GTO – reaktywacja

Wczoraj na Kremlu znowu strzelały korki od szampana – tym razem powodem nie była inkorporacja kolejnej zdobyczy terytorialnej, a wręczenie nagród państwowych za igrzyska w Soczi. Ordery na wstążkach i bez wstążek otrzymali zasłużeni dla przygotowania święta zimowych sportów – m.in. Dmitrij Kozak (wicepremier, zaufany człowiek Putina, po skandalu wyjawiającym kolosalne nadużycia przy budowie obiektów olimpijskich nadzorował przygotowania do igrzysk; obecnie rzucony na odcinek krymski), Konstantin Ernst (szef stacji telewizyjnej Pierwyj Kanał, autor i realizator scenariuszy uroczystości otwarcia i zamknięcia igrzysk, wieloletni pilny uczeń w szkole pielenia grządek wolnomyślicielstwa) czy Władimir Łukin (szef komitetu paraolimpijskiego, były ombudsman, człowiek wysłany przez Putina do Kijowa, który nie podpisał 21 lutego porozumienia pomiędzy Janukowyczem a opozycją, tymczasem Rosja domaga się przestrzegania postanowień tego niepodpisanego przez Łukina dokumentu).

Podczas uroczystości odnotowano niebywały sukces rosyjskiej ekipy: pierwsze miejsce w nieoficjalnej klasyfikacji medalowej, robiące wrażenie szczególnie po niezbyt udanych występach na poprzednich igrzyskach. W utrzymaniu czołowej pozycji w sporcie ma pomóc reanimacja sowieckiego programu GTO. Odpowiedni dekret już został przez prezydenta podpisany.
GTO – Gotow k trudu i oboronie (gotów do pracy i obrony). Program, zgodnie z którym każdy obywatel w wieku 6-60 lat miał obowiązek zdawać tak zwane normy. Każdy przedział wiekowy musiał wykazać się odpowiednią liczbą podciągnięć na drążku i pompek, wymaganym czasem w biegu i pływaniu, odległością w skokach, ale najważniejsze były rzuty. Mali adepci rzucali piłeczką palantową, a od 16 roku życia trenowano rzut granatem. Nie chodziło wszakże o sportową formę (to przy okazji), ale o przygotowanie do obrony, jak głosiła nazwa systemu, który zmarł razem z ZSRR. „Sama idea popierania [przez władze] masowego sportu jest świetna – napisał jeden z komentatorów. – Ale nie przez wskrzeszanie GTO. System powinien być gruntownie zmieniony, z uwzględnieniem nowych zadań. Koncepcja GTO polegała na fizycznym przygotowaniu rekrutów do wykonania prostej funkcji – mieli jak najszybciej dobiec do linii rzutu granatem i wykonać rzut w przeciwnika. To, co dalej, nie było już takie ważne”.

Zgodnie z prezydenckim dekretem zdawanie norm obowiązywać zacznie od września br. Ludność zostanie podzielona na jedenaście kategorii wiekowych, poczynając od szóstego roku życia. Rząd ma rokrocznie przedstawiać raport o stanie fizycznej gotowości ludności do ciskania granatów we wroga. Dobre wyniki testów sprawnościowych będą zaliczane jako dodatkowe punkty przy ubieganiu się o indeksy wyższych uczelni.

Szybko, coraz szybciej władze nawracają do umiłowanej radzieckiej przeszłości. „To nie Rosja wstaje z kolan, to Związek Radziecki wyłazi z trumienki” – spuentował pomysł odrodzenia norm GTO pewien dowcipny komentator na stronie „Echa Moskwy”.

