Listy i lista

Od razu uprzedzam, że będzie bardzo dużo nazwisk. Kiedyś Lenin powiedział, że kadry decydują o wszystkim. W związku z wydarzeniami na Ukrainie warto zrobić taki mały przegląd kadr.

Pytanie zadane w latach trzydziestych przez pisarza Maksyma Gorkiego: „Z kim jesteście, mistrzowie kultury?”, wymagające w tworzącej się wtedy nowej socjalistycznej rzeczywistości jasnej deklaracji od ludzi sztuki – to znaczy czy są za wodzem, czy przeciw – w dzisiejszej sytuacji znów staje się aktualne. Ministerstwo Kultury zorganizowało akcję zbierania podpisów pod listem popierającym stanowisko prezydenta Rosji w sprawie Ukrainy i Krymu. Urzędnicy ministerstwa dzwonili do poszczególnych twórców i pytali, czy zgadzają się oni umieścić swoje nazwisko pod listem. Obecnie figuruje pod nim 515 nazwisk. Wśród nich m.in. dyrektor Mosfilmu Karen Szachnazarow, kierownik artystyczny Teatru Maryjskiego Walerij Giergiew (zawsze popierający Putina), aktor Siergiej Biezrukow (o którym mówią, że zagra wszystko, ostatnio dowcipnisie podejrzewali, że wystąpił na Majdanie w roli Julii Tymoszenko), piosenkarze – Waleria, Gazmanow, Rastorgujew (zespół Lube, ulubiona kapela Putina). Niektórzy z sygnatariuszy indagowani przez dziennikarzy, dlaczego złożyli podpis, nie potrafili wyjaśnić, dlaczego zdecydowali się na ten krok. Dziwnej odpowiedzi udzielił Oleg Tabakow: „Bo w moich żyłach płynie krew rosyjska, ukraińska, polska i mordwińska”.

Jasno swoją pozycję potrafią natomiast argumentować inni twórcy kultury, którzy podpisali inny list, a właściwie kilka listów. Oddzielnie wystąpili filmowcy – odpowiedzieli na antywojenny apel ukraińskich kolegów po fachu. „Jesteśmy przeciwko antyukraińskiej kampanii, rozpętanej przez rosyjską telewizję państwową. Podobnie jak wy, jesteśmy kategorycznie przeciwko kłamliwemu przedstawianiu wydarzeń na Ukrainie, a tym bardziej jesteśmy przeciw rosyjskiej interwencji zbrojnej na Ukrainie. Jesteśmy po stronie prawdy, jesteśmy z wami!”. Pod listem otwartym podpisali się m.in. Witalij Manski, Andriej Smirnow i Aleksiej Popogriebski. Osobny list napisał Aleksandr Sokurow.

O listach – za i przeciw – środowisk literackich pisałam kilka dni temu (http://labuszewska.blog.onet.pl/2014/03/10/panie-i-panowie-zamykamy/). 13 marca z kolejnym listem apelem, antywojennym krzykiem rozpaczy wystąpiła grupa rosyjskiej inteligencji. „Nie po raz pierwszy w rosyjskiej historii ludzi, nie godzących się z agresywną mocarstwową polityką państwa ogłasza się wrogami ludu. Nie po raz pierwszy wiernopoddaństwo ceni się wyżej niż postawę obywatelską. Rozlew krwi na Krymie będzie hańbą Rosji…”. Tutaj też jest kilkaset podpisów: reżyser Andriej Zwiagincew, muzycy Jurij Szewczuk, Borys Griebienszczikow, Andriej Makariewicz, dziennikarze, pisarze, filozofowie, krytycy, aktorzy, fizycy.

