Majętni namiętni i beznamiętni

Szybko mielą młyny na rosyjskiej wierchuszce władzy. Atmosfera oblężonej twierdzy gęstnieje. Ci, którzy zostali wybrani do gremiów mających stanowić prawo w interesie wyborców, co rusz urywają się z choinki trudnej rzeczywistości. O interesach wyborców nie ma co mówić. Niedawno pisałam o ciekawym projekcie ustawy gwarantującej rekompensaty za mienie utracone za granicą (http://labuszewska.blog.onet.pl/2014/09/26/cenne-inicjatywy/), przez te kilka dni, jakie upłynęły od tamtego wpisu, nastąpił znaczący postęp.

Tempo pracy nad tym wiekopomnym dokumentem jest zaiste imponujące. 23 września projekt wniósł pod obrady wysokiej izby deputowany z ramienia Jednej Rosji Władimir Poniewieżski, tego samego dnia przewodniczący Dumy skierował projekt do parlamentarnej komisji ustawodawstwa konstytucyjnego i budownictwa państwowego (nazwa żywcem wyjęta z dokumentów kilkunastego zjazdu partii bolszewickiej, nieprawdaż?). Taki smakowity projekt nie mógł ani dnia czekać w lodówce u przewodniczącego. I nie czekał również w komisji, która już 30 września zaaprobowała go w całej rozciągłości. Ustawa będzie rozpatrywana na posiedzeniu 7 października. Nikt nie wyraził cienia wątpliwości co do tego, że straty oligarchów, których majątek za granicą ucierpi na skutek zachodnich sankcji, mają być wyrównywane z budżetu państwa.

Cień wątpliwości miał jeszcze niedawno rząd (szczegóły w blogu Siergieja Parchomienki, który in extenso cytuje pismo wicepremiera Prichod’ki: http://www.echo.msk.ru/blog/serguei_parkhomenko/1410182-echo/; między innymi wskazywano na niezgodność zapisów ustawy z konstytucją, regulaminem Dumy i podważanie zasady pierwszeństwa prawa międzynarodowego). I oto dzisiaj rząd już żadnych wątpliwości nie ma i projekt popiera. Widzicie, ludzie, cuda w tej budzie. Premier Miedwiediew ustami swej rzeczniczki powiedział, że sytuacja w ciągu ostatnich miesięcy tak się zmieniła, że ocena ryzyka podejmowania [przez zagraniczne sądy] decyzji niezgodnych z prawem też się zmieniła. Co więcej, okazało się, że premier od samego zarania popierał inicjatywę deputowanych. Jako prawnik z wykształcenia musiał chyba czytać projekt z zamkniętymi oczami.

Deputowany Dmitrij Gudkow podczas dyskusji w komisji „starał się uzyskać odpowiedź na pytanie, iluż to obywateli poniosło straty w wyniku niesprawiedliwych wyroków zagranicznych sądów – pisze politolożka Tatiana Stanowaja w portalu „Politcom.ru”. – Na razie wiemy o jednym, biznesmenie Arkadiju Rotenbergu, którego nieruchomości aresztowały włoskie władze na podstawie sankcji”. Przewodniczący obradom oznajmił, że wcale nie tylko Rotenberg, ale „setki rosyjskich obywateli” ucierpiały. Ładne rzeczy.

Internet potraktował informacje z Dumy jako powód do setek żartów. Ustawę natychmiast okrzyknięto mianem „ustawy Rotenberga”. „Pierwszy konwój humanitarny złożony z trzystu białych kamazów wyruszył z Moskwy do majątku Rotenberga”; „Wylansujmy hashtag #SaveRotenbergbrothers”; „Cały kapitał macierzyński zostanie wypłacony matce Rotenberga w nagrodę za takiego wybitnego syna” (wczoraj pojawiły się informacje, że dziurę budżetową trzeba będzie zasypać pieniędzmi z funduszu kapitału macierzyńskiego; dziś te informacje zdementowano).

„Ciekawe, czy władza zdaje sobie sprawę z możliwych konsekwencji społecznych ustawy – pyta Stanowaja. – Zmobilizowane pod hasłami „zatokrymnasz” proputinowskie społeczeństwo gotowe jest zrezygnować z parmezanu i jamonu, zagranicznych wycieczek i prawa oglądania [opozycyjnej internetowej] telewizji Dożd’. Ale może mu się nie spodobać pomysł rekompensat z budżetu utraconych willi należących do bliskich Putinowi oligarchów”.