Skazani na Soczi

Jeszcze dwa dni temu rosyjscy deputowani świetnie się bawili w swoim towarzystwie, drwiąc z sankcji, jakie przygotował Zachód – w szczególności UE – w odniesieniu do rosyjskiego establishmentu w związku z zaanektowaniem przez Rosję Krymu. Odniosłam wrażenie, że wczoraj śmiali się już mniej radośnie. Ogłoszona przez Stany Zjednoczone lista krewnych i znajomych Królika z kooperatywy Oziero i okolic (ograniczenia wizowe, zamrożenie aktywów) jakoś przytępiła dowcip rosyjskich polityków (z imienną listą można się zapoznać m.in. tu: http://www.treasury.gov/resource-center/sanctions/OFAC-Enforcement/Pages/20140320_33.aspx).
Dlaczego? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. A może to tylko moje indywidualne wrażenie, nic więcej.

Z czarnej listy najbardziej zainteresowała mnie osoba Giennadija Timczenki, szefa firmy Gunvor – naftowego tradera. Timczenko uparcie procesował się z publicystami, którzy określali go jako „przyjaciela Putina”. No i teraz pan Timczenko „który-nie-chce-być-nazywany-przyjacielem-Putina” trafił na amerykańską listę. Ale nie to przyciągnęło moją uwagę, a wiadomość, że na dzień przed ogłoszeniem listy Timczenko szczęśliwie sprzedał swoje udziały w firmie Gunver. Za taką przenikliwość należy mu się przydomek Wernyhora. Szczęśliwym nabywcą udziałów Timczenki został jego szwedzki wspólnik Torbjorn Tornqvist. Za ile? Nie wiadomo. Teraz Szwed ma 87 procent firmy, której kapitalizacja oceniana jest na 60 mld dolarów. Tornqvist zaprzeczał, by jakiekolwiek udziały firmy należały do Władimira Putina. A tak na marginesie, to w lipcu ubiegłego roku Giennadij Timczenko został odznaczony Orderem Legii Honorowej za wybitny wkład w rozwój rosyjsko-francuskich stosunków gospodarczych. Jak dalej będzie rozwijać działalność Timczenki na tym kierunku, zobaczymy.

Drugą ciekawą osobą, która znalazła się na czarnej liście Waszyngtonu, jest Dmitrij Kisielow, czołowy przedstawiciel linii propagandowej Kremla zaklętej w „zombojaszczikie”. O jego nominacji na szefa agencji informacyjnej i zasługach pieried Otieczestwom pisałam w grudniu zeszłego roku: http://labuszewska.blog.onet.pl/2013/12/13/rosja-dzis/
Kisielow, według własnych słów, za kryterium pracy pod jego kierownictwem uważa „miłość do ojczyzny”. Ostatnio wsławił się tym, że w cotygodniowym autorskim programie informacyjno-analitycznym straszył Stany Zjednoczone i poprawiał humory tym, którzy chcieliby utrzeć nosa Amerykanom. Na tle złowieszczych dekoracji przypominał zapominalskim, że Rosja jest jedynym krajem świata, które może „zamienić USA w jądrowy popiół”. Jakiś czas temu został też przez blogerów nakryty na wakacjach z rodziną. W Suzdalu? Nie. W Wołogdzie? Nie. Nikt by nie zgadł, że naczelny „zachodożerca” woli wypoczynek w Holandii, którą na ekranie odsądza od czci i wiary za całokształt. I jeszcze jedna ciekawostka na temat pana Kisielowa: były ambasador USA w Moskwie napisał w Twitterze, że cztery lata temu Kisielow brał udział w programie finansowanym przez Departament Stanu. „Wasi patrioci lubią krytykować Amerykę, a potem odpoczywać u nas. Za czasów, gdy byłem ambasadorem, wydaliśmy bardzo dużo wiz takim ludziom”. Indagowany w tej sprawie przez dziennikarzy, Kisielow zareagował ostro: „Nie dzwońcie do mnie. Już nigdy!”. Dokąd teraz będzie wyjeżdżał pan Kisielow? Może do Soczi, może do Suzdala. Pani wicepremier Olga Gołodiec już oświadczyła, że Rosjanie nie będą chcieli wyjeżdżać za granicę, wypoczywać będą wyłącznie w kraju.

