11 września 2025. Putin przywiózł z Alaski i Pekinu zuchwałość. W pokerowej rozgrywce z Zachodem postanowił przejść do etapu „sprawdzam”. Sprawdzam, jakie macie karty i jak zamierzacie licytować.
Szarża rosyjskich dronów na terytorium Polski w nocy z 9 na 10 września to nie był przypadek. To było wyzwanie na pojedynek. Bez białych rękawiczek i z całym stosowanym przez Rosję w grach wojennych sztafażem. „To nie my”. „To prowokacja Ukrainy”. „Jesteśmy gotowi do konsultacji”. „O co wam chodzi?”.
Wczoraj w godzinach popołudniowych na stronie na oficjalnej stronie Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rosji ukazał się komunikat (https://mid.ru/ru/press_service/spokesman/official_statement/2046067/): „W związku z formułowanymi pod adresem Federacji Rosyjskiej oskarżeniami o zaplanowane naruszenie przestrzeni powietrznej Rzeczpospolitej Polskiej przez bezzałogowce w trakcie kombinowanego ataku na obiekty infrastruktury wojskowej reżimu kijowskiego zwracamy uwagę na komunikat ministerstwa obrony”. A ministerstwo obrony pisze, że nie planowano zaatakowania obiektów na terytorium Rzeczpospolitej Polskiej”. Podawane przez Polskę i NATO informacje „o kolejnej eskalacji kryzysu ukraińskiego” MSZ FR nazywa mitami, insynuacjami bez żadnych dowodów. Rosyjskie ministerstwa proponują przeprowadzenie konsultacji z polskim MON.
Chargé d’affaires ambasady FR w Warszawie Andriej Ordasz został wezwany do polskiego MSZ, gdzie wręczono mu notę protestacyjną. Ordasz był zdziwiony: uznał, że polskie władze rozpowszechniają fejki o rosyjskim pochodzeniu dronów, jego zdaniem, nie ma na to żadnych dowodów.
Rosyjska prasa (np. zawsze wierny Kremlowi „Moskowskij Komsomolec”) od wczoraj już wszystko wie i to na pewno: to ukraińska prowokacja i tyle. Rosja jest biała i puszysta, chce się kolegować z natowcami i udzielać wsparcia w śledztwie.
Na stronie internetowej Kremla nie ma wzmianki o reakcji Putina. Prezydent był zajęty spotkaniami z szefową Agencji Informacji Społecznej i gubernatorem obwodu smoleńskiego. Drobnymi potyczkami z „wrogim blokiem NATO” zapewne nie chciał zaprzątać sobie głowy w obliczu niezwykłej wagi tych spraw państwowych. TASS miał zaszczyt zacytować słowa sekretarza prasowego Kremla, Dmitrija Pieskowa: nie ma powodu, aby dodawać coś jeszcze do komunikatu ministerstwa obrony w sprawie „incydentu z dronami w Polsce”. Zauważono (m.in. w komentarzach na portalu „Wzglad”, gdzie publikują zasłużeni eksperci) brak reakcji Waszyngtonu.
Eksperci Ośrodka Studiów Wschodnich Marek Menkiszak i Katarzyna Chawryło napisali w analizie:
„Celem agresywnych działań Rosji jest destabilizacja sytuacji wewnętrznej w Polsce i innych państwach zachodnich wspierających Kijów. Moskwie chodzi zwłaszcza o podsycanie nastrojów antyukraińskich, podważenie zaufania do kierownictwa cywilnego i wojskowego oraz wiary w solidarność sojuszników. Kreml liczy na wewnętrzne podziały polityczne na poziomie wewnątrzpaństwowym, pomiędzy państwami europejskimi i w stosunkach transatlantyckich. Ma to w perspektywie służyć ograniczeniu zachodniego wsparcia dla Ukrainy, prowadzącemu do jej faktycznej kapitulacji, oraz rewizji polityki państw zachodnich wobec FR poprzez ich rezygnację z presji sankcyjnej i powrót do stosunków „pragmatycznych”.