To zasadne pytania. Ale wydaje mi się, że tu chodzi jeszcze o coś innego. Taka regulacja skierowana jest nie do oczadzonego społeczeństwa, które w imię iluzorycznych korzyści wielkomocarstwowych jeszcze dużo łyknie, a do oligarchów. Przynajmniej do pewnej ich grupy. Putin być może chce w ten sposób przygotować sobie zawczasu broń do uciszania buntu na pokładzie. I to nie buntu społecznego, a ewentualnego buntu elit. Można założyć, że panowie oligarchowie, którzy w pocie czoła, zginając karki w ciężkim trudzie zarobili fortuny i ulokowali je na Zachodzie, nie są zachwyceni ostatnimi pomysłami „papy” i perspektywą poniesienia wymiernych strat. Symptomatyczny „płacz Jarosławny” urządził jakiś czas temu nawet modelowy rosyjski oligarcha Giennadij Timczenko, ubolewający nad odcięciem od Szwajcarii. Ta ustawa to być może sygnał dla tych, którzy mogą stracić z powodu sankcji dużo więcej niż druh Rotenberg we Włoszech: „nie bójcie się, ja wam to wszystko wyrównam”. To znaczy tym, których uznam za godnych takiej nagrody. Bo widać, że w otoczeniu „papy” są równi i równiejsi.

Władze znowu zmieniają reguły gry z biznesem – sprawa Jewtuszenkowa to spektakularny przykład (http://labuszewska.blog.onet.pl/2014/09/17/interpelacja-sistiema-i-jeszcze-jedna-smutna-rocznica/). Dawniej wystarczała lojalność wobec Putina, w obecnej sytuacji coraz bardziej pogłębiającego się kryzysu to za mało, ludzie władzy przystąpili do wybiórczego trzepania skóry oligarchom, trwają przymiarki do kolejnej fali przejmowania własności. Środowiska biznesowe w Rosji na razie okazują się bezradne wobec brutalnych metod stosowanych przez Kreml. Ale czy tak będzie zawsze?

Muzyczna wata

Piosenka „Działaj, Putinie”, która stała się w ostatnich dniach hitem rosyjskojęzycznego segmentu internetu, wpisuje się w utrwalone tradycje wysławiania wodza i jego sławnych dzieł przez najmłodsze pokolenie. W nagraniu udostępnionym na Youtube zamaszyste lolitki w błyszczących kreacjach i dziarski harmonista proszą prezydenta Putina, aby przystąpił do działania. W jakiej sprawie? W sprawie sprawiedliwego przyłączenia Krymu do macierzy i generalnie stania na czele. Pieśń powstała jeszcze przed tak zwanym krymskim referendum, ale została spopularyzowana na pośrednictwem „RussianHarmonica” dopiero teraz. „Działaj, Putinie, prezydencie Rosji, działaj i zaćmij bohaterów ekranu. Rosja ma mocny argument – Putin prezydent” – śpiewa patriotycznie nastrojony tercet.

Proszę zwrócić uwagę na liczbę lajków i antylajków (w chwili, gdy piszę te słowa odpowiednio: 601 lajków i 5674 hejtów). Ukraińskie portale kolportujące informację o tym performansie nazywają pieśń „skrajną formą watności” (#krymnaszyści są określani przez przeciwników mianem „watników”).

Dzisiaj w Moskwie odbyła się demonstracja „waty” – na Pokłonnej Górze zgromadzili się zwolennicy polityki Kremla wobec Ukrainy. Sieci społecznościowe informowały, że za udział w wiecu poparcia dla Putina płacono 1500 rubli. „Za poprzednie wiece płacili 500, teraz już 1500, cóż, inflacja” – skwitował jeden z komentatorów.

To już taka nowa świecka tradycja – po zeszłotygodniowej akcji opozycji, która zorganizowała w Moskwie marsz pokoju, władze przeprowadziły analogiczną akcję. Dane o uczestnikach – lustrzane odbicie: według władz, przyszło 17 tysięcy, według dziennikarzy obserwujących manifestację – najwyżej 5 tysięcy.

