Wysadzić Rosję. 15 lat później

„Po tym, co się wtedy stało, tragiczne wydarzenia, które będą się z nami działy, nie będą już tak wstrząsające, zaimpregnujemy się. Przyzwyczaimy, że linia frontu jest tuż obok nas, chociaż wojna toczy się daleko stąd – w Czeczenii” – napisał w rocznicę zamachów na domy mieszkalne w Moskwie Anton Oriech. Właśnie mija piętnaście lat od tragedii, nadal do końca nie wyjaśnionej. „To był jeden z najgorszych koszmarów mojego życia. Nikt nie był gotowy na to, co się wydarzyło. […] Wszyscy się bali. Organizowaliśmy się w drużyny kontrolujące piwnice i strychy, skrzykiwaliśmy na dyżury, byliśmy czujni na każdy niepokojący znak. Zrozumieliśmy, że teraz wybuchnąć może wszystko i wszędzie, nie tylko na dalekim Kaukazie, ale także tutaj, na naszej ulicy”.

Seria zamachów zaczęła się w moskiewskim centrum handlowym przy placu Maneżowym (31 sierpnia 1999), potem był dom mieszkalny w Bujnacku na Kaukazie (4 września), dom mieszkalny w Moskwie przy ulicy Gurjanowa (w nocy z 8 na 9 września) i kolejny moskiewski blok – na Kaszyrce (13 września), w Wołgodońsku na południu Rosji. Zginęło kilkaset osób. Panika ogarnęła cały kraj.

Byłam w Moskwie wkrótce po tych zamachach, pamiętam rozmowy „na kuchnie”. Sąsiadka moich przyjaciół radziła im spać w ubraniu: „W razie czego, jak nas znajdą po wybuchu, to będziemy schludnie wyglądali”. Strach był rzeczywiście paraliżujący. Geografia zamachów – małe miasto na prowincji, duże miasto na prowincji, wielkie miasto w sercu kraju – wskazywała, że wybuch może nastąpić wszędzie, w każdym miejscu, w każdej chwili. To był diabelski plan. Po zamachach ludzie czuli się tak zatrwożeni, że gotowi byli schronić się pod skrzydła każdego, kto obiecałby im bezpieczeństwo. I taki rycerz się znalazł – świeżo upieczony premier, nikomu nieznany wcześniej urzędnik, a jeszcze wcześniej podpułkownik KGB, Władimir Putin powiedział stalowym głosem, że „dorwie terrorystów nawet w kiblu”. Rosja ruszyła na Czeczenię – rozsadnik terroryzmu. 30 września rozpoczęła się druga wojna czeczeńska – wielki projekt militarno-polityczny, który zapewnił Putinowi miejsce na Kremlu.

Wersja oficjalnego śledztwa wskazywała na „kaukaski ślad”. Złapano nawet dwóch Czeczenów, postawiono ich przed sądem, skazano na dożywocie, sprawstwo przywódcze przypisano Abu Umarowi i Al Chattabowi. Tyle wersja oficjalna. Ale znacznie bardziej znana i częściej wspominana jest wersja nieoficjalna. Mieszkający od wielu lat na Zachodzie Jurij Felsztyński, który do spółki z nieżyjącym już Aleksandrem Litwinienką napisał książkę „FSB wysadza Rosję w powietrze”, stawia tezę, że organizatorami zamachów były cyniczne władze. Chodziło o stworzenie pretekstu do rozpoczęcia wojny na Kaukazie i przeprowadzenia operacji „Następca”. W sondzie przeprowadzonej przez rozgłośnię Echo Moskwy na pytanie „czy oficjalna wersja śledztwa w sprawie przyczyn wybuchu domu na ulicy Gurjanowa jest prawdziwa?” twierdzącej odpowiedzi udzieliło zaledwie 8 procent uczestników, 79 procent uznało wersję oficjalną za niewiarygodną, 13 procent nie umiało udzielić odpowiedzi.

