Laleczka wudu i muzeum strażników GUŁagu

5 marca. Magiczne rytuały dalekiego Haiti zawędrowały na Ural. Tamtejsi aktywiści ruchu Antymajdan, mającego strzec Kreml przed kolorowymi rewolucjami, wystąpili ze szlachetną inicjatywą: będą sprzedawać laleczki po tysiąc rubli, a zebrane pieniądze przekażą na przedszkola Doniecka. Piękny gest, nieprawdaż? Przy bliższym zaznajomieniu się z akcją okazuje się wszelako, że nie są to zwyczajne laleczki, a laleczki magiczne, na dodatek odpowiednio uświadomione politycznie. Laleczki wudu są rozprowadzane przez Antymajdan w komplecie z igłami i naklejkami. Naklejki to twarze amerykańskich i ukraińskich liderów, którzy – jak twierdzi Antymajdan – doprowadzili do zmiany władzy w Kijowie.

Antymajdanowcy mają usta pełne prawosławnej pobożności, ciekawe, jak to zamierzają pogodzić z pogańskimi rytuałami magicznymi? W kulcie wudu nakłuwanie igłami woskowych laleczek to groźny zabieg magiczny, mający przyczynić szkodę wrogowi lub wręcz go uśmiercić. Cerkiew na razie nie zajęła stanowiska w sprawie koncepcji zwalczania wrogów poprzez praktyki czarnej magii.

Kierownictwo Antymajdanu zwołało dziś konferencję prasową, na której kategorycznie wyparło się jakichkolwiek związków z zamordowaniem Borysa Niemcowa. O tym, że sprawcami mogą być antymajdanowcy, pisał m.in. w ostrym tekście na blogu Aleksiej Nawalny: „Jak mówili klasycy teatru, jeśli w pierwszym akcie na scenie wiszą bandyci z Antymajdanu albo brodaci basmacze, to w trzecim akcie powinni zacząć strzelać”. Jeden z ideologów Antymajdanu, Nikołaj Starikow, stwierdził, że taką samą odpowiedzialność za rozpalanie atmosfery nienawiści ponoszą opozycjoniści, którzy są nietolerancyjni wobec ludzi o innych poglądach i ponadto są rusofobami. Jego zdaniem, Niemcow był pierwszą ofiarą Majdanu w Rosji (zauważmy, Majdanu, a nie Antymajdanu) i został zabity po to, by rozkołysać sytuację. Krótko mówiąc, jego zabójstwo to antyrosyjska prowokacja. Inny prowodyr antymajdanowców, motocyklista z Sewastopola, Aleksandr Załdostanow bez zbędnych wstępów ogłosił, że zamach na Niemcowa zorganizowały zachodnie służby specjalne.

A teraz coś z nieco innej beczki. A właściwie to jednak tej samej. Sześćdziesiąt dwa lata temu przestało bić wielkie serce towarzysza Stalina. W każdym razie oficjalnie za datę jego śmierci, wokół której ciągle pozostaje niemało zagadek, uznaje się 5 marca. Serce bić przestało, ale truchło wodza raz po raz wypada to z jednej, to z drugiej szafy, a jednocześnie uwzniośla miliony, odmraża marzenia o złudnych dokonaniach jego epoki kosztem milionów istnień zmielonych w żarnach machiny represji. Jeden z komentatorów dyskusji z okazji rocznicy napisał: „Ludzie wysławiający Stalina, darzący go szacunkiem, są jeszcze bardziej niebezpieczni niż sam Stalin, przecież to oni pisali donosy, rozstrzeliwali. Stalina łatwo jest pochować, wyleczyć naród – o wiele trudniej”. Na fali restauracji stalinizmu dokonano rzeczy niezwykłej: przeistoczenia muzeum poświęconego pamięci represjonowanych w muzeum pamięci… strażników GUŁagu. Jeśli Państwo nie wierzą w to, co przeczytali, to proszę przetrzeć oczy i przeczytać to zdanie jeszcze raz. Nie, to nie pomyłka.

