Zapach pustki

21 listopada. Od czterech dni odbiorcy programów rosyjskiej telewizji mają okazję oglądać bezpośrednie transmisje z bombardowań Syrii dokonywanych w ramach operacji „Odwet”. Panowie generałowie opowiadają łamiącym się z emocji głosem, że „wykonano tyle a tyle samolotolotów (to nie literówka, tylko fachowe określenie liczby wykonanych wylotów), porażono tyle a tyle obiektów terrorystów, ataki spowodowały takie a takie straty”. Ilustracją tych sprawozdań są zdjęcia satelitarne lub wykonane z pokładu samolotów. Tu wybucha sztab terrorystów, a tu magazyn paliw – informują widzów dziennikarze łamiącym się z emocji głosem. Ten aspekt wybijany jest ostatnio na pierwszy plan: Rosja demonstruje, że świadomie niszczy ropę, którą handluje Państwo Islamskie, aby odciąć je od finansowania. Żadnych potwierdzeń, że Rosja bombarduje faktycznie Państwo Islamskie, a nie przeciwników Asada, z innych źródeł nie widziałam.

Jakie piękne są nasze bombowce „biały łabędź”; jak znakomicie, celnie, bezbłędnie rażą wyznaczone cele nasze wystrzeliwane z Morza Kaspijskiego skrzydlate rakiety Kaliber! – zachłystują się eksperci wojskowi łamiącym się z emocji głosem (http://tv.mk.ru/video/2015/11/20/rossiyskie-korabli-nanesli-udar-krylatymi-raketami-po-boevikam-v-sirii.html). „Rezultaty tak zwanej koalicji z USA na czele są równe zeru, w przeciwieństwie do sukcesów rosyjskiego lotnictwa” – dodaje z dumą łamiącym się z emocji głosem przewodniczący Dumy Państwowej Siergiej Naryszkin. Skoro nie chcą cię chwalić inni, chwal się sam.

W jednym z ostatnich programów informacyjnych „Wiesti” obszernie relacjonowano przygotowania do bombardowań: oto w lukach umieszczane są bomby, a na bombach żołnierze piszą: „za naszych”, „za Paryż”.

Znawca tematyki bliskowschodniej Gieorgij Mirski powątpiewa w znakomite wyniki rosyjskiej operacji wojskowej: „Bombardowania… Setny raz powtarzam: bombardować może każdy, a kto piechotę i czołgi wyśle? Nikt nie wysyła. Koalicja? Mamy już całe dwie koalicje, można je połączyć, stworzyć jedną pod wspólnym dowództwem USA i Rosji, proszę bardzo, ale kto pójdzie do ataku z giwerą przewieszoną przez ramię? Ci, którzy mogą i chcą walczyć, i tak walczą lepiej czy gorzej, mam tu na myśli rządowe armie Iraku i Syrii. Niektórzy nasi dziennikarze zachwycają się […], że syryjscy piloci dokonują cudów, wszak latają na starych samolotach. Rzeczywiście, trzeba umieć oderwać się od pasa startowego, przelecieć zadaną odległość, zrzucić bombę na przeciwnika, który nie ma nawet złamanego działa przeciwlotniczego. Istny cud, powiedziałbym nawet, niezwykły heroizm” (http://echo.msk.ru/blog/georgy_mirsky/1661394-echo/).

Rosyjscy komentatorzy zajmują się obficie rozważaniami, czy możliwe jest rozpoczęcie przez Rosję operacji lądowej. Wielu twierdzi, że nie tylko jest możliwe, ale wręcz nieuniknione. Spodziewano się, że wczorajsze połączone posiedzenie obu izb parlamentu (z którego pochodzi ten smakowity cytat Naryszkina) zwołane zostało po to, aby udzielić zgody na wysłanie wojsk lądowych do Syrii. Ale takiego wniosku nie rozpatrywano. Wygłoszono dyżurne mowy, rozbrzmiały dyżurne oklaski. Niektórzy wybrańcy narodu przysypiali bez żenady. Pachniało pustką.