I dalej: Moskwa „wysyła sygnał ostrzegawczy, że dalsze wspomaganie, szczególnie wojskowe, Ukrainy podniesie stawkę, ryzyka w sferze bezpieczeństwa i koszty polityczne takiego podejścia oraz może prowadzić m.in. do geograficznego poszerzenia obszaru konfliktu, obejmując terytoria państw wschodniej flanki NATO. Chce także zademonstrować, że Sojusz nie jest w stanie skutecznie chronić swoich członków, jak również wywołać spory między nimi co do właściwych reakcji na działania FR. W percepcji Moskwy ma to też wzmocnić „obóz pokoju” w państwach zachodnich oraz wywrzeć presję na Trumpa, aby pospieszył się z wymuszeniem pokoju na Ukrainie na warunkach rosyjskich. […] Należy się spodziewać dalszego eskalowania podobnych prowokacyjnych działań, jeśli Rosja uzna, że jej coraz agresywniejsze posunięcia nie budzą zdecydowanej i solidarnej odpowiedzi Zachodu, lecz zgodnie z jej intencją pogłębiają podziały wewnątrz- i międzypaństwowe”.
I jeszcze: Brak solidarnej i zdecydowanej odpowiedzi Zachodu na rosyjskie prowokacje Rosjanie zrozumieją jako zachętę do dalszej eskalacji.
Polecam całość tej analizy: https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/analizy/2025-09-10/oslabic-podzielic-i-odstraszyc-cele-rosyjskiej-prowokacji-wobec
Ostatnie wpisy
Cerkiewny order dla Margarity Simonjan
8 września 2025. Patriarcha Moskwy i całej Rusi Cyryl w Soborze Zaśnięcia Matki Boskiej na Kremlu wręczył Order św. Olgi szefowej kremlowskich tub propagandowych RT, Sputnik, Rossija Siegodnia, Margaricie Simonjan. Według odczytanego w trakcie uroczystości komunikatu Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej, odznaczenie zostało przyznane za „wkład w utrwalanie tradycyjnych wartości”. Jeśli uznać, że „tradycyjną wartością” czczoną przez putinowską Cerkiew jest wierutne kłamstwo, to Simonjan faktycznie ma na tym polu wielkie zasługi.
I to od zarania swojej błyskotliwej kariery, gdy podczas dramatycznych wydarzeń w biesłańskiej szkole (2004 r.) kłamała w telewizyjnych reportażach jak najęta. Bo też i była najęta, i dobrze opłacana przez kremlowskich bossów, wybitnych specjalistów od robienia ludziom wody z mózgu. Przez wszystkie lata wiernej służby na dworze dyktatora doskonaliła kunszt kłamstwa. Była filarem operacji propagandowych Kremla w kraju i za granicą, m.in. rozwinęła gadające w wielu językach proputinowskie szczekaczki pod egidą RT. Łatała łgarstwami najbardziej spektakularne wpadki rosyjskich służb specjalnych (np. otrucie Skripala, a potem Nawalnego) czy oprawiała w ramy zachwytu wszystkie kolejne zbrodnicze wojny reżimu. Chętnie prezentowała zgodne z wytycznymi góry opinie w telewizyjnych seansach nienawiści, m.in. u głównego kapłana telewizyjnej propagandy Władimira Sołowjowa (w dalszej części tekstu jeszcze powrócę do tematu jego programu), często szermując argumentem swojej przynależności do wiary chrześcijańskiej.
