Ścigany Chodorkowski Michaił Borysowicz

11 grudnia. Z dnia na dzień rośnie liczba ofiar, które zginęły z ręki Michaiła Chodorkowskiego – tak w każdym razie wynika z publikowanych komunikatów organów śledczych Federacji Rosyjskiej.

Były właściciel koncernu Jukos, były zek numer jeden Putina, ułaskawiony dwa lata temu przez prezydenta (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2013/12/20/chodorkowski-na-wolnosci/), obecnie prezes fundacji Otwarta Rosja Michaił Chodorkowski znowu znalazł się w centrum zainteresowania światowych mediów i… rosyjskich śledczych.

Komitet Śledczy wpadł nagle na trop Chodorkowskiego w związku z zabójstwem mera miasta Nieftiejugańska, w którym Jukos robił swoje złote interesy, Władimira Pietuchowa w roku 1998. Po tylu latach – taka niespodziewana iluminacja! Ponadto śledczy przypisują mu próby zabicia ochroniarza mera oraz jeszcze zorganizowania zabójstw (lub prób zabójstw) czterech innych osób – konkurentów Jukosu. O sprawie zabójstwa Pietuchowa dawno zapomniano, zgodnie z oficjalną wykładnią sprawcę schwytano – w łagrze siedzi wszak od lat szef ochrony Jukosu Aleksiej Piczugin, oskarżony o zabicie mera Nieftiejugańska. Za to zabójstwo ścigany jest również Leonid Niewzlin (został zaocznie skazany na dożywocie), jeden z dyrektorów Jukosu, od lat mieszkający w Izraelu. Śledczy wskazują, że motywem zabójstwa były rzekome konflikty wokół ukrywanych podatków. Chodorkowski oraz jego ludzie kategorycznie twierdzą, że oskarżenia są wyssane z palca. Jeden z prześmiewczych użytkowników Twittera napisał: „Komitet Śledczy oskarżył Chodorkowskiego o zabójstwo Kennedy’ego, syna Iwana Groźnego i o ukrzyżowanie Jezusa Chrystusa”. No bo coś na rzeczy jest, nieprawdaż?

Kilka dni temu w głównym wydaniu programu informacyjnego rosyjskiej telewizji państwowej pokazano ni z tego niż owego wdowę po Pietuchowie, która łkając, oskarżała Chodorkowskiego o zabicie jej nieboszczyka męża. Następnego dnia Komitet Śledczy wezwał Chodorkowskiego do złożenia zeznań w związku ze sprawą Pietuchowa, papier dostarczono nie wiedzieć czemu na adres ojca Chodorkowskiego w Moskwie, choć Michaił od dwóch lat mieszka w Szwajcarii i do Moskwy nie przyjeżdża. Na wezwanie rzecz jasna się nie stawił.

W nowej sytuacji Chodorkowski wezwał Aleksieja Piczugina, aby ten wziął udział w „show”, jak określił szykujący się nowy proces. W Twitterze napisał: „Piczugin, zakładnik, do tej pory nie poszedł na ugodę [ani w śledztwie, ani podczas rozprawy nie składał zeznań obciążających Chodorkowskiego]. Ale teraz pojawiła się możliwość wymiany: wolność w zamian na udział w tym przedstawieniu. Aleksieju, zrób to”. Zrób to, a więc zwal na mnie całą winę, jeżeli ciebie za to uwolnią, to w porządku, tak trzeba zagrać.

Swoją drogą, ciekawe, skąd ten nagły zryw spóźnionej sprawiedliwości wobec Chodorkowskiego, którego Putin uwolnił przed upływem drugiego odsiadywanego wyroku i pozwolił wyjechać z Rosji? Wydawało się, że rachunki zostały wyrównane, a adwersarz Putina dostał za swoje, skruszał i da za wygraną. Okazuje się, że ciągle jeszcze jest o co grać. I to wysoko.