W centrum zainteresowania nadal znajdują się wydarzenia związane z zamachami w Paryżu. W audycji rozgłośni Echo Moskwy politolog Stanisław Biełkowski powiedział ciekawą rzecz: „To jasne jak słońce. Putin wiedział o zamachach wcześniej, gdyż on ma sporą agenturę w Państwie Islamskim. Agentura to dawni członkowie partii Baas [rządzącej Irakiem za czasów Husejna], którzy dowodzą wojskowymi operacjami Państwa Islamskiego. To ludzie bliscy ZSRR i Rosji. A zatem rosyjskie służby specjalne mają swoją agenturę jeszcze od czasów iracko-irańskiej wojny. Patronat nad nimi sprawował Jewgienij Primakow”. Co jeszcze, zdaniem Biełkowskiego, świadczy o tym, że Putin zawczasu wiedział o paryskich aktach terroru? To, że momentalnie zareagował. Zwykle w sytuacjach trudnych, zaskakujących Putin się chowa. (Faktycznie tak było jeszcze od czasów tragedii nieszczęsnego Kurska, a ostatni przykład to długie milczenie po katastrofie rosyjskiego airbusa nad Synajem). „A tu dosłownie sekundę po zamachu pojawia się oświadczenie Pieskowa [sekretarza prasowego Putina] i Putin nieoczekiwanie wychodzi z cienia i gra dalej. […] Wykorzystał zamachy w Paryżu, aby powiedzieć światu, że koalicja jest niezbędna, że Rosję znów należy przytulić do kochającej piersi wspólnoty światowej”.

Jeśli rzeczywiście rosyjska agentura miała jakieś informacje i podzieliła się nimi z rosyjskimi władzami, a rosyjskie władze nie podzieliły się nimi z Francuzami, których teraz ogłaszają za głównych sojuszników, to fundament tych aliansów buduje się na piasku z wiatru i mgły. Na razie żadnych potwierdzeń ani dementi w tej sprawie nie ma.

Jeszcze zacytuję Stanisława Biełkowskiego, tym razem to fragment jego wpisu blogowego: „Pokonanie Państwa Islamskiego – czy to poprzez operację lotniczą czy naziemną – nie jest celem Putina. Jego celem jest pakt z Zachodem o podział sfer wpływów, walka z terroryzmem jest tylko instrumentem. Taka walka może trwać wiecznie. Łącząc z Zachodem wysiłki w walce z terroryzmem, Rosja liczy na całkowite lub choćby częściowe zniesienie sankcji, faktyczne uznanie Krymu za część Federacji Rosyjskiej, legalizację Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych jako quasipaństwowych tworów, znajdujących się w składzie Ukrainy formalnie, a faktycznie niezależnych, kontrolowanych przez Moskwę”.

Jeżeli taki jest cel Putina, a myślę, że to możliwe, to jeszcze długo będziemy słuchać o urodzie rosyjskich bombowców niosących bomby z krzepiącymi napisami, o niezłomnej postawie asadowskich wojsk i pieśni w rodzaju „Syrio, siostro moja, rosyjski brat cię obroni”: https://www.youtube.com/watch?v=01xIxPc0Xy8

Bomba i odwet

18 listopada. Żyjemy w czasach, gdy kula ziemska nie zdąża obrócić się wokół swojej osi, a już wszystko się zmienia jak w kalejdoskopie. Przez szesnaście dni po katastrofie rosyjskiego samolotu pasażerskiego lecącego z Egiptu do Petersburga rosyjskie władze trzymały się wersji, że airbus runął na ziemię z przyczyn technicznych, błędów ludzkich, a wersję zamachu traktowano jako „jedną z możliwych”, spychając na dalszy plan. Wersja o zamachu w sposób zbyt oczywisty wskazywała na związek tej tragedii z operacją wojsk rosyjskich w Syrii.

