Przystanek Alaska? Zapowiedź druga

15 sierpnia 2025. Za kilka godzin DT i WWP zamkną się na jakiś czas w bazie wojskowej Elmendorf-Richardson na Alasce. Czy będą rozmawiać o Ukrainie czy tylko o wznowieniu dwustronnego dialogu? A może o redukcji zbrojeń strategicznych?

Skład rosyjskiej delegacji, która już zaczyna przybywać do Anchorage, może świadczyć o tym, że Putin chce położyć nacisk na kwestie gospodarcze, a niekoniecznie skupiać się na Ukrainie (zapewne będzie dalej przeciągał sprawę, aby móc wykrwawiać Ukrainę i domagać się swoich – zgłoszonych jeszcze w 2021 r. – żądań). Poza ministrem spraw zagranicznych Siergiejem Ławrowem (który na lotnisku w Anchorage wysiadł z samolotu w bluzie z napisem CCCP – może to taki nowy sposób trollingu Amerykanów), doradcą Kremla ds. międzynarodowych Jurijem Uszakowem i ministrem obrony Andriejem Biełousowem (czyli skrzydłem politycznym i wojskowym) w rozmowach wezmą udział minister finansów Anton Siłuanow i szef Rosyjskiego Funduszu Inwestycji Bezpośrednich Kiriłł Dmitrijew (człowiek do specjalnych poruczeń i spec od błyskania w oczy Amerykanów specjalną broszką przyszłych wspólnych przedsięwzięć np. w Arktyce). „Putin jedzie na Alaskę po to, aby osiągnąć uchylenie sankcji, a nie po to, żeby rozmawiać o wymianie terytoriów” – napisał emigracyjny politolog Iwan Jakowina.

Putin przed wyprawą na spotkanie z Donaldem Trumpem zwołał naradę ludzi piastujących najważniejsze urzędy. Skład był niemal taki sam jak podczas posiedzenia Rady Bezpieczeństwa przed rozpoczęciem pełnoskalowej inwazji na Ukrainę. Putin wtedy przepytywał swoich bojarów, czy są mu wierni i czy zgadzają się z jego wolą. Obecne spotkanie miało podobny charakter (https://www.youtube.com/watch?v=SClXNHSRWHE). I odbyło się w tej samej sali na Kremlu – kapiącej od złota sali Jekatierińskiej.

Być może te złote stiuki Kremla miały za zadanie przypomnieć gospodarzowi „przystanku Alaska”, że ma do czynienia z potęgą, z którą musi się liczyć. W rosyjskich mediach pojawiło się doniesienie, że Rosja właśnie teraz, jakoś na dniach, zamierza testować rakietę balistyczną Buriewiestnik (doświadczalny pocisk międzykontynentalny z napędem jądrowym). Być może należy to odczytać jako sygnał chęci powrotu ze strony Moskwy do dwustronnych rozmów z USA o broni masowego rażenia. O limitach, traktatach i całym entourage’u związanym z wyćwiczonym jeszcze w czasach ZSRR dialogu o broni jądrowej etc. Można bez końca rozmawiać choćby o tym, że już niebawem, w lutym 2026 r. kończy się okres obowiązywania układu START III w sprawie ograniczenia zbrojeń strategicznych. I co dalej?

A być może z dialogu wyjdzie niewiele albo zgoła nic. Trump ocenił szanse powodzenia spotkania na 25 procent, nie za wiele. W Moskwie takich ocen i oczekiwań nie publikują. Cokolwiek ugrają, to i tak do przodu. Trump swoim zaproszeniem na Alaskę przerwał 4-letnią izolację Putina w kontaktach z Zachodem. To samo w sobie jest sukcesem Moskwy.

Tymczasem Putin pod drodze zajechał do Magadanu. Stamtąd już tylko żabi skok nad oceanem i oto jest na Alasce.

15 sierpnia, godzina 13. Czekamy na pierwsze komunikaty z Anchorage.