Ocena tego, kto zyska, a kto straci na sankcjach, jest w Rosji zróżnicowana. Borys Makarienko z centrum Technologii Politycznych uważa, że bezpośredni wpływ sankcji na gospodarkę jest ograniczony. Ale może ważniejszym efektem będzie utrata wiarygodności Rosji, a to w dłuższej perspektywie może mieć negatywne znaczenie. Droższe będą kredyty, mniej będzie inwestycji. Ponadto w wyniku ochłodzenia stosunków z Zachodem Rosja straci dostęp do nowoczesnych technologii, o które zabiegała przez wiele ostatnich lat. Obniżenie ratingu Rosji może mieć znaczenie już w krótkoterminowej perspektywie.
Nikita Kriczewski – na drugą nóżkę, choć z pewnym takim niepokojem: Katastrofy z powodu sankcji nie będzie. Ale z drugiej strony Rosjanie odczują – nie wiadomo, do jakiego stopnia boleśnie – wzrost kursu dolara czy inflację. Kriczewski zwraca przy tym uwagę, że rosyjska gospodarka notowała niepokojące sygnały spadku na długo przed kryzysem ukraińskim. „Ale jednocześnie obserwujemy napływ zagranicznych pieniędzy do Rosji. To pieniądze, które niegdyś zostały wyprowadzone do rajów podatkowych. Trafiają one do państwowych banków. Więc rezerwy finansowe Rosja ma”.

Swietłana Samojłowa na politcom.ru z kolei pisze: „Rosja nie ma analogicznego instrumentu sankcji w sferze bankowej [jakie Stany Zjednoczone zastosowały wobec banku Rossija, należącego do jednego z braci Kowalczuków z kooperytywy Oziero]. Za amerykańskie sankcje odpowie więc Ukraina. To stało się jasne po ostatnim posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa: Moskwa zaostrzyła warunki finansowe wobec Ukrainy […], ogłosiła o denonsacji umów charkowskich uzależniających obniżenie cen na rosyjski gaz dla Ukrainy od warunków stacjonowania na Krymie Floty Czarnomorskiej”. Ceny gazu będą więc dużo wyższe. Premier Miedwiediew okazał się biegły w rachunkach i wyliczył, że Ukraina jest winna Rosji 11 mld dolarów, które Kijów zaoszczędził na tych niezasłużonych zniżkach.
To ciekawy passus, pogłębiający wrażenie rozjechania się pojęć, którymi operują rosyjskie władze. Z jednej strony powtarzają, że Janukowycz jest prawowitym prezydentem. A to on podpisywał umowy w Charkowie. Przy denonsacji już go o nic nie pytano. Z drugiej strony raz Władimir Putin mówi na zmianę, że władza w Kijowie jest nielegalna, a znowu że jest jednak „częściowo legalna”, ale państwa Ukraina nie ma i żadne umowy z nią nie obowiązują. Ale ktoś jednak ma w Kijowie zobowiązania wobec Rosji i musi zapłacić 11 mld. Nie mogę nadążyć za tym rozumowaniem.
Samojłowa wyciąga natomiast taki wniosek: „To wyraźny sygnał dla Zachodu: jak wy będziecie zaciskać palce na szyi Rosji, to Rosja będzie zaciskać swoje na szyi Ukrainy. A długi Ukraina będzie spłacać kredytami z USA i UE. Na tym zapewne ma polegać główna asymetryczna odpowiedź Rosji na sankcje”. Dość przewrotne. Ale czy faktycznie tak będzie?

