Dewiza wstydliwej armii

19 lutego. „Nikt lepszy od nas”, „Никто лучше нас”. To dewiza wojsk materialno-technicznego zabezpieczenia, czyli logistyki rosyjskiej armii, którą wczoraj zatwierdził minister obrony Siergiej Szojgu.

Nieudane i pod względem poprawności językowej koślawe hasło natychmiast zostało wzięte w obroty przez armię blogerów. Dewiza kwatermistrzostwa rosyjskiej armii została poddana obróbce skrawaniem: „Nikt lepszy od nas, nic lepsze od nas, nigdy lepsze od nas, nigdzie lepsze od nas”, „Jest taki nikt, co lepszy [jest] od Szojgu i spółki”. Posypały się propozycje haseł dla innych rodzajów wojsk, np. „Najsilniejszy my”, „Celny więcej od wszystkich”, „Co jest, to jest”, „Nigdzie jak tu” i tak dalej w tym duchu. „Szojgu to jakiś pesymista – napisała Tatiana Mej – nawet nikt jest lepszy od nas”. Powstała już nawet bajka o mężu sprawiedliwym ze Wschodu, który nazywał się Nikt i był lepszy od nas.

W sedno trafił jeden z komentatorów, który zaproponował, by dewiza rosyjskiej armii brzmiała: „To nie my”. No bo przecież na Krymie w zeszłym roku rosyjska armia nie walczyła, były zielone ludziki, które potem prezydent Putin miłosiernie adoptował, ale rosyjski żołnierz nie przelał w Taurydzie kropli krwi.

Żołnierz bez dystynkcji, wstydliwie ukrywający swoją przynależność stał się człowiekiem roku. Pod hasłem „To nie my” przebiega kampania na wschodzie Ukrainy. Prezydent Putin znowu popisał się znakomitym bon motem. Na konferencji prasowej w Budapeszcie, gdzie częstował gazową watą premiera Orbana, powiedział pod adresem ukraińskiej armii wycofującej się spod Debalcewe: „Przegrana to zawsze nieszczęście dla przegrywających, szczególnie jeśli przegrywa się z wczorajszymi górnikami i traktorzystami”. W mediach społecznościowych kolportowano wczoraj zdjęcia jednego z tych „wczorajszych traktorzystów” – generała lejtnanta Aleksandra Lencowa, który miał dowodzić operacją wyparcia jednostek armii ukraińskiej spod Debalcewe (w czapce uszance i cywilnej kurtce). Generał już w zeszłym roku operacyjnie wspierał dzielnych „wczorajszych górników”, wojujących pod Gorłówką i innymi miastami Donbasu. Później dziennikarz „Nowej Gazety” ustalił, że ten „wczorajszy traktorzysta” nazywa się Nail Nurullin i jest 52-letnim pułkownikiem w stanie spoczynku, walczył w Afganistanie.

Ta anonimowa wstydliwa armia walczy przy pomocy sprzętu wojskowego niewiadomego pochodzenia. „To nie my” – krzyknęli skromni żołnierze bezimiennej formacji, gdy w lipcu zeszłego roku na pola pod Torezem spadł malezyjski Boeing.

Jednym z mocno eksploatowanych w Rosji haseł jest „Rosjanie swoich nie zostawiają” (Русские своих не бросают). Brzmi dumnie, krzepi ducha. Tymczasem żołnierze wstydliwej armii, którzy giną w wojnie na wschodzie Ukrainy, nie zasługują nawet na pochówek. Przywożeni w cynkowych trumnach jako „ładunek 200” grzebani są w tajemnicy, rodzinom płaci się za milczenie i zapomnienie. „To nie my”.

Czarna lista w kropki bordo

16 lutego. Posiadacz jednego z najbardziej oryginalnych tupecików – rosyjski piosenkarz i deputowany Dumy Państwowej Josif Kobzon został wpisany na europejską czarną listę. Od dziś nie może wjeżdżać na terytorium UE, a jego aktywa tam zostały zamrożone. Oprócz pochodzącego z Donbasu trubadura na liście znaleźli się m.in. dwaj wiceministrowie obrony oraz kilku watażków, walczących na wschodzie Ukrainy. Wśród nich słynny Motorola, którego ślub kilka miesięcy temu był ulubionym tematem mediów. Dzisiaj różne portale społecznościowe donosiły o jego domniemanej śmierci.

