Piękne ciało Putina w objęciach smoka

5 września. Chińskich blogerów, którzy obficie komentowali przybycie Władimira Putina na defiladę w Pekinie z okazji zakończenia II wojny światowej, zachwyciło „piękne ciało” rosyjskiego przywódcy. Na pochwałę w ich mniemaniu zasłużyła także „paszcza tygrysa”, jaką prezentuje światu Putin oraz jego sympatyczne podejście do dzieci. Najważniejsza gazeta ChRL „Renmin Ribao” w związku z wizytą Władimira Władimirowicza pochwaliła go za „bezwarunkowe poparcie Chin”. Na trybunie honorowej przywódcy obu państw prezentowali znakomite humory i przyjazne gesty wobec siebie, rosyjskie media w niebogłosy oznajmiały o podpisaniu kolejnych wiekopomnych porozumień. Czy jednak naprawdę wszystko jest w najlepszym porządku, a owoce ogłoszonego przez Moskwę jakiś czas temu „zwrotu na Wschód” są tak słodkie?

W przeddzień wyjazdu do Państwa Środka Władimir Putin udzielił wywiadu rosyjskiej i chińskiej agencjom prasowym. Z azjatyckim uśmiechem na „tygrysim” obliczu powiedział, że zachodnie sankcje nie tylko nie są dla Rosji dolegliwe, ale wręcz stymulują rosyjski biznes do rozwoju stosunków z Chinami. Te słowa Putina można odczytać jako deklarację czy może nawet klasyczne myślenie życzeniowe, bo jeśli przyjrzeć się statystykom, to nie powinny być one źródłem dobrego nastroju rosyjskiego lidera. „Pekin nie spełnia i na pewno długo jeszcze nie będzie spełniał tej roli, jaką dla rosyjskiej gospodarki odgrywał Zachód, a wszystkie zawarte umowy i zaplanowane inwestycje mogą się szybko zwinąć, jeżeli spadki na rynkach azjatyckich będą nadal trwać” – ocenia internetowe pismo poświęcone Azji „The Diplomat”. Weźmy choćby sztandarowy projekt gazociągowy Siła Syberii, zwana przez niektórych Siłą Putina. Gazprom miał nadzieję, że otrzyma od Chin 25-miliardową przedpłatę na zbudowanie tego tasiemca z odległych złóż, ale Pekin tylko wzruszył ramionami: jakie 25 mld, towarzysze? Pekin w ogóle się w tym względzie nie spieszy, spokojnie negocjuje ceny (jeszcze trochę i Rosjanie będą dopłacać Chińczykom za to, żeby brali gaz, o ile w ogóle ten gazociąg powstanie), prezentuje wahanie itd. „Rosji [projekt Siła Syberii] też tak naprawdę nie jest do niczego potrzebny. To gigantyczne wydatki – mówi specjalista ds. gazowych Michaił Krutichin. – Kiedy powstawały preliminarze dotyczące tego projektu, ekonomiści Gazpromu byli przeciwni. To czysta strata dla Rosji, dla budżetu, dla Gazpromu. Ale w październiku 2012 roku prezydent Rosji podjął decyzje inwestycyjne, przeznaczono na to pieniądze. Teraz widać, że te projekty nie są realizowane, a pieniądze poszły nie wiadomo na co. […] To polityczna wola jednego człowieka, który działa tak albo z powodu własnej niekompetencji, albo ma jeszcze jakieś powody. To jedynie nadymanie policzków, które łatwo zdemaskować”. Analitycy rynku gazowego, np. z BP, uważają, że Chiny nie potrzebują rosyjskiego gazu, mają zdywersyfikowane źródła z innych państw azjatyckich, do rosyjskich fantasmagorii nie zamierzają dopłacać. Tymczasem te syberyjskie projekty wymagają niesłychanych nakładów, których żadna ze stron nie chce/nie może ponosić. W rozmowach padają nowe hasła: rurociąg Ałtaj, gaz z Sachalinu. Rosja, jak widać, nadal koniecznie chce sprzedawać swój gaz Chinom. Co z tego wyjdzie w nowych warunkach kryzysu, to pytanie otwarte.

Władimir Miłow zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt współpracy z Chinami: „Chińczycy nie pożyczyli Rosji na projekty energetyczne, za to Rosja masowo zaczęła sprzedawać im swoje aktywa. […] Jeszcze półtora roku temu Timczenko obiecał, że Novatek otrzyma od chińskich banków 20 mld baksów na projekt Jamał SPG, ale na razie Chińczycy nie dali ani kopiejki, za to wczoraj Novatek sprzedał 9,9% akcji firmy Jamał SPG chińskiemu funduszowi Nowego Jedwabnego Szlaku, w rezultacie udział Chin w tym projekcie wzrósł do 30%. Firma Sibur sprzeda 10% akcji chińskiemu Sinopec, a Rosnieft’ ustąpi kontrolę nad Wschodnią Kompanią Przetwórstwa Ropy chińskiemu koncernowi ChemChina, […] 49% Sinopec ma otrzymać od Rosniefti w dwóch złożach ropy naftowej. Nie wygląda to zbyt dobrze: dochodzi do prywatyzacji – aktywa państwowych rosyjskich przedsiębiorstw są wyprzedawane zagranicznym właścicielom bez konkursów i przetargów, pieniądze nie trafiają do budżetu państwa, a nie wiadomo dokąd. […] Chińczykom w to graj, chłopaki nieźle na tym wyjdą, to nie jakiś żałosny Zachód, który Rosję kredytował, a żadnej własności w Rosji nie otrzymał. Chińczycy wykorzystując trudną sytuację Putina i spółki, zbierają żniwo – pożyczek nie damy, oddajcie nam swoją własność”. Fajna współpraca.

