Jak panu do twarzy w masce Machiavellego

Nowo-Ogariowo, godzina 15 czasu moskiewskiego, dziennikarze czekają od trzech godzin na spotkanie z prezydentem Władimirem Putinem. Prezydent właśnie zakończył inspekcję zachodnich garnizonów i wreszcie znalazł czas na wyjaśnienie swojego stanowiska wobec wydarzeń na Ukrainie ze szczególnym uwzględnieniem wysłania wojsk na Krym.
Prezydent jak zwykle z wdziękiem spóźniony, zasiada w firmowej pozie w fotelu. Na początku jest trochę spięty, ale szybko przechodzi do rzeczy.
Na razie (podkreślmy) nie widzi konieczności, aby rosyjskie wojska miały wkraczać na Ukrainę. Ale papier na to w razie czego ma: prezydent Janukowycz (jedyny prawowity, choć całkowicie pozbawiony władzy i politycznej przyszłości) poprosił go dwa dni temu o to, by w obronie Ukraińców armia rosyjska wkroczyła na Ukrainę. Poza tym przecież Rada Federacji dała już swoją zgodę. [Rada Najwyższa Ukrainy podczas dzisiejszych posiedzeń przypomniała, że zgodnie z przepisami to parlament, a nie prezydent może decydować o zapraszaniu obcych wojsk na swoje terytorium, jeżeli taki list w ogóle istnieje i został podpisany przez Janukowycza, to należy go zakwalifikować jako zdradę stanu]. Wojska wkroczą, jeśli rozpoczną się prześladowania Rosjan lub Ukraińców, którzy nie uznają władz w Kijowie. Władzom w Kijowie swoją drogą prezydent doradził, aby jak najszybciej zorganizowały wybory i jakoś się umocowały prawnie, bo na razie umocowane nie są. To znaczy – niektórzy są, a inni nie za bardzo. W tym miejscu coś w logice wywodu zazgrzytało: bo niby Rada Najwyższa częściowo (tajemnicza sprawa) jest prawomocna, ale „inne organy” – to już nie. Taki Turczynow, p.o. prezydent, absolutnie nie. Ale w dalszej części wypowiedzi prezydent Putin oznajmił, że rząd („inne organy”) jednak się kontaktują z rosyjskimi odpowiednikami. On sam chętnie by zobaczył w Moskwie Julię Tymoszenko, mile wspomina ich spotkania. [Bonaparte w spódnicy przedwczoraj wycofała się z pomysłu wyprawy na Kreml, ale po takim zaproszeniu – kto wie]. I jeszcze jedno: na pytanie, czy Moskwa uzna wybory na Ukrainie, prezydent odpowiedział, że uzna albo nie uzna. Ciekawe, od czego to będzie zależało.
Zmiany, które zaszły na Ukrainie, prezydent Putin nazwał przewrotem antykonstytucyjnym i zbrojnym zamachem stanu. Pod koniec wystąpienia nawiązał do opinii ekspertów, którzy z kolei nazywali wydarzenia w Kijowie rewolucją. „Jeśli była to rewolucja, to [w jej wyniku] powstaje nowe państwo. A my z rządem tego państwa żadnych umów nie zawieraliśmy”.
Kto wywołał tę rewolucję/przewrót/zamach stanu? Była świetnie zaplanowana, co do tego prezydent Putin nie ma wątpliwości. O autorach tego planu rosyjska telewizja opowiada kilkadziesiąt razy dziennie. Partnerzy zachodni mają odmienne zdanie, chętnie stosują podwójne standardy (Afganistan, Kosowo). Prezydent Putin z nimi rozmawia. Poufnie.
Generalnie Rosja czuwa, aby w tym chaosie do władzy na Ukrainie nie dorwały się nieodpowiedzialne elementy. Czuwa i będzie czuwać.
Po Krymie paradują, jak się okazuje, nie rosyjscy żołnierze, a samoobrona Krymu „w mundurach, które można kupić w sklepie” [naszywek nie mają, to fakt]. A nowe władze Krymu – w przeciwieństwie do tych w Kijowie – zostały wybrane zgodnie z procedurami i mają legitymację [nowy premier wybrał się w Radzie Najwyższej Krymu bez zarejestrowanego i potwierdzonego kworum]. Regiony powinny jego zdaniem przeprowadzić lokalne referenda w sprawie swojego statusu [scenariusz federalizacji Ukrainy, jak widać, nadal jest w grze].