Na miejscu tragedii na ulicy Gurjanowa postawiono cerkiew pamięci tych, którzy zginęli pod gruzami wysadzonego domu. Sam dom zburzono w zeszłym roku.

Lubieżni nekrofile Dmitrija Kisielowa i feta Noworosjan

W Mińsku podpisano 5 września porozumienie o zawieszeniu broni na Ukrainie. Dokument jest mglisty jak jesienne poranki nad bagnami. Zawiera sformułowania, które każda ze stron może interpretować wedle swojej woli. Na razie jednak w gruncie rzeczy obowiązuje, ostrzały trwają, żadna ze stron nie przyznaje się do strzelaniny, każdy robi swoje, udając, że nic nie robi. Poroszenko w Mariupolu oznajmił, że miasta nie odda, wezwał do gotowości bojowej.

Otwarte pozostaje pytanie o to, kto miałby dozorować rozejm, w dokumencie zapisano, że OBWE (przedstawicielka tej organizacji była sygnatariuszką). Ale jak i gdzie? Niezbadany jest status innego z sygnatariuszy – ambasadora Rosji na Ukrainie. Skoro Moskwa twierdzi uparcie, że nie ma nic wspólnego z „wewnętrznym konfliktem na Ukrainie”, to skąd jej przedstawiciel przy stole rozmów? Mgławice unoszą się nad punktem dotyczącym specjalnego statusu „niektórych powiatów” obwodów donieckiego i ługańskiego, gdzie mają się odbyć przedterminowe wybory lokalne, ale według ustawodawstwa ukraińskiego wszelako. Przedstawiciele separatystów dzisiaj krzyknęli, że do porozumienia trzeba jeszcze koniecznie dopisać punkt o niepodległości Noworosji. A więc sprzeczność. Czyli zajęte przez separatystów terytoria są swego rodzaju zakładnikiem? Jak Kijów przyjmie warunki Rosji i zacznie rozmawiać o decentralizacji władzy i federalizacji, to zawieszenie broni będzie trwało, a jak nie, to nie? O tym szczególnym statusie powiatów mówił też na szczycie NATO w Newport prezydent Poroszenko. Wiadomości z tego szczytu są dla Ukrainy niezbyt budujące. Znikoma pomoc finansowa (15 mln euro) i równie mglista jak porozumienie pokojowe z Mińska obietnica sprzedaży broni, zaraz zresztą dezawuowana.

W porozumieniu z Mińska nie ma mowy o wycofaniu wojsk rosyjskich z terytorium Ukrainy. Ale o czym my mówimy? Przecież wojsk rosyjskich na Ukrainie nie ma, więc co miałoby się wycofywać? W portalach internetowych tymczasem przybywa świadectw wyprawiania z Ukrainy do Rosji tak zwanych „ładunków 200” (trumien z ciałami poległych żołnierzy). We wczorajszym programie „Wiesti niedieli” w rosyjskiej telewizji państwowej, podsumowującym wydarzenia tygodnia, prowadzący Dmitrij Kisielow – żelazna szczęka kremlowskiej szczekaczki – uznał tych, którzy zbierają i publikują informacje o poległych, za „lubieżnych nekrofilów”. Czyli co – rosyjska telewizja jednak półgębkiem, bo półgębkiem, ale przyznała, że żołnierze zginęli? Tak na marginesie, czytając doniesienia o tych poległych rosyjskich żołnierzach, zwróciłam uwagę na powtarzający się motyw: niektórzy z nich zimą byli w Kijowie, zachowały się ich zdjęcia w mundurach Berkutu…

Na stronach, na których publikują zwolennicy wojny z Ukrainą i całym światem, porozumienie z Mińska uznano za porażkę i faktyczne zamknięcie projektu Noworosja. Tymczasem bohaterowie Noworosji zapowiadają wesołą zabawę w Moskwie, na którą zapraszają wszystkich chętnych do Parku Kultury (https://twitter.com/FPaidinfull/status/508290040351719424/photo/1). Najważniejsi donieccy samozwańcy – Paweł Gubariew, Aleksiej Mozgowoj i special guest star Igor Girkin vel Striełkow. Podczas imprezy będą zbierane pieniądze na fundusz Noworosji.