Sankcje są jednym z głównych tematów dyskusji, ale także żartów. Rosjanie podśmiewają się z tego, jak Amerykanie przejmą się analogicznymi sankcjami rosyjskimi wobec wysokich urzędników amerykańskiej administracji: Michelle Obama z przerażeniem konstatuje, że nie będzie mogła kształcić dzieci w Kałudze, jej mąż – że nie pojedzie do Ust-Iżewska, a Hillary Clinton łapie się za głowę, że zamrożą jej konta w Sbierbanku. Tymczasem prezydent Putin oznajmił, że w ramach akcji solidarności z obiektami sankcji otworzy w najbliższy poniedziałek rachunek w banku Rossija.

Cerkiew na rozdrożu

Na wczorajszej uroczystości wcielania Krymu do Rosji nie było jednej ważnej osoby. Tym wielkim nieobecnym był patriarcha Moskwy i całej Rusi Cyryl. Wśród siedzących w pierwszych rzędach hierarchów reprezentujących różne wyznania prawosławie reprezentował metropolita kruticki Juwenaliusz. Ale metropolita to nie patriarcha.

„Patriarchy Cyryla nie było podczas odczytywania orędzia przez Władimira Putina. To wszystko, co mogę powiedzieć” – oznajmił Wsiewołod Czaplin, najbardziej medialny człowiek Patriarchatu Moskiewskiego, odpowiadający w Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej za kontakty ze społeczeństwem.
Nieobecność patriarchy na Kremlu została zauważona i momentalnie wywołała komentarze, a wobec braku jakichkolwiek oficjalnych wyjaśnień – masę domysłów. Zdrowie? Dzień wcześniej patriarcha sprawował liturgię, spotykał się z riazańskim gubernatorem i otworzył posiedzenie Świętego Synodu. Nic nie wskazywało, by czuł się gorzej. Więc raczej nie stan zdrowia był powodem absencji.

2 marca patriarcha zabrał głos w sprawie wydarzeń na Ukrainie: „Wszystkim członkom społeczeństwa należy zagwarantować prawa i swobody, włączając w to prawo do udziału w ważnych decyzjach. Ci, w czyich rękach spoczywa władza, zobowiązani są do tego, by nie dopuścić do przemocy i bezprawia. Naród ukraiński powinien sam, bez ingerencji z zewnątrz określić swoją przyszłość”. Być może, jak wskazuje część komentatorów, patriarcha nie przybył na Kreml, by nie popadać w konflikt z wiernymi Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego (UCP PM). To największy, najliczniejszy Kościół na Ukrainie – 13 tysięcy parafii (dzięki przynależności ukraińskich eparchii Rosyjska Cerkiew Prawosławna jest najliczniejszym Kościołem prawosławnym na świecie). Konkurent UCP PM – niekanoniczna Ukraińska Cerkiew Prawosławna Patriarchatu Kijowskiego – liczy niespełna pięć tysięcy parafii. Ale czy w świetle ostatnich wydarzeń na Ukrainie to się nie zmieni?

Znawca tematyki cerkiewnej Nikołaj Mitrochin w portalu Grani.ru napisał, że patriarcha Cyryl próbował wpływać na Putina. „Ale nic nie wskórał. Moskiewski Patriarchat doświadczył na sobie brutalności życia w złotej klatce. W telewizji duchowni mogą sobie smęcić na tematy religijne, ale kiedy rzecz dotyczy spraw wagi państwowej, to interesy państwa w rozumieniu Putina i jego ekipy rozchodzą się z interesami Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej (RCP). Nikt nie zamierza wychodzić Cerkwi naprzeciw.