Dalej: handel. W pierwszym półroczu br. obroty handlowe między obu krajami zmniejszyły się prawie o 30% w porównaniu z zeszłym rokiem (notabene – świetnym, jeśli chodzi o handel, wartość obrotów wyniosła prawie 95 mld). Winę za to ponosi nie tylko klops z cenami na surowce energetyczne, które stanowią pokaźny segment w handlu, ale także spadek importu chińskich towarów do Rosji, wskazuje Aleksandr Gabujew z moskiewskiego Carnegie. Rosja spadła na piętnaste miejsce na liście handlowych partnerów Chin.

Czy sankcje zachodnie, jak twierdzi pan Putin, faktycznie nie mają znaczenia dla kondycji rosyjskiej gospodarki i jej współpracy z Chinami? Podczas Wschodniego Forum Ekonomicznego we Władywostoku wiceprezes wielkiego rosyjskiego banku WTB Wasilij Titow skarżył się, że jego bank napotyka trudności we współpracy z chińskimi partnerami. „Chińscy bankowcy praktykują nadmiernie dokładne podejście do wypełniania reżimu sankcji wobec rosyjskich instytucji finansowych”. Tłumacząc to na zrozumiały język, chińskie kredyty, na które liczy Rosja, nie są przyznawane, gdyż chińskie banki nie chcą zrywać z tego powodu współpracy z instytucjami zachodnimi. Jeżeli dadzą kredyt Rosji, sami nie dostaną linii kredytowych na Zachodzie.

Postawienie na chińskiego smoka, który w poprzednich latach prezentował znakomite wyniki gospodarcze, było jednym z naczelnych punktów programu politycznego Putina. Skoro Zachód miał czelność wytknąć Moskwie aneksję Krymu i agresję na Donbas, na dodatek wprowadził sankcje, to Kreml pokaże tym nienawistnikom „kuźkinu mat’” i zaprzyjaźni się z Chinami. Tymczasem ostatnio chiński smok złapał niepokojąca zadyszkę i nie spieszy ze spełnianiem marzeń Putina. Ale tak czy inaczej chętnie na „pięknym ciele” Putina i jego nieziszczalnych marzeniach zarobi.

 

 

Mięsień patriarchy

1 września. Ta sprawa ciągle powraca w hiszpańskich doniesieniach prasowych: ludzie Putina, jego bliscy współpracownicy, być może on sam, przez długie lata utrzymywali nieformalne kontakty z rosyjskimi mafiosami, którzy zakotwiczyli w Hiszpanii. Mafia miała obsługiwać polityków, kupować im nieruchomości, prać brudną kasę, zakładać konta itd. Teraz do tych ciągle niewyjaśnionych powiązań powraca „The Times”. Według brytyjskiej gazety, Władimir Putin próbował zakupić nieruchomość na Costa del Sol za pośrednictwem bossa mafii tambowskiej (jednej z najważniejszych rosyjskich grup mafijnych) Giennadija Pietrowa. Notatka, z której hiszpańscy śledczy dowiedzieli się o planach zakupowych Putina, pochodzi z 2001 roku. Czy do transakcji doszło? Tego nie udało się ustalić. „The Times” zwracała się z prośbą o wyjaśnienia do sekretarza prasowego prezydenta, ale Dmitrij Pieskow zapytania zignorował. (O zapytaniach redakcji zachodnich gazet dotyczących przeszłości Putina szeroko pisano pod koniec maja br.: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/05/23/niewinni-czarodzieje-w-petersburga/).

Pietrow został w 2008 roku zatrzymany na Majorce, podejrzewany o zabójstwo, kontrabandę broni i narkotyków, oszustwa. Trzy lata temu hiszpańskie władze zezwoliły mu na leczenie w Rosji, wyjechał, nie powrócił. Jak twierdzi gazeta, Pietrow w przeszłości służył w KGB, stąd znał Putina, miały ich łączyć jakieś stosunki towarzyskie, nie tylko służbowe. W styczniu tego roku inna brytyjska gazeta „The Daily Mirror” donosiła, że Putin ma dziesięciopokojową willę koło Malagi. Służba prasowa Kremla oczywiście jak zwykle nie potwierdziła rewelacji prasowych.

Temat kolejnych domniemanych zagranicznych rezydencji Putina nie wzbudza już większych emocji, o jego dziwnych interesach w okresie petersburskim wróble od czasu do czasu ćwierkają, a potem wszystko przycicha. Wszelkie świadectwa ciemnych sprawek biznesowych, lewych geszeftów, podejrzanych powiązań wypływają, są publikowane przez zachodnią prasę i zawisają gdzieś w przestrzeni medialnej, na ogół kwitowane przez Kreml wzruszeniem ramion albo niekwitowane wcale. Zagadka złotego pociągu pod Wałbrzychem to – w porównaniu z zagadką hiszpańskich powiązań wysokich urzędników Kremla – jasna i prosta bajeczka dla miłośników historii.