I oto prezydent Putin po spotkaniu z dyrektorem FSB siedemnastego dnia po tragedii niespodzianie stwierdza, że nie ma najmniejszych wątpliwości: to był zamach. I grzmi głosem pełnym emocji: „Nie otrzemy łez z naszych dusz i serc. Ale to nie przeszkodzi nam znaleźć i ukarać przestępców. […] Będziemy szukać ich wszędzie, gdzie by się nie pochowali. Znajdziemy ich w dowolnym punkcie naszej planety i ukarzemy”. Niepodobna uwolnić się od uczucia deja vu – podobne mocne słowa pewien nieznany, niepozorny polityk wypowiedział w roku 1999 po zamachach bombowych w Moskwie i innych miastach – wtedy obiecał dorwać terrorystów „nawet w kiblu”. Minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow swoim grobowym głosem dorzucił, że Rosja została zaatakowana, a zatem po tym ataku na airbusa ma pełne prawo do samoobrony.

Skąd ta nagła zmiana? Zmienił się kontekst. Po krwawych zamachach w Paryżu i rozmowach na szczycie G20 w Antalyi zamach na rosyjski samolot można było umieścić w szerokim kontekście i wykorzystać jako argument na rzecz budowania wspólnej koalicji antyterrorystycznych. ” Oni ucierpieli z rąk terrorystów i my ucierpieliśmy, oni się mszczą i my się będziemy mścić”.

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmienił się ton opowiadania o Zachodzie w rosyjskich mediach. Komentatorka, znawczyni mediów Irina Pietrowska zauważa: „W programie Czas pokaże na Pierwszym Kanale [ogólnokrajowy najpopularniejszy I program rosyjskiej telewizji] prowadzący Tołstoj z ekspertami dyskutują o zamachu. Jeszcze tydzień temu ten sam Tołstoj ze skóry wyskakiwał i wszystkie organy gotów był oddać, dowodząc, że zamachu nie mogło być: „nie znaleziono śladów materiałów wybuchowych, to dlaczego Obama i inni liderzy mówią o zamachu?”.

Teraz kapłani ministerstwa prawdy mają nowe zadanie – trzeba uzasadnić, że ci, których jeszcze przed chwilą mieszali z błotem i odsądzali od czci i wiary, jednak zasługują na szacunek. Bo prezydent Putin dostrzegł szansę na przełamanie izolacji, w jakiej Rosja znalazła się na skutek aneksji Krymu i rozróby w Donbasie. Dostrzegł ją przede wszystkim w Paryżu. Francja po zamachach krwawi, rzuca na pozycje Państwa Islamskiego dodatkowe samoloty, wyprawia okręty przez Morze Śródziemne. „My też tak postąpimy – oznajmia Putin. – Proszę, panowie wojskowi, traktować Francuzów jak sojuszników”. I medialna obsługa Kremla od wczoraj wyskakuje z portek, żeby przekonać publiczność, że Francuzi są dobrzy. Zresztą nie tylko Francuzi, nawet Amierikosy-Pindosy też w rosyjskiej przestrzeni medialnej z dnia na dzień odzyskali człowieczeństwo. „Rosjanie mają bardzo krótką pamięć operacyjną, pliki sprzed tygodnia już zostały usunięte. Nie trzeba niczego przypominać, przecież to było dawno i nieprawda” – podsumowuje niewesoło jeden z komentatorów. „Jakże to tak? Obama już nie jest czmo, a Gejropa to nasi przyjaciele i partnerzy? Oceania zawsze walczyła z Eurazją i była sojusznikiem Wschódazji!”. Orwell znowu kłania się w pas.

Tymczasem rosyjska dyplomacja swoimi kanałami próbuje narzucić „partnerom” (tak, to słowo powróciło do słownika prezydenta i spółki) swoje widzenie rozwiązania sytuacji w Syrii: powalczymy z Państwem Islamskim, ale Asad zostanie nadal prezydentem Syrii. „W tej sytuacji nie ma wątpliwości, że niedopuszczalne jest formułowanie jakichkolwiek warunków połączenia wysiłków w walce z Państwem Islamskim” – powiedział Ławrow. Jasne, w takiej sytuacji, gdy cały świat bierze się za zwalczanie Państwa Islamskiego, nieprzyzwoicie jest mówić o Asadzie (przeciwko któremu buntuje się dwie trzecie jego kraju), a już tym bardziej przypominać Putinowi o Krymie, Donbasie i boeingu zestrzelonym nad wschodnią Ukrainą. To kremlowski plan minimum, plan minimum plus zawiera jeszcze postulat, aby Zachód łaskawie zabrał się w troki z całego obszaru postradzieckiego i pozostawił go pod kuratelą starej metropolii. No i oczywiście zdjął sankcje. Co z tego uda się zrealizować, pozostaje kwestią otwartą.