Simonjan to jedna z najbardziej odrażających postaci w galerii zbrodniarzy putinowskiej Rosji. A patriarcha Cyryl za te wspaniałe przymioty postanowił ją nagrodzić (https://dzen.ru/video/watch/68bc58fa11795e4973ed0bad?utm_referrer=www.google.com). W swojej krótkiej wypowiedzi po przypięciu orderu Margaricie wyraził szacunek za „wysoki profesjonalizm i odpowiedzialne podejście do pracy, jej działalność sprzyja umacnianiu duchowych i kulturowych fundamentów społeczeństwa”. „Tę matuszkę bardzo wielu ludzi zna. Walczy o Ojczyznę i o Cerkiew. […] Margarito, z całego serca gratuluję odznaczenia. I życzę zdrowia i Bożej pomocy we wszystkich waszych sprawach i w realizacji planów” – z szerokim uśmiechem powiedział patriarcha.
Ale chyba coś z tymi intencjami poszło nie tak. Zwłaszcza na odcinku zdrowotnym, bo już dwa dni po uroczystości z udziałem patriarchy Margarita Simonjan zjawiła się w studiu programu „Wieczór z Władimirem Sołowjowem” i oznajmiła na cały świat, że lekarze zdiagnozowali u niej „straszną, ciężką chorobę”. Dała do zrozumienia, że grozi jej mastektomia.
„Uznałam, że mam obowiązek przyjść tu dzisiaj do programu i powiedzieć prawdę, dlatego że zawsze lepiej jest powiedzieć prawdę niż pozwalać, by publiczność karmiła się domysłami”.
Z tym wparowaniem do programu Sołowjowa z zamiarem powiedzenia prawdy to prawdziwa sensacja. Simonjan wcześniej nie zawracała sobie głowy takimi drobiazgami jak prawda.
O ile cerkiewne odznaczenie dla Simonjan przeszło w rosyjskich mediach niemal bez echa, to sugestia, że propagandystka zapadła na poważną chorobę, znalazła się w centrum zainteresowania. Niektóre media, powołując się na swoje „dobrze poinformowane źródła”, napisały, że w związku z chorobą Simonjan może odejść z odpowiedzialnych stanowisk w RT.
Wypada życzyć Margaricie Simonjan zdrowia, aby była w pełni sił, gdy stanie przed obliczem sprawiedliwości i odpowie za swoje plugawe zbrodnie.
From America with love or not with love
29 sierpnia 2025. W środę wieczorem na lotnisku Domodiewo w Moskwie wylądował samolot Egypt Air. Przywiózł kilkadziesiąt osób. Kim są pasażerowie tego samolotu? I dlaczego wokół ich przylotu jest tak dużo znaków zapytania?
Prezes organizacji Russian America for Democracy in Russia (pomagającej obywatelom Federacji Rosyjskiej, którzy znaleźli się w obozach dla imigrantów na terytorium Stanów Zjednoczonych) Dmitrij Wałujew twierdzi, że to osoby deportowane z USA. I że to już druga grupa Rosjan wysłanych z Ameryki na chłodne łono Putina. Pierwsza deportacja miała miejsce w czerwcu i objęła około czterdziestu osób. Tym razem – z przesiadką w Kairze – dostarczono od 30 do 60 deportowanych.
Jak pisze „Nowa Gazeta. Europa” (https://novayagazeta.eu/articles/2025/08/29/vlasti-ssha-deportirovali-neskolko-desiatkov-rossiian-za-den-news), powołując się na Wałujewa, na lotnisku w Kairze deportowanych otoczyli funkcjonariusze służb specjalnych, którzy następnie doprowadzili Rosjan na pokład samolotu lecącego do Moskwy. Kilka osób próbowało odmówić zajęcia miejsc w tym samolocie. Ale stanowczo wybito im z głowy zmianę trasy. Opornych dotkliwie pobito.
Kim są deportowani? To obywatele Rosji, którzy z takich czy innych względów, takimi czy innymi drogami i z takich czy innych powodów znaleźli się w Ameryce w obozach dla imigrantów. Niektórzy z nich ubiegali się o prawo pobytu, ale sąd im odmówił. Niektórzy chcieli uzyskać azyl polityczny, ale nie otrzymali zgody (m.in. były rosyjski wojskowy, który samowolnie opuścił jednostkę, uciekł z Rosji, trafił do USA, tam przegrał swoją sprawę w sądzie). Wśród wysłanych jest też grupa, która zdecydowała się opuścić USA, nie doczekawszy decyzji sądu.