Niedaleko miasta Perm istniał w czasach stalinowskich i późniejszych jeden z największych łagrów, Perm-36. Siedzieli w nim tzw. polityczni, m.in. obywatele radzieccy, którzy chcieli zbiec na Zachód, po wojnie – członkowie ugrupowań walczących z reżimem sowieckim na Ukrainie, Litwie, Łotwie, Estonii, jeszcze w latach osiemdziesiątych osadzano tu dysydentów (siedzieli tu m.in. Władimir Bukowski, Wasyl Strus, Siergiej Kowalow). W 1996 roku na terenie byłej kolonii karnej otwarto muzeum historii represji politycznych Perm-36. Odtworzono baraki z czasów, gdy przetrzymywano tu więźniów, organizowano wystawy poświęcone losowi zeków. W 2014 r. komuniści zorganizowali w Permie demonstrację pod hasłem „Perm-36 to plucie w twarz naszym weteranom”, podkreślano, że nie godzi się upamiętniać „banderowców, gdy trwa wojna na Ukrainie”. Pretensje mieli nie tylko komuniści, ale ogarnięci quasi-patriotycznym amokiem #Krymnasz zwolennicy ostrej polityki wobec Ukrainy i wewnętrznej „piątej kolumny”. 3 marca muzeum Perm-36 zostało zamknięte. To znaczy zostało zlikwidowane w tej postaci, w jakiej trwało od 1996 r. Bo oto muzeum łapie drugi oddech i drugie życie: z ekspozycji zostaną usunięte wszelkie wzmianki o politycznych represjach i więźniach, a placówka będzie obecnie troszczyć się o pamięć tych, którzy byli w GUŁagu strażnikami. Pierwsza wystawa poświęcona będzie: metodom ochrony, technicznym sposobom przetrzymywania nacjonalistów, faszystów, zdrajców ojczyzny. Reżyser Aleksiej German junior napisał: „W Permie likwidują muzeum represji politycznych Perm-36. Planują urządzić tu Muzeum systemu penitencjarnego. To zadziwiający, cyniczny, niesłychany fakt. Takie jest nasze życie. Gdyby w Auschwitz otwarto muzeum dokonań SS, to byłoby mniej więcej to samo. Ludzie, którzy niszczą to muzeum, są pozbawieni wstydu i sumienia”.

W toczącej się intensywnie dyskusji po śmierci Niemcowa, ktoś napisał, że obecnie mamy w Rosji do czynienia ze sporem/konfliktem wnuków ofiar i wnuków tych, którzy tworzyli aparat represji. Jak widać na przykładzie „Permu-36”, wnukowie katów górą. Gorzko.

Marsz skazanych

2 marca. „Marsz skazanych” – tak jeden z rosyjskich blogerów nazwał wczorajsze zgromadzenie opozycji w Moskwie poświęcone pamięci zamordowanego Borysa Niemcowa. Przyszło 50 tys., może więcej. Najwięcej od czasu masowych demonstracji przeciwko sfałszowanym wyborom. Ludzie głównie szli w milczeniu, zadumie, od czasu do czasu wznoszono hasła „Rosja bez Putina”. Wśród uczestników była 87-letnia mama Borysa Niemcowa, Dina Jakowlewna, przeszła całą długą trasę. „Chcę być blisko ludzi” – powiedziała.

Wokół okoliczności śmierci Borysa Niemcowa mnożą się znaki zapytania, choć telewizja pokazała zapis z kamery. Z daleka, niewyraźny. Na tej podstawie niepodobna zidentyfikować sprawcę. Ale widać przebieg tragicznego zdarzenia. Przez most sunie masywna ciężarówka, zasłania od strony jezdni idących mostem Niemcowa i jego przyjaciółkę Annę Duricką. Po chwili zza ciężarówki wybiega mężczyzna i wsiada do podjeżdżającego jak po sznurku samochodu osobowego. Auto natychmiast odjeżdża. Natomiast ciężarówka stoi jeszcze około trzech minut i dopiero potem rusza. Wezwana telefonicznie policja przyjeżdża na miejsce zdarzenia po kilkunastu minutach. Stwierdza zgon Niemcowa. Duricka jest w szoku, nie widziała zamachowca, bo podszedł od tyłu, wystrzelił, odszedł i wsiadł po samochodu.