Od momentu ogłoszenia nowych sankcji Josif Kobzon nie milknie – zapełnia wszelkie dostępne środki masowego przekazu swoim osobistym przekazem. Przekazem dotkniętego do żywego człowieka, któremu odebrano tlen.

Najpierw wyrzekał w tym duchu: „Nastrój mi popsuli, nie powiem. Bo ja się właśnie wybierałem za granicę na leczenie, ale skoro tak, to będę się leczył tutaj. Jestem dumny, że znalazłem się w towarzystwie ludzi, którym nie jest obojętny los Rosji i los mojej małej ojczyzny – Donbasu”.

Josif Kobzon co drugie zdanie powtarza, że jest prawdziwym rosyjskim patriotą. Dziwić może zatem, że wybierał się na wraży Zachód, by się podleczyć, a nie pomyślał w pierwszym rzędzie, że rodzima medycyna na pewno na głowę bije zachodnią pod każdym względem.

Pieśniarz wsławił się niedawno tym, że w duecie z szeryfami Donbasu odśpiewywał na estradzie hymny samozwańców oraz stare chwytające za serce przeboje (można te występy obejrzeć tu: https://www.youtube.com/watch?v=8676C2L82n0 oraz https://www.youtube.com/watch?v=KOG3DaIOL5U). Pojechał do Doniecka i Ługańska, mimo że władze Ukrainy zakazały mu wjazdu na terytorium kraju za popieranie donieckiego separatyzmu. Kobzonowi kilka tygodni temu odmówiono także wjazdu na Łotwę, dokąd wybierał się na festiwal. A teraz jeszcze całe UE.

Z wywiadu na wywiad Kobzon wyraźnie się dzisiaj rozkręcał. W kolejnym wejściu zaczął się domagać kontrsankcji ze strony Rosji. „Oni nie wpuszczają dziesięciu artystów, to i my też tak powinniśmy [postąpić], żeby oni też poczuli, co oznacza ograniczanie wolności człowieka. Przecież oni tymi sankcjami naruszają prawa człowieka”.

Jednak sankcje w odniesieniu do zachodnich artystów wydały się Josifowi Kobzonowi zbyt łagodną reakcją i wystąpił jeszcze z inicjatywą wprowadzenia ograniczeń dla rusofobów, którzy wyjeżdżają z kraju. Jego zdaniem rusofob, który oczernia Rosję, niezasłużenie swobodnie wyjeżdża sobie za granicę, a tam jest wpuszczany [w przeciwieństwie do niego, Kobzona] i chętnie słuchany. „Ja bym ograniczył te wyjazdy. Nie zakazał [łaskawy pan], ale ograniczył”. Kobzon uważa, że takim, co krytykują ojczyznę, łatwiej jest zaczepić się za granicą, żeby „tam otrzymać honorarium, pić whisky i pluć na Rosję”.

I jeszcze jeden aspekt. Kobzon oznajmił, że on osobiście to nie ma nieruchomości w Europie. Natomiast jego dzieci, owszem, mają. „Ale mnie to nie jest potrzebne, ja mam tu wszystko. […] Córka mieszka w Anglii, i wnuki moje, a mam dziesięcioro, część mieszka w Anglii, a część w Moskwie. W Ameryce, w Miami, też nic nie mam. Mnie samego już od dwudziestu lat nie ma w Ameryce”.

Ten ostatni wątek zasługuje na kilka słów rozwinięcia. W 2012 roku Stany Zjednoczone odmówiły Kobzonowi przyznania wizy z uwagi na domniemane związki piosenkarza z kręgami kryminalnymi. W latach dziewięćdziesiątych rosyjska prasa często donosiła o bliskich kontaktach Kobzona z bossami mafii. On konsekwentnie odżegnywał się od tego, że sam jest mafiosi, ot, zwyczajnie prowadzi biznes i tyle. Niemniej publikowane w prasie liczne fotografie piosenkarza z tuzami półświatka (m.in. Wiaczesławem Iwańkowem, pseudonim Japończyk, rezydentem rosyjskiej mafii w USA) nie pozostawały wątpliwości, że byli znajomymi, że Kobzon śpiewał na „zjazdach miłośników włoskiej opery”, jak z przekąsem nazywano spotkania królów kryminału, że bliskie powiązania z nimi miał. W jednym z wywiadów Kobzon powiedział, że prosił o wstawiennictwo w sprawie amerykańskiej wizy Putina, który interweniował, ale bez skutku – zezwolenia nie wydano. Z ostatnim recitalem w USA Kobzon faktycznie wystąpił dwadzieścia lat temu – w 1994 roku.