O Striełkowie ostatnio przeczytałam, że zamierza wydać swoje bajki. To jakaś nowa moda w wysokich kręgach politycznych – prezydent Putin niedawno wymyślił nową postać do telewizyjnej dobranocki (na razie to tajemnica), a Striełkow zamierza opowiadać bajki (zapowiedział, że niebawem wyjdzie druga książka jego autorstwa; pierwsza „Tajemnice zamku Heldiborn” utrzymana była w stylistyce fantasy). Wzruszające szczegóły obecnego życia donieckiego „ministra obrony” opowiada na fejsie Paweł Prianikow, powołując się na byłego doradcę Striełkowa, Igora Druzia: „On [Striełkow] mieszka w jednym z obwodów Rosji. Zajmuje jeden niezbyt duży pokój, gdzie panuje skrajny minimalizm, powiedziałbym nawet, ascetyzm. Stoi stół i łóżko, książki, komputer. I to wszystko. Jedzenie – paszteciki, kanapki, herbatę itd. – przynosi mu z pobliskiego sklepu stary przyjaciel. Rozmawialiśmy o tym, że i do Rosji może przenieść się płomień kolorowej rewolucji z ogarniętej wojną domową Ukrainy. Igor zapewnił, że zrobi wszystko, co w jego mocy, aby udaremnić nielegalne próby prozachodnich sił dokonania kolorowego przewrotu w Rosji. Co do jednego byliśmy zgodni: nikomu nie uda się zatopić projektu Noworosja: ani ukrofaszystom, ani zdrajcom z Moskwy, ani ich zachodnim patronom”.

Wiktor Jaducha z Rosbalt.ru twierdzi natomiast, że niebawem być może trzeba będzie uspokajać sam Donbas, zbuntowany nie tylko przeciwko politycznemu Kijowowi, ale i oligarchicznej niesprawiedliwości w regionie oraz gasić konflikt na linii separatyści-Kreml. Separatyści chcą niepodległości dla swojej Noworosji, a „na Kremlu górą są dziś siły, które są zainteresowane wymianą Donbasu na gwarancje, że Ukraina nie wstąpi do NATO”. Robi się coraz ciekawiej.

Operacja „Wzmacniacz”, czyli siedem kroków dookoła pokoju

Przymuszanie Ukrainy do wycofania wojsk ze wschodnich obwodów trwa. Mamy nową sytuację: jednostki ukraińskie zostały wyparte z wielu kluczowych punktów w Donbasie, separatyści zyskali przewagę militarną. Środki presji na Kijów, by zgodnie z rosyjskim zamiarem przystąpił do rozmowy o federalizacji kraju (ta mantra się nie zmienia od miesięcy – nazwijmy ją mantrą numer 1), uległy wobec tego znacznemu wzmocnieniu. Na Kremlu widocznie doszli do wniosku, że najwyższy czas skonwertować sukcesy zielonych ludzików na kapitał polityczny. Siedmiopunktowy plan pokojowy prezydenta Putina (ogłoszony wczoraj, w przeddzień szczytu NATO w Newport, na którym obecny jest prezydent Poroszenko, a nieobecny prezydent Putin) miał pokazać światu, że Rosja chce pokoju na wschodzie Ukrainy. Rzecz jasna jako postronny i bezstronny acz współczujący obserwator „wewnętrznego konfliktu ukraińskiego”. Ta mantra (nazwijmy ją mantrą numer 2) też się nie zmienia od miesięcy, choć brzmi coraz mniej przekonująco, a właściwie już całkiem nieprzekonująco.