Zdaniem cerkiewnego dysydenta, protodiakona Andrieja Kurajewa: „W całej sytuacji wokół Krymu Rosyjska Cerkiew Prawosławna ponosi straty. Nie zyskuje nic nowego – Krym i tak był eparchią RCP. Natomiast straty mogą być dotkliwe. Na Ukrainie ludzie oburzeni postępowaniem Rosji mogą zacząć masowo trzaskać drzwiami i przenosić się do konkurencji [Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Kijowskiego]”. Mitrochin też o tym mówi: „Cyryl stanął oko w oko z wielkim realnym zagrożeniem, największym w ciągu ostatniego półwiecza: perspektywą utraty swojej ukraińskiej części”. I chodzi nie tylko o konkurencję z Patriarchatem Kijowskim.
Zdaniem eksperta, po pomarańczowej rewolucji struktury Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego zostały zasilone przez młodych biskupów, którzy „nie marzą o odbudowie ZSRR czy Imperium Rosyjskiego, natomiast przemyśliwują nad przeprowadzeniem cywilizowanego rozwodu z Rosyjską Cerkwią Prawosławną, czyli otrzymaniem pełnej kanonicznej autokefalii. Te dążenia wspierają zarówno duchowni, jak świeccy. […] Uzyskanie autokefalii ułatwiłoby rozmowy z Ukraińską Cerkwią Prawosławną Patriarchatu Kijowskiego i innymi pomniejszymi wspólnotami prawosławnymi, co otworzyłoby drogę do przywrócenia utraconej jedności ukraińskiego prawosławia”.

Cyryl od początku swego urzędowania udzielał ukraińskiej Cerkwi ogromnie wiele uwagi, często przyjeżdżał w pielgrzymką do Kijowa i do innych ukraińskich miast. Część dokumentów Synodu była na polecenie Cyryla tłumaczona na ukraiński.
W czasie kryzysu politycznego na Ukrainie, część duchowieństwa udzieliła poparcia Janukowyczowi, natomiast druga – większa – część hierarchów sympatyzowała z protestującymi. Strażnik patriarszego tronu (obecny patriarcha kijowski z powodu złego stanu zdrowia nie jest w stanie pełnić funkcji), metropolita Onufry sprawnie „zarządzał kryzysem” – m.in. nie dopuścił do przejęcia świątyń przez konkurencyjny patriarchat. A wraz z rozpoczęciem agresywnych działań Rosji wobec Ukrainy wielokrotnie zwracał się do Cyryla i do Putina, by nie dopuścili do wojny.

Jak dalej potoczą się losy Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego? Wiele zależy od tego, kto zostanie nowym patriarchą Kijowa. I od tego, jak będą się rozwijać wydarzenia polityczne. Wczorajsza nieobecność patriarchy na Kremlu jest bardzo wymowna.

Rosja + Krym = ?

„Obama, zajmij się Alaską”, „Wierzymy Putinowi”, „Cudzego nam nie trzeba, swoje obronimy” – to kilka z licznych haseł towarzyszących zebranym dziś na placu Czerwonym w Moskwie. Przyszło – wedle oficjalnych danych – 110 tysięcy, by zamanifestować aprobatę dla krymskiego Blitzkriegu prezydenta Putina (według reporterów portalu Slon.ru żadną miarą nie mogło być tyle osób, na placu nie było ścisku. Ale aplauz był. I to jaki!). Sam prezydent wystąpił przed tłumem, wznoszącym okrzyki „Rosja, Rosja” i „Putin, Putin”. Powiedział: Po długim i wyczerpującym rejsie Krym i Sewastopol nareszcie zawinęły do rodzimej przystani. Na stałe.

Wcześniej w dłuższym wystąpieniu przed Zgromadzeniem Narodowym (obie izby parlamentu) i licznymi przedstawicielami najwyższych władz państwowych, religijnych i biznesowych przedstawił nową poolimpijską twarz Rosji. Odniósł się do najnowszych wydarzeń. Referendum na Krymie jest prawomocne; Ukraina nadal znajdująca się w szponach banderowców i antysemitów poduszczanych przez wiadomych sponsorów zasługuje na pomoc (jesteśmy jednym narodem), Ukraina to ból; Zachód przekroczył granice [przyzwoitości], ale teraz niech przestanie histeryzować i uzna Rosję za zasługującego na respekt gracza; Niemcy powinni zrewanżować się za wsparcie Rosji w dziele zjednoczenia państw niemieckich; kto nie wierzy, jest piątą kolumną; rozpad ZSRR doprowadził do wielu „upuszczeń” i błędów, teraz to naprawimy, Rosja została okradziona, a nawet ograbiona, ma prawo upomnieć się o swoje. Zwraca jeszcze uwagę serwilistyczny gest wobec Chin.
Na Kremlu zaraz po orędziu prezydenta podpisano w te pędy umowy o przyjęciu „niepodległego” Krymu i wydzielonego miasta Sewastopola w skład Federacji Rosyjskiej. Jeden z sygnatariuszy – szpakowaty pan z bródką wystąpił w czarnym swetrze (i tak dobrze, że nie w szortach – skomentowali opozycyjni obserwatorzy). Był to wybrany na wiecu pod koniec lutego „ludowy” mer miasta Sewastopol Aleksiej Czałyj.