Ale co tam mafia, co tam wille na śródziemnomorskim wybrzeżu – wszystko to przeminęło z wiatrem od Krymu. Oczy całego świata skierowane są dziś na małą skromną salkę gimnastyczną w oficjalnej rezydencji głowy rosyjskiego państwa Boczarow Ruczej koło Soczi. Temat spotkania, jakie odbyło się w tej salce, nie schodzi z pierwszych stron rosyjskich gazet i innych mediów. Gospodarz obiektu Władimir Putin w sobotę zaprosił na poranną gimnastykę premiera Dmitrija Miedwiediewa. Panowie zaprezentowali się w bajeranckich dresikach i firmowych butach sportowych (Miedwiediew podobno nosi specjalne obuwie sportowe na wysokich koturnach, które pozwala mu dodać parę centymetrów do nikczemnego wzrostu; rzeczywiście na kronice https://www.youtube.com/watch?v=f-It3dPiLjI widać, że nie jest tak dużo niższy od Putina, jak mówią oficjalne dane o wzroście obu polityków). Uważni obserwatorzy już podliczyli, że to, co Putin miał na sobie, kosztowało co najmniej trzy tysiące dolarów.

Na tarasie rezydencji widzowie mieli okazję zobaczyć full wypas siłownię: mnóstwo profesjonalnych przyrządów do znęcania się nad całym ciałem i poszczególnymi partiami mięśni. Putin, dobry w te klocki, instruował mniej doświadczonego kolegę, jak rozciągać sprężyny i podciągać się na drążku. Poćwiczyli, a następnie usiedli do śniadania. Wpierw sami dłubali przy sprzęcie z wrażym napisem BBQ, na którym grzał się smakowity wołowy stek. Przy okrągłym stoliku raczyli się herbatką i nawet stuknęli się filiżankami, wznosząc toasty. Atmosfera była świetna, panowie wyluzowani jak kaczki po pekińsku.

Po co ten spektakl? W dobie ostentacyjnego palenia zachodniego jadła objętego rosyjskimi antysankcjami (omal nie napisałam antyrosyjskimi sankcjami, hm, freudowska pomyłka), coraz mocniej dającego się we znaki kryzysu, rosnących cen, malejących wskaźników – takie drogie przedstawienie z bogatym wystrojem wnętrza i wspaniałymi kostiumami głównych aktorów. Na „siłce” ani jednego przyrządu produkcji rosyjskiej, na zawodnikach – ani jednej rzeczy wyprodukowanej w Iwanowie.

Kolejny rytuał? Niedawno Putin już rytualnie zanurzał się w morzu. Po co następny taki występ? Putin zaprezentował, że ma bicepsy i tricepsy na miejscu i w dużej objętości, klatę wyklepaną, a mięśnie skośne brzucha zahartowane. Zatem wszelkie rozważania o nadszarpniętym zdrowiu, które od czasu do czasu obiegają światowe media, są psu na budę – Putin jest krzepki i pełen werwy. Twarz miał znowu zrobioną, podciągniętą tak dalece, że aż zdeformowaną.

Może spotkanie w Soczi miało być sygnałem, że Miedwiediew jeszcze żyje i być może ma jakieś zadanie do wykonania. Od dawna pan premier nie ma dobrej prasy. Praca rządu, na którego czele stoi, jest krytykowana od rana do wieczora. Co rusz publicyści zastanawiają się, kiedy Putin zdymisjonuje Miedwiediewa za całokształt, zrobi z niego głównego winowajcę kryzysu. W mediach internetowych Miedwiediew pojawia się właściwie wyłącznie jako bohater niewybrednych memów, ogrywających to, że podczas oficjalnych ceremonii „Dimon” na ogół usypia. Pojawienie się premiera u boku prezydenta, demonstracja dobrego nastroju, bliskości (środowiska gejowskie znowu miały o czym rozprawiać) na pewno winduje słabe akcje Miedwiediewa w oczach społeczeństwa. Tylko po co?

Reanimacja tandemu? Może i tak. Jakieś scenariusze na trudną jesień i jakieś „potem” trzeba napisać.

Zemsta nietoperzy

29 sierpnia. Tego samego dnia, gdy „dama z pilniczkiem”, Jewgienija Wasiljewa została na mocy decyzji sądu zwolniona przedterminowo z kolonii karnej (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/08/25/dama-z-pilniczkiem/), inny sąd – w Rostowie nad Donem – ogłosił wyrok w sprawie Olega Siencowa i Ołeksandra Kolczenki: 20 i 10 lat kolonii o zaostrzonym rygorze. Przypadkowa koincydencja terminów? Możliwe, ale symboliczna i wymowna. Rosyjska Temida ma dwa oblicza jak Janus – jedno dla swoich (łagodne, pełne wyrozumiałości, z opaską na oczach, pozwalającą nie widzieć złodziejstwa), drugie dla wrogów (za winy niepopełnione, za niezgodę z geniuszem prezydenta – kara, w łeb, w łeb).

Akt oskarżenia w sprawie Siencowa-Kolczenki uszyto grubymi nićmi, bezwstydnie, na polityczne zamówienie. Oskarżono ich o zorganizowanie grupy przestępczej, mającej na celu dokonanie zamachów terrorystycznych. Zarzuty ciężkie, jedne z najcięższych. Tyle że dowodów tych win w sądzie nie przedstawiono, zamachów nie było, nikt nie zginął, nikt nie ucierpiał. Sięgnięto po doświadczenia „stalinowskiego prawa” – jest człowiek, a paragraf się znajdzie. I to wystarczy, by skazać.