Wczoraj prezydenci Poroszenko i Putin rozmawiali przez telefon. Potem w przestrzeni medialnej pojawiły się sprzeczne doniesienia. Najpierw o tym, że obaj panowie dogadali się o zawieszeniu broni w Donbasie, a potem dementi ze strony sekretarza Putina, Dmitrija Pieskowa, że nie mogli się dogadać w tej sprawie, gdyż Rosja nie jest stroną konfliktu (mantra numer 2).

Latem siły ukraińskie odnotowały kilka znaczących sukcesów militarnych w obwodach donieckim i ługańskim. Bez wsparcia Rosji separatyści nie byliby w stanie długo utrzymać pozycji. Nastąpiła więc operacja specjalna „Wzmacniacz”(skoro separatyści są za słabi, to dostaną pomoc, i to jaką) – no bo trzeba było uświadomić Poroszence, że nie ma szans wygrać, że musi się ułożyć z Moskwą na jej warunkach. Jedną ręką prezydent Putin wysłał tajemniczy biały konwój nazwany humanitarnym, a drugą w tym samym czasie przez nieszczelną granicę podsyłał żołnierzy regularnych jednostek rosyjskiej armii na sprzęcie bojowym z zamalowanymi znakami rozpoznawczymi i numerami. Formalnie rosyjscy żołnierze spędzają w taki sposób urlopy. Potem prezydent Rosji pojechał do Mińska, wymienił uścisk dłoni z ukraińskim prezydentem i zapewniał o pokojowych zamiarach, a o swoich żołnierzach złapanych na Ukrainie powiedział bez drgnienia powiek, że „zabłądzili”. Walki trwały nadal, już nie tylko na wschodzie, ale także na południu Ukrainy. A Rosja nadal nie przyznawała się do wprowadzenia na Ukrainę swoich jednostek (chociaż w różnych rosyjskich publikatorach w ciągu ostatnich dni pojawiają się coraz to nowe informacje o potajemnych pochówkach rosyjskich żołnierzy, którzy zginęli w walkach na Ukrainie). Ministerstwo Spraw Zagranicznych Rosji w licznych komunikatach wydawanych po kilka dziennie pisało nawet o „europejskiej histerii w kwestii mitycznej rosyjskiej agresji na Ukrainę”. Na komentujących złośliwie posunięcia Ukrainy i Zachodu rosyjskich portalach (m.in. Politrussia) pojawiły się demotywatory przedstawiające dziecięce zabawki militarne – plastykowe czołgi i armatki – opatrzone podpisem: „Dowody rosyjskiej agresji na Ukrainie według Służby Bezpieczeństwa Ukrainy”.

Nieudaną operację „Rosyjska Wiosna” (entuzjazm miejscowej ludności przy dyskretnym współudziale uprzejmych zielonych ludzików miał zmieść ukraińskie władze lokalne na wschodzie Ukrainy i zmusić Kijów do rozmów o mantrze numer 1) po cichu zwinięto, rozwinięto zaś operację „Noworosja”. Pojęcie „Noworosja” zostało wprowadzone przez prezydenta Putina w marcu. Potem na długo zapomniane. A teraz przywrócone do łask. Przedstawiciele „Noworosji” mają być dla Kijowa odpowiednim partnerem do rozmów (mantra numer 1). Rosja może być rozjemcą, Rosja może być pośrednikiem (mantra numer 2). Reszta świata niepotrzebnie histeryzuje, a Rosja konstruktywnie chce posadzić reprezentację Kijowa i „Noworosji” do rozmów w ramach tzw. grupy kontaktowej, chce przynieść pokój. Jeśli Kijów się ugnie, jeśli pójdzie na ustępstwa, to konflikt zostanie zamrożony, a wszelkie instrumenty nacisku na Ukrainę – zachowane w pogotowiu, mantra numer 1 o federalizacji będzie powtarzana głośniej i na każdym rogu ulic. Jeśli się nie ugnie, to operacja „Wzmacniacz” będzie trwać.