Już wczoraj Putin wysłał nad Syrię bombowce stacjonujące w bazach w Rosji – wielkie strategiczne maszyny, mogące zabrać na pokład od kilkunastu do nawet 40 ton bomb. „Show? No, show. Ale bardzo ładny” – zachwycił się publicysta Jegor Chołmogorow, który nadal nie może odżałować, że takich efektownych show nie było nad Noworosją.

Szczyt, Syria i koty

16 listopada. Na zjazd dwudziestki w tureckiej Antalyi prezydent Putin jechał z zamiarem przełamania izolacji w stosunkach z Zachodem. Od półtora miesiąca rosyjskie lotnictwo bombarduje w Syrii pozycje bojowników różnej proweniencji (Moskwa twierdzi, że tylko Państwo Islamskie, ale są na ten temat i inne doniesienia). Ponadto po krwawych zamachach w Paryżu, do których przyznało się Państwo Islamskie, sprawa przyduszenia hydry terroryzmu oraz problem napływających do Europy uchodźców z Bliskiego Wschodu stanęły ostro na porządku dnia. Kreml w tej zaostrzonej sytuacji zgłosił akces utworzenia wspólnego frontu walki.

Zachętę do tworzenia czegoś w rodzaju „koalicji antyhitlerowskiej bis” Putin zgłasza zachodnim partnerom już od pewnego czasu. W obliczu groźnego wroga (terroryzm, Państwo Islamskie) Rosja będzie sojusznikiem Zachodu, mówi Putin, bo w pojedynkę wroga się nie pokona; niech zatem Zachód puści w niepamięć różne grzeszki (aneksja Krymu, wojna w Donbasie, zestrzelony boeing), a będzie „fajnie i gites”, jak śpiewa Jaromir Nohavica. No i jeszcze niech na stolcu w Syrii pozostanie Asad, „jedyny prawomocny prezydent”. No i jeszcze w ramach poprawy atmosfery niech Zachód zniesie wreszcie te okropne sankcje.

Od piątkowego wieczora, gdy napłynęły wiadomości o zamachach w Paryżu, tuby kremlowskiej propagandy dęły co sił w płucach: trzeba się zjednoczyć, trzeba połączyć wysiłki, trzeba razem.

Pozycja przetargowa Moskwy w świetle ostatnich wydarzeń poprawiła się. Proszę sobie przypomnieć, jak wyglądał ostatni szczyt G20 w Australii: Putin siedział sam przy stoliku, nikt z nim nie chciał rozmawiać, premier Australii był nieprzyjemny do granic możliwości, a może nawet bardziej (to było niedługo po katastrofie samolotu nad Donbasem, w której zginęli obywatele Australii); Putin się obraził i wyjechał wcześniej. W Antalyi z Putinem spotkało się kilkoro najważniejszych przywódców zachodniego świata. Czy rozmowy te miały jakiś konstruktywny wymiar?

„Na wymarzony pakt o nowej Jałcie w nagrodę za udział Putina w walce z Państwem Islamskim, wydaje mi się, Zachód nie pójdzie i Putinowi w czasie szczytu dano to jasno do zrozumienia – uważa politolog Andriej Piontkowski (zawsze krytyczny wobec Kremla). – Widać to było choćby po suchym komunikacie Białego Domu: Putin i Obama rozmawiali o Ukrainie, Putinowi przypomniano o konieczności przestrzegania porozumień mińskich. W rosyjskiej telewizji odtrąbiono wielki sukces: na obrazku widać było rosyjskiego lidera, którego dopuszczono do wspólnego stołu. Putin z wielką przyjemnością wypowiadał przed kamerą słowa „David”, „Barack”, „Angela”, demonstrując, że znowu jest swój wśród swoich. Ale na tym sukces się jednak kończy i raczej nie sięgnie poza granice Rosji. […] Zachód może sam poradzić z problemem Syrii i Państwa Islamskiego, Rosja się tylko ze swoim Asadem plącze pod nogami. Nowa koalicja antyhitlerowska to fałszywy mem”.