Siencow – mieszkaniec Krymu, reżyser, pisarz – był aktywistą Automajdanu, w czasie operacji zajmowania Krymu przez wojska rosyjskie zaopatrywał ukraińskich żołnierzy zablokowanych w bazach. Po aneksji, z którą – jak przypomniał w sądzie w słowie końcowym (całość tutaj: http://tvrain.ru/teleshow/here_and_now/ja_ne_krepostnoj_chtoby_s_zemlej_menja_peredavat_rech_ukrainskogo_rezhissera_olega_sentsova_v_sude-371693/) – kategorycznie się nie zgadza, pozostał na półwyspie. Nie uległ chorobie #Krymnasz. Kontaktów z Ukrainą nie zerwał, zachował ukraińskie obywatelstwo, udzielał się w poszukiwaniach ludzi, którzy w tajemniczych okolicznościach zniknęli podczas wydarzeń na Majdanie. Został aresztowany w maju ubiegłego roku przez Federalną Służbę Bezpieczeństwa Rosji. Najpierw postawiono mu zarzut podpalenia drzwi biura partii Jedna Rosja w Symferopolu. Zbrodnia to niesłychana. Do przyznania się nakłaniano go pogróżkami, biciem, duszeniem i innymi przyjemnymi metodami. Gdy to nic nie dało, zarzuty „wzmocniono”: na polecenie Prawego Sektora (do którego Siencow rzekomo należał), ukraińskiej organizacji, której działalność na terytorium Federacji Rosyjskiej jest zakazana, Siencow miał zorganizować grupę terrorystyczno-dywersyjną w celu dokonania zamachów.

Akt oskarżenia oparto na zeznaniach świadka, znajomego i współpracownika Siencowa, Giennadija Afanasjewa (w osobnym procesie dostał wyrok 7 lat łagru). Podczas rozprawy Afanasjew wycofał się z obciążających Siencowa zeznań. Jak powiedział – wyciśnięte z niego zeznania śledztwo uzyskało, stosując tortury. Sąd jednak okazał się bardzo przywiązany do wersji z podpaleniem i planowanym wysadzeniem w powietrze pomnika Lenina i wiecznego ognia przy memoriale Wielkiej Wojny Ojczyźnianej w Symferopolu i nie zwrócił uwagi na wycofanie zeznań, jedynej podstawy oskarżenia. Siencow stwierdził, że nie miał nic wspólnego z uszkodzeniem drzwi do siedziby rosyjskiej partii. Obrona wskazywała ponadto, że biuro partii nie jest obiektem państwowym, to jedynie siedziba organizacji społecznej, zresztą żadnych dowodów udziału Siencowa w tym epizodzie nie ma. A czy są jakieś dowody, czy wszystkie zostały nieudolnie sfabrykowane? Nie było żadnych aktów terroru, żadnych wybuchów, żadnych ofiar. Fikcja nieliteracka. Bohdan Owczaruk z Amnesty International zwrócił uwagę na to, że rosyjski wymiar sprawiedliwości złamał art. 3 europejskiej konwencji praw człowieka: „zeznania, otrzymane w wyniku tortur, nie powinny stanowić podstawy wyroku sądu. Ponadto proces nie powinien odbywać się w Rostowie nad Donem – zgodnie z prawem, obywatele Ukrainy nie mogą być wywożeni z terytorium Krymu na terytorium Federacji Rosyjskiej, jako że Krym jest terytorium okupowanym, a konwencja genewska jasno określa zasady, które państwo okupujące powinno przestrzegać. Poza tym ich nie mieli prawa sądzić według prawa rosyjskiego, a według ukraińskiego. Co do oskarżenia o terroryzm, to powinno zostać wycofane”.

„To proces pokazowy, podobnie jak w przypadku Nadii Sawczenko. Trzeba zademonstrować, że jeżeli ktoś neguje przynależność Krymu do Rosji lub zamierza na poważnie wziąć udział w działaniach wojennych nie po stronie rosyjskiej, to my tych ludzi wykradniemy i posadzimy na długie wyroki, żeby zapamiętali. Chodzi o to, żeby ludzie się bali. Komunikat jest taki: jeżeli otworzysz usta i coś powiesz przeciwko nam – pięć lat, a jak cokolwiek zrobisz – 23 lata. To typowa sadystyczna logika, żeby ludzie nie śmieli nawet nic powiedzieć” – komentował w audycji „Echa Moskwy” politolog Stanisław Biełkowski.

Polityczny charakter procesu Siencowa nie ulega wątpliwości. Za chwilę rozpocznie się proces wspomnianej przez Biełkowskiego Nadii Sawczenko. Można z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że i tam zapadnie wysoki wyrok skazujący. Ci skazani będą kartą przetargową Putina w rozmowach z Ukrainą, a przede wszystkim z Zachodem.