Być może Rosja walczy o dyskredytację Chodorkowskiego w oczach reszty świata w związku z zasądzeniem kilku kar za zagarnięcie mienia Jukosu (pięćdziesiąt kilka miliardów dolarów, nie w kij dmuchał). Być może, przecież nikt tego oficjalnie nie wyjaśnia. Być może nowe rewelacje Komitetu Śledczego powstały w związku z wystąpieniem Chodorkowskiego sprzed dwóch dni.

„Wobec braku uczciwych wyborów jedyny sposób zmiany władzy to rewolucja. Rewolucja w Rosji musi nastąpić, resztki rezerw i groźba represji tylko odwlekają jej początek” – powiedział Chodorkowski. Podkreślił, że rewolucja może i powinna być pokojowa.

Czy kolejne wystąpienie byłego oligarchy stanowi jakieś zagrożenie dla reżimu Putina? Zapowiedź rewolucji? Na dodatek pokojowej? Nie przypuszczam. A zatem to raczej nie słowa Chodorkowskiego tak mocno zaniepokoiły Kreml, że uruchomiono żarna machiny śledczej. O co więc chodzi? Może o publikacje fundacji Otwarta Rosja. Dotyczą one powiązań ludzi z bliskiego kręgu Putina z mafią (https://openrussia.org/post/view/10965/) oraz wynikającego z powyższych ustaleń motywu zabójstwa Aleksandra Litwinienki, który dotarł do materiałów obciążających wiele ważnych osobistości (https://openrussia.org/post/view/11046/). Ale o tym – w następnym odcinku.

Okupowani w Norwegii

5 grudnia. Premier z partii ekologów otwiera ośrodek naukowo-badawczy, który ma dać Norwegii, Europie, całemu światu nową technologię: energię z toru. Zdrową, zieloną, tanią. Upowszechnienie tej technologii zdusi zmorę efektu cieplarnianego. To przyszłość, ale niedaleka, na wyciągnięcie ręki. Zielony premier zapowiada zaprzestanie przez Norwegię wydobycia węglowodorów, niszczących przyrodę. I tu dochodzi do zmowy Unii Europejskiej z Rosją, które nie są zainteresowane zawieszeniem wydobycia norweskich surowców energetycznych. UE nie chce czekać na uruchomienie produkcji energii z toru, musi mieć zaopatrzenie już teraz, zaraz. W gaz, ropę. Przymusza więc Norwegię do uwzględnienia swojej pozycji. Tylko na chwilę, na krótką metę, dopóki nie ma nowej technologii. Z pomocą pogrążającej się w kryzysie energetycznym Unii przychodzą Rosjanie. „Uprzejmi ludzie” uprowadzają norweskiego premiera i żądają zmiany polityki energetycznej Norwegii, sprawnie zajmują złoża. A potem już tylko poszerzają pole działania.

Tak zaczyna się dziesięcioodcinkowy serial norweskiej telewizji zrealizowany według pomysłu znanego twórcy kryminałów Jo Nesbo. Na ten pomysł pisarz wpadł w 2008 roku, jeszcze zanim pojęcie „uprzejmi ludzie” vel „zielone ludziki” na trwałe weszło do użytku po akcji Putina na Krymie i w Donbasie. W zaskakujących zwrotach akcji, mistrzostwie stosowania prowokacji, wykręcaniu kota ogonem, finezyjnej grze dyplomatycznej, postawach polityków można rozpoznać to, co znamy z codziennej obserwacji sceny politycznej. Z tego punktu widzenia to bardzo pouczająca lekturka. A poza tym – wciągające widowisko, znakomita robota scenariuszowa, świetne role (szczególnie Ingeborga Dapkunaite jako ambasador Rosji w Oslo). Wątki przemiany myślenia społeczeństwa norweskiego, początkowo przyjmującego rosyjską okupację bez sprzeciwu, zmiana postawy nieszczęsnego premiera, uwikłanego w niechcianą kolaborację, praca mediów i służb specjalnych – wszystko to splata się w ciekawą kanwę, serial utkany jest jak koronka.