Pan prezydent długo zaprzęgał, szybko pojechał. Zaprzęgał, wprowadzając od swego powrotu na Kreml dwa lata temu jeden za drugim akty prawne pozwalające na kontrolowanie wszystkiego, co się rusza, czyszcząc i tak już wyczyszczoną polityczną polankę, konserwując beton i betonując konserwę, stwarzając atmosferę oblężonej twierdzy, odbudowując militarną stronę mocy, doskonaląc metody propagandy. I teraz wszystko się przydało. Objęcie Krymu błyskawiczną opieką przy pomocy anonimowych „zielonych ludzików” poszło jak z płatka. Parlament przyjął posłusznie, sprawnie i szybko wszystkie listki figowe, by stworzyć pozory działań zgodnych z prawem.
Środowiskiem naturalnym nowej rosyjskiej polityki będą ruchome piaski. „Prezydent Putin szuka argumentów, by zmusić społeczność międzynarodową, aby uznała prawo Rosji do robienia tego, co uważa ona za stosowne w sferze interesów narodowych” – pisze politolożka Tatiana Stanowaja.

Jak szybko odżyły w rosyjskim społeczeństwie sowieckie klisze, tęsknoty za utraconym mocarstwowym rajem. Reanimowano demony odwetu, odebranie Krymu jest postrzegane jako przywrócenie sprawiedliwości dziejowej. To swego rodzaju rekompensata, wywołująca bezrefleksyjną euforię. No i teraz znów jesteśmy razem! Ostatnie sondaże wykazują wzrost poparcia dla Putina.

Sankcje? Za co? Ale skoro taka wola – to proszę bardzo. Zresztą Rosja odpowie „adekwatnie”. Dotychczasowe sankcje towarzysko są może i nieprzyjemne, ale gospodarczo na razie niedotkliwe. Prezydent po raz kolejny zaprezentował rozczarowanie co do postawy Zachodu. Deputowani Dumy Państwowej w ramach akcji solidarnościowej z posłanką Mizuliną, umieszczoną na liście polityków objętych symbolicznymi sankcjami Zachodu, zaproponowali, by wszystkich deputowanych wpisać na tę listę. „Nacjonalizacja elity” też poszła błyskawicznie. Według nowej mody, nieładnie teraz mieć gustowny pałacyk na Riwierze czy apartament w Miami, teraz ładnie jest jeździć na Krym, do Soczi i inwestować w kraju lub blisko za granicą (najbogatszy z rosyjskich krezusów Aliszer Usmanow sprzedał ostatnio swoje akcje Apple i Facebook i zainwestował w chińską firmę o wymownej nazwie Alibaba Group Holding; Usmanow doskonale wyczuwa kierunki politycznych wiatrów). Z sankcji Zachodu rosyjska wierchuszka śmieje się do łez. A łzy żalu być może roni w zaciszu kurnej chaty na Rublowce.

Wypatrywałam wśród siedzących w kremlowskim pałacu deputowanych i innych zaproszonych gości Wiktora Janukowycza. Ostatnio przecież został pokazany – jak sam to określił – „żywy”, obiecał, że nie zostawi Ukrainy. Widocznie może siedzieć w Rostowie u kolegi, a moskiewskie salony – nie dla niego.