W uzupełnieniu Tatiana Stanowoja, rosyjska politolożka: „Zaproponowane przez Putina siedem kroków na rzecz uregulowania sytuacji na Ukrainie można nazwać planem zapewniania kontroli Rosji nas wschodnią Ukrainą z gwarancjami społeczności międzynarodowej. W skrócie to tak: Donbas będzie nasz na dobre i na złe, Kijowowi zaproponowano kapitulację. Kreml przedstawił model naddniestrzański – [na wschodzie Ukrainy] stworzone zostanie quasi państwo podległe Moskwie. […] Zachód w tej sytuacji też może się potargować. Może skorygować zasady integracji transatlantyckiej, „wejść” do Mołdawii i na Ukrainę. Moskwie bardzo się to nie podoba. Niemniej to może być zapłata za Donbas. Ale na tym się raczej nie skończy. USA zyskały szansę zmiany swojej architektury bezpieczeństwa strategicznego i zainicjowania reformy NATO. Rosja będzie musiała żyć we wrogim otoczeniu. Za to Donbas będzie nasz”. A więc: Donbas dla Rosji w zamian za Ukrainę i Mołdawię w NATO? Ciekawe, czy tak samo odcyfrowali siedmiopunktowy plan Putina ci, którzy właśnie siedzą przy stole w Newport? Ale o tym – w następnym odcinku.

Czy Rosja pamięta „Miasto aniołów”?

Mija czas. To już dziesięć lat. Ale nie mija gorycz, ból, rozpacz straty. Nad tragedią Biesłanu sprzed dziesięciu lat nadal jak ciężkie gradowe chmury wiszą pytania, na które nie znaleziono – a może nie ujawniono – odpowiedzi.

Przypomnijmy, bo pamięć jest zawodna jak systemy bezpieczeństwa, które mają nam zapewnić spokój. 1 września 2004 roku szkołę nr 1 w osetyjskim Biesłanie, w której właśnie odbywała się uroczystość rozpoczęcia roku szkolnego, opanowała grupa terrorystów. Wszystkich obecnych – ponad tysiąc osób – spędzono do sali gimnastycznej. Napastnicy rozstrzelali 17 mężczyzn znajdujących się w budynku szkolnym, zastraszyli zakładników, których przetrzymywali bez wody i jedzenia. Następnego dnia dzięki mediacji prezydenta Inguszetii uwolniono jedenaście kobiet z najmłodszymi dziećmi. W niewyjaśnionych do tej pory okolicznościach (wersja oficjalna różni się od ustaleń niezależnych dziennikarzy, o czym poniżej) doszło do szturmu na szkołę, zginęło 334 osób, w tym 186 dzieci i 12 funkcjonariuszy specnazu. Nie wiadomo, ilu terrorystów brało udział w zamachu, nie wiadomo, co się z nimi stało, schwytany i postawiony przed sądem został tylko jeden z szeregowych napastników. Jego proces nie dał odpowiedzi na wiele zasadniczych pytań.

W czasie tragedii, a także potem, o tym, co się działo w szkole w Biesłanie, podawano sprzeczne informacje. Dokumenty i materiały związane z pracami komisji, wyjaśniających okoliczności zamachu, można znaleźć na stronach http://pravdabeslana.ru/ i http://pomnibeslan.ru/. Jest tam m.in. ciekawy materiał dotyczący świadomej manipulacji dokonywanej przez urzędnika Administracji Prezydenta, niejakiego Pieskowa D.S. Czytamy: „Kiedy dziennikarze 1 września 2004 r. zaczęli nadawać relacje telewizyjne i przekazywać nieoficjalne informacje o liczbie zakładników, to kontakty z dziennikarzami zostały powierzone [trzem osobom z władz Osetii Północnej]. Informacje do mediów przekazywano za pośrednictwem przedstawiciela Administracji Prezydenta Pieskowa D.S. Właśnie kłamstwa o liczbie zakładników, „przefiltrowane” przez tych ludzi, stały się przyczyną agresywnego zachowania terrorystów i rozstrzelania ludzi. Po tym, jak bojownicy usłyszeli, że media podają oficjalną wersję o tym, że zakładników jest 354, przestali wydzielać zakładnikom wodę”. Dzisiaj pan Dmitrij Pieskow jest sekretarzem prasowym Władimira Putina.