Wśród dziennikarzy byli między innymi pracujący w portalu Lenta.ru. Kilka dni temu za zamieszczenie wywiadu z aktywistą Prawego Sektora z posady wyleciała redaktor naczelna. W geście solidarności dziennikarze odeszli też. Lenta nie była portalem opozycyjnym – rzetelna informacja i tyle. Lojalność i neutralność. Ale widocznie w dzisiejszej sytuacji rozpasanej militarystycznej gorliwości, jaka panuje w Rosji w związku z aneksją Krymu, neutralność to już za mało. Nawet ona jest groźna. Już nie wystarczy po prostu informować. Trzeba się zaangażować i z żarem prezentować kłamliwą wersję władz. Wczoraj wieczorem zablokowano dostęp do kilku stron internetowych, opozycyjnych wobec Kremla, niszowych. A także dostęp do blogu Aleksieja Nawalnego, skazanego na areszt domowy. Po kilku godzinach groźna formułka „Niedostępne na mocy decyzji Prokuratury Generalnej” o dziwo zniknęła. Pojawi się znów? Kiedy? Za co? Nie wiadomo. Ale koniec złudzeń, panowie, przykręcamy śrubę na całego.

A towariszcz Wołk kuszajet i nikogo nie słuszajet (a towarzysz Wilk je i nikogo nie słucha). Żadne pokojowe apele – ani twórców, ani polityków – nie przemawiają do prezydenta Putina. Rosyjscy oficjele próbują przekonać Rosjan, Ukraińców i cały świat, że Rosja nie jest stroną konfliktu, została weń co najwyżej wciągnięta, a wszystko to wewnętrzna sprawa Ukrainy, jej konflikt wewnętrzny… Prezydent Putin nie przyznaje się do „zielonych ludzików” paradujących po Krymie z bronią. Na pewno będą świetnymi neutralnymi obserwatorami prawomocnego referendum.

Niemiecka prasa opublikowała dzisiaj listę nazwisk rosyjskich polityków i wysokich urzędników, którzy najprawdopodobniej zostaną objęci sankcjami UE i USA, jeżeli nie uda się wypracować wspólnego stanowiska wobec referendum na Krymie (dzisiaj ministrowie spraw zagranicznych Rosji i USA rozmawiali pięć godzin i pozostali przy swoim). Prawdziwy kwiat rosyjskiego beau monde’u politycznego: wicepremier Dmitrij Rogozin, sekretarz Rady Bezpieczeństwa Nikołaj Patruszew, strateg politycznych gier Władisław Surkow, szef prezydenckiej administracji Siergiej Iwanow, złotousty Władimir Żyrinowski i in. A także prezes koncernu Rosnieft’ Igor Sieczin i szef Gazpromu Aleksiej Miller.

Ta lista, te nazwiska, te sankcje za eskalowanie napięcia wokół Krymu – to jeszcze nic pewnego. Okaże się 17 marca, po referendum. Rosja na razie odgraża się, że odpowie na sankcje Zachodu „odpowiednio”.

Ballada z trupem

Wprost z Białowieży wracam i łup – w Rostowie nad Donem przemawia polityczny trup. Jeszcze kilka dni temu prezydent Putin mówił, że ów polityk nie ma politycznej przyszłości. Choć nadal jest jedynym prawowitym prezydentem Ukrainy. Mowa o Wiktorze Janukowyczu, który nadal usilnie szuka swojej zgubionej legitymacji władzy.

Dzisiejsze pojawienie się Janukowycza przed dziennikarzami w Rostowie nad Donem było puste. Wszystkie tezy, z którymi wystąpił, znamy. Powtarzają je rosyjscy politycy, powtarzają je gadające głowy w rosyjskiej telewizji: w Kijowie rządzą bandyci, wybory w maju będą nielegalne, bo zastraszona ludność Ukrainy nie będzie głosować zgodnie z własnymi poglądami, tylko pod przymusem, a on sam nie uciekł – był w Kijowie, a potem był w Charkowie, Doniecku, na Krymie. Czyli ojczyzny w potrzebie nie rzucił. Był, ale się nie odzywał. Palił, ale się nie zaciągał. Nikt nie mógł go znaleźć. Nikt nie może potwierdzić jego słów.

Janukowycz zaapelował jeszcze do Stanów Zjednoczonych, żeby nie dawały władzom w Kijowie żadnych pieniędzy, bo amerykańskie prawo zabrania finansowania bandytów.