Jakie piękne deja vu

12 lutego. W wypolerowanym na wysoki połysk marmurowym socrealistycznym pałacu w Mińsku prezydent Białorusi dwoił się i troił, donosił gościom kanapki i wiadrami kawę, a goście jedli, pili i rozmawiali. I tak całą noc. Nad ranem trochę bledsi, trochę śpiący, trochę bardziej (niż zwykle) milczący wyszli z sali posiedzeń. Nie było wspólnej konferencji prasowej. W języku dyplomacji to oznacza, że rozmowy nie zakończyły się zgodą.

Szczyt w Mińsku poprzedziła tajemnicza misja w Kijowie i Moskwie kanclerz Merkel i prezydenta Hollande’a, którzy zaniepokojeni nasileniem walk na wschodzie Ukrainy postanowili zajrzeć w oczy prezydentowi Putinowi i zapytać, czego chce za pokój. Zabiegom na polu dyplomatycznym towarzyszyła dzika histeria w rosyjskiej telewizji. Koryfeusze telewizyjnej propagandy przypominali publiczności, że prezydent Rosji ma w dyspozycji walizeczkę z kodami jądrowymi i może jej użyć bez zbędnych ceregieli, bo zgodnie z przepisami to on podejmuje tak doniosłą decyzję jak naciśnięcie guzika i przekształcenie wrogów w nuklearny popiół.

Nowy wariant mińskich porozumień miał dać Rosji większe pole manewru w rozgrywaniu Ukrainy (pisałam o tym kilka dni temu http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/02/08/dyplomatyczny-ambulans-we-mgle/). Cele Moskwy się nie zmieniły: nadal chodzi o przymuszenie Kijowa do rezygnacji z integrowania się z Zachodem i powrotu na łono „rosyjskiego świata”. Wojna w Donbasie jest jednym z narzędzi służących osiągnięciu tego celu.

Co udało się wyszarpać Rosji podczas nocnych rozmów w Mińsku? Całkiem sporo, choć nie wszystko („To nie była najlepsza noc w moim życiu”, wyznał Putin). Jedyny papier, jaki powstał, został podpisany nie przez czworo przywódców (oni nic nie podpisali, co znamienne), a przez grupę kontaktową (przedstawiciele OBWE, Ukrainy, Rosji i separatystów). Porozumienie powtarza wiele postanowień z wrześniowych ustaleń, niektóre z punktów rozszerza. Czy to krok w stronę uregulowania konfliktu? Jeżeli nawet, to niewielki. I nie na długo.

Poroszenko może wrócić do Kijowa z tarczą, bo w dokumentach nie ma słowa „federalizacja” ani „status pozablokowy „. Ponadto dzisiaj MFW podjęło decyzję o przyznaniu wielomiliardowego kredytu dla Ukrainy. Ale wróćmy do tego, co zostało napisane w porozumieniu.

Z długiego dokumentu wynika, że: ma nastąpić rozejm (od północy 15 lutego), potem ma dojść do wycofania wojsk z linii frontu, potem „w niektórych częściach obwodów donieckiego i ługańskiego” odbędą się lokalne wybory zgodnie z ustawodawstwem ukraińskim, Ukraina z powrotem weźmie na garnuszek ludność Donbasu, przeprowadzi reformę konstytucyjną uwzględniającą specjalny status wschodnich prowincji, a dopiero potem będzie można pomyśleć o kontrolowaniu granicy ukraińsko-rosyjskiej (pod koniec 2015 roku). Tymczasem bez kontroli 400-kilometrowego odcinka granicy, znajdującego się obecnie we władaniu separatystów, poza kontrolą Kijowa, nic się zmieni: nadal z Rosji do Donbasu wjeżdżać będą kolumny sprzętu i wojska. Od kontroli granicy należałoby zacząć, żeby proces pokojowy miał szansę. Żaden z punktów nie ma gwarancji wprowadzenia w życie, nie określono mechanizmów implementacji. kto ma o tym rozstrzygać? Każda ze stron interpretuje magmę zapisów po swojemu.

