Kalambury czasów niespokojnego pokoju

28 maja. Rosja, która – jak sama twierdzi – nie prowadzi wojny na wschodzie Ukrainy i nie wysyła tam żołnierzy, którzy nie giną w walkach, teraz będzie ścigać tych, którzy ujawniają tajemnicę państwową o stratach ponoszonych przez armię w czasach pokoju. Nielogiczne? Wręcz przeciwnie.

Prezydent Putin wydał dekret o zmianach w przepisach dotyczących ujawniania informacji objętych tajemnicą państwową – w myśl prezydenckiej noweli ten, kto opublikuje dane dotyczące strat osobowych rosyjskich sił zbrojnych, winien będzie rozgłaszania tajemnicy państwowej, za co grozi sankcja karna do siedmiu lat pozbawienia wolności. W starej wersji przepisów mowa była wyłącznie o czasach wojny, teraz dopisano jeszcze: „w czasie pokoju w okresie prowadzenia operacji specjalnych”. Kreml nie wyjaśnił, dlaczego została wprowadzona ta zmiana.

Informacje o „ładunku 200” (trumnach z ciałami poległych żołnierzy) dostarczanym do Rosji ze wschodniej Ukrainy pojawiały się w mediach (zwłaszcza portalach społecznościowych) wielokrotnie od lata ubiegłego roku. Dziennikarze, wolontariusze i obrońcy praw człowieka, a ostatnio także autorzy raportu „Putin. Wojna” zbierali dokumentację dotyczącą udziału rosyjskich wojsk w konflikcie. Moskwa uparcie nie przyznawała się do poległych wojskowych, oficjalnie rosyjscy żołnierze znaleźli się tam przypadkiem („zabłądzili” – wedle słów Putina) lub z własnej nieprzymuszonej głupoty w taki niewyszukany sposób postanowili spędzić urlop. Ostatnio głośna była sprawa śmierci trzech rosyjskich żołnierzy (jednostka GRU z Tambowa), którzy zginęli na Ukrainie 5 maja, wyjawiona podczas dziennikarskiego śledztwa – wolontariusze odszukali świadectwa, zdjęcia, groby, pożegnalne wpisy bliskich w sieciach społecznościowych (szczegóły tutaj: http://ruslanleviev.livejournal.com/36035.html). Ministerstwo Obrony nabrało wody w usta, a w przestrzeni internetowej pojawiły się liczne fałszywki mające uniemożliwić identyfikację poległych i podać w wątpliwość rzetelność informacji zgromadzonych przez dociekliwych poszukiwaczy.

Do poległych Moskwa się nie przyznaje. Do żywych zresztą też nie. Od połowy maja trwa dyplomatyczna – częściowo jawna, częściowo zakulisowa – przepychanka wokół dwóch funkcjonariuszy specnazu wywiadu wojskowego GRU Aleksandrowa i Jerofiejewa, pojmanych na wschodniej Ukrainie, przesłuchanych i dostarczonych do Kijowa (obecnie przebywają w szpitalu wojskowym). Strona ukraińska twierdzi, że obaj zostali zatrzymani w obwodzie ługańskim w okolicach miejscowości Sczastje podczas wykonywania zadań zwiadowczych w rejonie linii rozejmowej. Strona rosyjska natychmiast odtrąbiła, że skądże znowu, jakie zadania zwiadowcze, nigdy przenigdy, a panowie Aleksandrow i Jerofiejew – owszem, są obywatelami Federacji Rosyjskiej i nawet służyli w GRU, ale wzięli i się zwolnili. W zeznaniach składanych w Kijowie zatrzymani przyznali, że są kadrowymi rosyjskimi wojskowymi. „Rosja swoich nie zostawia” – brzmi dumne hasło rosyjskiej propagandy. Przypadek Aleksandrowa i Jerofiejewa jest tego hasła dobitnym potwierdzeniem, nieprawdaż?