W Moskwie na pasażerów tego wyjątkowego rejsu oczekiwała ekipa w mundurach. Deportowani zostali sprawdzeni i wypytani o wszystkie interesujące służby aspekty pobytu w USA i powrotu. Zatrzymano jedną osobę, reszta została wypuszczona po złożeniu odpowiednich zobowiązań (np. o nieopuszczaniu miejsca zamieszkania). Jak mówi założyciel organizacji Gulagu.net Władimir Osieczkin, niektórzy byli maglowani przez kilka godzin, niektórzy zostali pobici.
Zdaniem Wałujewa, w maju 2024 r. w Stanach zmieniono podejście do Rosjan, którzy przedostali się do USA przez meksykańską granicę: „Wcześniej wjazd od strony Meksyku wydawał się jednym z najprostszych sposobów ucieczki od wojny. Po przejściu granicy ludziom, którzy występowali o azyl, wręczano wezwanie do sądu, ale mogli oni pozostać na wolności. Wszystko zmieniło się ponad rok temu: Rosjan, którzy występowali o azyl lub prawo pobytu, kierowano do obozów dla imigrantów, tam spędzali całe miesiące. Niektórzy z tych, których deportowano ostatnio, siedzieli tam około roku”.
Jak pisze „The Insider”, w ostatnich latach o możliwość pobytu w USA ubiegały się dziesiątki tysięcy Rosjan. Po przejściu wymaganych procedur mogli zalegalizować swój status. Już przez ostatnie półrocze prezydentury Joe Bidena szanse na otrzymanie azylu w USA spadły, natomiast za czasów Trumpa, po zaostrzeniu polityki migracyjnej, amerykańskie władze mocno ograniczyły możliwości otrzymania zezwolenia na pobyt.
Agent za jeden uśmiech
26 sierpnia 2025. Zjadanie własnego ogona jest jedną z rytualnych faz rozwoju reżimów autorytarnych. Czy Rosja już wchodzi w tę fazę? Właśnie trwa pokazowa chłosta pewnego wiernego putinisty, który niespodziewanie wypadł z łaski Kremla za jeden uśmiech przeznaczony dla innego przywódcy innego państwa.
Siergiej Markow, rosyjski politolog, zasłużony dla kremlowskiej propagandy od zarania putinowskich dziejów. Występował w telewizji, lejąc hektolitry wazeliny pod adresem wodza, jeździł na letnie obozy prokremlowskich młodzieżówek, żeby nasączać odpowiednim ideologicznym betonem młode skorupki przyszłych urzędników i polityków. Położył zasługi w niewoleniu Ukrainy, prowadząc propagandowe stronki internetowe wypełnione po brzegi putinowskimi narracjami, „wspomagał” ukraińskie wybory prezydenckie itd. A na rosyjskim gruncie oprawiał w odpowiednie ramy rosyjskie wybory prezydenckie – był mężem zaufania Putina (2012). Dosłużył się nawet ciepłego fotela deputowanego Dumy Państwowej (z ramienia Jednej Rosji). Jednym słowem – towarzysz był z niego zaufany. O Putinie mówił w samych superlatywach, nazywał go „dobrym człowiekiem”. Jak widać – Siergiej Markow to samo putinowskie dobro.