„Rosyjskie władze przyjęły na początku XXI stulecia strategię – żadnych rozmów z terrorystami. Ale ta strategia kosztowała zbyt wiele. Terroryści przekazali, że chcą rozmawiać. Domagali się zaprzestania wojny w Czeczenii, wyprowadzenia wojsk, uwolnienia więzionych bojowników. Ale federalny sztab odmówił rozmów” – wspomina dziennikarka Olga Allenowa, specjalizująca się w tematyce kaukaskiej, będąca świadkiem szturmu. „Nie miałam siły rozumieć, co się wokół mnie dzieje. Czułam – jeszcze trochę i nie wytrzymam, to się zakończy pomieszaniem zmysłów”.

Kto podjął decyzję o szturmie? Nie wiadomo. Jak się rozpoczął szturm? Są sprzeczne wersje. Ilja Milsztejn z gazety internetowej „Grani” pisze: „3 września o godzinie 13.03 w terrorystów i zakładników, znajdujących się w sali gimnastycznej, wystrzelono pocisk z granatnika stojącego na dachu pobliskiego domu, 22 sekundy później z dachu drugiego domu również oddano strzał, zaczęło się piekło”. Według oficjalnej wersji było inaczej: na skutek spięcia w przewodach doszło do wybuchu bomby, podwieszonej przez terrorystów w sali gimnastycznej.

Ofiary zamachu pochowano na miejscowym cmentarzu, który nazwano „Miastem aniołów”. „Tu zawsze są łzy. Tu nie można inaczej – pisze Allenowa. – Pewnego razu przyjechał muzułmanin z Tatarstanu. Zdjął buty i obszedł cały cmentarz na kolanach, zatrzymując się przy każdym grobie. […] Susanna Dudijewa, szefowa komitetu matek Biesłanu, była tym bardzo poruszona. Przedtem myślała, że ten cmentarz jest świętym miejscem tylko dla matek”.

O dziesiątej rocznicy tragedii Biesłanu obszernymi materiałami przypomniały dziś w Rosji internetowe media opozycyjne i niektóre tytuły prasowe. Telewizja, która w Rosji jest jedynym liczącym się środkiem rzeczywiście masowego przekazu, nie przypomina biesłańskiego koszmaru, nie analizuje wydarzeń, ich genezy, ich skutków (wyjątkami są angielskojęzyczna RT, która przygotowała okolicznościowy reportaż zawierający rozmowy z uczestnikami wydarzeń oraz TV Rain – Dożd’, telewizja dostępna w internecie). Władza odrobiła swoje lekcje i wyciągnęła wnioski: im mniej się mówi, im mniej wiadomo, im mniej się wnika w istotę tego, co się stało, tym dla nas lepiej – po co dłubać w przeszłości, jeszcze się wydłubie coś niepokojącego. A społeczeństwo? Według ostatniego sondażu Centrum Lewady, aż 62 procent pytanych uznało, że władze zrobiły wszystko, aby uratować zakładników (dziesięć lat temu ten współczynnik wynosił 54%). 42% uważa, że władze mówią „tylko część prawdy” (w 2004 r. tak uważało 56%). Całość badania można znaleźć tu: http://www.levada.ru/01-09-2014/zakhvat-terroristami-shkoly-v-beslane. Do odrabiania lekcji nikt nie zagania.

Organizacja Matki Biesłanu złożyła pozew przeciwko państwu w strasburskim trybunale. Proces ma się zacząć 14 października. Pozew złożyło 447 obywateli Rosji, uważają oni, że władze naruszyły prawo obywateli do życia.

PS Przez cały dzień 1 września prezydent Putin nie poświęcił dziesiątej rocznicy biesłańskiej tragedii ani słowa.