Do napaści na Niemcowa doszło w szczególnym miejscu, niedaleko Kremla, pod jego murami. To nie ciemna brama, gdzie łatwo zasadzić się na ofiarę i skryć niezauważenie pod osłoną nocy, a znajdujące się na widoku publiczne miejsce. Na dodatek strzeżone pilnie jak źrenica oka. To Kreml, tu nic nie może się stać. Jeden z komentatorów wspominał, że kiedyś umówił się z ekipą telewizyjną na tym feralnym moście, po kilku minutach panowie w skórzanych kurtkach podeszli i agresywnie domagali się odpowiedzi na pytanie, co tu robi kamera i że tu nie wolno itd. Tymczasem do Niemcowa oddano strzały, kilka minut stała ciężarówka i nic. Nikt nie zareagował, nie przyleciał z Kremla sprawdzać, co się stało. Kamery Federalnej Służby Ochrony skierowane były na Kreml, a nie okolice („Kommiersant” podał dziś wiadomość, że kamery były wyłączone).

Nad autorstwem tego cynicznego mordu w mediach toczą się ostre debaty. Programy publicystyczne dwóch najpopularniejszych kanałów rosyjskiej telewizji poświęcone były sprawie zabójstwa Niemcowa. Kremlowskie gadające głowy na wyprzódki kreowały teorie, wyjaśniające wydarzenie w sposób przystępny i zgodny z dotychczasową linią propagandy. Siergiej Markow wypalił, że jego zdaniem to robota Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, która zamieniła się w organizację przestępczą. Na jakiej podstawie? Podstaw nie trzeba, przecież to każde dziecko wie. Czujność zachował też deputowany Wiaczesław Nikonow, prywatnie wnuk Mołotowa – on sięgnął palcem wskazującym dalej: w jego opinii zamach zorganizowały amerykańskie służby specjalne. Bo Zachód wszelkimi sposobami chce rozpalić w Rosji kolorową rewolucję, by obalić Putina, a sankcje, izolacja Rosji – to jest obliczone przez USA na rozbicie jedności, podział, osłabienie Rosji.

Anton Czernin przeanalizował tę światłą wersję: „Załóżmy na chwilę, że winna jest długa ręka CIA albo Ukraińcy, albo spisek samej opozycji, która chciała z Niemcowa uczynić sakralną ofiarę. Lecz cóż się okazuje – że w najpilniej strzeżonym miejscu Moskwy, tuż przy placu Czerwonym, dwa kroki od siedziby Federalnej Służby Bezpieczeństwa i Federalnej Służby Ochrony, pod czułym okiem dziesiątków kamer wraża CIA robi co chce. Śledczą, kogo chcą, strzelają, do kogo chcą, a nasze organa nie reagują”.

W wyżej wymienione wersje nie wierzą przedstawiciele opozycji. Borys Sokołow w internetowych Graniach napisał: „Wersja pierwsza. Zabójstwo Niemcowa to taka sama zbrodnia stanu jak zabójstwo Aleksandra Litwinienki, a polecenie mogła wydać tylko najważniejsza osoba w państwie. Wersja druga – opozycjonistę zabili jacyś radykalni zwolennicy Antymajdanu, żeby nie dopuścić Majdanu w Rosji i zrobić Putinowi przyjemność”.

Sam Władimir Putin zasugerował swoją wypowiedzią, że to zabójstwo jest prowokacją. A jego rzecznik dopełnił, że Kreml ponosi więcej szkód w wyniku tej zbrodni, niż pożytków, bo Niemcow nie stanowił żadnego zagrożenia dla władz, więc motywów do zabijania żadnych nie miał. Podobną myśl Putin wypowiedział w 2006 roku po zabójstwie Anny Politkowskiej – że jej śmierć bardziej szkodzi władzy niż jej artykuły.