Przystanek Alaska? Zapowiedź pierwsza

12 sierpnia 2025. Największe miasto stanu Alaska, Anchorage ma przyjąć 15 sierpnia prezydenta Donalda Trumpa i zaproszonego przezeń do rozmów prezydenta Rosji Władimira Putina. Najprawdopodobniej Anchorage, bo „rozpatrywane są jeszcze inne miejsca” – zastrzega rzeczniczka Białego Domu.

Wokół planowanego spotkania rozpętała się burza medialna: telewizje całego świata nadają reportaże z Alaski i dyskusje o przypuszczalnym przebiegu spotkania, gazety drukują sążniste analizy, biorąc za podstawę przecieki z dobrze poinformowanych źródeł, eksperci w swoich mediach społecznościowych dzielą się przemyśleniami na gorąco i na zimno. Jedni widzą w wydarzeniu kopię układu monachijskiego z 1938 r., omawiane są nawet dokładne scenariusze przebiegu przewidywanego spotkania: najpierw porozumienie pomiędzy Putinem i Trumpem, potem sponiewieranie Zełenskiego (który codziennie komentuje pojawiające się spekulacje dotyczące potencjalnych rozmów) i zmuszenie go do przyjęcia kapitulacji na warunkach podyktowanych przez Putina. Inni próbują zrozumieć, czym kieruje się i co chce osiągnąć Trump, który raz sygnalizuje zniecierpliwienie postawą Moskwy, to znowu uspokaja sytuację i daje do zrozumienia, że wierzy Władimirowi. Jeszcze inni analizują przekazy rosyjskiej propagandy, która zaczęła mocno lansować hasło „plan zakończenia specjalnej operacji wojskowej” (przy okazji smakują nowe słówko, które pojawiło się w języku: fonetycznie zapisane cyrylicą angielskie wyrażenie peace deal – писдил brzmi jak wulgaryzm).

W tym białym szkwale sprzecznych komunikatów można się pogubić. Wczoraj podczas konferencji prasowej Donald Trump wypowiedział się w sprawie planowanego spotkania na Alasce. Uwagę komentatorów przykuło znamienne przejęzyczenie „spotkamy się w piątek z Putinem, pojadę do Rosji” (freudowska pomyłka?). W Rosji przyjęto to za dobrą monetę, uczestnicy telewizyjnych seansów nienawiści jeden przez drugiego przypominali, że Alaska była jeszcze całkiem niedawno rosyjska i niech Trump się z tym liczy. W programie naczelnego kapłana propagandy telewizyjnej Władimira Sołowjowa goście pogalopowali dalej: nie tylko Alaska, ale i Kalifornia, i Hawaje po prostu się Rosji należą. Na razie po dobroci. Aktualnie w rosyjskim przekazie propagandowym Stany Zjednoczone są traktowane łagodnie, z nadzieją na ułożenie stosunków. Głównym siedliskiem zła, najbardziej znienawidzonym wrogiem jest w obecnym ujęciu propagandy rosyjskiej Europa.

Donald Trump opowiadał jeszcze wiele innych ciekawych rzeczy, m.in. „wyjaśnił”, że rosyjskie czołgi mogły dojść do Kijowa w cztery godziny, ale to się nie udało, bo jakiś generał kazał im jechać na przełaj zamiast szosą.

Dziś rzeczniczka amerykańskiej administracji powiedziała: „Prezydent Rosji poprosił prezydenta USA za pośrednictwem specjalnego wysłannika Steve’a Witkoffa o spotkanie. Dlatego prezydent [USA] zgadza się na to spotkanie na prośbę prezydenta Putina. Celem tego spotkania ze strony prezydenta [USA] jest lepsze zrozumienie, jak możemy położyć kres tej wojnie”.

Także dziś odbyła się rozmowa szefów dyplomacji Rosji i USA. Tematem były przygotowania do rozmów na Alasce. Żadnych szczegółów.