Wróćmy jeszcze do ponurych „ładunków 200”. Co dzieje się po tym, jak trumna z ciałem zabitego żołnierza wraca do domu? Otóż, nic. Wdowy, narzeczone, matki, ojcowie, siostry i bracia przyjmują to do wiadomości. I już. Maria Ejsmont pisze dzisiaj na łamach dziennika „Wiedomosti”: „Dwadzieścia lat temu [kiedy trwała wojna w Czeczenii] matki żołnierzy błąkały się po bezdrożach Czeczenii i były dowodem na to, że władza wysłała w bój niedoświadczonych młodych żołnierzy służby zasadniczej. Było to też świadectwo tego, że nie całe społeczeństwo popiera tę wojnę. I tego, że życie bliskiego człowieka jest ważniejsze niż interesy państwa. […] Weronika Marczenko z fundacji Prawo Matki, udzielającej pomocy prawnej rodzicom, których synowie zginęli podczas służby wojskowej w czasach pokoju, mówi: Kiedy matki żołnierzy chodziły po Czeczenii, w Rosji mieliśmy wolną prasę i wybory, była możliwość, a przynajmniej iluzja, że można mieć jakikolwiek wpływ na politykę. A teraz wszyscy doskonale wiedzą, że na nic się nie da wpłynąć. Na pytanie, ile matek rosyjskich wojskowych, którzy zginęli na wschodniej Ukrainie, zwróciło się o pomoc prawną do fundacji, Marczenko odpowiada: zero. Walentina Mielnikowa z Komitetu Matek Żołnierskich dodaje: zrozumiałam to w sierpniu ubiegłego roku, kiedy zadzwonili do mnie rodzice żołnierzy i opowiedzieli o ćwiczeniach w obwodzie rostowskim [w pobliżu granicy z Ukrainą]. Powiedziałam im: „Pojedźcie po swoje dzieci, zabierzcie je stamtąd!” Ani jedna matka nie pojechała. Nie potrafię tego wyjaśnić. To może wytłumaczyć tylko psychiatra”.

Quod latet, ignotum est, ignoti nulla cupido (co ukryte, jest nieznane, a nieznane żądzy nie wzbudza). Tak mawiali starożytni. Może jednak zza zasłony strachu, bierności, wygody ktoś wyjrzy, zobaczy, opowie. Bo inna maksyma łacińska mówi: Operta quae fuere, aperta sunt. Co było ukryte, jest odkryte.

Niepożądani, zbędni, obcy

26 maja. Kurs na samoizolację wzięty. Kreml chce kontrolować „organizacje niepożądane”, działające w Rosji. Ustawa o agentach zagranicznych, przewidująca obowiązek deklaracji grantów zagranicznych otrzymywanych na działalność przez stowarzyszenia NGO, najwidoczniej okazała się zbyt liberalna, teraz przykręcono więc kolejną śrubę. 19 maja Duma Państwowa przyjęła w trzecim czytaniu ustawę o „organizacjach niepożądanych”, dzień później koledzy z Rady Federacji ochoczo i bez cienia wątpliwości klepnęli ten akt, a trzy dni potem podpisał go prezydent Putin, nie zważając na usilne prośby OBWE o zawetowanie (przedstawicielka OBWE podkreślała, że wprowadzenie ustawy zawęzi znacznie pole swobody wypowiedzi).