Dziennikarz internetowej gazety „Jeżedniewnyj Żurnał” Igor Jakowienko przypomniał, że Kreml jednak miał powody, by zauważać Niemcowa i go nie lubić. „Niemcow zajmował się edukowaniem zachodniej elity politycznej w sprawie reżimu Putina i Putina osobiście. „Listę Niemcowa”, którą przekazał on do Europarlamentu jako uzupełnienie „Listy Magnitskiego”, otwierało nazwisko Putina. Putin o tym wiedział i pamiętał. Putin nienawidził Niemcowa tak, jak może nienawidzić mały, nieatrakcyjny, niewysoki mężczyzna wysokiego, silnego, wesołego i mądrego przystojniaka”.

Niemcow pracował ostatnio nad raportem o udziale rosyjskich wojskowych w wojnie na wschodzie Ukrainy. To na pewno nie był podarek dla Kremla, który w zaparte twierdzi, że nie jest stroną konfliktu i pcha się być rozjemcą.

Jutro pogrzeb Borysa Niemcowa. Władze stanowczo odmówiły wypuszczenia na uroczystości Aleksieja Nawalnego, który siedzi w areszcie. Niemcow zostanie pochowany na cmentarzu Trojekurowskim, tym samym, na którym w 2006 roku spoczęła Anna Politkowska.

Śmierć na Kamiennym Moście

27 lutego. Są takie rzeczy, które się nie mieszczą w głowie. Dzisiaj późnym wieczorem w Moskwie został zabity jeden z najbardziej znanych rosyjskich opozycjonistów, Borys Niemcow. Przechodził przez Kamienny Most, według jednej z wersji napastnicy wyskoczyli z auta, oddali cztery strzały i zbiegli; według innej – do Niemcowa oddano siedem strzałów z przejeżdżającego samochodu. Ani śledztwo, ani współpracownicy Niemcowa nie wysuwają na razie żadnych sugestii co do sprawstwa zabójstwa. Szef rozgłośni Echo Moskwy Aleksiej Wieniediktow napisał w Twitterze: „Został zabity w odległości stu metrów od Kremla, w strefie chronionej, znajdującej się w zasięgu kamer”.

Środowisko opozycyjne, szykujące na niedzielę 1 marca marsz „Wiosna” w Moskwie, jest do głębi wstrząśnięte. Niemcow był jednym z najbardziej aktywnych działaczy pozaparlamentarnej opozycji antyputinowskiej. Kilka lat temu opracował raporty (Itogi) dotyczące nieudolnych rządów Putina i spółki, badał korupcję, piętnował niekompetencję urzędników i bliskich współpracowników prezydenta, organizował akcje ulicznego protestu. Należał do ścisłego grona kierowniczego ruchu Solidarność i partii Parnas.

Niemcow pojawił się na scenie politycznej w latach dziewięćdziesiątych, był gubernatorem obwodu niżnonowogrodzkiego, bodaj najmłodszym gubernatorem w Federacji Rosyjskiej. Został dostrzeżony przez prezydenta Jelcyna i zaproszony do grupy „młodych reformatorów”, był wicepremierem. Po objęciu urzędu prezydenta przez Putina, przeszedł do opozycji, krytykował Putina za autorytarne metody rządzenia, tworzenie systemu kleptokracji, wspieranej przez służby specjalne. Na długiej liście zarzutów wobec Putina Niemcow umieszczał tragedię na Dubrowce, Biesłan, a ostatnio rozpętanie wojny na Ukrainie.

Dziennikarka Ksienia Sobczak napisała w Twitterze: „odpowiedzialność za to spoczywa na wszystkich „sołowjowach” i „ziejnałowach” [Sołowjow, Ziejnałowa – kapłani telewizyjnych seansów nienawiści], którzy codziennie kłamią i podburzają. Na każdym, kto jest dźwignią tej wojny ideologicznej”. A Rustem Adagamow dodał: „To pierwsza ofiara Antymajdanu”.

 

Święto uprzejmych ludzi

26 lutego. Tegoroczne obchody Dnia Obrońcy Ojczyzny (23 lutego) miały szczególny wymiar – do „wielkiej niezwyciężonej” armii przyjęto oficjalnie „zielonych ludzików”, którzy w zeszłym roku zaanektowali Krym i do tej pory wraz z innymi urlopowanymi mężczyznami niewiadomego pochodzenia grasują po Donbasie.