Było podczas prezydenckiego wystąpienia kilka iskrzących momentów. Kiedy jedna z dziennikarek zaczęła zadawać pytania o to, kto wydał rozkaz strzelania do tłumu na Majdanie, prezydent Putin agresywnie jej przerwał i zaczął opowiadać o aktach agresji wobec milicjantów i Berkutu. Prezydent nieoczekiwanie przyznał, że „częściowo” rozumie ludzi na Majdanie – bo zbuntowali się przeciwko skorumpowanemu systemowi. Głównego hierarchę tego systemu prezydent Putin przyjął na terytorium Rosji z pobudek humanitarnych – w przeciwnym razie zostałby on zabity, wyraził przypuszczenie Władimir Władimirowicz. Ale teraz po prostu Majdan „zmienia jednych żulików na innych”. Znamienna była też krytyka ukraińskich oligarchów, którzy obecnie są mianowani na stanowiska szefów regionów. Ihor Kołomojski, jak się okazuje, wystawił do wiatru nawet [podkreślmy – nawet] Romana Abramowicza. Coś mu miał zapłacić, ale nie zapłacił. Faktycznie, spryciarz. Nawet Abramowicza ograł. W innym miejscu prezydent zapewnił, że żołnierze ukraińscy i rosyjscy nigdy nie będą po dwóch stronach barykady. „Niech no ktoś z wojskowych spróbuje strzelać do swoich ludzi, za którymi my będziemy stać z tyłu. Nie z przodu, a z tyłu. Niech no oni spróbują strzelać do kobiet i dzieci”. To zagadkowa konstrukcja myślowa, podchwycona przez blogerów, którzy zastanawiają się, czy to znaczy, że Putin zamierza gnać przed czołem rosyjskich formacji ukraińskie kobiety i dzieci, żeby ukraińskie oddziały w nich nie strzelały.
Ale żarty na bok, to nie była przyjemna impreza. Raczej złowroga. Prezydent Putin pokazał już światu, że ma karabin, pistolet i granaty też. I dzisiaj powiedział, że nie będzie z nich strzelał. Ale broni nie schował. Rosja teraz się cofnęła przed sięgnięciem po argument siły, ale w zależności od tego, jak się będą rozwijać wydarzenia, odłoży ten argument albo sięgnie po niego ponownie. Jeśli w wyborach wezmą udział siły prorosyjskie i Rosja zyska nowe narzędzia wpływu na decyzje polityczne Ukrainy, to OK, jeśli nie – to zobaczymy. Na razie pozostaje w grze presja siłowa i presja ekonomiczna.
Ciekawy jest komentarz Antona Oriecha na stronie internetowej „Echa Moskwy”: „Co tu ukrywać – [Putin] wszystkich nastraszył. W Rosji, na Ukrainie, w świecie. My rzeczywiście zaczęliśmy myśleć, że nasz prezydent coś nie-hallo. A on po prostu zastosował silnie działający środek. Za to teraz jest gotów do pokojowego dialogu w komfortowej dla siebie pozycji człowieka, który może dyktować warunki, a nie doganiać pociąg, na który się spóźnił. […] Ale Putin miał jeszcze zapas, miał się jeszcze gdzie cofać. W porównaniu z wojną wszystko inne nie jest już tak straszne, prawda? I Amerykanie z Europą odetchną z ulgą, że Rosjanie nie są nienormalni, tylko trochę się za bardzo zdenerwowali. I Ukraińcy odetchną, że nie będą ich bombardować już w tej chwili. I normalni ludzie w Rosji, którzy nie wpadli w militarystyczny amok, ucieszyli się, że hasło „Czołgi na Kijów” pozostanie tylko na plakatach maszerujących pracowników sfery budżetowej [popierających działania Putina]. Nawet giełda zareagowała z optymizmem. Ale strzelba zawieszona w pierwszym akcie tej sztuki, może wypalić w następnych”.
Miejmy nadzieję, że to nie nastąpi.

Obywatele, ojczyzna w niebezpieczeństwie: nasze czołgi na obcej ziemi!