Jak powiedział inicjator tej jakże pożądanej regulacji, deputowany Aleksandr Tarnawski to odpowiedź Federacji Rosyjskiej na zachodnie sankcje. Ale to nie wszystko – chodzi jeszcze o to, by wyłuskać te organizacje, które „wykonują zadania obcych służb specjalnych, działają z powodu osobistej niechęci do Rosji lub chcą skupić Rosję za bezcen”. W tekście ustawy mowa jest o organizacjach, które „wciągają państwa w konflikty wewnątrzpolityczne, militarne i międzynarodowe”. A skoro mają takie niecne zamiary, należy zablokować ich próby wywierania wpływu na rosyjskie społeczeństwo. Jasne, rosyjskie społeczeństwo powinno się znajdować wyłącznie pod wpływem telewizji, która pokazuje uzgodnione z odpowiednimi czynnikami treści. Rosyjska telewizja nie zaprezentuje na przykład dokumentalnego filmu „Rodzina” (Семья), który Otwarta Rosja Michaiła Chodorkowskiego poświęciła osobie prezydenta Czeczenii Ramzana Kadyrowa (można go obejrzeć m.in. tu: http://www.ej.ru/?a=note&id=27668#).

Eksperci zwracają uwagę, że w tekście ustawy jest mnóstwo nieprecyzyjnych sformułowań, które można rozciągać dowolnie jak gumę i stosować tam, gdzie władze wyczują wroga. Podkreśla się, że ścigane w związku z łamaniem ustawy osoby prawne i fizyczne zostały pozbawione możliwości odwołania się do sądu: o tym, czy ktoś jest pożądany czy niepożądany, decyduje prokurator generalny. Za współpracę z „niepożądanymi organizacjami” przewiduje się wysokie kary pieniężne, a także od 2 do 6 lat pozbawienia wolności. Dzięki ustawie będzie można wyplenić wszelkie inicjatywy oddolne, obywatelskie działania nieuzgadniane z Kremlem, ostatnie porywy aktywności i samodzielności, nawet dalekie od polityki. „Następną inicjatywą władz będzie wprowadzenie obowiązku jednakowego ubierania się i chodzenia po ulicach w zwartych szeregach i kolumnach” – podsumował nową ustawę historyk i publicysta Nikołaj Swanidze.

Na ręce prokuratora generalnego już spłynęły od deputowanych pierwsze propozycje, jakie organizacje należy zamknąć. Memoriał, Transparency International i Amnesty International. Wszystkie wymienione stanowią bowiem zagrożenie dla ustroju konstytucyjnego Rosji. Brawo, co za czujność! Jelena Panfiłowa z Transparency International – Rosja w wypowiedzi dla „Nowej Gaziety” zadała retoryczne pytanie: „Jeżeli działalność na niwie walki z korupcją jest niepożądana, to co jest pożądane? Korupcja?”.

Ustawa to kolejna bariera, mająca odgrodzić tych, którzy mają jeszcze ochotę na kontakty z zagranicą, od tejże zagranicy. Zagranica przecież może w każdej chwili podsypać grosza na rosyjską wersję Majdanu i nieszczęście gotowe.

A kurtyna powoli opada.

Niewinni czarodzieje z Petersburga

23 maja 2023. To nieprawda, to oczernianie Władimira Putina, mające na celu jego zdyskredytowanie w oczach rosyjskiego społeczeństwa. Ale to się nie uda!

Najpierw rzecznik prezydenta Dmitrij Pieskow, a potem wyższa szarża – szef Administracji Prezydenta Siergiej Iwanow wystąpili w popularnych mediach z komunikatami, że to, co zamierzają opublikować zachodnie gazety o aferach, w których miał niegdyś uczestniczyć Putin i osoby z jego bliskiego otoczenia, to wierutne bzdury.

Pieskow ujawnił, że Kreml otrzymał pewne materiały z redakcji „szanowanej londyńskiej gazety” z prośbą o skomentowanie podejrzeń i słuchów pod adresem Putina i jego współpracowników. Podobny zestaw pytań przyszedł z redakcji pewnej amerykańskiej gazety. To wydało się kremlowskim urzędnikom podejrzane. Nie spodobało się im również to, że pytania „zostały sformułowane w stylu prokuratorskim” (np. „Czy pan Putin był/jest udziałowcem firmy Gunvor?”). Zachodnich dziennikarzy interesowała działalność Giennadija Timczenki i wspomnianej w pytaniach jego firmy Gunvor, a także powiązania tychże z Putinem.