Radziecki rytuał 23 lutego – wówczas był to Dzień Armii Czerwonej – siłą rozpędu wpisał się w kalendarz świąt Rosji. Mit założycielski armii jest pusty i fałszywy jak liczmany – rzekomo 23 lutego 1918 roku Robotniczo-Chłopska Armia Czerwona starła się pod Narwą w bitwie z Niemcami. Kroniki historyczne nie odnotowały wprawdzie takiego wydarzenia, ale to nie przeszkadza do dziś święcić rocznicę czegoś, co się nie wydarzyło. (Pisałam o tym kilka lat temu z rocznicowej okazji http://labuszewska.blog.onet.pl/2010/02/23/co-to-za-dzien/).

Rokrocznie z okazji święta odbywają się akademie z udziałem najwyższych władz partyjnych i państwowych, okolicznościowe koncerty, festyny oraz miliony domowych bibek, podczas których ogląda się całą rodziną transmisję z kremlowskiego Pałacu Zjazdów, gdzie organizowana jest główna gala. Hitem tegorocznej gali była rzewna pieśń „Uprzejmi ludzie” w wykonaniu solisty Jewgienija Bułocznikowa i chóru Armii Rosyjskiej imienia Aleksandrowa. Pieśń, mająca status hymnu, powstała w zeszłym roku, poświęcona jest uprzejmości „zielonych ludzików” na Krymie.

„Uprzejmi ludzie z uprzejmym spojrzeniem, uprzejmie patrzą, uprzejmie proszą. Po prostu grzecznie stoją obok, po prostu broń uprzejmie noszą” – śpiewa Bułocznikow w nieskazitelnie białym mundurze. A w refrenie towarzyszy mu cały śnieżnobiały chór, wzmocniony dwoma ansamblami matrosów: „Wszystko będzie dobrze, świetnie będzie. Zwycięstwa przodków naprzód nas prowadzą. Żyj, kraju, a uprzejmi ludzie zadbają o ojczyzny honor i sławę”.

Proszę posłuchać:

https://www.youtube.com/watch?v=2wqhJvegOeU

Wzmiankowani przodkowie to się chyba w grobach przewracają, jak słyszą pochwałę tego cynizmu. Rosyjska armia czci żołnierzy bez dystynkcji, którzy skrycie napadają na sąsiedni kraj. Honor munduru? Munduru zakupionego przez cywilbandę w sklepie z militariami? „Wintowka eto prazdnik” i tak dalej – jak śpiewał Jegor Letow.

Skandalizujący deputowany petersburskiego zgromadzenia parlamentarnego, pogromca gejów Witalij Miłonow zaproponował, aby na tegoroczny konkurs Eurowizji wysłać w charakterze reprezentanta Rosji chór Aleksandrowa albo „uprzejmych ludzi”. Taka koszarowa szutka.

Na deser proszę jeszcze obejrzeć jeden wyimek z kremlowskiego show. Przebój zimnej wojny: „Chotiat li russkije wojny”. W pierwszym rzędzie siedzi zwierzchnik sił zbrojnych, z twarzą po świeżej diamentowej mikrodermabrazji. Czy zna odpowiedź na to retoryczne pytanie?

https://www.youtube.com/watch?v=BX4gcriO_ZQ

Natomiast prześladowany przez Zachód Josif Kobzon wystąpił 23 lutego w Doniecku:

https://www.youtube.com/watch?v=zo9peHt7ntw

Z orędziem do mieszkańców Donbasu zwrócili się z okazji święta samozwańcy: „Motorola” i „Giwi”. https://www.youtube.com/watch?v=h5HLIQcKgSI

Swój patent na świętowanie opracowano też w Czeczenii. W Groznym odbyła się premiera spektaklu „Słowo mężczyzny”. Bohaterem sztuki jest, tak, zgadli Państwo, Ramzan Kadyrow. Brawo.