Jest jeszcze jeden aspekt kontaktów na linii Moskwa-Zachód: zaufanie. Towar deficytowy. Igor Ejdman w audycji Radia Swoboda przypomina: „Jak pokazuje praktyka ostatnich lat, jak pokazuje historia ukraińskiego konfliktu, każde porozumienie Putin z łatwością narusza i stara się sytuację wykorzystać nie dla osiągnięcia deklarowanych celów, jak np. walka z Państwem Islamskim, a dla rozwiązania swoich konkretnych taktycznych ekspansjonistycznych zadań. […] Teraz sama walka z islamizmem Putina nie interesuje. Nawet jeśli Zachód postanowi układać się z Putinem, to i tak nic na tym nie wygra, po prostu Putin po raz kolejny oszuka zachodnich polityków, owinie ich sobie wokół palca, choć mam nadzieję, że tym razem do tego nie dojdzie”. Cóż, zobaczymy. Przed zamachami we Francji sytuacja była inna, po zamachach jest inna, rozmiękczony grunt jest bardzo na rękę Putinowi, liderzy Zachodu są bardziej skłonni do kompromisów.

Prezydent Obama powiedział, że Rosja może połączyć swoje wysiłki z działaniami koalicji walczącej z Państwem Islamskim. Ale czy Moskwa jest do tego gotowa? Zacytuję jeszcze raz Igora Ejdmana: „Nie ma mowy o tym, że Rosja zacznie działać w składzie tej [istniejącej pod auspicjami USA] koalicji, że jest w stanie podporządkować się wspólnemu planowi, walczyć z islamistami, pokonać nowych barbarzyńców z Państwa Islamskiego. Nie, to niemożliwe, dlatego że to stoi w sprzeczności z praktyką rosyjskiej polityki i tymi zadaniami, które miejscami nie różnią się od zadań islamistów, bo to zadania ekspansji, rozbicia cywilizacyjnego ładu”.

Na koniec jeszcze kilka słów o nieformalnym spotkaniu Putin-Obama. TASS podkreśla, że tego spotkania nie było w programie. Na kanale youtube zamieszczono filmik nakręcony z boku:

https://www.youtube.com/watch?v=d6qJpCutWug

Satyryk Jołkin zauważył, że największym zainteresowaniem mediów i publiczności portali społecznościowych cieszyła się nienerwowa przechadzka kotów po podium przygotowanym dla uczestników spotkania:

http://www.svoboda.org/content/article/27368678.html

 

 

Moskwa patrzy na Paryż

14 listopada. Ludzie przynoszą pod ambasadę Francji na ulicy Bolszaja Jakimanka w Moskwie kwiaty, ikony, świece. Długa kolejka tych, którzy chcą złożyć hołd ofiarom zamachów terrorystycznych w Paryżu, stoi na ulicy aż do wejścia do stacji metra Oktiabrskaja. „Rosja opłakuje Paryż”, „Kochamy Paryż”, „Nie boimy się” – takie napisy można przeczytać na pozostawianych pod ambasadą karteczkach. (Zdjęcia tu: http://grani.ru/Events/Terror/m.245881.html). Kilka obiektów w Moskwie, między innymi wieżę telewizyjną w Ostankino, podświetlono we francuskich barwach narodowych.