A dla dorosłych o równie niewybrednych gustach politycznych lansuje się muzyczną watę cukrową o zabarwieniu militarnym „Nasz Krym”. Grupa stosująca trzy akordy na ochoczych klawiszach nosi nazwę Władimir. Nieskomplikowane rytmy zachęcają do patriotycznego podrygiwania na parkiecie.

http://www.youtube.com/watch?v=l8N5L4_NwMU

Cenne inicjatywy

W rosyjskim parlamencie trwa wytężona praca nad przykręcaniem śruby. Deputowani jeden przez drugiego zgłaszają cenne inicjatywy ustawodawcze. I wszystko dla dobra tych, którzy wybrali ich do reprezentowania swoich interesów.

Nawet pobieżny przegląd najnowszych inicjatyw wzbudza szacunek dla pracowitości wybrańców ludu.

Deputowany z ramienia LDPR Roman Chudiakow „jako ustawodawca i patriota” wystąpił z wnioskiem do odpowiedniej agencji rządowej o zablokowanie tych haseł Wikipedii, w których aneksja Krymu nazywana jest aneksją Krymu. Zdaniem Chudiakowa taka formuła wprowadza w błąd czytelników. Prawda w oczy kole.

Kilka dni temu Duma w pierwszym czytaniu przyjęła ustawę o ograniczeniu udziału zagranicznych udziałowców w kapitale rosyjskich mediów do 20 procent (obecnie obowiązuje 50-procentowe ograniczenie). Konieczność przyjęcia nowej regulacji uzasadniono „zimną wojną rozpętaną przeciwko Rosji”. Przeciwko projektowi zagłosował jeden deputowany (Dmitrij Gudkow) (*).

Prawdziwym arcydziełem myśli ustawodawczej jest kolejny projekt wniesiony pod obrady izby, przewidujący wypłatę z budżetu państwa rekompensat dla tych obywateli Federacji Rosyjskiej, którzy ponieśli straty na skutek podstępnych zachodnich sankcji. Podobne rozwiązanie miało być rozpatrywane na wiosnę, kiedy Ukraina groziła, że skonfiskuje rosyjską własność (a wcześniej jeszcze przy wprowadzaniu „ustawy Dimy Jakowlewa” w związku z zagrożeniem sankcjami). Rząd wydał wtedy opinię negatywną. Ale sprawa wróciła. I to akurat tego dnia, gdy w prasie pojawiły się informacje o aresztowaniu we Włoszech aktywów Arkadija Rotenberga.

Arkadij Rotenberg jest przyjacielem Władimira Putina z maty w klubie dżudoków w Petersburgu. W ciągu minionej dekady okazał się nieoczekiwanie bardzo zdolnym menedżerem i na wygrywanych w cuglach lukratywnych zamówieniach państwowych dorobił się fortuny. Część środków ulokował w mieszkaniach i willi we Włoszech. Kwaterki Rotenberga zostały ostatnio na mocy decyzji sądu opieczętowane.

W myśl poselskiej inicjatywy, nazwanej przez blogerów „Ratujmy kooperatywę Oziero”, poszkodowani mogą dochodzić rekompensat na drodze sądowej w Rosji, wykazując straty poniesione za granicą. Czy zdolnemu dżudoce rosyjski sąd odmówi wyrównania strat poniesionych w wojnie z podłym Zachodem? Borys Wiszniewski, deputowany petersburskiego Zgromadzenia Parlamentarnego, tak skomentował inicjatywę ustawodawczą o rekompensatach: „To jasne jak słońce. Oligarchowie z najbliższego kręgu Putina […], którzy zostali objęci sankcjami, wprowadzonymi na skutek polityki Kremla w sprawie Ukrainy, będą mieli zagwarantowane rekompensaty z rosyjskiego budżetu. To znaczy rosyjscy podatnicy zapłacą za ubytki, przyjaciele Putina nie poniosą strat”.

Dalej. Frakcja komunistów przygotowuje poprawki do konstytucji, przewidujące wprowadzenie najwyższego wymiaru kary nie tylko za najcięższe przestępstwa (terroryzm, morderstwa), ale także za przestępstwa gospodarcze. W Rosji obowiązuje moratorium za wykonywanie kary śmierci, według ostatnich badań opinii ponad połowa Rosjan opowiada się za zniesieniem moratorium. W sondażu pracowni socjologicznej FOM, 73% badanych uznało, że karę śmierci należałoby orzekać za pedofilię, 63% – za morderstwo, 47% – za gwałt, 28% – za rozpowszechnianie narkotyków, 13% – za zdradę państwa.