Nie wszyscy obchodzili Dzień Obrońcy Ojczyzny w podniosłym nastroju. W mediach społecznościowych propagowana była akcja: „nie składaj mi życzeń z okazji tego święta”. Dziennikarz Arkadij Babczenko opublikował na fejsie taki gorzki apel: „Po tym, co dzieje się przez ostatni rok, po tych wszystkich „zielonych ludzikach”, bezimiennych urlopowiczach, zestrzeleniu Boeinga, ostrzale Mariupola, anonimowych „ładunkach 200”, kolumnach czołgów bez znaków rozpoznawczych, rezygnacji ze swego imienia i nazwiska, swojej twarzy, swojej flagi, swojego stopnia wojskowego, swojej jednostki, swojego honoru, swojej godności – chromolę dzień obrońcy ojczyzny. Ta data nie ma już dla mnie żadnego znaczenia. […] To już nie jest moja armia”.

W Petersburgu odbyła się niecodzienna akcja: 23 lutego anonimowi autorzy rozwiesili w wagonach metra plakaty antywojenne. Stylizowane na dziecięce rysunki wykorzystują oficjalne elementy propagandy państwowej: wstążki św. Jerzego itd. Na jednym z plakatów podpisanym przez „ośmioletnią Katię” figuruje postawny mężczyzna, rzucający doniczką w kobietę, która zasłania swoim ciałem dziewczynkę, pod rysunkiem podpis: „Mój tata jest bardzo silny, zabijał wrogów, a teraz bije mnie i mamę”. Na innym, też z „patriotyczną” wstęgą i wykaligrafowaną datą 23 lutego, rysunek trumny i podpis: „Mojego brata zabili w armii w czasach pokoju, kiedy dorosnę, też tam trafię”.

Nowy klip pod tytułem „Wojna” opublikowała caryca estrady Ałła Pugaczowa, która już wielokrotnie mówiła, że żegna się ze sceną i mikrofonem. Miała coś ważnego do zakomunikowania: „Wojno, coś ty nawyprawiała…”:

https://www.youtube.com/watch?v=rbG_x7Izd4Q

Pięćdziesiąta pierwsza twarz Greya

24 lutego. Apokaliptycznym scenariuszem nazwał prezydent Putin we wczorajszym wywiadzie telewizyjnym możliwość wojny między Rosją a Ukrainą. „Mam nadzieję, że do tego nigdy nie dojdzie” – dodał. Czym w takim razie jest udział żołnierzy i sprzętu armii rosyjskiej w walkach na wschodzie Ukrainy? Serwilistyczny dziennikarz, ma się rozumieć, nie zadał takiego kłopotliwego pytania, więc Władimir Władimirowicz nie odpowiedział. Putin już dawno opuścił przyłbicę i nie zamierza jej podnosić. Skoro blef i machlojka pozostają tak skutecznymi narzędziami prowadzenia polityki, to po co występować z podniesioną przyłbicą. A przy okazji pod przyłbicą można ukryć stale rosnący nos Pinokia.

Jeden z uczestników okazałego wiecu zorganizowanego w sobotę przez ruch Antymajdan (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/01/16/wszystkie-barwy-antymajdanu/) trzymał plakacik z napisem „Putin – książę pokoju”. Wyobrażony na plakacie błękitny gołąbek niosący w dzióbku gałązkę oliwną faktycznie do złudzenia przypomina prezydenta Rosji, łatwo się pomylić.

Gołębie serce prezydent pokazuje również w walce z Nadiją Sawczenko, ukraińską pilotką, więzioną w Moskwie. Latem ubiegłego roku jako ochotnik batalionu Ajdar Sawczenko brała udział w walkach w okolicach Gorłówki. Została pojmana przez separatystów, a następnie wywieziona do Rosji (władze rosyjskie twierdzą, że sama przekroczyła granicę ukraińsko-rosyjską; strona ukraińska przypuszcza, że w jej uprowadzeniu brały udział rosyjskie służby specjalne). Postawiono jej zarzut przyczynienia się do śmierci rosyjskich dziennikarzy poprzez telefoniczne nakierowanie na nich artylerii. Z ramienia partii Batkiwszczyna wystartowała w wyborach do parlamentu Ukrainy (na wniosek Julii Tymoszenko była numerem jeden na liście), zdobyła mandat deputowanego, jej nazwisko figuruje w składzie stałej delegacji Ukrainy w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy.