Rozpoczęcie emisji serialu w Norwegii (wczesną jesienią tego roku) wywołało głośną reakcję rosyjskiego ambasadora, który uznał dzieło za atak na pamięć tych radzieckich żołnierzy, którzy polegli w walce z faszyzmem, wyzwalając północ Norwegii. Co ma piernik do wiatraka – nie wyjaśnił. Zapewnił natomiast: „nie jesteśmy okupantami”. Potem Rosjanie odpuścili sobie i nacisków nie wywierali, sekretarz prasowy ambasady oznajmił: „rozpętywanie histerii wokół serialu to nie nasz styl”.

„Okkupert” (tak brzmi oryginalny tytuł) stał się największym hitem telewizyjnym w Norwegii, emisje kolejnych odcinków biły rekordy oglądalności. Dzisiaj wyświetlanie serialu rozpoczyna polski kanał Ale kino. Warto obejrzeć.

Cała sala kaszle z nami

3 grudnia. Doroczne orędzia prezydenta przed połączonymi izbami rosyjskiego parlamentu należą do żelaznego repertuaru kremlowskiego teatrum. Na parę dni przed tym dyżurnym wystąpieniem zainteresowanie publiczności podgrzewają wszystkie błagonadiożne media z telewizją na czele. Przez półtorej godziny kamery wnikliwie śledzą każde drgnienie mięśni twarzy lidera i uważnie omijają zaspane twarze słuchaczy, którzy znają już prezydencką litanię na pamięć i nie oczekując żadnych niebezpieczeństw dla swych pozycji, pozwalają sobie na profesjonalną drzemkę z półprzymkniętymi oczami. Tym razem też nic nie zakłóciło urzędowego snu niesprawiedliwych (tradycyjnie na kpinki naraził się premier Miedwiediew, który regularnie przysypia na oficjalnych uroczystościach: https://twitter.com/thqstn/status/672347357967753216). W tłumie jednakowych garniturków wyróżniał się wpatrzony w wodza tęsknym wzrokiem szef motoklubu Nocne Wilki Aleksandr Załdostanow zwany Chirurgiem. Siedział w firmowej czapce.

Mistrzowie sceny zawsze twierdzili, że najważniejsze jest entree – pierwsze wrażenie często określa całą karierę lub przynajmniej powodzenie sztuki. Początek dzisiejszego spektaklu na Kremlu należy uznać za fatalny. Prezydent w nienagannym czarnym garniturze i eleganckim idealnie dobranym krawacie w biały rzucik wszedł na trybunę. Sala wstała, westchnęła, usiadła. Prezydent obrzucił słuchaczy panoramicznym spojrzeniem. Zakasłał. Jeszcze raz zakasłał. Nerwowo sięgnął po szklanicę z wodą stojącą usłużnie na blacie. Pociągnął łyk zbawiennego płynu. Odchrząknął. Jeszcze raz odchrząknął, tym razem zawiesiście. Wreszcie zaczął. Już pierwszy najazd kamery ujawnił niekorzystnie dobrany odcień pudru czy fluidu, którym charakteryzatorzy obficie pokryli pana prezydenta. Trudno tak grubą warstwę zasypki uznać za oznakę dobrej kondycji.

Niepokojące chrząkanie przechodzące w pokasływanie towarzyszyło całemu orędziu. Złośliwi komentatorzy zaraz zaczęli się zastanawiać, co by to mianowicie miało znaczyć: przeziębienie czy próbę zakamuflowania kłamstw i niezręczności.