Siergiej Iwanow stwierdził, że nie wierzy w czyste intencje dziennikarzy, którzy interesują się tematem korupcji w Rosji. Jego zdaniem, ci dociekliwi pismacy mają za zadanie zdyskredytować rosyjskich polityków, ale posługując się niesprawdzoną informacją, dyskredytują sami siebie. Z Kremla wszelako żadnej sprawdzonej informacji nie otrzymają. Kreml na prawie wszystkie pytania odpowiedział twardym „Niet” (z wyjątkiem jednego, przy którym poza „Niet” dodano skąpą odpowiedź).

„Na czym ma polegać moje skorumpowanie, gdzie są moje olbrzymie dochody, gdzie moje domy w USA czy Wielkiej Brytanii?” – pyta teatralnie Iwanow w wywiadzie dla RT i dodaje, że również może poręczyć za uczciwość ludzi, bliskich prezydentowi Putinowi – ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa, ministra obrony Siergieja Szojgu, dyrektora FSB Aleksandra Bortnikowa i doradcy prezydenta ds. obronności Nikołaja Patruszewa. Nie wiadomo, czy te świadectwa korupcyjnego dziewictwa kilku wymienionych osób zadowolą niewymienione z nazwy zachodnie redakcje. Nie wiadomo, dlaczego Iwanow poręczył za tych akurat parteigennossen, a nie innych (za Timczenkę nie ręczył).

To rzecz bez precedensu – rzecznik Kremla ani tym bardziej szef Administracji Prezydenta (w hierarchii ważnych urzędników – wielka szycha) nigdy wcześniej nie wykonywali tak spektakularnych akcji prewencyjnych wobec zapowiadanych publikacji zachodnich mediów na temat Putina.

„Prokuratorskie pytania” zachodnich redakcji dotyczyły głównie mętnych powiązań Władimira Putina z czasów jego pracy w merostwie Petersburga w latach dziewięćdziesiątych. To nie jest temat nowy. O machlojkach, wyprowadzaniu na lewo wielkich sum i niedotrzymywaniu umów przez Putina w czasach jego petersburskiej przygody z merostwem pisała między innymi deputowana petersburskiego Zgromadzenia Parlamentarnego Marina Salje (zmarła trzy lata temu). W ostatnich dniach temat machinacji i podejrzanych powiązań znowu wypłynął w związku z procesem, jaki wytoczył Gazpromowi i ŁUKoilowi niejaki Maksim Freidson (Friejdzon), w dawnych latach noszący ksywkę „Maksim Orużejnyj” (Maksym od broni). Freidson – właściciel udziałów w kilku firmach – postanowił dochodzić swoich praw po latach, wskazując, że obie pozwane firmy gwałtem pozbawiły go udziałów w biznesie naftowym, korzystając z kryszy. Proces ma się toczyć przez sądem w Nowym Jorku. Próby dochodzenia sprawiedliwości w Rosji spaliły na panewce.

Dużo ciekawsze niż przedstawiane przez Maksima Freidsona zawiłe schematy przejmowania udziałów w firmach wydały się mediom jego wspomnienia sprzed lat z Petersburga. W wypowiedzi dla Radia Swoboda Freidson mówi: „Mieliśmy produkować broń dla policji […] W związku z tym programem spotykaliśmy się z Władimirem Władimirowiczem Putinem, który zajmował się kontaktami z zagranicą [oraz programami utylizacji broni i amunicji]. Zapłaciliśmy łapówkę. Pieniądze zwykle brał asystent Putina, Losza Miller [Aleksiej Miller, obecnie szef Gazpromu]. A Władimir Władimirowicz w sposób charakterystyczny dla funkcjonariuszy służb specjalnych w czasie rozmowy jedynie wypisywał na kawałku papieru sumę”. Kiedy projekt z bronią z różnych przyczyn nie wyszedł, Freidson zajął się biznesem naftowym. Wedle jego opowieści, przy rejestracji firmy dostarczającej paliwo dla samolotów i firmy wysyłającej produkty naftowe na eksport, również długo targowali się z Putinem o „dolę”. Freidson w tym biznesie współpracował z Giennadijem Timczenką, który „czesał kasę” za pilnowanie wspólnych przedsięwzięć. Całość wywodów Freidsona na stronie Radia Swoboda: http://www.svoboda.org/content/article/27031833.html