O Siencowa upominali się w licznych listach i petycjach europejscy filmowcy. Bez skutku – nikt ich w Rosji nie usłyszał, nikt nie wysłuchał. Rosyjskie środowisko artystyczne jakoś się nie burzyło przeciwko niesprawiedliwemu wyrokowi na kolegę. Pojedynczy twórcy próbowali protestować. Aleksandr Sokurow krytykował postępowanie Rosji wobec Siencowa, wzywał do jego uwolnienia. Podobnie Aleksiej German jr., Władimir Kott, Aleksiej Fiedorczenko, Władimir Mirzojew, Paweł Bardin, Askold Kurow. Krótka lista przyzwoitości. Nikita Michałkow ze swej strony próbował wystąpić w obronie Siencowa. Nieśmiało. W rozmowie z dziennikarzami zastrzegał się: „Nie mogę podskoczyć wyżej własnej głowy. Te prośby, które wysyłaliśmy, również ja osobiście [Michałkow skierował prośbę o uwolnienie Siencowa do Putina]… Są dość poważne dokumenty, noszące prawny charakter procesowy, do których nie potrafię się odnieść, ponieważ nie jestem prawnikiem. Ty mówisz – wypuśćcie go, bo to zdolny reżyser, a tobie odpowiadają: przecież to terrorysta i przedstawiają ci fakty. Trudno z tym dyskutować”. Ciekawe, jakie to fakty przedstawiono Michałkowowi, że się uspokoił i zamilkł.

Spośród komentarzy internetowych po ogłoszeniu wyroku w procesie Siencowa-Kolczenki wyróżnił się pisarz (a właściwie były pisarz), były skandalista Eduard Limonow („Ja, Ediczka”): „Siencow dostał 20 lat. Słusznie! Człowiek, który nazwał Rosjan okupantami Krymu zasługuje na dwudziestkę, potwór! Ukraina przez 23 lata gwałciła Krym. My Krym zdobyliśmy za czasów Katarzyny II, a Ukraina go u nas wyszachrowała, wymaniła u Jelcyna pijaczyny. Niech Siencow siedzi za ukradzione rosyjskie dobro”.

A inny komentator, Anatolij Krawczenko zapytał: „Jak to? To Girkin nie jest terrorystą, a Siencow jest?”.

Dama z pilniczkiem

25 sierpnia. Pewnego jesiennego dnia 2012 roku wczesnym rankiem funkcjonariusze Komitetu Śledczego załomotali do drzwi wysoko ulokowanej menedżerki ministerstwa obrony i Oboronserwisu (mienie wojskowe), ponętnej blondyny, Jewgienii Wasiljewej. Drzwi otworzył im postawny mężczyzna w piżamie, przecierający zaspane oczy. Funkcjonariusze też przetarli oczy, bo tym gościem w nocnym negliżu okazał się minister obrony Anatolij Sierdiukow, żonaty z córką ekspremiera Wiktora Zubkowa, oficjalnie mieszkający w tym samym luksusowym apartamentowcu. Powodem wizyty panów z komitetu był skandal związany z nielegalnymi machinacjami w resorcie obrony. Powierzone zastępowi blond aniołków z panią Wasiljewą na czele mienie wojskowe zostało przez ten znakomity team zagospodarowane na lewo. Okazja była świetna, bo armia przepoczwarzała się zgodnie z planem Putina, a przy tej transformacji kręciły się miliony i miliardy. Grzech byłoby nie skorzystać. Sierdiukow zapłacił za aferę posadą ministra. Nie, nie, spokojnie, żadna krzywda mu się nie stała. Był przesłuchiwany. Jako świadek. I tyle.

Natomiast pani Wasiljewa stała się główną oskarżoną w procesie o sprzeniewierzenie mienia wojskowego. I tu zaczyna się fascynujący serial z gatunku rzewnych oper mydlanych. „Niewolnica Isaura” to przy historii Jewgienii Wasiljewej arcydzieło subtelności w dobrym guście. Na czas śledztwa Jewgienia została osadzona miłościwie w areszcie domowym. Och, to na pewno było straszne: ciasne mieszkanko, jedyne trzynaście pokoi, dostęp do Internetu, prasy, radia, telewizji (także w sensie jak najbardziej dosłownym – podejrzana udzielała wywiadów). Najdotkliwsza okazała się rozłąka z ukochanym, pod dyktando nieludzkiej tęsknoty Jewgienija napisała do sądu prośbę o zezwolenie na zamieszkanie z Sierdiukowem. Najbardziej humanitarny sąd na świecie wprawdzie odrzucił ten łzawy wniosek, ale zezwolił zakochanym na widzenia. Nie zezwolił przy tym na opuszczanie mieszkania, ale Jewgienia nic sobie z tego nie robiła, odwiedzała banki i galerie handlowe. Co za wyrafinowane umiłowanie wolności.

W trakcie zamknięcia w domowych kazamatach w Jewgienii obudziły się liczne talenty artystyczne. Tabloidy z upodobaniem publikowały zdjęcia Wasiljewej na tle jej dzieł malarskich: np. portretu roześmianego Putina w oleju. W ciągu czterech miesięcy aresztantka zapaćkała około setki płócien. W kwietniu ubiegłego roku zorganizowano personalną wystawę tych pretensjonalnych bohomazów „Kwiaty z niewoli”. Od patrzenia na płótna zęby bolą, tymczasem recenzje krytyków były przychylne. Powstał album jej dzieł. „Komsomolskaja Prawda” pisała, że obrazy Wasiljewej chodzą po 50 tysięcy dolarów.