Rada nierada

W ostatnim głosowaniu nad projektem rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ w sprawie nieprawomocności krymskiego referendum Rosja nałożyła na dokument weto. Moskwa uważa, że referendum jest zgodne z prawem międzynarodowym i uznaje jego wyniki za wiążące. Pozostali członkowie – stali i niestali – zagłosowali za rezolucją. Jedynie Federacja Rosyjska ją zawetowała. Za rezolucją nie zagłosowały Chiny, ale…
O tym za chwilę.

Przedstawicielka USA w Radzie Samantha Power powiedziała po głosowaniu, że choć „zgodnie ze statutem ONZ Rosja ma prawo nałożyć weto na rezolucję Rady Bezpieczeństwa, niemniej nie może nałożyć weta na prawdę”. Według Power projekt rezolucji był oparty na zasadach zapewniających międzynarodową stabilność i prawo. Czyli tych wartości, w obronie których występuje Rosja. Z wyjątkiem tych przypadków, kiedy dotyczą one samej Federacji Rosyjskiej. Przedstawiciel Francji uznał rosyjskie weto za świadectwo, że siła jest ważniejsza niż prawo. Przedstawiciel Wielkiej Brytanii wystąpił z pomysłem, aby nad rezolucją głosowało Zgromadzenie Ogólne NZ. Tam Rosja nie dysponuje prawem weta.

Przedstawiciel Rosji w Radzie Bezpieczeństwa Witalij Czurkin argumentował, że sytuacja na Krymie to rezultat „próżni prawnej, która powstała w wyniku niekonstytucyjnego zbrojnego przewrotu, dokonanego w Kijowie przez radykałów nacjonalistów w lutym 2014 oraz na skutek bezpośrednich gróźb ze strony tych ostatnich, że zaprowadzą swoje porządki na terytorium całej Ukrainy”.

Najciekawsza w tym teatrum, w którym role są już dawno rozdane i na ogół zachowanie poszczególnych graczy nie odbiega od oczekiwań, była pozycja Chin. Zwykle Chiny grają podobnie jak Rosja – wetują i podtrzymują na ogół te same inicjatywy i dokumenty. Tym razem jednak było inaczej. Przedstawiciel ChRL mianowicie wstrzymał się od głosu. Oświadczył przy tym, że przyjęcie rezolucji doprowadziłoby do jeszcze większej konfrontacji, wezwał do politycznego uregulowania konfliktu. Przypomniał, że jego kraj nieodmiennie opowiada się za zasadą suwerenności i integralności terytorialnej państw. Zaproponował chińskie usługi na polu dyplomatycznego uregulowania. Plan chińskiej dyplomacji zawiera propozycję stworzenia międzynarodowego organu z udziałem wszystkich zainteresowanych stron, apeluje o powstrzymanie się od jakichkolwiek działań, mogących doprowadzić do eskalacji konfliktu i wzywa do dialogu.
Władimir Warfołomiejew opublikował na swoim blogu kilka zdjęć z tego posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ. Na pierwszym planie przedstawiciel Rosji, Witalij Czurkin i przedstawicielka Stanów Zjednoczonych Samantha Power. Autor blogu uważa, że komentarze są zbędne http://www.echo.msk.ru/blog/varfolomeev/1280264-echo/, zatem komentować i ja nie będę.
Pospieszne jak TGV referendum się na Krymie dziś odbyło. Według danych exit pool frekwencja wyniosła 82 procent, 93 procent głosujących opowiedziało się za przyłączeniem Krymu do Rosji. USA i UE ogłosiły, że nie uznają referendum za ważne. A samozwańcze władze półwyspu oświadczyły, że już jutro Krym rozpocznie procedurę przyłączania się do Federacji Rosyjskiej. Ostorożno, dwieri otkrywajutsia/zakrywajutsia.