„Zapewne niebawem zobaczymy w prasie detaliczne, pełne treści publikacje dotyczące osobistego biznesu Władcy oraz tego, jak Jego Cesarska Wysokość popierał biznesy swoich bliskich przyjaciół” – pisze w komentarzu Siergiej Parchomienko z rozgłośni Echo Moskwy. „Teraz gazety, które przygotowują te publikacje, w ramach przygotowań do przyszłych spraw sądowych, zadają służbie prasowej Kremla pytania związane z wątkami, które zostały już opracowane i sprawdzone. W takich wypadkach najważniejsze jest to, że pytanie zostało zadane i że otrzymano formalne „tak” lub „nie” lub nie otrzymano żadnej odpowiedzi. […] Sama informacja już dziennikarzy nie interesuje – wszystko zostało już pozbierane i prześwietlone. Na Kremlu doskonale o tym wiedzą i zdają sobie sprawę, że nie uda się zdementować tej informacji ani zapobiec opublikowaniu materiałów. Dlatego mówią, że to wszystko jest niewiarygodne, zanim ktokolwiek będzie miał sposobność przeczytać materiał”.

Publikacja rozmowy na stronie Radia Swoboda wielkich sensacji nie przynosi. Czemu w takim razie tak mocno zareagował Kreml, wypuszczając kłęby dymu? Dlaczego zawczasu stara się odgrodzić rosyjskie społeczeństwo od zgubnego wpływu zachodnich publikacji? Czyżby Rosjanie na co dzień czytali w oryginale „Financial Times” i „New York Times”, a nie „Komsomolską Prawdę”, która raczej nie przedrukuje rewelacji zachodnich kolegów? Znowu prokuratorskie pytania…

PS z 24 maja: Radio Swoboda usunęło wywiad z Maksimem Freidsonem ze strony internetowej rozgłośni. Miał o to poprosić sam Freidson.

Hokej. Rosja na ławce kar

18 maja. Niepowodzenie rosyjskiej drużyny narodowej w hokeju na lodzie podczas zeszłorocznego olimpijskiego turnieju w Soczi było wielkim rozczarowaniem nie tylko dla kibiców, ale także najwyższych władz, które specjalnie przyjeżdżały kibicować hokeistom w przerwach pomiędzy naradami o metodach uspokojenia kijowskiego Majdanu. Nie otarło ogólnonarodowych łez nawet pierwsze miejsce całej reprezentacji narodowej w generalnej klasyfikacji medalowej igrzysk. W tegorocznych mistrzostwach świata w Pradze hokejowa sborna miała sobie olimpijską klęskę powetować. Nie bez wybojów (np. przegrany mecz grupowy z USA) Rosja doszła do finału, w którym zagrała z reprezentacją Kanady. I przegrała z wynikiem dalekim od marzeń 6:1.

Po syrenie kończącej spotkanie zgodnie z ceremoniałem odbywa się wręczenie medali, odegranie hymnu, przekazanie pucharu, zdjęcia, ogólna feta. Rosyjska drużyna odebrała swoje srebrne medale i… wyszła do szatni, nie czekając na dalszą część uroczystości: dekorację zwycięzców i hymn Kanady. Trybuny wygwizdały tę zaskakującą demonstrację przegranych.