Znowu zaczynam od utworu literackiego – tym razem to słowa wielkiego poety, wspaniałego barda Aleksandra Galicza. Napisał je po interwencji wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji w 1968 roku. Ta analogia powtarza się od wczoraj w wielu komentarzach dotyczących sytuacji na Krymie i wokół Krymu.
„W związku z ekstraordynaryjną sytuacją, panującą na Ukrainie, zagrożeniem życia obywateli Federacji Rosyjskiej, naszych rodaków, kontyngentu wojskowego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej, rozmieszczonego na mocy międzynarodowej umowy na terytorium Ukrainy (Autonomiczna Republika Krym) na podstawie punktu g części 1 artykułu 102 konstytucji Federacji Rosyjskiej składam w Radzie Federacji Zgromadzenia Narodowego Federacji Rosyjskiej wniosek o użycie Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej na terytorium Ukrainy w celu normalizacji sytuacji społeczno-politycznej w tym kraju”. Taki tekst pojawił się wczoraj na oficjalnej stronie internetowej prezydenta Federacji Rosyjskiej.
Rada Federacji w soboty nie zasiada, trzeba było zwołać posiedzenie w trybie ekstraordynaryjnym. Ilu było senatorów na sali? Tego nikt nie wie. Kamera pokazywała tylko stół prezydialny, za którym siedziało pięcioro funkcyjnych, trybunę, z której występowało kilku „dyskutantów” oraz tablicę, na której wyświetlano wyniki głosowania. Na ogół relacje z Dumy i Rady Federacji poza wyimkami z wystąpień pokazują ogólny plan sali posiedzeń, czasem zbliżenie na tę czy inną ławę poselską, w której wybrańcy narodu rosyjskiego przysypiają lub gwarzą, czytają komiksy czy rozwiązują krzyżówki. Tym razem obeszło się bez wizualnego potwierdzenia obecności 90 (spośród 166) senatorów, którzy podobno byli na sali. W każdym razie głosy 90 senatorów obliczał elektroniczny system do głosowania i wyświetlał je na tablicy. Wniosek prezydenta został przyjęty jednogłośnie: 90 głosów za wprowadzeniem rosyjskich wojsk na terytorium suwerennego państwa ościennego. Nikt nie spytał, w jaki sposób „życie obywateli Federacji Rosyjskiej, życie naszych rodaków” jest zagrożone, kto im grozi i w jaki sposób. I wniosek prezydenta, i przyzwolenie Rady Federacji złamały postanowienia traktatu o przyjaźni z Ukrainą – w tym przede wszystkim punkt o poszanowaniu integralności terytorialnej i zasadę niestosowania siły lub groźby jej użycia.
Zresztą akcja senatorów była już i tak cokolwiek spóźniona – bo już w przeddzień na Krymie wylądowały rosyjskie samoloty transportowe ze sprzętem i ludźmi. Sekretarz prasowy prezydenta Dmitrij Pieskow oświadczył tymczasem, że termin i skala operacji wojskowej na Krymie nie zostały jeszcze określone.
Wczoraj i dzisiaj przez cały czas napływają trwożne wieści. Na Krymie władzę przejęli uzurpatorzy ochraniani przez uzbrojone formacje w maskach i bez. Wypowiedzieli oni posłuszeństwo władzom w Kijowie. Za jedynego prawowitego przedstawiciela władz uważają siebie oraz Wiktora Janukowycza, który przebywa na terytorium obcego mocarstwa. Interwencja wojskowa Rosji na Krymie jest faktem. Krymscy Rosjanie witają rosyjskie wojska. Niektórzy nie kryją radości, niektórzy – obawy, co z tego wyniknie.
Zagrodzono trasę łączącą półwysep z resztą Ukrainy. Na Ukrainie ogłoszono mobilizację.
Grupa robocza przedstawicieli władz Krymu już działa w Moskwie, prosi o pomoc materialną, a ta ma wynieść 6 mld dolarów. Dzięki temu mieszkańcy Krymu będą mieli zagwarantowane wypłaty emerytur i pensji – tłumaczą.