I oto 22 sierpnia Markow został wpisany na listę „agentów zagranicznych”. Co to oznacza? Pisałam o tym w cyklu „Rosyjska ruletka”: „Wśród licznych zakazów i zobowiązań dotyczących działalności agentów zagranicznych zwracają uwagę ograniczenia w dziedzinie publikacji czy zajmowania stanowisk, a także taki zapis: agent zagraniczny nie może być organizatorem imprezy publicznej, nie może prowadzić działalności edukacyjnej w państwowych placówkach i uczelniach. Agent nie może być ekspertem ani członkiem komisji do spraw różnych, wypracowujących koncepcje, rozważane potem przez odpowiednie ciała. Bo decydenci nie mogą znaleźć się pod wpływem ośrodków zagranicznych. Nie ma mowy o finansowaniu z zagranicy. Osoba uznana za agenta zagranicznego nie może uczestniczyć w publicznych dyskusjach ani wyrażać swych opinii w mediach i internecie, powinna trzymać się na dystans od wszelkich kampanii wyborczych i partii politycznych” (https://www.tygodnikpowszechny.pl/w-rosji-coraz-latwiej-zostac-agentem-zagranicznym-181638). Taki status to bat na tych, którzy stawiają się reżimowi, wyrażają opinie odmienne od oficjalnych kremlowskich bajek. Ale przecież Markow sam tworzył te bajki, skąd ta opresja?
Może chodzi o nieostrożny uśmiech, jaki Markow posłał prezydentowi Azerbejdżanu Ilhamowi Alijewowi? Działo się to w lipcu podczas forum z udziałem przedstawicieli mediów. Przemawiał na nim Alijew. W tym czasie doszło do zaostrzenia stosunków rosyjsko-azerbejdżańskich, które od kilku miesięcy pozostają napięte po zestrzeleniu samolotu pasażerskiego azerbejdżańskich linii lotniczych (https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2025/01/06/glosniej-nad-ta-katastrofa/; https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2024/12/28/przeprosiny-putina/). Markow w kuluarach forum opowiadał zgromadzonym dziennikarzom o tym, że Alijew jest „fantastycznym intelektualistą”, „jednym z najbardziej doświadczonych liderów politycznych świata”, a także przedstawicielem zwycięskiego państwa (które pokonało Armenię w wojnie o Karabach); „pod tym względem wielu liderów mogłoby się u niego wiele nauczyć, poznać, na czym polega sekret zwycięstwa”.
Wypowiedzi te wyłapała obsługa Kremla, musiały być mocno kłującą szpilą dla ich szefa, który miałby – zgodnie z zaleceniem Markowa – pobierać nauki u zwycięskiego lidera Azerbejdżanu. Z-patrioci też nie mogli przełknąć tej jawnej zniewagi i zaczęli boleśnie kąsać Markowa po łydkach, nazywając „Ino-Markowem”, zarzucając nielojalność, zdradę etc. Głos zabrał nawet naczelny kapłan kremlowskiej propagandy Władimir Sołowjow, w swoim programie tv grzmiał, że takiego agenta Markowa trzeba do więzienia wsadzić. Potem jeszcze związany z imperium medialnym Jurija Kowalczuka (przyjaciel Putina) „Life” zamieścił materiał o majętnościach Markowa (mieszkanko za 100 mln rubli, wedle sugestii autorów materiału Markow wzbogacił się na kadzeniu Alijewowi, który krytykuje Rosję) i grzechach głównych (współpraca z amerykańskimi fundacjami).
Tu Markow się zaniepokoił i wystąpił z oświadczeniem, że materiał jest kłamliwy. A on sam zawsze popierał politykę Putina i to się nie zmienia.
Przypadek Markowa to pierwsza ta spektakularna akcja „zamoczenia” wiernego putinisty. Jak się skończy? Niektóre media piszą, że po tym, jak Markow się wystarczająco pokaja, może wrócić na piedestał, status „agenta zagranicznego” zostanie cofnięty.
W czasach, gdy Stalin czyścił szeregi z wrogów, popularna była fraza „Towarzyszu Stalin, nastąpiła fatalna pomyłka…”. Aresztowani członkowie władz, partyjni towarzysze i inni wierni staliniści nie dowierzali, że Stalin może chcieć ich aresztować, liczyli, że będą mogli do niego zadzwonić/napisać, zapewnić o bezbrzeżnej lojalności wobec wodza, poinformować go, że zawinięto ich przez pomyłkę. Frazę tę przypomniano teraz w licznych komentarzach o „przypadku Markowa”.