W nocy depeszę kondolencyjną w związku ze śmiercią 129 ofiar sześciu ataków terrorystów w Paryżu, na ręce władz Francji wystosował prezydent Rosji. „Ta tragedia to kolejne świadectwo barbarzyńskiej istoty terroryzmu, który rzuca wyzwanie ludzkiej cywilizacji. Aby efektywnie walczyć, musimy połączyć wysiłki całej wspólnoty międzynarodowej”. Putin zaproponował też pomoc w śledztwie. Liczny zastęp deputowanych do Dumy powtarza dziś postulat stworzenia wspólnego frontu walki z Państwem Islamskim. To nie tylko dyżurne wyrazy współczucia, to ważna oferta płynąca z Moskwy. Zresztą, nie po raz pierwszy. Teraz lepiej ją słychać po tragicznych atakach w Paryżu i po katastrofie rosyjskiego samolotu nad półwyspem Synaj dwa tygodnie temu. Rosyjska solidarność z ofiarami we Francji ma jeszcze i to tragiczne podłoże – wspólnotę żałoby po ofiarach.

Szef komisji spraw zagranicznych rosyjskiego Senatu Konstantin Kosaczow zasugerował, że należy odnowić współpracę służb specjalnych, mocno ograniczoną po wydarzeniach na Ukrainie. Jeszcze wczoraj przedstawiciele ugrupowania Władimira Żyrinowskiego pikietowali ambasadę Francji w Moskwie w związku z niedawnym opublikowaniem przez pismo „Charlie Hebdo” rysunków związanych z katastrofą rosyjskiego samolotu. Stali z transparentami: „My nie jesteśmy Charlie”, „Nowi przyjaciele terrorystów?” itd. Dzisiaj miała się też odbyć podobna demonstracja organizowana w Petersburgu przez Wiaczesława Miłonowa, antygejowskiego aktywistę. Miłonow odwołał akcję i wezwał satyryków pisma, aby powstrzymali się od publikowania rysunków związanych z zamachami. „Terroryzm nie ma narodowości” – oznajmił przytomnie. Prezydent Czeczenii Ramzan Kadyrow zwrócił się do przywódców państw muzułmańskich z apelem o podjęcie wspólnych działań na rzecz zwalczania Państwa Islamskiego.

Użytkownicy rosyjskich mediów społecznościowych nie tylko masowo wyrażają współczucie i solidarność z Francją (wielu zmieniło swoje zdjęcia profilowe w FB i Twitterze, umieszczając w tle francuską flagę). Pojawiają się również komentarze i prognozy. Administrator prześmiewczego konta na Twitterze „Mysli pierzidienta” dziś jest poważny: „Oglądam telewizję Dożd’ – chłopak z Moskwy opłakuje pod francuską ambasadą ofiary zamachów. Dopóki są tacy ludzie, Rosja żyje”. Ale częsty jest i taki motyw: „Lepszego prezentu dla Putina niż zamachy w Paryżu trudno sobie wyobrazić. To tak oczywiste, że nawet nie wymaga dodatkowych wyjaśnień”. Niektórzy idą jeszcze dalej: „Zamachy terrorystyczne w Paryżu to operacja specjalna Moskwy – akt przymuszania Europy do przyjaźni, świetny środek do tego, aby świat zapomniał o Krymie i Donbasie, o zestrzelonym malezyjskim boeingu”. W zupełnie innym duchu wypowiedział się w FB politolog Siergiej Markow, głosiciel idei „rosyjskiego świata”, Noworosji etc., zawsze do usług Kremla: „Należy wzmocnić środki bezpieczeństwa w Moskwie. Rosja, USA, Francja razem powinny dodusić Państwo Islamskie w Syrii, Iraku i Libii. Należy natychmiast zakończyć konflikt Rosji z Zachodem z powodu Ukrainy. Juntę zamienić na rząd techniczny, zmienić konstytucję, sprzątnąć neonazistów, przeprowadzić nowe wolne wybory. Kijowska junta to jedna z największych przeszkód w podjęciu wspólnej walki przez USA, UE i Rosję”. (Znowu to hasło wspólnej walki.)