Żenia pisze też wiersze. Wydała cały tomik liryki miłosnej w nakładzie pięciuset egzemplarzy. Ale to jeszcze nie wszystko: pokazała się od najlepszej strony także w muzyce i tańcu. Najpierw na prośbę licznych wielbicieli ekspresyjna dama zamieszczała w sieciach społecznościowych wystudiowane zdjęcia w prowokacyjnych pozach i prowokacyjnych strojach, ukazujących apetyczne uda. A potem poszła na całość w klipie do piosenki o różowiutkich kapciach od ukochanego: https://www.youtube.com/watch?v=XI2SDYj9RR4. To był hit nad hity – na YouTube obejrzało go prawie dwa i pół miliona widzów. Wasiljewa napisała potem w Twitterze, że po wyznaniu, jakie uczyniła w piosence, Sierdiukow powinien się z nią ożenić. Zgodnie z regułami oper mydlanych, to wielce pożądany zwrot akcji. Niemniej Wasiljewą czekał jeszcze proces.

Postawiono jej dwanaście zarzutów, czyny te zagrożone były karą do dwunastu lat pozbawienia wolności. W maju 2015 roku sąd skazał Wasiljewą na pięć lat, przy czym 2,5 roku kręcenia się po mieszkaniu zaliczył na poczet odbycia kary. Po ogłoszeniu wyroku Żenia oczekiwała na etap do kobiecej kolonii karnej w obwodzie władymirskim w areszcie śledczym Pieczatniki. Nieszczęsna skarżyła się na niewygodny, zbyt cienki materac i brak pilnika do paznokci. Publiczność internetowa rżała w głos. Smakowano domniemania, w co mianowicie wżynają się metalowe elementy pryczy, pokryte cienkim materacykiem. Podejrzewano, że pilnik przyda się Wasiljewej jeszcze do piłowania „babła”, czyli ulubionego sportu rosyjskiej biurokracji: rozkradania państwowych pieniędzy.

Potem periodycznie pojawiały się w sieciach społecznościowych wieści, że Wasiljewa nie siedzi w kolonii karnej, tylko ukrywa się gdzieś pod Niceą, a karę za nią odbywa jakaś podstawiona kobieta. Obrońcy praw człowieka chcieli odwiedzić więźniarkę, ale jej w kolonii nie znaleźli. Dama z pilniczkiem nie zasypiała gruszek w popiele. Skorzystała z pierwszej nadarzającej się okazji i złożyła wniosek o przedterminowe zwolnienie (uprzednio ojciec Wasiljewej wpłacił równowartość zasądzonej szkody – 216 mln rubli) po niespełna czterech miesiącach odsiadki (jeżeli w ogóle do kolonii dojechała).

I oto dzisiaj rano agencje informacyjne ogłosiły, że Wasiljewa może wyjść na wolność. Naczelnik kolonii oznajmił, że Jewgienia przestrzegała regulaminu, pracowała, dobrze odnosiła się do współwięźniarek, nosiła się schludnie, przejawiała zainteresowanie zajęciami kulturalnymi (pewnie śpiewała o różowych kapciach), „wzięła udział w psychologicznym programie skorygowania osobowości” (cokolwiek to znaczy), „prawdopodobieństwo recydywy niewielkie”, i – trąby, werble, światło przygasa – „miejsce do spania utrzymywała w czystości i porządku”. A zatem wszelkie podstawy do zwolnienia są, nieprawdaż? „Dla wysokich kremlowskich klanów, sprawujących opiekę nad Wasiljewą, najważniejsze było to, że podczas rozprawy muza ministra nikogo nie wsypała. Teraz jej się odwdzięczają – wysuwa przypuszczenia Giennadij Gudkow. – Ciekawe jest to, że na Kremlu zaostrzyła się walka klanów. Signum temporis: zaczęły one działać coraz bardziej samodzielnie, nie uzgadniając swoich posunięć z gwarantem [czyli Putinem], ci ludzie sami wydają polecenia sądom, służbie więziennej, prokuraturze. […] A siłowicy nie mogą się połapać, które polecenia są „prawdziwe”, skonsultowane z Kremlem, a które nie. Świadczy to o narastającym kryzysie na szczytach władzy”. Może i tak, takiej tezy niepodobna zweryfikować. Przedterminowe zwolnienie Wasiljewej świadczy o tym, że rosyjski sąd kieruje się specyficzną logiką, zgodną z interesami systemu. Skazuje na realne wysokie wyroki uczestników demonstracji na placu Błotnym w przeddzień inauguracji Putina w maju 2012 – bo to ludzie występujący przeciwko systemowi. Wsadza do kolonii karnej brata Aleksieja Nawalnego – wroga systemu. Ekologa Witiszko skazuje na kilka lat za napisanie na ogrodzeniu pałacu gubernatora „Złodziej” – bo ekolog Witiszko staje się wrogiem systemu, wyciągając na światło dzienne tajne sprawki ludzi władzy. Wyciąga Chodorkowskiemu jakieś wyimaginowane zarzuty – bo to wróg systemu. A Jewgienija Wasiljewa nie jest wrogiem systemu, jest tego systemu częścią, pobierała rentę korupcyjną jak tysiące jej podobnych, w myśl logiki systemu to nie tylko nic zdrożnego, ale wręcz jego sól i istota. Wpadka i proces Wasiljewej były zapewne rezultatem porachunków wewnątrzkremlowskich – ktoś komuś chciał doraźnie pokazać miejsce w szeregu. Miękkie traktowanie i jeszcze bardziej miękkie lądowanie Wasiljewej mieszczą się w wewnątrzsystemowej logice: udajemy, że ścigamy korupcję, swoich nie zostawiamy w biedzie, odpokutowała, wystarczy.

