dołączyli się Kurdowie i Syryjczycy, oskarżając Putina o wspieranie krwawego reżimu Asada.
W Holandii najwięcej uczestników zgromadziła demonstracja środowisk homoseksualnych, które protestowały przeciwko wprowadzeniu w niektórych prowincjach Rosji ustaw zakazujących propagandy homoseksualizmu i zakazowi zawierania małżeństw osób tej samej płci. Prezydent Putin odpierał ataki: „W Federacji Rosyjskiej nie ma żadnego ograniczania praw mniejszości seksualnych, korzystają one z pełni praw i swobód. Przypuszczam, że nie mają innego prezydenta, i ja jako prezydent bronię ich praw”. Dodał jednak, że wspomniane ustawy są odbiciem nastroju społeczeństwa. A on jako prezydent też musi to brać pod uwagę. W rosyjskich mediach zaraz się odezwały komentarze, że Putin nigdy na rynku wewnętrznym nie wypowiadał się na temat obrony praw mniejszości seksualnych. „Putin milczał, kiedy w Petersburgu przyjmowano homofobiczną ustawę, kiedy bito aktywistów środowisk gejowskich, kiedy zwalniano z pracy obrońców praw mniejszości” – napisała internetowa „Gazeta”.
Jak wiadomo, najlepszą obroną jest atak, więc pan Putin przeszedł do ataku i wypomniał holenderskiemu premierowi, że w Holandii istnieje partia propagująca pedofilię. „Nie mogę sobie wyobrazić – powiedział Putin – by jakikolwiek sąd w Moskwie pozwolił na funkcjonowanie organizacji, która propaguje pedofilię. W Holandii to dopuszczalne. Jest taka organizacja”. Zdziwiony premier Mark Rutte odparł, że w Holandii pedofilia jest ściganym z mocy prawa przestępstwem.
I jeszcze jedna sprawa, którą skrzętnie zamiotły pod dywan rosyjskie media, a wałkowały holenderskie: prezydent planował pono odwiedzenie w Holandii mieszkającej tam na stałe z przyjacielem Holendrem córki, Marii Putinej. Sekretarz prasowy Putina indagowany w tej sprawie powiedział: „ta informacja nie odpowiada rzeczywistości”. Nie wiadomo tylko, która z tych informacji – że prezydent planował odwiedziny u córki czy że córka tu mieszka w eleganckim penthausie, jak donosiła niderlandzka prasa (ze zdjęciami). Temat rodziny prezydenta nadal jest tematem tabu do kwadratu.
„Ostatnia zagraniczna podróż Władimira Putina potwierdza widoczny od pewnego czasu trend. Narastająca w Rosji konserwatywna fala, przejawiająca się w rozlicznych zakazach wprowadzanych przez władze i obliczona przede wszystkim na rozszerzenie politycznego wsparcia w tradycyjnie nastrojonych warstwach społeczeństwa oraz na ograniczenie możliwości działania aktywnych warstw, spotyka się z również narastającym rozdrażnieniem w krajach Zachodu. To, co się dzieje obecnie w Rosji, rozchodzi się z zakorzenionymi w Europie tradycjami pluralistycznej demokracji” – podsumował efekty wizyty Aleksandr Iwachnik w internetowej Politcom.ru.