A Putin? Czy Putin zabrał głos w sprawie swojej wyprawy na Alaskę? Nie, milczy. To zapewne demonstracja: prezydent Rosji nie strzępi sobie języka bez powodu. Kilka słów wypowiedział natomiast wiceminister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Riabkow: „Spotkanie da nowy impuls stosunkom dwustronnym, pomoże w rozwiązaniu szeregu ważnych kwestii”. To ważna wypowiedź, bo wskazuje na priorytet Moskwy w rozmowach na Alasce – to kontynuacja trendu, który zaznaczył się od razu, po pierwszym telefonie Trumpa do Putina. Z punktu widzenia Rosji korzystne jest mianowicie rozwidlenie na dwa kierunki: odbudowanie relacji Rosja-USA w celu robienia dwustronnych dealów (które tak lubi Trump), natomiast zakończenie wojny w Ukrainie to jedynie kierunek drugi, chętnie na dalszym planie. Czy zatem zobaczymy kolejny odcinek przeciągania rozmów ze strony Rosji, aby jak najdłużej móc pozostać w grze, aby powstrzymać niekorzystne decyzje w sprawie amerykańskich sankcji, dostaw broni dla Ukrainy itd.? A może Rosja połączy teraz oba wątki i sprawę zakończenia (na tym etapie) wojny włączy do negocjowania nowych dokumentów o współpracy z Ameryką? W ten sposób skrępuje USA w działaniach wobec Kijowa.

W ostatnim czasie w licznych publikacjach wskazywano, że przedmiotem targów podczas spotkania na Alasce (wpierw z Putinem, a potem ewentualnie z Zełenskim) będzie „wymiana terytoriów”. Z punktu widzenia Moskwy jednak ważniejsze niż terytoria (choć to też ważne, zwłaszcza w odniesieniu do Krymu) będzie narzucenie Ukrainie statusu „państwa zdemilitaryzowanego” (ograniczona armia, zakaz wstępowania do NATO, na co władze w Kijowie nie wyrażają zgody). Jeżeli Ukraina nie będzie mogła się bronić, Rosja zyska możliwość dowolnego wyznaczania granic (bez konieczności „wymiany terytoriów”).

W sieci w związku z Alaską pojawiło się mnóstwo memów. Jeden z nich jest nie tylko zabawny, ale znamienny. Zdjęcie przedstawia czterech Putinów, podpis: „Właśnie trwa narada, który z sobowtórów ma pojechać na spotkanie z Trumpem”. A może żaden nie pojedzie. Bo ryzyko fiaska jest duże.

Chianti i merloty putinowskiej elity

5 sierpnia 2025. Drugą część miniserialu o przygodach rosyjskich parlamentarzystów w Genewie zakończyłam zapowiedzią: „Dziurawe rzeszoto europejskich sankcji nieustannie przecieka. O jeszcze jednym bardzo ciekawym aspekcie tej sprawy napiszę w następnym odcinku”. A odcinek ten będzie o unijnych dotacjach dla… Dmitrija Anatoljewicza Miedwiediewa i innych członków putinowskiej elity.

O słabości byłego prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa do napojów wyskokowych wróble ćwierkają nie od dziś. Jeszcze w trakcie pełnienia urzędu prezydenckiego wsławił się ewidentnym nadużyciem w trakcie szczytu G8 w roku 2009. Do mediów wyciekły wtedy zdjęcia, na których zamroczony Miedwiediew chwiejąc się, ledwie idzie prowadzony przez druga Silvio Berlusconiego. Teraz chyba tylko najbardziej leniwi nie zauważają, że bojowe wpisy Dmitrija Anatoljewicza w mediach społecznościowych powstają pod wpływem kolejnych takich nadużyć. Ostatnio tak mocno szarżował na Amerykę z głowicą nuklearną pod pachą, że wywołał wzrost napięcia na linii Moskwa-Waszyngton i został nie tylko przywołany do porządku przez Donalda Trumpa, ale nawet schłodzony w swych atomowych zapędach przez rzecznika Kremla. To temat na oddzielną analizę, dziś chciałam skupić się na działalności Miedwiediewa nie jako konsumenta, a producenta win.