Przystanek Alaska. The day after
16 sierpnia 2025. Jednak do spotkania Donalda Trumpa i Władimira Putina w bazie Elmendorf-Richardson na Alasce doszło. Putin przyleciał. Amerykańscy żołnierze na klęczkach rozkładali przy trapie jego samolotu czerwony dywan. Po tym dywanie gość z Moskwy stąpał radośnie uśmiechnięty. Na końcu tej ścieżki koloru krwi czekał gospodarz równie radośnie uśmiechnięty. Uwagę zwrócił nie tylko ten entuzjastyczny wyraz twarzy Trumpa, ale jeszcze i to, że w oczekiwaniu, aż Putin podejdzie, bił mu brawo.
Ten obrazek poszedł w świat i wzbudził huragan dezaprobaty i wielkie niedowierzanie. Oto przywódca najpotężniejszego państwa świata nie może się doczekać, by uścisnąć prawicę zbrodniarzowi wojennemu. Pojęcie przyzwoitości nawet w tak pełnej nieprzyzwoitości dziedzinie jak polityka zdewaluowało się i nadal traci na znaczeniu.
Pozostańmy jeszcze chwilę w sferze wydarzeń o znaczeniu symbolicznym. Po tym jowialnym przywitaniu Trump poszedł dalej w nadspodziewanych uprzejmościach i posadził Putina w swojej limuzynie zwanej „bestią”, w której wozi sam siebie i tylko przy wyjątkowych okazjach wyjątkowych gości. Wykrzywiona w sztucznym uśmiechu wybotoksowana twarz Putina siedzącego na tylnym siedzeniu obok Trumpa też trafiła na pierwsze strony gazet. Bestia w „bestii”.
Znamienny epizod wydarzył się, gdy Putin zbliżył się do grupy dziennikarzy. Korespondentka ABC News Rachel Scott zadała głośno pytanie Putinowi, kiedy przestanie zabijać cywilów na Ukrainie. Putin udał, że nie słyszy/nie rozumie. Zapewne w tym momencie zatęsknił za swoim nadwornym dziennikarzyną Pawłem Zarubinem, który nigdy nie zadaje niewygodnych pytań i używa grubej warstwy wazeliny przy każdym kontakcie z ulubionym interlokutorem z Kremla. Notabene Zarubin przyleciał z Putinem na Alaskę i opowiadał w reportażach telewizyjnych swoje zachwycone bajki (nie wspomniał o antyputinowskich protestach, jakie przetoczyły się przez Anchorage). Nie wiem, czy Zarubin został z całą resztą rosyjskich kolegów po fachu zakwaterowany w dawnym szpitalu covidowym – wielkiej, chłodnej hali klubu hokejowego, w której ustawiono łóżka polowe, odgrodzone cienkimi zasłonkami. Ta spartańska destynacja wywołała niezadowolenie „kremladzi”. Kolejną plagą egipską, która spadła na obsługę propagandową Putina, były kiepsko działające, lub niedziałające wcale, media społecznościowe. Roskomnadzor pod pozorem walki z oszustami zablokował bowiem połączenia wideo i głosowe w dwóch najpopularniejszych komunikatorach WhatsApp i Telegram. No więc im nie zadziałały.
Spotkanie odbywało się pod hasłem „Pursuing peace” (dążąc do pokoju). Szczytne hasło, wzywające do pokoju. Już nikt nie pamiętał w ferworze nowych zdarzeń, że właśnie minął termin kolejnego „twardego” ultimatum Trumpa, który domagał się od Rosji zawieszenia broni na froncie ukraińskim, w przeciwnym razie groził sankcjami. Termin minął, Rosja ultimatum zlekceważyła, a „przeciwny raz” zamiast sankcji przybrał formę przyjaznego poklepywania po ramieniu i innych uprzejmości. Putin znowu zyskał czas.