Pierwszą wojnę czeczeńską Rosja z kretesem przegrała w sferze medialnej. Wyciągnięto z tego wnioski. Choćby tylko na użytek wewnętrzny. Dziś na wyczyszczonym z niepożądanych elementów polu informacyjnym bezwstydnie sprzedaje się bezmiar kłamstw i przeinaczeń. Szanowni telewidzowie, którzy nie lubią ruszać się z wersalki i nie mają w zwyczaju weryfikować prawd spływających na nich z ekranu, przyswajają kolejne lekcje nienawiści do najbliższych sąsiadów, narodu bratniego przecież jak żaden inny, a jednocześnie narodu „eurobanderowców”, „faszystów”, „prowincjonalnych prymitywów” (to kilka bardziej przyzwoitych wyrażeń zaczerpniętych z szerokiego strumienia rosyjskiej propagandy). Wczoraj wieczorem podano wiadomość, że lider majdanowej organizacji Prawy Sektor Dmytro Jarosz zwrócił się do lidera kaukaskich dżihadystów Doku Umarowa (który już ma podobno nie żyć – http://labuszewska.blog.onet.pl/2014/01/18/smierc-po-raz-osmy/), by w odwecie za najazd na Krym dokonali ataków terrorystycznych na Rosję. Dzisiaj Jarosz dementował te rewelacje. Trwa też dezinformacja na temat rzekomego napływu uchodźców ze wschodnich prowincji Ukrainy do Federacji Rosyjskiej – w ciągu dwóch tygodni miało to być nawet 140 tysięcy. Pierwyj Kanał zilustrował ten temat zdjęciami z granicy ukraińsko-polskiej. Odpowiedzią rosyjskich blogerów było zamieszczenie w internecie zdjęcia z przejścia granicznego pomiędzy Rosją a Ukrainą w Niechotiejewce – kompletnie pustego. Podpis pod zdjęciem: To tędy przechodzą tysiące uchodźców z Ukrainy? (http://www.echo.msk.ru/blog/echomsk/1270272-echo/).
Nie wszyscy Rosjanie czerpią wiedzę na temat wydarzeń na Ukrainie z zombojaszczika. Nie wszystkim podoba się polityka „starzejącego się marazmatika” (jak określają Putina liczni uczestnicy dyskusji na forach internetowych). Podczas dzisiejszej demonstracji antywojennej w Moskwie, na którą przyszło ponad tysiąc osób, zatrzymano 360 uczestników, kilkadziesiąt osób – w Petersburgu. Za to podczas 20-tysięcznego marszu popierającego „rodaków na Ukrainie” policja nikogo nie zatrzymywała, wręcz pomagała. W internecie trwa zbieranie podpisów pod protestem przeciwko mieszaniu się przez Rosję w wewnętrzne sprawy Ukrainy. „My, niżej podpisani oświadczamy o niezgodzie na politykę, którą bez żadnych wyjaśnień prowadzą władze naszego kraju w stosunku do Krymu. Ta polityka: przygarnięcie obalonego prezydenta Janukowycza, rozpowszechnianie informacji o nieistniejących „bandach” i prześladowaniach, jakoby zagrażających rosyjskim mieszkańcom Krymu, wreszcie przerzucenie na terytorium Ukrainy choćby nawet tylko ograniczonego kontyngentu – w żadnym razie nie sprzyja podtrzymaniu pokoju na Ukrainie. Wręcz przeciwnie – prowadzi do zaostrzenia i tak skomplikowanej sytuacji”.
Tak ostra, szybka – niespełna tydzień po zakończeniu igrzysk w Soczi – i zdecydowana akcja Kremla wobec Ukrainy może świadczyć o tym, że obalenie Janukowycza Putin uznał za poważną strategiczną porażkę, która położyła się cieniem na jego wizerunku cara, który podnosi z kolan naród rosyjski. Zajęcie Krymu miałoby być sposobem na zneutralizowanie tego nieprzyjemnego dla cara efektu.
Znakomity dziennikarz, pisarz, nieżyjący już dziś wieloletni korespondent Radia Swoboda Piotr Vail napisał kiedyś: „Podwórkowa moralność, równa tej średniowiecznej uznaje, że wielkie mocarstwo to nie to, które stwarza warunki dobrego życia dla swoich, a to, które jest zdolne zabić jak najwięcej obcych”.
Celowo pominęłam w tekście aspekt międzynarodowych reakcji na kryzys wokół Krymu. Bo to temat na oddzielną dysertację. A temat wróci.