To, że Miedwiediew ma winnicę w Toskanii, w 2017 roku wywąchał Aleksiej Nawalny (pisałam o tym na blogu: https://labuszewska.pl/dzialka-w-toskanii-czyli-eine-kleine-dimongate/), śledzący wraz z grupą współpracowników, co kupują członkowie elity za rentę korupcyjną, sowicie rozdawaną przez Putina ludziom systemu. Nawalny został wykończony przez ten system w łagrze, a jego współpracownicy na emigracji kontynuują przyglądanie się, na czym tuczą się putinowskie tłuste koty. Nie tylko oni. Dziennikarze śledczy portalu „The Insider” we współpracy z włoskimi kolegami z „IRPIMedia” sporządzili raport o tym, jak świetnie poczynają sobie rosyjscy właściciele włoskich winnic i gospodarstw rolnych (https://theins.ru/inv/283609; https://irpimedia.irpi.eu/sanctionsgame-vigne-in-toscana-fondi-pubblici-oligarchi-russi/).

Zacytuję wstęp: „Winnice rosyjskiej elity we Włoszech od dawna stają się obiektem głośnych skandali, wydawałoby się, że po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji [Rosji na Ukrainę] putinowskie otoczenie powinno było zapomnieć o swoich posiadłościach. Ale jak się okazało w trakcie śledztwa dziennikarskiego, winny biznes przyjaciół Putina rozkwita. Winnica Miedwiediewa, której mniejszościowym udziałowcem jest jego kolega ze studiów Ilja Jelisiejew, otrzymuje unijne dotacje. Igor Rotenberg (syn Arkadija) nadal włada posiadłością w Toskanii (11 lat po tym, jak ludzie Nawalnego złożyli skargę w policji finansów Włoch). Związany z Igorem Sieczinem (Rosnieft’) Roman Trocenko zachował kontrolę nad lotniskiem w Toskanii, z którego korzystają włoskie siły lotnicze. Przepisał własność na przyjaciółkę swojej żony. Łącznie w ciągu ostatnich dziesięciu lat winnice rosyjskich oligarchów i kleptokratów otrzymały ponad milion euro unijnych dotacji z CAP i nie tylko. Głównym sojusznikiem rosyjskich korupcjonistów okazał się luksemburski biznesmen Patrick Hansen (https://www.occrp.org/en/project/beneficial-ownership-data-is-critical-in-the-fight-against-corruption/this-luxembourg-businessman-got-europes-corporate-registries-shut-down-but-whose-privacy-was-he-protecting), który doprowadził do sądowej blokady rejestrów własności przedsiębiorstw”. Według ustaleń ICIJ partnerem biznesowym Hansena był oficer KGB Nikołaj Bogaczow.

Dziennikarze „The Insider” dotarli do informacji, do kogo należą włoskie winnice. Całość obszernego materiału jest tu: https://theins.ru/inv/283609

Na potrzeby blogu – kilka wyimków.

Winnica Miedwiediewa nazywa się Fattoria della Aiola. Nominalnym właścicielem jest wspomniany wyżej kolega ze studiów Ilja Jelisiejew. W 2022 r. po rozpoczęciu agresji na Ukrainę Jelisiejew został objęty sankcjami przez Wielką Brytanię, Kanadę, Nową Zelandię i USA. Ale nie przez Unię Europejską! I nadal ubiega się o dotacje UE i je otrzymuje! Ponad 115 tys. euro. Niemało.

Jednym z wiernych pretorianów Putina jest Nikita Michałkow, ongiś wybitny reżyser, obecnie obsługujący propagandowo putinizm w dziedzinie tak zwanej kultury. Dzięki temu znakomicie zarabia w Rosji. Ale nie zrezygnował z interesów za granicą. „The Insider” pisze: „W 2010 r. partner biznesowy Michałkowa, Konstantin Tuwykin zaproponował reżyserowi jeszcze jeden wspólny interes – winnicę w Toskanii. Zakupiono ziemię niedaleko wybrzeża, zbudowano nowe budynki, zaproszono do współpracy znanego enologa Riccardo Cotarellę. Początkowo właścicielami La Madonna Sarl, która produkuje wina Dodici, po równo byli Tuwykin i Michałkow, obecnie po 10 proc. i 90 proc. firma należy do Konstantina Tuwykina i jego syna Stiepana”. Wina Dodici były od 2013 r. serwowane na pokładach samolotów Aerofłotu na trasie Moskwa-Soczi, obecnie są sprzedawane w firmowych sklepach w Niżnym Nowogrodzie i Pawłowie. Firma przynosi straty.