Problemem jest już sama linia, poza którą ma być wycofany ciężki sprzęt i wojsko. Jeśli będzie to linia określona we wrześniowych porozumieniach, bez uwzględnienia ostatnich zdobyczy separatystów, to można się spodziewać, że samozwańcze formacje nie zechcą się podporządkować. Idol separatystów Igor Girkin vel Igor Striełkow już gniewnie dawał upust emocjom: mińskie porozumienia to listek figowy, który ma wstydliwie ukryć porażkę rosyjskiej polityki względem Ukrainy. I przewidywał, że „na 90 procent rozejm umrze, nie urodziwszy się nawet”.

Putin ugrał dla siebie na pewno jedną ważną rzecz: Europa przyjęła za dobrą monetę pokój zawarty w Mińsku i (na razie) odstąpiła od wprowadzania nowych sankcji przeciwko Rosji (na jak długo, to zobaczymy). I jeszcze jedna okoliczność, o którą chodziło Putinowi – rozmowy o Ukrainie odbyły się z udziałem Rosji (która według oficjalnego stanowiska nie jest uczestnikiem konfliktu), ale bez przedstawiciela USA.

Rosyjski dziennikarz Andriej Łoszak nie ma złudzeń, jak należy patrzeć na podejmowane przez europejskich polityków próby rozmawiania z Putinem. „Za każdym razem, kiedy ludzie z Zachodu siadają z Putinem do stołu rozmów, przypominam sobie słowa dysydenta Bachmina wypowiedziane w filmie o pokazowym procesie KGB nad Jakirem i Krasinem: Ta historia nauczyła nas dwóch rzeczy. Po pierwsze, nie wolno składać żadnych zeznań, po drugie, próby podjęcia gry z nimi w nadziei, że się ich ogra (a zawsze jest taka pokusa, bo przecież my jesteśmy mądrzejsi, bardziej wykształceni) są z góry skazane na niepowodzenie. Bo my gramy w szachy, a oni grają w taką grę, na jaką właśnie mają ochotę, a jak będzie taka potrzeba, to walną nas szachownicą przez łeb. W tym sensie przegrana w tej grze jest gwarantowana – bo wy nigdy nie pozwolicie sobie na to, na co oni sobie pozwalają”.

Śmiech na sali

10 lutego. Na monachijską konferencję bezpieczeństwa przyjeżdżają poważni politycy, z trybuny padają poważne stwierdzenia dotyczące trendów w polityce światowej. Tegoroczna konferencja wejdzie do annałów jako ta, na której użyto w tych poważnych dysputach nowej broni: śmiechu.

Jednym w mówców podczas obrad 7 lutego był minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow. W nieskazitelnym garniturze, w doskonale dobranym krawacie wyglądał jak stuprocentowy kapłan dyplomacji. Jego trzynastominutowego oficjalnego wystąpienia zgromadzeni wysłuchali bez szczególnie ekspresyjnych reakcji. Ławrow mówił o tym, że USA i UE dążą do poderwania bezpieczeństwa w Europie, w tym na Ukrainie (konflikt na Ukrainie wywołał Zachód, a jakże), łamią ustalenia aktu helsińskiego, Rosja nie może na to spokojnie patrzeć, a Bruksela zawiodła na całej linii, weszła na drogę konfrontacji i generalnie współpraca rosyjsko-unijna nie wytrzymała próby, na dodatek Stany mieszają, rozmieszczają elementy tarczy przeciwrakietowej w Europie, nie licząc się z protestami Moskwy. Były ambasador USA w Moskwie Alexander Vershbow jeszcze w trakcie tej oskarżycielskiej mowy Ławrowa zamieścił znamienny komentarz na Twitterze: „Rosja narusza wszystkie helsińskie zasady, tymczasem Ławrow nawołuje do ich przestrzegania. Ciekawa logika!”.

Tą ciekawą logiką Moskwa błyska na politycznych salonach nie od dziś. Dalej zrobiło się jeszcze ciekawiej. Po odczycie był czas na zadawanie pytań.  Na widowni siedziało około dwustu polityków z wysokich półek. Jako pierwszy głos zabrał szef komisji Europarlamentu ds. polityki zagranicznej Elmar Brok. Przypomniał, że Rosja anektując Krym, pogwałciła najważniejsze europejskie normy. Ławrow odpowiedział z godnością, że [zeszłoroczne] wydarzenia na Krymie przebiegły zgodnie ze statutem ONZ. W tym momencie wielu obecnych wybuchło gromkim śmiechem. Ławrow jako stuprocentowy kapłan dyplomacji zareagował na ten niespodziewany afront spokojnie: odparł, że gdy Brok zadawał mu pytanie o Krym, też miał ochotę się roześmiać, ale się powstrzymał. Nie powstrzymał się natomiast od przedstawienia kolejnych aktów strzelistych „krymskiej religii” Kremla: standardowo oskarżył Zachód o stosowanie podwójnych standardów w kwestii Krymu. „Bo w Kosowie nie było referendum, a i Niemcy też się zjednoczyły bez referendum. Byliśmy gorącymi zwolennikami tego”. Po tej replice Ławrowa w sali wybuchła wrzawa, śmiech mieszał się z okrzykami niezadowolenia i gwizdami. I tu Ławrow zareagował powściągliwie i dowcipnie: „Nad stanowiskiem Rosji można się śmiać – śmiech wydłuża życie”.