„Może nie trup to, może to kukła” – jak śpiewał Bronisław Pawlik w balladzie w Kabarecie Starszych Panów. Janukowycz wystąpił w Rostowie nad Donem w garniturze, ale przypomniał, że jako prezydent jest zwierzchnikiem ukraińskiej armii. Złośliwie można w tym kontekście zauważyć, że mógłby zgodnie ze słowami swego promotora zakupić na tę okoliczność w sklepie jakiś twarzowy mundurek. Jeden z tych, w których paradują po Krymie tajemniczy „przyjemni ludzie” bez wojskowych dystynkcji. A jeśli chodzi o ukraińską armię, to Janukowycz przestrzegł, że nowe władze każą jej występować pod banderowskimi proporcami.

Jeszcze jedno małe spostrzeżenie: Janukowycz na koniec wystąpienia, wygłoszonego po rosyjsku z silnym akcentem donieckim, zacytował incipit ukraińskiego hymnu po ukraińsku. Optymistyczne zakończenie – Ukraina „ne wmerła”, i ja też jeszcze żyję, choć czuję się kiepsko.

Odniosłam wrażenie, że głównym celem pokazania się Janukowycza publicznie było potwierdzenie słów Putina sprzed tygodnia, że Janukowycz jest „żyw i zdrów, i jeszcze się przeziębi na pogrzebie tych, którzy rozpuszczają wieści o jego śmierci”. Wieści faktycznie krążyły różne. Ostatnio kolportowano wiadomość, że Janukowycz z zawałem trafił do jednego z moskiewskich szpitali. „Gdybym się uparł, mógłbym go tknąć, lecz głupio trupa tak tknąć jak bądź”.

Niespełna kwadrans po zakończeniu tego dziwnego seansu politycznej nekrofilii agencje podały wiadomość: parlament Krymu przyjął deklarację niepodległości. Operacja „Krym” w toku…

Panie i panowie, zamykamy!