Piękne poetycko brzmiące nazwy winnic Riecine, Case Dell’Olmo, Castello di Antognolla, Poggio del Moro, La Scarpa i wiele innych należą do członków putinowskiego dworu, zajmujących wysokie urzędy lub wysokie pozycje na liście Forbesa: Igor Rotenberg, Iwan Frank (zięć bliskiego przyjaciela Putina, Giennadija Timczenki), eksminister Leonid Rejman, eksminister Władimir Strżałkowski i wielu innych. Ta lista jest długa.

Po publikacji raportu poseł do włoskiego parlamentu Emiliano Fossi skierował do rządu zapytanie poselskie (interrogazione parlamentare). Domaga się ustalenia właścicieli wskazanych winnic, sprawdzenia procedur finansowania, które umożliwiły otrzymywanie dotacji przez osoby objęte sankcjami, oraz żąda odzyskania nielegalnie pozyskanych dotacji. Czekamy na ciąg dalszy.

Te wina mają smak krwi.

Desant w Genewie, część 2. Geneza i pokłosie

1 sierpnia 2025. Wyprawa delegacji rosyjskich „parlamentarzystów” do Genewy na konferencje zorganizowane przez Unię Międzyparlamentarną zwróciła uwagę na kwestię niemrawego egzekwowania europejskich sankcji wobec członków ekipy Putina.

Delegacja z objętą europejskimi sankcjami przewodniczącą Rady Federacji Walentiną Iwanowną Matwijenko na czele przyjechała bez przeszkód na międzynarodowy zjazd do Szwajcarii (opisałam ten skandal na blogu: https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2025/07/28/desant-w-genewie-czyli-rozmiekczanie-europy/).

Czemu to się udało? Kto wpuścił Matwijenko na trybunę, aby mogła szerzyć kłamliwe tezy zbrodniczego putinowskiego reżimu?

Może odpowiedzi na te pytania przybliży krótki kurs pozyskiwania przez Rosję polityczek z dalekich krajów. W lipcu 2024 r. świeżo wybrana przewodnicząca Unii Międzyparlamentarnej (IPU) Tulia Ackson z Tanzanii przyjechała na zaproszenie Walentiny Matwijenko do Petersburga na forum parlamentarne państw BRICS, a we wrześniu 2024 r. wygłosiła online przemówienie na organizowanym również pod auspicjami Matwijenko Eurazjatyckim Forum Kobiet (też w Petersburgu), jednej z platform, na których w iście sowieckim stylu krzewi się bujnie gadanina o walce o pokój, wzmacnianiu pozycji kobiet w polityce, postępowej postawie w pokonywaniu wyzwań XXI wieku itd. Kilka miesięcy wcześniej kontakty w ramach inicjatyw IPU i Forum ożywiał zastępca Matwijenko w RF, Konstantin Kosaczow, który chętnie jeździ do Genewy i uczestniczy w zjazdach kobiet-przewodniczących parlamentów (w tym roku też przyjechał). Spotkał się podczas zeszłorocznej konferencji z panią Ackson i zaprosił ją do odwiedzenia Rosji w dowolnym czasie. Kontakty mimo sankcji, jak widać, rozwijają się przy każdej nadarzającej się sposobności, co kilka miesięcy rozmowy i wizyty. Podczas tegorocznej wyprawy Matwijenko z Kosaczowem et consortes do gościnnej Szwajcarii Tulia Ackson ponownie spotkała się z rosyjskimi przyjaciółmi. W tle rosyjskie media państwowe raportują o wzroście wartości dwustronnych obrotów handlowych pomiędzy Rosją a Tanzanią oraz o spisaniu przez Moskwę tanzańskich długów.