Dziwne poczucie humoru.

Dyplomatyczny ambulans we mgle

8 lutego. Przy białym stoliku w białym gabinecie na Kremlu usiadło troje polityków. Rozmawiali z górą cztery godziny. O czym? Nie powiedzieli.

Kanclerz Niemiec i prezydent Francji pojechali do Moskwy po krótkiej wizycie w Kijowie z misją w sprawie uregulowania konfliktu na wschodzie Ukrainy. W tle toczyła się dyskusja, a właściwie przerzucanie się oświadczeniami, na temat możliwości/niemożności dostarczania Ukrainie śmiercionośnej broni.

Władimir Putin, który od paru tygodni cierpiał z powodu ostracyzmu zachodnich przywódców (planowane na połowę stycznia rozmowy w Astanie zostały odwołane i nikt nie kwapił się wysłuchiwać wynurzeń WWP), osiągnął cel: przyjechali z nimi rozmawiać. I to w formacie najbardziej pożądanym – najważniejsze tuzy w UE, bez plączących się pod nogami pomniejszych graczy i bez wuja Sama. Podłożenie do ognia i rozkręcenie spirali przemocy na wschodzie Ukrainy, z licznymi ofiarami, także wśród ludności cywilnej okazało się skuteczną metodą przymuszenia Zachodu do rozmów z Kremlem. Fantastyka polityczna w szelmowskim wydaniu: oficjalnie Moskwa trąbi, że nie jest uczestnikiem konfliktu we wschodnich obwodach Ukrainy, który uważa za wojnę domową, ale ma najwięcej do powiedzenia w sprawie mechanizmów uregulowania. Ma też doskonałe narzędzia rozkręcania lub wygaszania walk: wyposażone w rosyjską ciężką broń zagony rzezimieszków wzmocnione wyćwiczonymi w wojennym rzemiośle kolegami z rosyjskiej armii.

Przedstawieni przez karykaturzystę w ambulansie mknącym na sygnale Merkel i Hollande chcą zaprzestania krwawych walk i powrotu do porozumień pokojowych. Sęk w tym, że mińskie porozumienia z września ubiegłego roku (przewidujące m.in. kontrolę granicy rosyjsko-ukraińskiej), o których przestrzeganie apelują, Putina nie satysfakcjonują. Dlatego Władimir Władimirowicz wywraca stolik i chce układać się od nowa. Dziś Merkel, Hollande, Putin kontynuowali konsultacje przez telefon, tym razem z udziałem prezydenta Poroszenki. Ustalili, że w najbliższą środę w Mińsku odbędzie spotkanie czwórki w „formacie normandzkim”.

Na konferencji bezpieczeństwa w Monachium pani kanclerz po rozmowach w Moskwie powiedziała: „działania Rosji są sprzeczne z wziętymi przez nią na siebie zobowiązaniami, między innymi w ramach memorandum budapeszteńskiego, na podstawie którego Ukraina zrezygnowała z broni atomowej w zamian za poszanowanie integralności terytorialnej” [czy to miało przypomnieć Moskwie: Krym nie wasz?]. Wyraziła nadzieję, że uda się wypracować nowe porozumienie pokojowe. Prezydent Poroszenko prezentował na tejże konferencji dokumenty rosyjskich żołnierzy, którzy zbłądzili na terytorium Ukrainy i trafili do niewoli lub zostali zabici. Zapowiedział, że kwestia federalizacji Ukrainy czy wprowadzenia drugiego języka państwowego (dwa główne postulaty Moskwy) może zostać rozstrzygnięta wyłącznie w ogólnonarodowym referendum.