Komu piosenkę

„Siekiera, motyka, piłka, alasz, przegrał wojnę głupi malarz” – wojenne przyśpiewki czasów II wojny światowej znamy od najmłodszych lat. Swoje pieśni śpiewają zwolennicy nowej polityki Kremla wobec Ukrainy (pisałam o tym w tekście: Pieśni rosyjskiej wiosny http://labuszewska.blog.onet.pl/2014/05/31/piesni-rosyjskiej-wiosny/). Ci, którzy nie podzielają quasi-patriotycznego amoku KrymNasz i walczą na wschodzie Ukrainy z zielonymi ludzikami, też mają swojego piewcę. Pochodzący z Doniecka kierowca tira, od dziesięciu lat mieszkający w Chicago Wadym Dubrowski podkłada pod melodie znanych sowieckich hitów nowe słowa własnego autorstwa. Satyryczne piosenki są komentarzem do bieżących wydarzeń, prześmiewczą, ale i gorzką polemiką z agresywną polityką sąsiada.

Ostatni hit – z muzyką znanego wojskowego marsza Proszczanije Słowianki (u nas znany z tekstem „Rozszumiały się wierzby płaczące”):

https://www.youtube.com/watch?v=vzKp-Yjc7hQ

„Żegnaj, kraju niewolników, żegnaj, kraju panów, kraju podłości i obłudy, poddałeś się swemu niewolniczemu losowi, znowu stałeś się SSSRerią i zabiłeś w sobie Rosję” – śpiewa obdarzony aksamitnym bas barytonem Dubrowski. W wywiadzie dla Radia Swoboda śpiewający kierowca powiedział: „Byłem zszokowany tym, że Rada Federacji posłusznie wydała Putinowi zgodę na użycie rosyjskich wojsk poza granicami kraju. Uznałem to za wypowiedzenie wojny. Bardzo to przeżywałem. Z tym, co stało się na Krymie, nie mogłem się pogodzić. Wbrew wszelkim międzynarodowym normom i traktatom Rosja nagle w najbardziej brutalny sposób dokonała agresji na cudze terytorium”.

Piosenki zapisuje w kabinie tira, którym jeździ po amerykańskich autostradach. Swego czasu Wojciech Młynarski nazwał swoje utwory dotyczące gorących tematów społecznych piosenkami-felietonami. Twórczość Dubrowskiego też można zaliczyć do tego gatunku – w dowcipny sposób odnosi się on do tego, co się dzieje na Ukrainie i w Rosji. W piosence „Och, powiem ci, Ruś” (na melodię kultowej sowieckiej pieśni „Ja lublu tiebia, żyzń”) kpi z sankcji żywnościowych, jakie Rosja nałożyła na kraje Unii Europejskiej. „Jak sobie, Rusi kochana, dasz radę przez cały rok bez wołowiny, bez wieprzowiny, bez kiełbasy, nie mówiąc już o jogurtach, żyłem za Sojuza i pamiętam, co to jest. No bo chyba nie będziesz przez okrągły roczek żywić się chińskim makaronem”. Wzywa Ruś, aby nie tchórzyła i pozbyła się „kremlowskiej bandy”.

https://www.youtube.com/watch?v=8Qe_xgpa1aY

Na biały konwój trojańskich kamazów Dubrowski zareagował kolejnym felietonem (w klipie wykorzystano podkład muzyczny w wykonaniu orkiestry saratowskiego komitetu obwodowego Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej): „Biała kolumna prze naprzód nie bez kozery, ale gdzie uczciwość, gdzie honor? Nie wiadomo, no i krzyż też zgubili”:

https://www.youtube.com/watch?v=XP1gP1Dcbmo

(słowa piosenek po rosyjsku – pod okienkiem z klipem).

W licznych komentarzach pod klipami na youtube też trwa wojna. Obok podziękowań za fajny pomysł i pochwał za piękny głos – wyzwiska i „hejty”.