Wyspa Krym

Taki tytuł nosi powieść Wasilija Aksionowa z 1979 roku. Według tej polityczno-historycznej satyrycznej fantasmagorii wojna domowa w Rosji zakończyła się inaczej: Krymu (w powieści – wyspy, nie półwyspu) nie podbiła Armia Czerwona, pozostał on odrębnym rosyjskim państwem rozwijającym się tak, jak państwa Zachodu. Wyspa Krym jest zadrą, solą w oku Związku Radzieckiego, alternatywną Rosją, bajkową krainą, do której wzdychają uciemiężeni obywatele wielkiego mocarstwa, socjalistycznej satrapii.
Od kilku dni agencje informacyjne dostarczają z Krymu setki depesz. Wydaje się, że Krym jest oddzielną wyspą, jest poligonem, jest zadrą, jest solą w oku. Lotniska w Symferopolu i Sewastopolu zostały opanowane przez umundurowanych osobników bez dystynkcji, przestrzeń powietrzną Ukrainy odwiedziły dziś rosyjskie śmigłowce bojowe, „moguczaja kuczka” rosyjskich deputowanych rozgląda się pilnie po ulicach Sewastopola, rosyjska telewizja (oglądana tu powszechnie) podsyca strachy przed powtórzeniem się Majdanu na głównym placu Symferopola, Duma Państwowa zarządza przyspieszone prace nad przyspieszonym trybem przyznawania rosyjskiego obywatelstwa obywatelom Ukrainy, Rada Najwyższa krymskiej autonomii „pod ochroną niezidentyfikowanych osób” obraduje bez potwierdzenia kworum, zmienia władze Krymu i rozpisuje referendum w sprawie statusu autonomii na 25 maja, pod siedzibą władz buszują demonstranci w skórzanych kurtkach, jak echo powtarzający za rosyjską telewizją, że „nie wpuszczą banderowców i faszystów na krymską ziemię”, pobrzmiewają wezwania do oderwania Krymu od Ukrainy, ustanowienia oddzielnego państwa lub włączenia do Federacji Rosyjskiej, rosyjski konsulat na Krymie pilnie przygotowuje się do wydawania rosyjskich paszportów byłym funkcjonariuszom byłego Berkutu, dowództwo Floty Czarnomorskiej zapewnia, że podległe jednostki zachowują spokój i neutralność, a pojazdy opancerzone, które jeżdżą po drogach półwyspu, wykonują jedynie rutynowe przejazdy, władze w Kijowie wzywają ONZ do rozpatrzenia sytuacji na Krymie. Tymczasem w nocy z 28 lutego na 1 marca na lotnisko koło Symferopola, jak poinformował przedstawiciel prezydenta na Krymie, przybyło dwa tysiące rosyjskich komandosów. Zdaniem strony rosyjskiej wszystko jest zgodne z zawartymi porozumieniami, które przewidują ochronę miejsc bazowania Floty Czarnomorskiej. Bardzo niewesoło.
Po kilku dniach przebywania na Marsie po ucieczce z Kijowa Wiktor Janukowycz objawił się dziś w Rostowie nad Donem. Oczom i uszom zdumionej publiczności przedstawił swoją deklarację powrotu na Ukrainę. Dziwnym trafem stało się to dzień po tym, jak krymscy Rosjanie oznajmili, że uznają go za prawowitego prezydenta Ukrainy, natomiast nowym władzom w Kijowie – podobnie jak oficjalna Moskwa – legitymacji odmawiają. Jeszcze w poniedziałkowym programie „Polityka” w Pierwszym Kanale rosyjskiej telewizji dobrze poinformowany, bliski Kremlowi politolog Wiaczesław Nikonow określał Janukowycza mianem „zdrajcy”, który haniebnie czmychnął z pola walki. Takie słowa w ustach Nikonowa mogły oznaczać jedno: zdyskredytowany uciekinier nie ma na co liczyć w Moskwie. Tymczasem już dziś Janukowycz, lekko otrzepany z błota, pokazywany jest jako alternatywa dla Majdanu, jako polityk poważnie traktowany na Krymie, mający legitymację władzy prezydent. Co się zmieniło przez te cztery dni? Dojrzał nowy plan? Jaki? Przecież Kreml traktuje Janukowycza jak „szmatę, o którą wyciera się nogi” (cytat z premiera Miedwiediewa), natomiast ta mało szlachetna materia może się przydać do podsycenia nastrojów separatystycznych na Krymie.