Dzisiaj sprawiedliwy rosyjski sąd, ważny element systemu, ogłosił wyrok w jeszcze jednym procesie: Olega Siencowa i Aleksandra Kolczenki. Ale to temat na oddzielną opowieść. W zupełnie innym stylu.

Galeony i jachty, czyli Batyskaf Batyskafowicz Putin na Krymie

22 sierpnia. To wydarzenie kremlowskie tuby ogłaszały przez co najmniej trzy tygodnie: prezydent wybiera się na Krym. Na Krym! Odwieczne prarosyjskie ziemie. To miał być obrzęd potwierdzający niezbywalne prawo Rosji do półwyspu. Podróż Putina otrzymała co najmniej taką oprawę propagandową, jak pamiętna wyprawa Katarzyny II na rzucone do jej stóp przez księcia Potiomkina nowe zdobycze terytorialne. W tej atmosferze spodziewano się od Putina wiekopomnych oświadczeń, nagłych zwrotów akcji, zapowiedzi wielkiego przełomu. Tymczasem z napompowanej do granic możliwości propagandowej chmury spadł mizerny kapuśniaczek.

Na wyjazdowej naradzie w Sewastopolu poświęconej sprawom bezpieczeństwa z udziałem premiera i szefów FSB, Komitetu Śledczego, Rady Bezpieczeństwa prezydent przestrzegł, że „siły zewnętrzne” usilnie pracują nad zdestabilizowaniem sytuacji na Krymie, wrogowie tylko czyhają, aby „słuszne pretensje obywateli wynikłe z przejściowych trudności skierować w stronę destrukcji”, „rozgrywać kartę nacjonalistyczną”. „W niektórych stolicach” [ciekawe, których] przygotowuje się „kadry, mające dokonać aktów dywersji, aktów sabotażu” i dla „radykalnej propagandy”. Wezwał uczestników, by wzmogli czujność: na Krym nie mogą się dostać żadne niepożądane produkty, objęte antysankcjami. Na kolejnej nasiadówce – tym razem w ramach prac Rady Państwa – Putin zatroskał się o rozwój turystyki (to oddzielny temat, jak po aneksji „rozkwitł” biznes turystyczny na Krymie: nawet przymusowe i dotowane przez państwo skierowania z zakładów pracy i wszelkie inne zachęty nie działają: plaże Krymu i w szczycie sezonu są puste). Coś nowego? Ano, nic. Może chociaż jakaś nagroda pocieszenia? Też nie. Radźcie sobie sami, wielkiej kasy na Krymie nie będzie, bo nie ma skąd zaczerpnąć. Po prostu nadal cieszcie się tym, że jesteście w Rosji. No i uważajcie, bo tu może coś wybuchnąć (czy ktoś coś wysadzi, nie wiadomo, to mogą być niefortunne tajne ćwiczenia, jak w Riazaniu z workami heksogenu w 1999 roku).

Kijów, który wyraził protest w związku z wizytą na Krymie prezydenta i premiera Rosji, zwrócił uwagę na jeden z pasaży mowy prezydenta: że narody rosyjski i ukraiński to jeden naród. Putin wypowiada to zdanie nie po raz pierwszy. To w jego rozumieniu pojednawcza oferta dla Ukraińców, którzy zbłądzili na europejskich manowcach, oszołomieni zachodnimi błyskotkami, a powinni powrócić na słowiańskie łono Moskwy i nie brykać więcej. Prezydent Poroszenko ripostował, że w czasie wojny nie ma braterstwa narodów, naród ukraiński wybrał marsz ku Europie, a naród rosyjski przeżywa głęboki kryzys.

A jeśli chodzi o kryzys w stosunkach rosyjsko-ukraińskich, to nie zanosi się na przełom. Putin próbuje zachęcić Zachód do rozmowy o Krymie. Jakiś handel wymienny, jakieś obietnice, jakieś strachy. Minister spraw zagranicznych Ławrow rzucił kilka dni temu zanętę: Putin wybiera się do Nowego Jorku na sesję ONZ, mógłby się przy tej okazji spotkać z Obamą. Biały Dom nazajutrz odparł, że nic mu nie wiadomo o planach spotkania obu prezydentów.

W poprzednich latach prezydent Putin dostarczał wakacyjnego tematu – a to buszował topless w tajdze, a to latał myśliwcem, a to nurkował w akwalungu i cudownym trafem odkrywał starożytne amfory. W tym roku też zanurkował, ale już nie w akwalungu, a zanurzył się w batyskafie na głębokość 82 metrów. A tam niespodzianie czekał na niego od dziesięciu wieków pewien galeon.