Z Dumy napływają jednak i dobre wiadomości. Oto już w październiku odbędzie się nabór do parlamentarnego chóru. „Nie jest ważne, czy macie słuch absolutny czy po prostu lubicie śpiewać przy biesiadnym stole, wszystkich zapraszamy na wstępne przesłuchania” – głosi komunikat. Na razie wpłynęło dwadzieścia zgłoszeń. O repertuarze w komunikacie nic się nie mówi.

W chórze nie pośpiewa Alina Maratowna Kabajewa, która złożyła swój mandat w związku z przejściem do wykonywania innych obowiązków. Ale o tym – przy innej okazji niebawem.

(*) Dzisiaj ustawę przyjęto w tempie ekspresowym w drugim i trzecim czytaniu. Nadążyć niepodobna za tym parlamentarnym „pendolino”.

Marsz przeciwko podłości

„Dość kłamstw, precz z wojną” – pod tym hasłem odbył się w Moskwie i kilku innych miastach Rosji marsz przeciwko wojnie rosyjsko-ukraińskiej. Przyszło 15-25 tysięcy (policja policzyła, że 5 tys.). Jeden z liderów antyputinowskiej opozycji Aleksiej Nawalny poinformował za pośrednictwem Twittera, że policja cenzurowała hasła – np. nie dopuszczono hasła o bezrozumnej polityce Putina, skonfiskowano plakat z napisem „Polityka Kremla – hańba dla Rosji”. Wśród uczestników rozdawano antywojenne ulotki.

Prowokatorzy z symboliką samozwańczych Donieckiej i Ługańskiej republik ludowych i plakatami „Marsz pokoju – marsz wspólników faszystów” próbowali zakłócić przemarsz. Wzdłuż trasy pochodu na ścianach domów i płotach wisiały hasła i plakaty, wysławiające wojnę i stygmatyzujące uczestników marszu jako zdrajców ojczyzny. Interweniowała policja, odbierając plakaty o podobnej treści. Najwyraźniej władze chciały uniknąć przepychanek.

Relację z moskiewskiego marszu można obejrzeć między innymi tu: http://tvrain.ru/articles/marsh_mira_hronika-375595/).

W Petersburgu organizatorzy protestu nie otrzymali oficjalnej zgody władz miasta, mimo to marsz się odbył, nazwano go „spacerem”. Podobnie jak w Moskwie byli krytycy i obrońcy idei wojowania z Ukrainą. Policja zatrzymała kilkanaście osób, nie było pałowania ani armatek wodnych. Akcje pod hasłami pokojowymi odbyły się w Saratowie, Nowosybirsku, Rostowie nad Donem, Permie, Tomsku, Krasnojarsku, Jekaterynburgu. Nawet w dalekim Barnaule znalazł się jeden śmiałek: stanął samotnie na ulicy z plakatem antywojennym, po czym został zaatakowany przez krewkich gości, którzy wyrwali mu plakat.

Prokremlowska blogerka Kristina Potupczik na swoim blogu porównała dzisiejszy marsz do gejowskiej parady nie wiedzieć czemu nazwanej marszem pokoju. Aluzja zrozumiała, przejrzysta i subtelna jak koszarowe dowcipy: ci, którzy występują przeciwko wojnie, nie mogą być przedstawicielami heteroseksualnych samców, tylko zwichrowanymi odszczepieńcami.

Czy takie akcje mają sens? To pytanie często powtarza się w komentarzach, na blogach, w publikacjach. Zdania są podzielone. Przeważa jednak przekonanie, że antywojenne akcje mają głęboki sens. Świadczą o tym, że amok #Krymnasz nie zawładnął umysłami wszystkich poddanych Władimira Władimirowicza, że jego polityka napotyka sprzeciw, że zastraszanie i przyjmujące różne formy spychanie na margines antywojennej opozycji nie jest stuprocentowo skuteczne. Państwowe media podkreślają w doniesieniach, że uczestników było mało, znacznie mniej niż spodziewali się organizatorzy i że w związku z tym można mówić o akcjach jako nieznaczącym wybryku liberalnych wichrzycieli. Machina propagandowa robi wiele, aby pomniejszyć zasięg i znaczenie protestów. Mechanizm jest podobny do tego, które stosowały PRL-owskie tuby propagandowe, informując o frekwencji na demonstracjach Solidarności w latach 80. czy papieskich pielgrzymkach – „przyszło dużo, a pokazać trzeba mało” śpiewał Wojciech Młynarski, kpiąc z tych zabiegów.