„Myślę, że to, co się dzieje na Ukrainie – jest straszne. Ale to, co się dzieje w Rosji – jest o wiele straszniejsze” – Borys Chersoński, poeta z Odessy.
Jest taki obraz radzieckiego malarza Aleksandra Dejneki – górą po wiadukcie idą ludzie, zakutani w płaszcze, samotnie i grupkami, zwyczajni ludzie, dołem, w przeciwnym kierunku, pod tymże wiaduktem też idą ludzie, ale nie są już zwyczajni: idą w szyku, każdy ma na ramieniu broń. Patrząc na ten obraz zawsze myślałam, jak łatwo jest tych zwyczajnych ludzi z góry wiaduktu zmienić w ludzi z karabinem, jak łatwo obudzić demony wojny. Jak łatwo zejść z górnego poziomu wiaduktu, ale jak trudno znów nań wejść.
Z rosnącym niepokojem patrzę na to, z jaką łatwością, jak skutecznie oficjalna propaganda kremlowska otumania, jak wszystkie tuby propagandowe dmą w quasi-patriotyczne trąby, jak sprawnie przypinają fałszywe łatki, jak wypaczają rzeczywistość, jak umiejętnie porcjują półprawdy i kłamstwa, jak zuchwale uzasadniają agresję na sąsiadów. Jak mocny jest głos nienawiści, jak mocny jest głos kłamstwa, a jak słaby głos rozsądku, wzywający do opamiętania, do przywrócenia proporcji, do mówienia prawdy, do zaniechania agresji.
Reżyser Aleksandr Sokurow powiedział: Jestem porażony tą absolutną fascynacją wojną. Jestem porażony jednomyślnością Rady Federacji głosującej w kwestii, powiedziałbym, tragicznej [chodzi o głosowanie 1 marca – Rada udzieliła prezydentowi zgody na wprowadzenie wojsk rosyjskich na terytorium Ukrainy]. Nikt nie zapytał, nie miał cienia wątpliwości co do tego, czy należy wprowadzać wojska. Nikt się nie zająknął, nawet nie próbował prezydentowi zadać pytania, dlaczego mamy wprowadzać wojska, dlaczego nie możemy rozwiązać problemu na drodze politycznej, członkowie Rady nie pomyśleli o ofiarach – a chodzi przecież o życie naszych rodaków. […] Tak fundamentalna kwestia nie wywołała dyskusji. Odniosłem wrażenie, że wszyscy się momentalnie zakochali w rozwiązaniu siłowym.
Pod auspicjami władz odbywają się w wielu rosyjskich miastach wiece poparcia. Nie bardzo tylko mogę wywnioskować, co w istocie popierają uczestnicy wyposażeni w rosyjskie flagi i hasła „Wierzymy Putinowi”. W Moskwie w piątek zebrano pod murami Kremla 65 tysięcy ludzi. Z trybuny przemawiali przedstawiciele samozwańczych władz Krymu. To dla nich to poparcie? Dla samozwańców? Poparcie dla aneksji kawałka cudzego terytorium? Dla siłowego rozwiązania problemu, o którym mówił Sokurow? Dla rozpętania wojennej zawieruchy?
Dziś na antywojennej pikiecie w Moskwie zebrało się trzysta pięćdziesiąt osób. Tym razem uczestników nikt nie szarpał za klapy i nie wsadzał do suk. Organizatorzy mieli zgodę władz miasta na udział w proteście pięciuset osób. Nawet tyle nie przyszło. W sobotę ma się odbyć „Marsz pokoju”, protest przeciwko wojnie. Ile osób przyjdzie?
Część pisarzy ze Związku Pisarzy Rosji poparła agresywną politykę Putina. Zdaniem sygnatariuszy listu, kierownictwo Euromajdanu doszło do władzy nielegalnie i zamiast zająć się zaprowadzeniem porządku i zapewnieniem bezpieczeństwa obywateli, zatroszczyło się o zakaz języka rosyjskiego i prześladowaniem wszystkich, kto mówi po rosyjsku [to typowa kalka z kremlowskiej propagandy, która wykorzystuje uchylenie ustawy językowej przez Radę Najwyższą Ukrainy; uchylenie jednak nie weszło w życie – nie podpisał aktu p.o. prezydent Turczynow]. W tych okolicznościach pisarze popierają decyzję władz, by okazać wszechstronną pomoc narodowi ukraińskiemu i narodom Krymu.
Druga część pisarzy z prezesem PEN Center Andriejem Bitowem w odpowiedzi na list ukraińskich kolegów zaniepokojonych agresją Rosji napisała: „Stanowisko rosyjskiego rządu uważamy za nadzwyczaj niebezpieczne, […] występujemy przeciwko dezinformacyjnej polityce rosyjskich mediów i promowaniu nienawiści i agresji. Wprowadzenie rosyjskich wojsk na terytorium Krymu, choćby zakamuflowane, oznacza początek działań zbrojnych. Wzywamy rosyjski rząd do zaniechania tych niebezpiecznych gier. […] Za naszą i waszą wolność!”. List podpisała m.in. Ludmiła Ulicka. Ostatnio w audycji Echa Moskwy powiedziała, że zastanawiają się w gronie bliskich znajomych, w ile wagonów się pomieszczą, jeśli władza zechce się ich pozbyć, tak jak kiedyś władza radziecka pozbyła się niechcianych inteligentów (statek filozofów w 1922 r.). Ludzie myślący są w czasach nakręcania wojennej retoryki zbędni, wręcz szkodliwi.
Kilku rosyjskich muzyków rockowych wystąpiło z listem otwartym. Zwrócili się do dwóch bratnich narodów – Rosji i Ukrainy – by nie dopuściły do wojny. Ale na wspomnianym wiecu przed 65-tysięczną wystąpiła grupa Lube, grająca patriotycznego rocka, sławiącego rosyjski oręż, przed którym drży cały świat. Śpiewający na Majdanie Swiatosław Wakarczuk z Oceanem Elzy zapowiedział, że pojedzie na Krym z „koncertami pokoju”. Kilka tygodni temu znany z konserwatywnych, jedynych słusznych poglądów deputowany petersburskiego zgromadzenia Witalij Miłonow nie dopuścił do występów ukraińskich muzyków.
Na Krymie nie można od przedwczoraj oglądać ukraińskich kanałów telewizyjnych. Dlaczego? Nie wiadomo. Rosyjską telewizję można oglądać tu bez przeszkód. Poważne przeszkody napotykają na Krymie zagraniczni dziennikarze, o tym rosyjskie telewizje jednak nie mówią. W ukraińskich obwodach graniczących z Rosją wyłączono z kolei sygnał rosyjskich stacji telewizyjnej. Za to, że kłamią. Rosyjska Duma poczuła się bardzo tym zaniepokojona.
Od co najmniej tygodnia zablokowany jest dostęp (ze strony internetowej stacji) do politycznego talk show rosyjskiego programu Pierwyj Kanał „Politika”. Dalibóg, trudno dociec, dlaczego – to w pełni błagonadiożnyj program, realizujący linię polityczną Kremla. Może coś wyrwało się spod kontroli?
Od co najmniej dwóch tygodni na terytorium Federacji Rosyjskiej zablokowany jest dostęp do mojego blogu. „Z przyczyn technicznych”, ma się rozumieć.
Ale gry w zamykanie i otwieranie przestrzeni Rosjan za bardzo nie troskają. Według ostatniego sondażu Centrum Lewady badającego, co najbardziej niepokoi Rosjan, tylko 4 procent pytanych wyraziło zaniepokojenie ograniczeniem swobód i praw obywatelskich, najbardziej (50 procent) respondenci byli zaniepokojeni wzrostem cen. Wielu ekspertów przewiduje, że w związku z interwencją wojskową na Ukrainie nastąpią istotne zmiany wewnątrz Rosji, dotyczyć one będą głównie ograniczania swobód i praw obywatelskich. Jak wynika z sondażu, przejmie się tym najwyżej cztery procent Rosjan.