15 grudnia 2014 roku Sawczenko ogłosiła głodówkę, protestując przeciwko bezprawnemu przywiezieniu jej na terytorium Rosji i przetrzymywaniu w rosyjskim areszcie. Trzy dni później prezydent Putin podczas konferencji prasowej na pytanie ukraińskiego dziennikarza o los Sawczenko odpowiedział: „Według danych naszych organów ścigania, Sawczenko kierowała ogniem. Jeśli się okaże, że jest winna, że faktycznie brała udział w tym zabójstwie [dziennikarzy], spodziewam się, że rosyjski sąd wyda odpowiednie orzeczenie, a ona będzie odbywać karę zgodnie z postanowieniem sądu”. W przeddzień prezydenckiej konferencji własną zorganizowali adwokaci Sawczenko, którzy zaprezentowali dokumenty Służby Bezpieczeństwa Ukrainy. Wynika z nich, że na godzinę przed inkryminowanym ostrzałem Nadija znajdowała się już w niewoli u sił Ługańskiej Republiki Ludowej. Dwa tygodnie temu były dowódca batalionu Ajdar powiedział, że to on kierował artylerią, a Sawczenko nie miała z tym nic wspólnego.

Strona ukraińska podkreśla, że wszelkie przestępstwa popełnione na terytorium Ukrainy należą do jurysdykcji Ukrainy, a zatem Sawczenko może stanąć jedynie przed ukraińskim sądem, a nie rosyjskim. Rosyjscy prawnicy powołują się na przepis, zgodnie z którym sprawcę przestępstwa przeciwko interesom lub obywatelom Federacji Rosyjskiej można sądzić w Rosji, nawet jeśli przestępstwo zostało popełnione poza granicami kraju.

Sprawa uwolnienia Sawczenko była tematem rozmów w Mińsku dwa tygodnie temu. Petro Poroszenko początkowo dawał nadzieję na to, że Nadija wyjdzie na wolność. Nadzieje szybko rozwiał rzecznik prasowy Putina: „Sprawa Sawczenko jako taka nie była przedmiotem rozmów. Owszem, strona ukraińska o tym wspominała, ale prezydent Putin powtórzył […], że stopień winy czy niewinności w odniesieniu do Sawczenko określi sąd”.

Dziś mija 74. dzień głodówki.

Na stronie internetowej „Nowej Gaziety” zbierano podpisy pod petycją w sprawie uwolnienia Sawczenko. Dzisiaj dokument złożono w kancelarii prezydenta. Dziennikarka Zoja Swietowa napisała: „O godzinie 13.30 odnieśliśmy tekst petycji podpisany przez 11 509 osób do kancelarii prezydenta. Dziewczyna w okienku, która przyjmuje listy do prezydenta, była surowa. Numeru nie nadano, dostaliśmy spis telefonów, możemy tam dzwonić, by dowiadywać się, jaki numer nadano naszej petycji. Ciekawe, kiedy ktoś przeczyta nasz list i pozna nazwiska ludzi, którzy go podpisali. Czy Nadija Sawczenko nadal będzie głodować? Czy będzie jeszcze żyć? Czy może będzie już na wolności? […] Ci, którzy nie podpisują listów do Putina, uważają, że takie pisanie jest bez sensu. Bo czy jest sens apelować do władz o miłosierdzie, skoro władza o miłosierdziu zapomniała. […] Konstytucja daje prezydentowi prawo łaski. Przypomnieliśmy mu o tym. To wszystko. Jeśli nas nie usłyszy, to też jego prawo. A Nadija Sawczenko może umrzeć. O tym też mu napisaliśmy”.

W 2014 roku prezydent Putin dwukrotnie skorzystał z prawa łaski, w 2013 podpisał pięć dekretów o ułaskawieniu, wśród zwolnionych z więzienia był eksszef Jukosu Michaił Chodorkowski.