Na Ukrainie obowiązuje rozejm. Mimo to trwają walki o lotnisko w Doniecku, które separatyści starają się odbić. Dziś ponownie doszło do ostrzału Mariupola.

Interpelacja, Sistiema i jeszcze jedna smutna rocznica

Deputowany lokalnej legislatury w Pskowie z ramienia partii Jabłoko Lew Szlosberg, który pod koniec sierpnia zainteresował się losem chowanych po cichu rosyjskich żołnierzy pskowskiej dywizji powietrznodesantowej, wystosował interpelację do prokuratury wojskowej. We wniosku prosi o wszczęcie śledztwa w sprawie wyjaśnienia okoliczności śmierci żołnierzy, którzy najprawdopodobniej zginęli podczas walk na Ukrainie, a więc poza terytorium Federacji Rosyjskiej. Wymienia dwanaście nazwisk, ale zaznacza, że to nie wszyscy polegli w walkach w Donbasie (z treścią dokumentu można zapoznać się tu: http://echo.msk.ru/blog/echomsk/1401390-echo/).

Szlosberg opisał bulwersującą sprawę cynicznego ukrywania przez władze śmierci żołnierzy wysyłanych pokątnie na niewypowiedzianą wojnę w periodyku „Pskowskaja Gubiernija”, którego jest redaktorem. Kilka dni później został dotkliwie pobity przez „nieznanych sprawców”.

W interpelacji Szlosberg domaga się ustalenia, kto ponosi odpowiedzialność za śmierć żołnierzy, kto wydawał rozkazy, na jakiej podstawie, a także – jakie odszkodowania otrzymają za śmierć najbliższych rodziny poległych. Odpowiedzi na te pytania są szalenie ważne. Władze skrzętnie zamiatają pod dywan całą sprawę, żołnierze wysłani cichcem na wschód Ukrainy, którzy powrócili w cynkowych trumnach do kraju, w wersji oficjalnej de facto zostali pozbawieni wszelkich praw i honorów należnych wojskowym pełniącym służbę. Zostali przedstawieni jako wolontariusze, którzy w ramach urlopów poszli na wojenkę. Kiedyś Bułat Okudżawa w piosence o żołnierzu śpiewał: „a gdyby się historia jakaś działa, to jedno wiedz – ojczyzna ci kazała”. W przypadku tej wojny ojczyzna wypiera się udziału w awanturze, którą rozpętał Kreml i od swoich żołnierzy wstydliwie się odwraca. A jednocześnie głośno opowiada, jak to w Rosji dba się o weteranów, czci honor oficerski itd.

Pobicie Szlosberga miało mu zatkać usta. Wzbudzić strach w nim i w innych, którzy zadają pytania, protestują przeciwko wojnie.

Obrońca praw człowieka Lew Ponomariow pisze, że w ciągu ostatnich trzech miesięcy do Komitetu Matek Żołnierskich zwróciło się 231 osób z wnioskami o pomoc w ustaleniu losów żołnierzy walczących na Ukrainie. Wnioskodawcy twierdzą, że kierowane przez nich zapytania do ministra obrony Siergieja Szojgu pozostały bez odpowiedzi.

*

Kolejny temat: nowa „sprawa Jukosu”. Tak nazywają aresztowanie Władimira Jewtuszenkowa, właściciela grupy przemysłowo-finansowej Sistiema, za malwersacje związane z akcjami firmy Basznieft’ i pranie brudnych pieniędzy. Do procesu Jewtuszenkow posiedzi w areszcie domowym. Sistiema jest potentatem na rynku moskiewskich nieruchomości, gra ważną rolę w telefonii komórkowej i bankowości, a także w sektorze paliwowym i przemyśle maszynowym. Jewtuszenkow zajmował dwudzieste miejsce na liście najbogatszych Rosjan, wartość jego majątku została wyceniona na 7,7 mld dolarów.