W kwietniu br. Matwijenko pojechała do Taszkentu, aby wziąć udział w 150. Zgromadzeniu Unii Międzyparlamentarnej. I tam również uściskała się serdecznie z przyjaciółką Tulią. Po czym oznajmiła w zachwycie, że IPU pozostała niezaangażowaną politycznie organizacją międzynarodową i bardzo zyskała pod przewodnictwem pani Ackson – „człowieka mającego własną opinię, niepoddającego się naciskom”. I zapewne to w ramach tego braku nacisków i dzięki własnej opinii Tulia Ackson zorganizowała koleżance z Rosji wycieczkę do Genewy.

W poprzedniej części opisałam pokrótce pierwsze wystąpienie Matwijenko na genewskiej konferencji, wyraziłam wtedy zdziwienie, że nikt ze słuchaczy nie oprotestował wygłaszanych przez Walentinę Iwanowną propagandowych łgarstw o konieczności wystąpienia przez Rosję w obronie donbaskich dzieci, które „benderowcy” jedli na śniadanie, obiad i kolację. Cisza, spokój. Nazajutrz zachęcona powodzeniem swojego przemówienia Matwijenko ponownie wspięła się na trybunę. Tym razem jednak nie poszło tak gładko: kilka delegacji z państw UE i – rzecz jasna – przedstawiciele Ukrainy opuścili salę obrad w ramach protestu.

Rzecznik MSZ Ukrainy napisał na platformie X: „Miejsce Matwijenko jest na ławie oskarżonych, a nie na konferencjach międzynarodowych. Jej zaproszenie do Genewy jest haniebne i nigdy nie powinno mieć miejsca”. Zapowiedział, że chętnie zorganizuje jej kolejną zagraniczną podróż: do Hagi, gdzie powinna stanąć przed trybunałem i odpowiedzieć za zbrodnie wojenne.

Przeciwko obecności rosyjskich polityków protestowali też rosyjscy emigranci, około dwustu podpisało list protestacyjny, byli to m.in. ludzie z Fundacji Walki z Korupcją, dawni współpracownicy Aleksieja Nawalnego. Na co dzień zajmują się wyciąganiem na światło dzienne pokątnych biznesów rosyjskiej wierchuszki. Dzisiaj hitem internetów stało się ustalenie poczynione przez włoskich dziennikarzy z „Linkiesta” – syn Walentiny Iwanowny, Siergiej Matwijenko wraz z żoną Julią mieszkają sobie spokojnie w wilii nad Adriatykiem.

Do wiadomości o tej wilii Fundacja Walki w Korupcją dokopała się już w 2022 r.: 774 mkw, na działce 26 hektarów. Maleństwo, nie ma o czym mówić. Matwijenko zakupiła ją w 2009 r., a następnie przepisała na firmę Dominanta – wydmuszkę, służącą wyłącznie temu, aby tacy właściciele jak rodzina Matwijenko mogli zarządzać nieruchomością.

Może gdyby Walentina Iwanowna nie pchała się do Genewy, może gdyby wokół tej wyprawy nie powstała taka wrzawa, nikt by się tą skromną willą pod Pesaro nie zainteresował na nowo. Kto wie, kto wie.

Jak twierdzą dziennikarze „Linkiesta”, Siergiej Matwijenko ma włoski numer identyfikacji podatkowej, choć żadnej działalności zarobkowej w Italii nie prowadzi. Według ich ustaleń, wkrótce po nałożeniu sankcji UE na Walentinę Matwijenko (co miało miejsce w 2014 r.), syn przeniósł znaczną część rodzinnych aktywów do San Marino, które stało się nowym sezamem majętności rodzinnych.

Sankcje, jakie sankcje? No ile można o tych sankcjach. Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobisz. Dziurawe rzeszoto europejskich sankcji nieustannie przecieka. O jeszcze jednym bardzo ciekawym aspekcie tej sprawy napiszę w następnym odcinku.