Co dwa pytania, to nie jedno

6 marca 2014. Kreml się niecierpliwi. Dwa dni temu prezydent Putin dał do zrozumienia, że jest gotów podjąć rozmowy z Kijowem („częściowo prawowite władze” tam wszakże są) i negocjować taki format rządów na Ukrainie, który uwzględniałby interes Moskwy. Tymczasem ukraiński premier Jaceniuk pojechał do Brukseli.

Nastąpiło zawrotne przyspieszenie wydarzeń wokół Krymu. Jeszcze wczoraj nowe władze Krymu, które same siebie mianowały w niewyjaśnionych okolicznościach, mówiły, że referendum w sprawie dalszego statusu półwyspu odbędzie się 30 marca (pierwszy termin sprzed kilku dni przewidywał referendum na 25 maja) i że zapytają mieszkańców o jedno: czy poszerzyć zakres autonomii (którą Krym w ramach Ukrainy ma). Dziś sytuacja się gwałtownie zmieniła. Okazało się, że uczestnicy referendum mają odpowiedzieć na dwa pytania, innej treści niż początkowo planowane: (1) Czy jesteś za wstąpieniem Krymu w skład Federacji Rosyjskiej jako podmiot federacji? (2) Czy jesteś za powrotem do konstytucji Krymu z 1992 roku? [przewidującej Krym jako państwo skonfederowane z Ukrainą traktatowo]. „Nie zdziwię się, jeśli jutro rano włączę telewizor i dowiem się, że referendum na Krymie odbyło się już w miniony weekend. Znane są też dwa warianty odpowiedzi: Tak, nie chcę, Nie, nie chcę” – komentują blogerzy.

Pewną formą podpowiedzi jest przyjęta dziś przez Radę Najwyższą Autonomicznej Republiki Krym uchwała o wejściu Krymu w skład Federacji Rosyjskiej. Do prezydenta Rosji wystosowano odpowiednie wnioski o wszczęcie procedury przyłączania Krymu. Prezydent został o uchwale krymskiego gremium poinformowany. Nie wypowiedział się jednak na ten temat, a zwołał posiedzenie Rady Bezpieczeństwa. Znów w sprawie sytuacji na Ukrainie. I znów za szczelnie zamkniętymi drzwiami.

Referendum miałoby się odbywać w obecności „przyjemnych ludzi” w mundurach bez naszywek, którzy patrolują półwysep, blokują jednostki wojsk ukraińskich i trzymają straż wokół siedzib lokalnych władz. „Przyjemni ludzie” nadal nie mają narodowości ani przynależności państwowej – Moskwa w dalszym ciągu nic nie wie o tym, że dokonała na Krym (terytorium suwerennego państwa) niesprowokowanej interwencji wojskowej i pogwałciła tym samym prawo międzynarodowe i umowy z Ukrainą. „Przyjemni ludzie” sięgają do coraz bardziej drastycznych metod zmuszania żołnierzy ukraińskich do opuszczania zajmowanych obiektów (odcinanie dopływu wody, prądu, pogróżki). Zatopiono jeden ze złomowanych okrętów należących do rosyjskiej Floty Czarnomorskiej w taki sposób i w takim miejscu, by unieruchomić jednostki ukraińskiej Floty Czarnomorskiej.