Na czym miałoby polegać nowe porozumienie pokojowe? Według komentatora portalu Slon.ru Aleksandra Baunowa, Merkel-Hollande przywieźli do Moskwy „scenariusz naddniestrzański”. „Na mapie i w dokumentach – Ukraina w całości, ale faktycznie z niepodległym Donbasem, który idzie własną drogą, ale bez kijowskich pieniędzy i bez prawa głosu w sprawach ogólnoukraińskich [w tym – w polityce zagranicznej, co miałoby kluczowe znaczenie]”. Zdaniem Baunowa, scenariusz naddniestrzański byłby do przyjęcia dla Ukraińców. „Nie ma w nim tego, o co od początku zabiegał w tej grze Putin: by stworzyć wewnątrz Ukrainy region mający prawo głosu w najważniejszych sprawach (integracja z UE i NATO), z którym trzeba się konsultować”. Ale czy to scenariusz do przyjęcia dla Moskwy? Na razie nic na to nie wskazuje.

Po mediach chodzą i inne domysły dotyczące rozmów na Kremlu: po pierwsze, ustanowienie nowej linii rozejmowej (wedle postulatów Moskwy, uwzględniającej ostatnie zdobycze terytorialne donieckich separatystów, co dla Kijowa jest nie do przyjęcia); po drugie, nad przestrzeganiem pokoju miałyby czuwać jakieś (nie bardzo na razie wiadomo, jakie) siły międzynarodowe; po trzecie, kto będzie odbudowywał i utrzymywał Donbas.

„Żeby wprowadzić siły rozjemcze ONZ, z prośbą musi wystąpić Ukraina. […] Putinowi właściwie jest wszystko jedno, czy to będzie ONZ czy nie, ale zdaniem wielu, on upiera się, by w składzie tych sił byli rosyjscy wojskowi” – pisze w komentarzu na swoim blogu „Zapiski mizantropa” Andriej Malgin. Moskwie chodzi o kontrolowanie linii rozgraniczenia, a nie o kontrolowanie granicy rosyjsko-ukraińskiej, na to zgody Moskwy nie będzie. „A to oznacza – pisze Malgin, – że Donbas stanie się jedną wielką rosyjską bazą wojskową z [nieograniczoną] możliwością dokonywania rotacji sił i sprzętu”. Jeszcze ostrzej widzi kwestię wprowadzenia sił rozjemczych komentatorka „Echa Moskwy” Julia Łatynina (na podstawie analizy sytuacji w sierpniu 2008 roku w Gruzji, kiedy to ostrzał artyleryjski przedstawiony jako atak sił gruzińskich na pozycje rosyjskiego kontyngentu pokojowego w Osetii stał się pretekstem do uderzenia Rosji na Gruzję): „Rosyjscy mirotworcy [członkowie pokojowych misji rozjemczych] to tacy fantastyczni ludzie, którzy w dowolnym momencie mogą sami na siebie napaść i potem wyjaśniać, że zostali napadnięci. Rosyjscy mirotworcy – w przeciwieństwie do sił ONZ – to gwarancja, że konflikt znajdzie się w bardziej nieprzyjemnej sytuacji”.

Wrócę jeszcze do komentarza Malgina: „Kto weźmie na siebie zaopatrzenie i następnie odbudowę Donbasu? Ten honor uczestnicy rozmów chcą przyznać Ukrainie. Być może Poroszenko będzie się sprzeciwiał, ale tego nie jestem pewien. Co z tego wyjdzie? Będziemy mieli obszar, którego Kijów nie będzie kontrolował (mogą się tam nawet odbyć lokalne wybory pod kontrolą Zachodu, żeby dać tamtejszym władzom legitymację). Zachód nawet przyzna Kijowowi na to jakieś kredyty. Tylko zwrócić je będzie musiała i tak Ukraina. Najwidoczniej Europa nie na żarty przestraszyła się perspektywy pojawienia się w strefie konfliktu amerykańskiej broni. Oni uważają, że w takim razie Putin może powiedzieć: sami widzicie, skoro oni dostarczają broń „faszystom”, to i my legalizujemy nasze dostawy. I nastąpi eskalacja. Ale trzeba wiedzieć, że dostawy [rosyjskiej broni w strefę konfliktu] i tak idą, w ostatnim czasie całkiem jawnie”.

Na nadchodzący tydzień planowana jest kolejna seria konsultacji na różnych szczeblach. Dzisiaj niemiecka prasa ujawniła, że według szacunków niemieckich służb specjalnych liczba śmiertelnych ofiar konfliktu na Ukrainie wynosi pięćdziesiąt tysięcy.