Desant w Genewie, czyli rozmiękczanie Europy

28 lipca 2025. Rosja ruszyła znowu wytartą koleiną i chce przekonać niedowiarków za granicą, że ma rację, zwalczając „faszystowski reżim w Kijowie”, wciskając propagandowe androny o rzekomym gnębieniu Donbasu przez „banderowców” i szlachetnym przesłaniu rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Każda okazja po temu jest dobra, co oglądamy dzisiaj w Szwajcarii.

Walentina Matwijenko jest od niepamiętnych czasów przewodniczącą Rady Federacji (izba wyższa rosyjskiego parlamentu). Sprawnie obsługuje wszystkie niezbędne do funkcjonowania putinizmu głosowania. Do spisu „zasług” może sobie śmiało wpisać przegłosowanie w 2020 r. poprawek do konstytucji, które „wyzerowały” dotychczasowe kadencje Putina i dały mu wieczne trwanie na urzędzie. Jej kolejna doniosła „zasługa” – wśród innych doniosłych – to przeprowadzenie całego zestawu pseudoustaw dotyczących inwazji na Ukrainę, a potem aneksji oderwanych ukraińskich regionów, pseudoreferendów tam przeprowadzonych itd. Za te „doniosłości” została słusznie wpisana na europejskie listy sankcyjne. Bo jest jedną z osób firmujących zbrodnie putinizmu, wierną wykonawczynią wszelkich gwałtów zadawanych przez system na arenie wewnętrznej i zagranicznej, w tym w szczególności w wojnie na Ukrainie (tak na marginesie: Matwijenko urodziła się na Ukrainie). Zawsze ma na ustach okrągły frazes, sławiący putinizm. Specjalność zakładu – wyjątkowo paskudna hipokryzja. Uczyła się sztuki wyplatania andronów zgodnych z linią partii od najmłodszych komsomolskich lat (notabene – w Komsomole dosłużyła się dwóch pseudonimów: „Wala Stakan” i „Wala Diwan”, które wiele mówią o stosowanych przez nią sposobach pracy organizacyjnej).

I oto wczoraj pani Matwijenko wysiada na lotnisku w Genewie z samolotu, przy trapie stoi kilku panów w eleganckich gajerach, Matwijenko otrzymuje od nich na powitanie bukiet kwiatów. A dzisiaj sprężystym krokiem udaje się na posiedzenie XV szczytu kobiet-przewodniczących parlamentów. To impreza zorganizowana przez Unię Międzyparlamentarną (https://pl.wikipedia.org/wiki/Unia_Mi%C4%99dzyparlamentarna).

Na trybunie Matwijenko zieje ogniem, na którym podgrzewa stek firmowych kłamstw dotyczących Ukrainy. Te propagandowe tezy Kremla są dobrze znane od lat: że to niby Ukraińcy ostrzeliwali cywilów na Donbasie od 2014 r., a Rosja była wprost zmuszona „interweniować, aby powstrzymać rozlew krwi”. W swojej mowie Matwijenko oskarżyła ponadto inne kraje o rozpętanie wojny informacyjnej przeciwko Rosji i wezwała do zniesienia sankcji (marzenie Putina). Oczywiście wszystko to w imię walki o pokój. W sprawozdaniach z tego wydarzenia nikt nie pisze, że pozostali delegaci wygwizdali delegatkę z Rosji. Widocznie wszystko łyknęli jak pelikany.

Jak to jest, że na takiej imprezie pojawia się persona z państwa agresora, osoba objęta sankcjami i wygłasza te oczywiste łgarstwa?

Szwajcarskie media też zadawały to pytanie. Otrzymały opływową odpowiedź, że Szwajcaria nie może sprzeciwiać się wjazdowi delegatów uczestniczących w imprezach organizacji międzynarodowych, których siedziby znajdują się na terytorium Szwajcarii, na czas takich przedsięwzięć sankcje są uchylane.