Samozwańcze władze Krymu podlewają oliwy do ognia – wicepremier stwierdził dzisiaj, że ukraińskie wojsko zostanie uznane za okupantów Krymu.

Społeczność tatarska sprzeciwiła się decyzji w sprawie referendum, przeprowadzanego pod lufami karabinów. Tatarzy opowiadają się zresztą za przynależnością półwyspu do Ukrainy. Wczoraj przyjechał ich przeciągnąć na drugą stronę mocy prezydent Tatarstanu (republiki w składzie Federacji Rosyjskiej). Ale nic nie wskazuje na to, by cokolwiek wskórał.

O sytuacji na Krymie mówił w wywiadzie dla Slon.ru opozycyjny deputowany krymskiej Rady Najwyższej Leonid Piłunski: „dzisiaj na przykład na prywatnym kanale telewizyjnym Czernomorka bez żadnych licencji zaczęto nadawać program Rossija 24. W ostatnich dniach specjalny wysłannik sekretarza generalnego ONZ został siłą wsadzony do mikrobusu i odwieziony na lotnisko. Wczoraj i przedwczoraj zostali zabici właściciele nocnych barów, które chcieli przejąć ludzie zasiadający w nowym parlamencie . Wczoraj przypłynął okręt desantowy, na pokładzie którego przypłynęli Kozacy kubańscy”.

Tymczasem rosyjskie media pracują dniem i nocą nad wypreparowaniem takiego obrazka, który pasowałby do oficjalnej linii politycznej: że na Ukrainie są zagrożeni Rosjanie, a cały wschód Ukrainy aż pali się, by wyjść spod władzy Kijowa, ogarniętego banderowskim czadem. Atmosfera jest podgrzewana do białości. Politycy dodają swoje. Wiceprzewodniczący Dumy Państwowej Siergiej Żelezniak po dobroci uprzedza: „Im bardziej nacjonal-radykałowie [na Ukrainie] będą próbować grozić Krymowi i regionom, które tradycyjnie ściśle są związane z Rosją, tym większą antymajdanowską, antybanderowską falę dostaną w odpowiedzi [tak w oryginale]. … To, że te regiony widzą swoją przyszłość wraz z Rosją, a nie z uprawiającymi bandytyzm nazistami, to potwierdzenie tego chaosu i koszmaru, w który wepchnęła Ukrainę banderowska junta, działająca w interesie zachodnich majstrów pociągających za sznurki i niezależnych oligarchicznych książąt”. To taka mała parlamentarna wykładnia słusznego gniewu. Z telewizji też fala za falą spływa braterstwo przetykane fałszywkami. O napływie uchodźców z Ukrainy, ogarniętej katastrofą humanitarną, o przygotowywanym na Ukrainie przejściu z cyrylicy na latinkę, o wielkich manifestacjach we wschodnich regionach Ukrainy domagających się więcej Rosji. Duma już przystępuje do prac nad ustawą o karaniu za „antyrosyjskie” publikacje w mediach. Co to znaczy „antyrosyjskie”?

Wszystkie ręce na pokład. Premier zapowiedział, że już wkrótce nastąpi uproszczenie procedury przyznawania rosyjskiego obywatelstwa, a Duma wszczęła prace nad nowelizacją ustawy ułatwiającej włączanie nowych podmiotów do Federacji Rosyjskiej.

Wszystko to jest mocno niepokojące. Wygląda na to, że Rosja bardzo chce jak najszybciej połknąć Krym. Ma to chyba być coś w rodzaju nagrody pocieszenia dla społeczeństwa rosyjskiego i dla samego prezydenta Putina, który chce w ten sposób sobie i swoim zwolennikom wynagrodzić wizerunkowe straty na Ukrainie i pokazać, że jest twardy. Bo to się rodakom podoba. Publikowane ostatnio badania opinii publicznej wykazują maksymalne wartości: 67 procent poparcia dla lidera. A lider znalazł się na liście pretendentów do Nagrody Nobla. Pokojowej – gdyby Państwo mieli wątpliwości.