Solista kultowej grupy Maszyna Wriemieni, Andriej Makariewicz, ostro pojechał dzisiaj w „Snobie”: „Takiej bezwstydnej propagandy i takiego nagromadzenia kłamstw nie pamiętam od najlepszych Breżniewowskich czasów. Zresztą to nie do porównania – wtedy nie było tylu możliwości. Panowie, co chcecie w ten sposób osiągnąć? Przygotować opinię publiczną na wprowadzenie wojsk na terytorium suwerennego państwa? Odrąbać Krym? KC KPZR, przygotowując się do wkroczenia do Czechosłowacji, nie pytało narodu o zdanie. I co wtedy osiągnęliśmy? Tylko się obsra…śmy przed całym światem. […] Widzę, że pewnej liczbie idiotów i nieuków mimo wszystko udało się przeprać mózgi z pomocą telewizji. Już się rwą z bronią w ręku ratować ludność rosyjskojęzyczną, chociaż ta ludność wcale nikogo na pomoc nie woła. Panowie z telewizji, czego chcecie? Wojny z Ukrainą? Tak jak z Abchazją – to się nie uda: chłopaki na Majdanie zahartowali się w boju i wiedzą, o co walczą – o swój kraj, o swoją niepodległość. A my o co? O Janukowycza?”.
Tymczasem prokurator generalny Ukrainy zapowiedział, że niebawem wystąpi do władz Federacji Rosyjskiej z wnioskiem o ekstradycję ściganego międzynarodowym listem gończym Janukowycza.

Sąd błotny

Procedura nękania i znęcania się nad uczestnikami antyputinowskiej demonstracji 6 maja 2012 roku na placu Błotnym w Moskwie trwała prawie dwa lata. Tego dnia doszło do przepychanek i starć uczestników manifestacji przeciwko powrotowi Putina na Kreml z policją, która – jak twierdzą po przeanalizowaniu materiałów wideo obrońcy praw człowieka – sprowokowała zajścia. Nikt wtedy nie zginął, nikt nie odniósł poważnych obrażeń.
Podczas rozprawy sędzia wysłuchiwała z uwagą zeznań policjantów, którzy ucierpieli w starciach, natomiast konsekwentnie odrzucała wnioski o dopuszczenie świadków obrony. Najbardziej sprawiedliwy i humanitarny sąd na świecie skazał kolejnych ośmioro oskarżonych na bardzo wysokie wyroki pozbawienia wolności: od czterech do 2,5 roku łagru dostało siedmiu oskarżonych, ósma osoba – młoda dziewczyna – dostała wyrok w zawieszeniu. Prokuratura żądała jeszcze wyższych wyroków, sędzia nieco tylko zmiękczyła karę.
Skazani to głównie młodzi i bardzo młodzi ludzie, wykształceni, samodzielni. Nie należą do grona najbardziej znanych aktywistów opozycji antyputinowskiej.
Wczoraj w Moskwie i Petersburgu odbyły się demonstracje poparcia dla skazanych, których uznano za więźniów politycznych. Na ulicach protestowało kilka tysięcy ludzi. Policja zatrzymała kilkaset osób. Wśród nich Aleksieja Nawalnego, któremu dziś wlepiono siedem dni aresztu administracyjnego za udział w niesankcjonowanym zgromadzeniu i wykrzykiwaniu haseł. A wlepiał sędzia Kriworuczko, którego nazwisko figuruje na „liście Magnitskiego”. Kilkoro innych aktywistów trafiło do aresztu na dziesięć dni.
„Dzień po tym, jak społeczność międzynarodowa dziękowała Rosji za zorganizowanie zimowych igrzysk olimpijskich w Soczi, rosyjskie władze znów zademonstrowały światu realność rosyjskiego codziennego życia. Ten, kto decyduje się pokazać inne poglądy, musi się liczyć z konsekwencjami” – oświadczyła po wyroku Human Right Watch.