Ciekawostką jest jeszcze i to, że wraz z Walentiną do Genewy zwaliło się kilku rosyjskich parlamentarzystów płci męskiej, m.in. jej zastępca Konstantin Kosaczow, wiceprzewodniczący Dumy Państwowej Piotr Tołstoj (który niedawno w telewizji wzywał do wypalenia Europejczyków napalmem) i szef komitetu Dumy ds. międzynarodowych Leonid Słucki (https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/03/24/duma-panstwowa-broni-podrywacza/). No to gender, tak lansowany przez władze Rosji chyba płacze, skoro na zjazd kobiet parlamentarzystek wkręca się 10-osobowa delegacja supermanów w portkach. Wszystko to wierni putiniści otwarcie wspierający wojnę.

W mediach społecznościowych emigracyjni rosyjscy opozycjoniści i komentatorzy nie szczędzili słów krytyki za to, że delegacja z państwa terrorysty nie tylko została wpuszczona do Szwajcarii, ale nikt jej nawet złego słowa nie powiedział. Matwijenko nie tylko wystąpiła z oracją, ale także w kuluarach spotkała się z różnymi oficjelami.

Komentator Jan Matwiejew napisał na swoim koncie na platformie X: „Reżim Putina rozpaczliwie pragnie normalizacji z Zachodem. Z czysto praktycznych powodów. Urzędnicy chcą się podessać do strumieni pieniędzy z handlu z Europą. Ich żony i kochanki nie mogą się doczekać, aby móc wrócić do zakupionych za ciężką krwawicę europejskich posiadłości, a dzieci – aby móc wrócić do prywatnych zachodnich szkół. Oni naprawdę uważają, że od 24 lutego 2022 roku minęło już dość czasu, że już wszystko jakoś się poukładało, można o tych nieprzyjemnościach zapomnieć. Reżim rozumie, że normalizacją trzeba się zajmować stopniowo, płynnie. Od razu business as usual nie wyjdzie. Europejczycy powinni się przyzwyczaić do tej myśli […] Czy słyszeliście kiedykolwiek o Unii Międzyparlamentarnej? No właśnie, nigdy. No bo nie jest to najbardziej wpływowa organizacja międzynarodowa. Przed wojną rosyjscy urzędnicy nawet by w tamtą stronę nie popatrzyli. A dziś? Proszę bardzo – jakież wysokie figury zjechały do Genewy. Dlaczego? Bo ta banda jest objęta sankcjami, a Unię Międzyparlamentarną można instrumentalnie wykorzystać jako instytucję, za pośrednictwem której sankcje mogą zostać uchylone. Raz się uda, to potem będzie powtórka, i znów, i znów. Niech się Europejczycy przyzwyczajają. To oczywiście nie byłoby możliwe bez udziału różnych małych przyjaciół, gotowych zawsze ruszyć na odsiecz Kremlowi. Żeby dolecieć do Szwajcarii, trzeba pokonać przestrzeń powietrzną kilku krajów. Delegacja jakoś doleciała. Dzięki pomocy Węgier, Słowacji i niestety także Włoch. Pełzająca normalizacja będzie iść dalej i dalej, jeżeli wspólnota europejska się nie obudzi i nie wystąpi przeciwko przyjaciołom Putina i ich krwawym pieniądzom…”

Dodam jeszcze na koniec, że Putin doskonale wie, jak usypiać Europę i korzystać z usług pożytecznych idiotów, jak kupować polityków i przedsiębiorców. Trochę się zdziwił, gdy po lutym 2022 r. Europa jednak stanęła po stronie Ukrainy, nie dała się nabrać na piękne słówka gospodarza Kremla o pokoju i walce z rzekomym nazizmem. Putin nie szanuje Europy. Bo myśli sobie: a za co ją szanować? Toż to słabizna militarna i moralna w jednym flakonie. Zdaniem Putina, Europa jest mięciutka jak plastelina, łatwowierna i strachliwa, zawsze można ją ograć, stosując stare kagiebowskie metody „na korek, worek i rozporek”, albo wziąć na pieszczot lep. Rozmiękczyć i przekabacić.