Na lodzie zostało tylko siedmiu sprawiedliwych, m.in. Aleksandr Owieczkin i Jewgienij Małkin, którzy próbowali zatrzymać kolegów, opuszczających lodowisko. Hokeiści zeszli na polecenie trenera Olega Znaroka lub – wedle innej wersji podawanej przez media – kapitana drużyny Ilji Kowalczuka. Najstarsi górale nie pamiętają, by coś podobnego zdarzyło się podczas mistrzostw.

Przewodniczący Międzynarodowej Federacji Hokeja na Lodzie Rene Fasel nie wierzył własnym oczom: „To, co zrobiła rosyjska drużyna, jest nie do przyjęcia. Podczas meczu mogą się dziać różne rzeczy, nawet bójki, ale okazanie braku szacunku wobec rywala po meczu – to rzecz niesłychana”. Władze IIHF zapowiedziały, że Rosja może zostać za tę demonstrację ukarana.

„Opuszczenie lodowiska przez rosyjską drużynę przed hymnem Kanady wpisuje się w logikę rosyjskiej polityki. Ciągle dopominając się szacunku dla naszych wartości i zwycięstw, coraz częściej zapominamy nie tylko o szacunku, ale nawet elementarnym takcie w stosunku do cudzych wartości i zwycięstw. Wyobraźmy sobie taką sytuację: w finale wygrywa Rosja, a Kanadyjczycy (Amerykanie, Czesi, Białorusini i in.) opuszczają lód, gdy grają rosyjski hymn. Jak zareagowałaby Rosja? Nie ma najmniejszych wątpliwości, że przegranym przypomniano by wszystkie grzechy.[…] Słusznie by powiedziano, że cham nie gra w hokeja, że nie należy mieszać sportu i polityki, że nie umieć godnie przegrać to oznaka słabości, a nie siły” – napisała internetowa „Gazeta.ru” w komentarzu redakcyjnym.

Wysoka fala quasi-patriotycznej histerii najwidoczniej odbiera niektórym zdolność logicznego myślenia. Jak pisze Anton Oriech w swoim blogu, drużynę wysyłano jak na wojnę „naszego dobra z zachodnim złem. Przysięgi na grobie Charłamowa [legendarny hokeista ZSRR], wstęgi św. Jerzego, miłosne wyznania pod adresem opiekuna reprezentacji Rotenberga [w przeszłości sparing partner Putina w dżudo, obecnie przedsiębiorca cieszący się względami kremlowskiego dworu], codzienne narzekania na antyrosyjskie spiski sędziów”. I co? I wstyd. Chociaż srebrny medal to znakomity rezultat, zwłaszcza że rosyjska reprezentacja nie jest w cudownej formie.

Postawa rosyjskiej drużyny została skwitowana w sieciach społecznościowych tysiącami komentarzy. Jeden z użytkowników Twittera napisał: „Według doniesień, lodowisko kazał opuścić główny trener rosyjskiej sbornej Barack Obama”. Ale za najważniejszy komentarz można uznać depeszę agencji TASS: „Hokeistów wracających z mistrzostw świata nie wyjechał witać ani jeden kibic”. Kurtyna nader wstydliwie opada, jak pisał Konstanty Ildefons Gałczyński.

Użytkownik używający nicku MickTacker w tekście „Trzy razy hańba” napisał, że przegrana Rosjan jest karą boga hokeja, który nie zdzierżył znęcania się nad duchem sportu w meczu weteranów hokeja w ramach tzw. Nocnej Ligi Hokeja (wymyślona cztery lata temu inicjatywa Putina dla zasłużonych gwiazd lodowego sportu i polityków). W meczu zagrali m.in. minister obrony Siergiej Szojgu i prezydent Władimir Putin. Putin strzelił osiem bramek. „Gdyby nie było obrońców i bramkarza, strzeliłby zapewne mniej” – skomentowali złośliwcy po obejrzeniu popisów głowy państwa.

https://www.youtube.com/watch?v=DzMDrBDs1DE

Minister obrony został uznany za najlepszego gracza tegorocznej Nocnej Ligi Hokeja. W nagrodę otrzymał skierowanie na wczasy na Krymie.