Przewodniczący komitetu organizacyjnego olimpiady powiedział w pożegnalnym przemówieniu, że w Soczi „Rosja pokazała nową twarz”. Można by powiedzieć, że w Soczi Rosja pokazała nie twarz, a maskę – piękną, lecz zwodniczą, nieprawdziwą, skoro już dzień po zamknięciu igrzysk władza ze ściśniętymi ze złości szczękami wysyła demonstrujących przeciw prezydentowi ludzi do łagrów. To jasny i czytelny sygnał: władza będzie z całą surowością karać tych, którzy odważą się na uliczne protesty. Prezydent Putin zwykł powtarzać, że nie ma żadnej możliwości wywierania nacisków na sąd, gdyż sądy w Rosji są niezawisłe. Czy ktokolwiek ma co do tego wątpliwości?
Dziennikarz Oleg Kaszyn, członek komitetu organizacyjnego demonstracji 2011-2012, jest rozgoryczony tym, że koszmarnym losem skazanych niesprawiedliwie ludzi Rosja się właściwie nie przejmuje. „Proces błotny nie podniósł nastrojów w kraju, nie był ważną cezurą w historii, nawet w porównaniu z głośnym procesem Pussy Riot proces błotny był bledszy i jako czynnik polityczny, i nawet jako informacja. To, co się dzieje na Ukrainie, powinno – wydawałoby się – skłaniać do porównań. Ale na dobrą sprawę nie ma czego porównywać. […] Być może obowiązująca umowa społeczna [władza rządzi, społeczeństwo nie włazi w politykę] nie daje i być może nigdy nie pozwoli Rosji przełamać wiecznej politycznej stabilności. Społeczną bazą Władimira Putina wcale nie są robotnicy z Niżnego Tagiłu, a przede wszystkim ta klasa, która protestowała na placu Błotnym – obywatele, gotowi płacić za swoje wyjście na plac wolnością innych ludzi”.

Zgubiona legitymacja władzy

Nurt wydarzeń na Ukrainie nadal jest wartki, pełen wirów, mielizn i głębin. Technicznym, pełniącym obowiązki prezydenta Ukrainy został dziś Ołeksandr Turczynow z Batkiwszczyny, wczoraj wybrany na przewodniczącego Rady Najwyższej. Wybory prezydenckie mają się odbyć 25 maja. Wypuszczona na wolność Julia Tymoszenko z trybuny Majdanu wzywała zebranych, by „stali do końca”. Wiktor Janukowycz próbował odlecieć z Doniecka (najprawdopodobniej do Moskwy), ale – według informacji podawanych przez służby graniczne – został zatrzymany. Janukowycz oświadczył w krótkim wystąpieniu telewizyjnym, że nie będzie respektował umów z „bandytami”, nazwał postanowienia Rady Najwyższej zamachem stanu i zapewnił, że nie złoży urzędu (przegłosowane wczoraj odsunięcie Janukowycza od władzy jest, zdaniem ekspertów, niekonstytucyjne; członkowie parlamentu podkreślają jednak, że decyzje dotyczące obsadzenia najważniejszych stanowisk w państwie zostały podjęte w sytuacji, gdy najważniejsi urzędnicy, w tym prezydent, opuścili urzędy i uciekli).
Dziś od rana trwają poszukiwania Janukowycza – na razie bez powodzenia (w niektórych mediach pojawiły się przypuszczenia, że Janukowycz przebywa w ukryciu w obwodzie donieckim, próbuje znaleźć miejsce, do którego będzie mógł wyjechać i targuje się o warunki swej rezygnacji). Przebojem jest natomiast zwiedzanie jego rezydencji w Meżhyrje, nazywanej na Majdanie Megażyrjem (Megatłuszczem, Megachapaniem) – piękny park, pole golfowe, korty tenisowe, stawy, sauny, baseny, fontanny, psiarnia, zoo, gołębniki, ludzie przyjeżdżają masowo na wycieczki (na You tube można oglądać relacje: http://www.youtube.com/watch?v=BCKNbqmOZbc). W internecie można też obejrzeć dokumenty wyłowione z jednego ze zbiorników wodnych na terenie rezydencji, świadczące m.in. o wręczaniu łapówek (http://www.echo.msk.ru/blog/echomsk/1264166-echo/).