Jak panu do twarzy w masce Machiavellego

Nowo-Ogariowo, godzina 15 czasu moskiewskiego, dziennikarze czekają od trzech godzin na spotkanie z prezydentem Władimirem Putinem. Prezydent właśnie zakończył inspekcję zachodnich garnizonów i wreszcie znalazł czas na wyjaśnienie swojego stanowiska wobec wydarzeń na Ukrainie ze szczególnym uwzględnieniem wysłania wojsk na Krym.
Prezydent jak zwykle z wdziękiem spóźniony, zasiada w firmowej pozie w fotelu. Na początku jest trochę spięty, ale szybko przechodzi do rzeczy.
Na razie (podkreślmy) nie widzi konieczności, aby rosyjskie wojska miały wkraczać na Ukrainę. Ale papier na to w razie czego ma: prezydent Janukowycz (jedyny prawowity, choć całkowicie pozbawiony władzy i politycznej przyszłości) poprosił go dwa dni temu o to, by w obronie Ukraińców armia rosyjska wkroczyła na Ukrainę. Poza tym przecież Rada Federacji dała już swoją zgodę. [Rada Najwyższa Ukrainy podczas dzisiejszych posiedzeń przypomniała, że zgodnie z przepisami to parlament, a nie prezydent może decydować o zapraszaniu obcych wojsk na swoje terytorium, jeżeli taki list w ogóle istnieje i został podpisany przez Janukowycza, to należy go zakwalifikować jako zdradę stanu]. Wojska wkroczą, jeśli rozpoczną się prześladowania Rosjan lub Ukraińców, którzy nie uznają władz w Kijowie. Władzom w Kijowie swoją drogą prezydent doradził, aby jak najszybciej zorganizowały wybory i jakoś się umocowały prawnie, bo na razie umocowane nie są. To znaczy – niektórzy są, a inni nie za bardzo. W tym miejscu coś w logice wywodu zazgrzytało: bo niby Rada Najwyższa częściowo (tajemnicza sprawa) jest prawomocna, ale „inne organy” – to już nie. Taki Turczynow, p.o. prezydent, absolutnie nie. Ale w dalszej części wypowiedzi prezydent Putin oznajmił, że rząd („inne organy”) jednak się kontaktują z rosyjskimi odpowiednikami. On sam chętnie by zobaczył w Moskwie Julię Tymoszenko, mile wspomina ich spotkania. [Bonaparte w spódnicy przedwczoraj wycofała się z pomysłu wyprawy na Kreml, ale po takim zaproszeniu – kto wie]. I jeszcze jedno: na pytanie, czy Moskwa uzna wybory na Ukrainie, prezydent odpowiedział, że uzna albo nie uzna. Ciekawe, od czego to będzie zależało.
Zmiany, które zaszły na Ukrainie, prezydent Putin nazwał przewrotem antykonstytucyjnym i zbrojnym zamachem stanu. Pod koniec wystąpienia nawiązał do opinii ekspertów, którzy z kolei nazywali wydarzenia w Kijowie rewolucją. „Jeśli była to rewolucja, to [w jej wyniku] powstaje nowe państwo. A my z rządem tego państwa żadnych umów nie zawieraliśmy”.
Kto wywołał tę rewolucję/przewrót/zamach stanu? Była świetnie zaplanowana, co do tego prezydent Putin nie ma wątpliwości. O autorach tego planu rosyjska telewizja opowiada kilkadziesiąt razy dziennie. Partnerzy zachodni mają odmienne zdanie, chętnie stosują podwójne standardy (Afganistan, Kosowo). Prezydent Putin z nimi rozmawia. Poufnie.
Generalnie Rosja czuwa, aby w tym chaosie do władzy na Ukrainie nie dorwały się nieodpowiedzialne elementy. Czuwa i będzie czuwać.
Po Krymie paradują, jak się okazuje, nie rosyjscy żołnierze, a samoobrona Krymu „w mundurach, które można kupić w sklepie” [naszywek nie mają, to fakt]. A nowe władze Krymu – w przeciwieństwie do tych w Kijowie – zostały wybrane zgodnie z procedurami i mają legitymację [nowy premier wybrał się w Radzie Najwyższej Krymu bez zarejestrowanego i potwierdzonego kworum]. Regiony powinny jego zdaniem przeprowadzić lokalne referenda w sprawie swojego statusu [scenariusz federalizacji Ukrainy, jak widać, nadal jest w grze].