Jakie smutne wesele

17 maja. Lezginkę na ich weselu odtańczył sam prezydent Czeczenii Ramzan Kadyrow, moment składania podpisów pod aktem zawarcia małżeństwa w pałacu ślubów w Groznym zarejestrowała telewizja Lifenews, temat nie schodził z łamów gazet przez ponad dwa tygodnie i stał się hitem mediów społecznościowych w Rosji. Czemu los panny młodej, 17-letniej Hedy vel Luizy Gojłabijewej wydanej za 57-letniego (według innych źródeł – 46-letniego) Nażuda Guczigowa tak poruszył publiczność?

Zacznijmy od początku. Heda Gojłabijewa ze wsi Bajtarki rejonu nożaj-jurtowskiego w Czeczenii właśnie skończyła 17 lat. Pochodzi z niezamożnej wielodzietnej rodziny. Nażud Guczigow jest pułkownikiem policji, wszechwładnym szefem rejonowego urzędu spraw wewnętrznych, łączą go bliskie relacje z prezydentem Kadyrowem. Ma jednego dorosłego i dwóch nieletnich synów. Guczigow postanowił uczynić Hedę Gojłabijewą swoją żoną. Drugą żoną.

Najpierw przez prasę przetoczyły się wiadomości, że ani dziewczyna, ani jej rodzice nie wyrażają zgody na ślub. Siostra i koleżanki Hedy napisały o wymuszanym ślubie i oporze Gojłabijewów do Kadyrowa z prośbą o interwencję (Kadyrow trzy lata temu zakazał zawierania małżeństw z nieletnimi i porywania narzeczonych zgodnie z tradycyjnym kodeksem), ale ich wpisy w sieci społecznościowej zostały usunięte przez moderatorów. Rodzina zwróciła się więc do prasy z prośbą o pomoc. Do wsi przyjechała dziennikarka „Nowej Gazety” Jelena Miłaszyna (jej reportaż można przeczytać tu: http://www.novayagazeta.ru/columns/68304.html), napisała, że Guczigow nakazał otoczenie wioski pierścieniem policji, aby rodzina – która nie zgadza się na małżeństwo – nie mogła wywieźć narzeczonej poza granice republiki, narzeczona i jej krewni są zastraszani. Sam narzeczony zresztą plątał się w zeznaniach: raz mówił, że nie ma zamiaru się żenić z młódką, bo kocha swoją pierwszą i jedyną żonę, to znowu przyznawał, że faktycznie wystawił posterunki w Bajtarkach, żeby ptaszynka nie wymknęła się jego matrymonialnym zamiarom.

Wreszcie, jak to w czeczeńskich bajkach bywa, w sprawę wmieszał się Ramzan Kadyrow – wysłał swoich umyślnych do wsi, ci porozmawiali z członkami rodziny Gojłabijewów i dowiedzieli się, że i Heda-Luiza, i jej matka wyrażają zgodę na ślub. Na posiedzeniu władz republiki zdymisjonował ministra prasy za niedostateczną uwagę poświęconą zagadnieniu. I uciszył wszelkie dyskusje cytatem z Puszkina: „Każdy wiek ulega miłości”. Po tym oświadczeniu Kadyrowa nazbyt ciekawskiej dziennikarce „Nowej Gazety” poradzono, by dla swego bezpieczeństwa opuściła republikę, krewni Hedy stracili chęć rozmawiania z nią (http://www.novayagazeta.ru/columns/68367.html). Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, i narzeczony wreszcie się zdecydował, że jednak bardzo chętnie, czemu nie, i rodzina narzeczonej nie stała już okoniem, i nikt nie widział już w sprawie łamania prawa (przymuszanie do małżeństwa, wielożeństwo, ślub z nieletnią).