Niewątpliwym hitem nudnego wystąpienia było powołanie się na Allaha. W kontekście prześmiewczym, więc nie wiem, jak to zostanie odczytane przez uwrażliwionych na takie konteksty wyznawców Koranu: „Allah postanowił ukarać klikę rządzącą Turcją, pozbawiając ją rozumu i rozsądku”. To, że Turcja stała się głównym punktem wystąpienia, nikogo chyba nie zdziwiło. Po zestrzeleniu rosyjskiego samolotu przez tureckie lotnictwo 24 listopada napięcia na linii Ankara-Moskwa nie słabną. Wręcz przeciwnie – telewizyjna propaganda podtrzymuje wysokie tony w ruganiu niedawnych przyjaciół od rana do nocy. Ostra retoryka Putina wskazuje na to, że Rosja nie zamierza odpuścić i nadal szuka przestrzeni, żeby Turcji przydzwonić w ucho. Prezydent zapowiedział, że wprowadzone dotychczas sankcje obejmujące pomidory to nie wszystko. Moskiewski politolog Nikołaj Pietrow ocenił: „To, że [prezydent] pozwala sobie mówić w takim stylu, świadczy o wysokiej emocjonalności, to słowa płynące z głębi duszy, szczere […] Wniosek stąd taki, że w najbliższym czasie nie należy się spodziewać deeskalacji w stosunkach z Turcją”. No tak, deeskalacji nie będzie. Ale czy Kreml wprowadzi jakieś bardziej dotkliwe sankcje wobec Turcji, nie narażając się przy tym na nieobliczalne straty? Czy to tylko retoryka czy konkretny plan przykrych działań?

Turcja przesłoniła w przemówieniu cały zagraniczny horyzont. Nie padło słowo „Ukraina” (miejsce wycieranej dotąd na wszystkie sposoby po wszystkich kątach „kijowskiej junty” zajęła „turecka klika” niespełna rozumu). Nawet zwykle oblewany pomyjami Zachód, wyszedł prawie suchy, oskarżany jedynie o sprawstwo kolorowych rewolucji, obalających dyktatury i wprowadzających chaos, co sprzyja hodowaniu żmii terroryzmu.

Prezydent nie pominął milczeniem bolączek sytuacji wewnętrznej. Tak, tak, proszę państwa, śmiało okładał biczem krytyki korupcję, która nie pozwala rosyjskiej gospodarce należycie się rozwijać. Kamerzysta realizujący dla telewizji transmisję przy słowach „walka z korupcją” wyłuskał z morza ważnych głów prokuratora generalnego Jurija Czajkę. Z jednej strony takie zbliżenie na twarz głównego prokuratora Judei jest logiczne – bo któż miałby walczyć z korupcją, jeśli nie on. Ale z drugiej strony… Jak relacjonuje deputowany Dmitrij Gudkow, gdy Putin wypowiadał słowa o ściganiu łapówkarzy przez prokuraturę, „niektórzy senatorowie się złośliwie uśmiechali, a w sali słychać było śmieszki”. Trzeba tu zaraz powiedzieć, że od wczoraj nazwisko Czajka powtarzane jest przez liczne media w związku z najnowszą publikacją Fundacji Zwalczania Korupcji pod wodzą Aleksieja Nawalnego. Tropiciele ciemnych przepływów finansowych wzięli na warsztat działalność dwóch synów prokuratora. Z enuncjacji niezbicie wynika, że dwaj młodzi Czajkowie, korzystając z „kryszy” tatki i jego popleczników, a także dzięki powiązaniom z mafiosami, wyprowadzili za granicę grube miliony i cieszą się majętnościami ulokowanymi w Grecji i Szwajcarii. Film zrealizowany przez fundację można obejrzeć tu: https://www.youtube.com/watch?v=eXYQbgvzxdM (na kanale youtube przez niespełna dwie doby film obejrzało prawie półtora miliona ludzi). Indagowany w sprawie ujawnionych przez Nawalnego machlojek braci Czajków, sekretarz prasowy Putina oganiał się jak od uprzykrzonej muchy: nie mieliśmy czasu tego filmu obejrzeć, wszystkie siły były rzucone na przygotowanie orędzia prezydenta. Ciekawe, czy teraz, już po wygłoszeniu orędzia, wysocy kremlowscy urzędnicy znajdą czas, by zapoznać się z materiałami i się do nich ustosunkować. Dotychczasowa praktyka kadrowa Putina była taka, że nawet mocno skompromitowanego kompana pozostawiał na stanowisku, naciskom nie ulegał, a gdy po jakimś czasie jednak go zwalniał, to nie pozostawiał bez opieki i środków. Zdążył już natomiast zareagować sam prokurator Czajka. Stwierdził, że oskarżenia fundacji Nawalnego są bezpodstawne („ta pani przyszła w tym kożuszku i w nim wychodzi”, jak powiedział Turek Mustafa u Barei). I zapowiedział, że ścignie… zleceniodawcę śledztwa. Wiadomo, sprawiedliwość musi być po naszej stronie, a prostaczkom wara od naszych pieniędzy.