Było podczas prezydenckiego wystąpienia kilka iskrzących momentów. Kiedy jedna z dziennikarek zaczęła zadawać pytania o to, kto wydał rozkaz strzelania do tłumu na Majdanie, prezydent Putin agresywnie jej przerwał i zaczął opowiadać o aktach agresji wobec milicjantów i Berkutu. Prezydent nieoczekiwanie przyznał, że „częściowo” rozumie ludzi na Majdanie – bo zbuntowali się przeciwko skorumpowanemu systemowi. Głównego hierarchę tego systemu prezydent Putin przyjął na terytorium Rosji z pobudek humanitarnych – w przeciwnym razie zostałby on zabity, wyraził przypuszczenie Władimir Władimirowicz. Ale teraz po prostu Majdan „zmienia jednych żulików na innych”. Znamienna była też krytyka ukraińskich oligarchów, którzy obecnie są mianowani na stanowiska szefów regionów. Ihor Kołomojski, jak się okazuje, wystawił do wiatru nawet [podkreślmy – nawet] Romana Abramowicza. Coś mu miał zapłacić, ale nie zapłacił. Faktycznie, spryciarz. Nawet Abramowicza ograł. W innym miejscu prezydent zapewnił, że żołnierze ukraińscy i rosyjscy nigdy nie będą po dwóch stronach barykady. „Niech no ktoś z wojskowych spróbuje strzelać do swoich ludzi, za którymi my będziemy stać z tyłu. Nie z przodu, a z tyłu. Niech no oni spróbują strzelać do kobiet i dzieci”. To zagadkowa konstrukcja myślowa, podchwycona przez blogerów, którzy zastanawiają się, czy to znaczy, że Putin zamierza gnać przed czołem rosyjskich formacji ukraińskie kobiety i dzieci, żeby ukraińskie oddziały w nich nie strzelały.
Ale żarty na bok, to nie była przyjemna impreza. Raczej złowroga. Prezydent Putin pokazał już światu, że ma karabin, pistolet i granaty też. I dzisiaj powiedział, że nie będzie z nich strzelał. Ale broni nie schował. Rosja teraz się cofnęła przed sięgnięciem po argument siły, ale w zależności od tego, jak się będą rozwijać wydarzenia, odłoży ten argument albo sięgnie po niego ponownie. Jeśli w wyborach wezmą udział siły prorosyjskie i Rosja zyska nowe narzędzia wpływu na decyzje polityczne Ukrainy, to OK, jeśli nie – to zobaczymy. Na razie pozostaje w grze presja siłowa i presja ekonomiczna.
Ciekawy jest komentarz Antona Oriecha na stronie internetowej „Echa Moskwy”: „Co tu ukrywać – [Putin] wszystkich nastraszył. W Rosji, na Ukrainie, w świecie. My rzeczywiście zaczęliśmy myśleć, że nasz prezydent coś nie-hallo. A on po prostu zastosował silnie działający środek. Za to teraz jest gotów do pokojowego dialogu w komfortowej dla siebie pozycji człowieka, który może dyktować warunki, a nie doganiać pociąg, na który się spóźnił. […] Ale Putin miał jeszcze zapas, miał się jeszcze gdzie cofać. W porównaniu z wojną wszystko inne nie jest już tak straszne, prawda? I Amerykanie z Europą odetchną z ulgą, że Rosjanie nie są nienormalni, tylko trochę się za bardzo zdenerwowali. I Ukraińcy odetchną, że nie będą ich bombardować już w tej chwili. I normalni ludzie w Rosji, którzy nie wpadli w militarystyczny amok, ucieszyli się, że hasło „Czołgi na Kijów” pozostanie tylko na plakatach maszerujących pracowników sfery budżetowej [popierających działania Putina]. Nawet giełda zareagowała z optymizmem. Ale strzelba zawieszona w pierwszym akcie tej sztuki, może wypalić w następnych”.
Miejmy nadzieję, że to nie nastąpi.