Po publikacji w „Nowej Gazecie” sprawą zainteresowano się również na szczeblu federalnym. Prawdziwy popis dał pełnomocnik ds. praw dziecka Paweł Astachow, urzędnik wsławiony m.in. walką z amerykańskimi ludożercami, którzy chcą adoptować rosyjskie dzieci i sprzeciwiający się zakładaniu w Rosji „okien życia”. Astachow – powołany, by stać na straży nieletnich – nie dostrzegł niczego niezgodnego z prawem w zawarciu małżeństwa przez niepełnoletnią i nawet spróbował usprawiedliwić ślub podstarzałego dżygita z młodą dziewczyną: „Na Kaukazie wcześniej następuje emancypacja <?> i dojrzewanie płciowe. Są miejsca, gdzie kobiety w wieku 27 lat są już pomarszczone i wyglądają na 50”. Nazwać reakcję na tę wypowiedź burzliwą, to nic nie powiedzieć: Twitter i FB eksplodowały tysiącami komentarzy. Astachow próbował się wycofać, wytłumaczyć, wreszcie zapowiedział, że wybierze się do Czeczenii, by wyjaśnić sytuację.

Jednak zanim się zdążył spakować i ruszyć w drogę, ślub już się odbył. I to z wielką pompą. Narzeczoną przywiózł do pałacu ślubów sam szef administracji prezydenta. Relację można obejrzeć tu: http://lifenews.ru/video/13065 (jakże smutna jest szczęśliwa panna młoda; znawcy czeczeńskich tradycji podkreślają: to, że panna młoda patrzy w podłogę, nie oznacza wcale, że jest nieszczęśliwa, tak po prostu chce czeczeńska tradycja, ale tym razem to nie do końca tak – dziewczyna ledwie trzyma się na nogach, prawie odmlewa), a także w Instagramie, w profilu Kadyrowa, z komentarzem prezydenta Czeczenii: https://instagram.com/p/2wIOM3iRiW/?taken-by=kadyrov_95. Ślub tysiąclecia, wedle Kadyrowa, przyćmił nawet królewskie zaślubiny Williama i Kate w Londynie. Już następnego dnia uważni obserwatorzy zauważyli, że ślubu udzielała nie urzędniczka stanu cywilnego (jak to przewidziane jest w przepisach), a dziennikarka radiowa Asia Biełowa (Tatiana Gładczenko). Jedna rzecz niezgodna z prawem więcej, jedna mniej – co za różnica.

Kadyrow nie po raz pierwszy demonstruje, że ma za nic prawo i konstytucję Federacji Rosyjskiej. Jego republika rządzi się swoimi prawami – to znaczy prawami, które ustanawia sam Kadyrow. Nie po raz pierwszy oglądamy sytuację, w której Kadyrow wręcz prowokacyjnie lekceważy prawo federalne, a potem wysyła czołobitną do Putina, zapewniając, że go kocha i jest mu wierny. I nic się nie dzieje, nikt się nawet nie zająknie, by go pociągnąć do odpowiedzialności. Personalny układ Kadyrow-Putin jest nadrzędną zasadą regulującą wszystko.

Tak było ostatnio, gdy federalni śledczy chcieli przesłuchać w charakterze świadka Rusłana Gieriemiejewa, jedną z najważniejszych osób w sprawie o zabójstwo Borysa Niemcowa – okazało się, że nie można wjechać do wioski, która jest bastionem Gieriemiejewa. Nie można, to nie można. Nikt nie wjechał, nikt Gieriemiejewa nie śmiał niepokoić, skoro za nim stoi jego patron. Podobnie rzecz się miała, gdy Kadyrow nakazał swoim ludziom z organów strzelać do funkcjonariuszy z innych regionów Rosji, którzy bez zgody czeczeńskich organów zechcą wjechać do Czeczenii i zatrzymać podejrzanych itd. Nikt nie ma wątpliwości, kto jest prawdziwym panem Czeczenii.

.