Może zdrowie już nie to, może nowych konceptów brak, dość że Putin nie zaryzykował wyczynu wymagającego żelaznej krzepy, a wolał polegać na dobrym sprzęcie. W związku z tym sprzętem pojawiły się w sieci informacje dotyczące putinowskiego batyskafu. Dziennikarz i bloger Arkadij Babczenko zauważa: „prezydent kraju, mającego linię brzegową 38,5 tys. kilometrów, omywanej przez wody trzydziestu mórz, […], swego wiekopomnego odkrycia bizantyjskiego galeonu dokonał w batyskafie wyprodukowanym przez holenderską firmę U-BOAT WORX, zakupionym w 2012 roku”. Po co Putin opuścił się na dno? W zamyśle autorów pomysłu, aby rozbudzić w Rosjanach zainteresowanie ojczystą historią, zamiast tego wykazał, że Rosja nie ma przyzwoitych batyskafów rodzimej produkcji i sprowokował niezliczone żarty i memy. „Putin opuścił się na dno, nareszcie prezydent jest ze swoim narodem”. „Putin na dnie, Rosja już dawno tam jest”.

Przy okazji morskich wyczynów głowy państwa w pole widzenia dociekliwych komentatorów ponownie trafił sekretarz prasowy Putina, Dmitrij Pieskow, szczęśliwy pan młody. Jego ślub z łyżwiarką Tatianą Nawką stał się centralnym wydarzeniem roku (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/08/02/1476/). Dla jednych – był zachwycającym eventem z życia celebrytów, którzy gremialnie zjechali na zaślubiny i imprezę w najdroższym hotelu Soczi, dla innych – powodem do przyjrzenia się dochodom Pieskowa, który jest skromnym urzędnikiem Kremla, pobierającym wynagrodzenie z budżetu państwa. Przy okazji ślubu i wesela, zorganizowanego z wielkim rozmachem, Pieskow zaprezentował wypasiony zegarek, na który na pewno nie byłoby go stać z pensji rzecznika. Wydatek na zegarek wzięła na siebie Nawka, powiedziała, że podarowała go narzeczonemu z okazji ich ślubu. Całe lato jeździła w rewii na lodzie, żeby zaoszczędzić na ten przedmiot luksusu i oto oblubieniec mógł na nadgarstku zapiąć drogie cacko. Zegarek był ewidentną wtopą. Ledwie temat chronometru przycichł – zaraz pojawił się następny: miesiąc miodowy szczęśliwych nowożeńców.

Pieskow spędza ten szczęsny czas z ukochaną żoną, w kręgu bliskich przyjaciół i dzieci na wynajętym jachcie Maltese Falcon u wybrzeży Sardynii. Czemu nie na Krymie? Pogoda nieładna? Plaże zaniedbane? Co mu nie odpowiada?

Niezmordowany tropiciel nabytych za rentę korupcyjną przez rosyjskich urzędników nieruchomości na Zachodzie Aleksiej Nawalny zaraz wyliczył Pieskowowi, że wynajęcie jachtu o rozmiarach boiska piłkarskiego kosztuje 385 tysięcy euro (26 milionów rubli) za tydzień, bez wyżywienia i rozrywek. „Dmitrij Pieskow musiałby wydać na to wszystko równowartość swojej pensji za trzy lata”. Fundacja Zwalczania Korupcji Nawalnego zwróciła się z wnioskiem o wyjaśnienie, skąd urzędnik państwowy Pieskow dysponował forsą na opłacenie tej ekskluzywnej formy spędzenia miodowego miesiąca (może tylko tygodnia), „a jeśli nie opłacił jej sam, to niech wskaże źródła takich dochodów”. Pieskow odpowiedział, że nie wynajmuje jachtu na Sardynii, tylko hotel na Sycylii. Świetnie. Dlaczego nie na Uralu, w Udmurcji czy Karelii? Brakuje bazy turystycznej? Kiepskie połączenia z Moskwą? Kłamstwa o Sycylii zresztą też nie wystarczyło na długo, Nawalny pokazał w Internecie zdjęcia gości Pieskowa na rzeczonym jachcie, pozyskane z ich profili w mediach społecznościowych. „Goście Pieskowa na pewno zniszczyli podczas rejsu góry zakazanej żywności. Widelcem” – ironizowali komentatorzy w Internecie.

Rosyjscy politycy, jak widać – i w celach prywatnych, i służbowych – używają zachodnich sprzętów, a jednocześnie zalecają prowadzenie zaciekłej wojny z zachodnią żywnością. Zapowiadane przez Putina i Miedwiediewa „importozamieszczenije”, czyli zastąpienie na rynku rosyjskim inkryminowanej żywności zachodniej żywnością rodzimego pochodzenia okazało się kolejnym blefem i chwytem propagandowym, niczym więcej. Zastąpiono jedynie producentów zachodnich producentami wschodnimi i południowoamerykańskimi. Producenci rodzimi nie skorzystali na tych nowych warunkach, a za wzrost cen (znaczący) zapłacą konsumenci. Największym beneficjentem restrykcji na razie okazała się sprytna Białoruś. Co do „importozamieszczenija” wysokich technologii, dobrego sprzętu latającego, odmierzającego czas, zanurzającego się w głębiny, to jakoś nic na razie na Kremlu nie wymyślono. Jadowity krytyk reżimu Putina, Andriej Piontkowski, zauważył, że może nawet Rosja byłaby w stanie zaproponować światu alternatywę dla ideologii Zachodu, ale jeżeli rosyjska elita ma konta w zachodnich bankach, wille na Lazurowym Wybrzeżu, apartamenty w Londynie i kształci dzieci w prestiżowych szkołach na Zachodzie itd., to żadna antyzachodnia ideologia Rosji nie ma siły przekonywania, jest tak kłamliwa i obłudna, że nikt nie jest w stanie w nią uwierzyć.