Rozmowy trwały niespełna trzy godziny. Nic nie podpisano, nic na dobrą sprawę twardo nie uzgodniono, poza zapowiedzią, że w Waszyngtonie już w najbliższy poniedziałek zostanie przyjęty prezydent Wołodymyr Zełenski, a europejscy partnerzy Ukrainy zostaną przez Trumpa poinformowani o przebiegu negocjacji. A zatem ciąg dalszy nastąpi w huku dział (bo o żadnym zawieszeniu ognia nie ma na razie mowy), sprzecznych komunikatów od polityków i równie sprzecznych przecieków prasowych (m.in. o tym, że Putin miałby się zgodzić na zawieszenie broni w zamian za cały Donbas).
Putin może być na tym etapie zadowolony: na oczach świata został potraktowany jak mąż stanu, z którym liczy się prezydent USA. Trump po rozmowach zrobił kolejny ukłon w stronę gościa i udzielił mu pierwszemu głosu przed zgromadzeniem obserwatorów i dziennikarzy. Putin wyciągnął kartkę i przeczytał przygotowany tekst, w którym mowa była o historii (konik Putina), wyłuszczył też po raz nie wiem który stanowisko Moskwy w kwestii Ukrainy: powtórka tych samych, ciągle twardo powtarzanych żądań – usunięcie „praprzyczyn” konfliktu, Rosjanie i Ukraińcy to bratnie narody etc. („Putin pod pojęciem porozumienie pokojowe rozumie kapitulację Ukrainy i odebranie jej suwerenności” – skwitował oświadczenie Putina redaktor naczelny emigracyjnej „Nowej Gazety. Europa” Kiriłł Martynow). Putin zwrócił też uwagę na to, że trzeba pracować nad odbudową dwustronnych stosunków amerykańsko-rosyjskich, które obecnie znajdują się na niskim poziomie. „Next time in Moscow” – powiedział w języku gospodarza. Na co ten uśmiechnął się promiennie. Trump mówił bez kartki, ogólnikowo, że proces pokojowy się zaczął, ale dużo jest do zrobienia, że dużo uzgodnili (ale nie powiedział, co konkretnie) i że była to produktywna rozmowa.
Nie odbyło się zapowiadane wcześniej spotkanie w rozszerzonym gronie ani wspólny lunch. Obie delegacje szybko się po wspomnianym wyżej briefingu zwinęły. Zamiast na obiad Putin pojechał na cmentarz pod Anchorage, na którym spoczywa kilku czerwonoarmistów (zginęli na Alasce podczas sprowadzania samolotów, które Amerykanie podarowali Związkowi Sowieckiemu podczas II wojny światowej). Na cmentarzu doszło do spotkania Putina z prawosławnym arcybiskupem Alaski Aleksijem (samo spotkanie i jego różne aspekty to oddzielny ciekawy temat, może będzie okazja, by go bardziej szczegółowo omówić).
Po powrocie do Moskwy prezydent zwołał na Kremlu naradę z członkami Rady Ministrów, kierownictwem Dumy i Rady Federacji, na której poinformował o wynikach rozmów z Trumpem. Nazwał swoją wizytę na Alaskę „bardzo pożyteczną”. Podkreślił, że mógł spokojnie i ze szczegółami przedstawić stanowisko Moskwy w konflikcie ukraińskim. „Moim zdaniem ta rozmowa – szczera, pełna treści przybliża nas do odpowiednich decyzji” – powiedział. Żadnych szczegółów nie ujawnił. Ale przecież stanowisko Rosji w sprawie Ukrainy poznaliśmy już pod koniec 2021 r., jeszcze przed pełnoskalową inwazją, Jak widać, Kreml nie zamierza go zmieniać, nadal odmawia Ukrainie prawa do decydowania o sobie.
Po przystanku Alaska kolejny przystanek – Waszyngton.