Reakcje były do przewidzenia. Na giełdzie akcje Sistiemy spadły o kilkanaście procent. Rzecznik Putina, Dmitrij Pieskow oznajmił, że sprawa nie ma najmniejszych podtekstów politycznych. Natomiast szef związku przedsiębiorców Aleksandr Szochin porównał sprawę Sistiemy do sprawy Jukosu. Przedstawiciele Sistiemy komentują aresztowanie szefa politycznie i biznesowo: nie chciał sprzedać Baszniefti Igorowi Sieczinowi (szef Rosniefti, jeden z najbliższych współpracowników Putina), więc musiał za to ponieść karę. Politolog Andriej Piontkowski nie ma wątpliwości: „Pan Sieczin przetrawił już Jukos, obecnie ma poważanego zachodniego partnera, ma status przyjaciela prezydenta i może patrzeć łapczywie na wszystko, w tym na Basznieft’. To, że ludzie należący do najbliższego kręgu prezydenta, mogą koncentrować każde aktywa, jest faktem znanym wszystkim obserwatorom życia gospodarczego Rosji i jej sceny politycznej”. Michaił Chodorkowski wyraził przypuszczenie, że Putin nie wiedział o konflikcie na linii Sieczin-Jewtuszenkow i że to osobista rozgrywka Sieczina. Model jest podobny jak w przypadku sprawy Jukosu. „Z tym że wtedy sprawa Jukosu została zainicjowana przez ekipę Putina i zaczęła się od naszych debat z Putinem na temat korupcji w Rosji. A obecnie najprawdopodobniej mamy do czynienia z sytuacją czysto komercyjną: trzeba się dorwać do jakiejś firmy, wyrwać ją [z rąk właściciela] i to bezpłatnie, i tyle. W Rosniefti zaczęło spadać wydobycie. A Sieczin nie potrafi poradzić sobie z problemem metodami technologicznymi”.

Możliwe, że Dmitrij Pieskow tym razem nie łże w żywe oczy. Być może polityki w tym nie ma. Jewtuszenkow do polityki się nie mieszał, był wręcz demonstracyjnie apolityczny. Zdaniem Siergieja Aleksaszenki, który dobrze zna meandry rosyjskiego biznesu, w przypadku odbierania Jewtuszenkowowi Baszniefti „to nawet nie reket, to czysta grabież. Firma naftowa to w Rosji zbyt smakowity kąsek, by nie interesowała ludzi władzy”.

Równie dobrze poinformowana Julia Łatynina, dodaje, że Jewtuszenkow nie tylko potrafił odpowiednio się ustawić i grać wedle reguł dyktowanych przez Putina, ale tez umiał korzystać z układów i układzików z FSB, z którymi wspólnie dokonywali reketu. „Pan Jewtuszenkow, o ile wiem, był przyjacielem Janukowycza i współwłaścicielem gospodarstwa myśliwskiego Cedr, które na Ukrainie było tym, co w Rosji kooperatywa Oziero [bliski krąg Putina – AŁ]. Potem był jednym z pośredników, którzy ułatwiali kontakty Janukowyczowi po jego ucieczce. […] Widocznie Jewtuszenkow pośredniczył w ukraińskiej historii – czuł na karku oddech Sieczina, który zamierzał odebrać mu Basznieft’ i szukał jakichś dodatkowych atutów na swoja korzyść”. Jeśli rzeczywiście tak było, to najwyraźniej nie wystarczyło.

Jewtuszenkow ma dwa wyjścia: albo wszystko sprzedać i wyjechać, albo wejść w spór i próbować dochodzić swych praw na drodze sądowej. Można nie mieć wątpliwości, że najbardziej sprawiedliwy sąd na świecie przyzna rację temu, kto ma rację (przepraszam za niezbyt udany kalambur).

Od czasu sprawy Jukosu bardzo wiele się zmieniło. Teraz mamy w nowej sytuacji nowe rozdanie. Sprawdzane są nowe metody – hasło: „wyskakuj z nielegalnej kasy” może usłyszeć każdy, kto coś ma, a co się podoba innemu, bardziej ustosunkowanemu. Niby dlaczego nie.

Do tematu zapewne wrócę, bo to ciekawy case do tematu biznes-władza. Przecież w warunkach sankcji wianuszek oligarchów ewidentnie traci. Jak sobie zrekompensuje te straty? Kto kogo wyprze poza matę? Być może Jewtuszenkow to pierwszy sygnał – bracie, jesteś taki niezależny, twoja firma jest taka czysta, taka zrównoważona w różnych sferach działalności, że nam się bardziej przyda na trudne czasy. Reszta niech się szykuje. Wszystko się może zdarzyć.

*

I ostatni temat. Tylko kilka słów przypomnienia: 75 lat temu od wschodu wtargnęła na terytorium Polski Armia Czerwona bez przewidzianego prawem międzynarodowym wypowiedzenia wojny.

W rosyjskich mediach ze świecą dziś szukać wzmianki o tej okrągłej rocznicy.