Gazeta „Izwiestia” przeprowadziła błyskawiczną sondę wśród czytelników. Aż 77% uczestników powiedziało, że spodziewało się „czegoś podobnego” jak paryskie zamachy. 74% zadeklarowało, że po tym, co się stało, zrewidowało swoje plany wyjazdowe do Francji (wielu miało zamiar udać się do Paryża na powitanie Nowego Roku). Zdaniem badanych następnym celem terrorystów będzie Rosja (39%) lub Europa (32%). W ankiecie wzięło udział 15 tysięcy osób.

Większość dzisiejszych reakcji zarówno ze strony rosyjskich polityków, jak mediów oficjalnych i mniej oficjalnych wypowiedzi w Sieci dotyczy międzyludzkiej solidarności z ofiarami terroru, z władzami Francji, obywatelami tego kraju. Na stricte polityczne gesty i posunięcia przyjdzie czas już niebawem. Przed nami szczyt G20.

Córki stanu

11 listopada. Rodzice się do niej nie przyznają. Nie wiadomo, kim jest, nie wiadomo, skąd jest. Nie wiadomo, jakie umiejętności sprawiły, że zajęła stanowisko dyrektora firmy Innopraktika, realizującej lukratywny kontrakt na Uniwersytecie Moskiewskim (projekt wart 1,7 mld dolarów; na projekt zrzucają się same tuzy: Rosnieft’, Transnieft’, Rosatom). Nie wiadomo, jak zarobiła 3,7 mln dolarów na willę w Biarritz. Nie wiadomo, jak zgromadziła majątek wart 2 mld dolarów. Wiadomo tylko, że ma fajne hobby: akrobacje w rytmie rock and rolla. I że nieźle jej te tańce wychodzą (mistrzostwa świata w Szwajcarii sprzed dwóch lata, piąte miejsce https://www.youtube.com/watch?v=wg5q4ub74yc).

W styczniu sprawa tożsamości 29-letniej blondynki Kateriny Tichonowej wypłynęła po raz pierwszy. Dziennikarska brać zainteresowała się enuncjacjami publicysty i blogera Olega Kaszyna, który twierdził, że wysportowana miłośniczka akrobatycznego rock and rolla i dyrektorka Innopraktiki jest młodszą córką prezydenta Putina. Sekretarz prasowy głowy państwa wzruszył ramionami: „nie wiem, kim ona jest, już tyle dziewcząt uważano za córki Władimira Putina”. I tyle.

Temat ostatnio powrócił. Tym razem za sprawą publikacji Reutersa (http://www.reuters.com/investigates/special-report/russia-capitalism-daughters/). Dziennikarze agencji ustalili, że Katerina to prezydencka latorośl. Jej mąż Kiriłł Szamałow – syn członka kooperatywy Oziero, Nikołaja – jest akcjonariuszem firmy SIBUR Holding (przetwórstwo ropy, gaz). Akcje nabył od innego dobrego znajomego pana Putina, Giennadija Timczenki. Kółko wzajemnej adoracji.

Po publikacji Reutersa do Kateriny znów nikt się nie przyznał. Sekretarz prasowy oznajmił z niezmąconym spokojem: Nie dysponuję informacjami o życiu osobistym pani Tichonowej. Mogę zdementować doniesienia Reutersa.

Taki trend panuje na Kremlu: to nie nasi żołnierze, to nie nasz Buk, to nie nasz zegarek, to nie nasze dzieci. I jeszcze – to nie nasze domy. Niezmordowana fundacja zwalczania korupcji zainteresowała się olbrzymim domem w prestiżowym osiedlu willowym pod Moskwą (http://alburov.ru/2015/11/neotvetila/). Nieruchomość została w rejestrze zapisana na nazwisko Kseni Szojgu, młodszej córki ministra obrony. Dziewczyna ukończyła MGIMO i zaczyna karierę biznesową – zarabia na organizowaniu „patriotycznej” gry terenowej. Wartość samej działki w tej okolicy kosztuje krocie, a cóż dopiero wzniesienie pałacu w stylu chińskiej pagody. Jaka była reakcja na publikacje dociekliwej fundacji? Zamknięcie nieuczciwego właściciela? Nie! Zamknięcie dostępu do rejestru nieruchomości.