Wiele wskazuje na to, że nie udała się próba podburzenia wschodnich regionów Ukrainy do secesji podczas zjazdu Ukraińskiego Frontu w Charkowie (pisałam o tym wczoraj: http://labuszewska.blog.onet.pl/2014/02/22/zjazd-w-charkowie/). Główni organizatorzy zjazdu gubernator Mychajło Dobkin i mer Charkowa Hennadij Kernes zwiali. Na wiec poparcia dla Janukowycza w jego rodzinnym Doniecku przyszło około stu osób. Kremlowscy inżynierowie dusz, stawiający na scenariusz podziału Ukrainy, federalizacji czy wojny domowej, musieli się dziś obudzić z ciężkim kacem. Fiasko zjazdu w Charkowie nie musi oznaczać, że całkowicie zaniechano gry na separatyzm wschodu i południa Ukrainy. Można się spodziewać, że temat powróci. Obecnie nie ma jednak na czym grać, bo mieszkańcy wschodu – choć nie poparli masowo kijowskiego Majdanu, to też nie występują w obronie Janukowycza.
A czy Moskwa będzie bronić Janukowycza? Obecnie jeśli nawet go wspiera, to robi to po cichu. Przypomnijmy słowa premiera Dmitrija Miedwiediewa sprzed kilku dni, że Janukowycz powinien twardo postępować z wichrzycielami, a nie pozwalać się traktować jak szmata, o którą wszyscy wycierają nogi; czy teraz jeszcze chcą z Janukowyczem na Kremlu rozmawiać, czy już tylko czyszczą obuwie? Wcześniej Rosja podkreślała, że Janukowycz jest demokratycznie wybranym prezydentem i ma legitymację władzy, a Majdan to ekstremiści, radykałowie i w ogóle terroryści. Krew na Majdanie i ucieczka Janukowycza z Kijowa tę legitymację unieważniły. Moskwa jednak nie spieszy się, aby uznawać legitymację nowych władz.
Wysłannik prezydenta Putina do Kijowa, Władimir Łukin w wywiadzie telewizyjnym wyjaśnił, dlaczego nie złożył podpisu pod dokumentem wypracowanym przez przedstawicieli UE, opozycję i Janukowycza: bo nie bardzo wiadomo, kto był podmiotem tego porozumienia. Janukowycz? A czy był w stanie wykonać postanowienia umowy? Łukin podkreślił też, że „trzej dżentelmeni” (ministrowie spraw zagranicznych Niemiec, Francji i Polski) nie powinni byli podpisywać tego porozumienia, gdyż jest ono wewnętrzną sprawą Ukrainy. „To może teraz zrealizują to porozumienie Niemcy z Polską i Francją? Ale oni się jakoś nie palą” – powiedział Łukin. W podobnym tonie wypowiedział się rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow, który ciągle wzywa sygnatariuszy do wypełniania zapisów porozumienia. Ale ukraiński pociąg już odjechał: Janukowycz uciekł, Rada Najwyższa zaczęła działać i podejmować nowe decyzje. Minister Ławrow natomiast ciągle stoi na peronie i przestrzega, że działania „uzbrojonych ekstremistów stwarzają bezpośrednie zagrożenie dla suwerenności i ustroju konstytucyjnego Ukrainy”. Minister finansów Anton Siłuanow oświadczył natomiast, że obracana w ostatnich dniach na wszystkie strony 2-miliardowa transza trafi z Rosji na Ukrainę, jeśli ukonstytuuje się nowy rząd w Kijowie. A więc – czekamy na nowe rozdanie. Rosja ciągle ma mocne karty.
I jeszcze jedno. 23 lutego to w Rosji wielkie święto – święto rosyjskiej armii. Nagrody, medale, dyplomy, koncerty, przyjęcia. I jeszcze na dodatek kolejne wielkie święto: zamknięcie igrzysk olimpijskich w Soczi. Rosja może być bardzo zadowolona: wygrała nieoficjalną klasyfikację medalową (choć przed igrzyskami żaden z komentatorów nie przewidywał tak oszałamiającego sukcesu – tym bardziej gratulacje należą się medalistom), igrzyska się udały, nie doszło do żadnych zamachów i skandali. Gospodarze zadowoleni, goście zadowoleni. Tylko co z tą Ukrainą…