Turkobanderowcy w natarciu

27 listopada. Dialog dwóch Putinów, z których jeden nazywa się Erdogan, coraz bardziej przypomina pyskówkę. Władimir Władimirowicz ze zmarszczonym czołem upomniał swojego tureckiego odpowiednika, że za strącony przez tureckie siły rosyjski samolot Moskwie należą się przeprosiny. Na odpowiedź z Turcji nie trzeba było długo czekać: „nie będziemy przepraszać, jeżeli ktoś powinien przeprosić, to raczej ci, którzy naruszyli naszą przestrzeń powietrzną”, odparł Erdogan.

Moskwa od dwóch dni szykuje sankcje wobec Turcji. Rząd pracuje w pocie czoła nad wyznaczeniem kontraktów do zerwania. Embargo ma objąć tureckie pomidory, granaty, paprykę, cytrusy – lista jest długa. Kiedy Rosja wprowadziła embargo na żywność z Unii Europejskiej, dostawy z Turcji pozwoliły zastąpić ten dotkliwy brak na rosyjskim rynku. Teraz Rosjanom przyjdzie się obejść bez rachatłukum, winogron, a ponadto dżinsów i kożuszków. Po sieci krąży już wiele dowcipów na ten temat. Jeden z nich: „Synek pyta tatusia: – Ukarzemy Turcję? – Oczywiście. – A jak? – Będziesz mniej jadł”.

Erdogan wzruszył ramionami i powiedział, że te sankcje są „emocjonalną reakcją, niegodną polityków”. Ale na tym nie koniec: od stycznia 2016 roku Rosja wprowadza wizy dla obywateli Turcji. Popularne nadmorskie kurorty nie zobaczą rosyjskich turystów, a rosyjscy turyści – nadmorskich kurortów. Na początek ożywionej wymiany międzyludzkiej z Rosji wydalono 39 tureckich biznesmenów, podobno coś w papierach mieli nie tak.

Prezydent Putin oskarżył Turcję o czerpanie zysków z pokątnego handelku ropą naftową z Państwem Islamskim. Jego turecki bliźniak zaprzeczył.

„Ci, którzy stosują podwójne standardy w walce z terroryzmem, igrają z ogniem” – powiedział Putin. „W pełni się z tym zgadzam – oznajmił w odpowiedzi Erdogan. – Poparcie reżimu Asada w Syrii, który zabił 380 tysięcy ludzi, to igranie z ogniem. Uderzenia na ugrupowania opozycyjne, cieszące się uznaniem międzynarodowym, pod pretekstem walki z Państwem Islamskim – to igranie z ogniem. […] Radzimy Rosji szczerze, by nie igrała z ogniem”. Tymczasem w Symferopolu na Krymie urządzono pokazową akcję: podpalono kukłę wyobrażającą Erdogana. Kolejną kukłę Erdogana włożono do trumienki i ustawiono pod ambasadą Turcji w Moskwie, budynek został przy okazji obrzucony czym popadnie (http://nasedkin.livejournal.com/654207.html).

Oliwy do tego politycznego ognia dolał jeszcze premier Turcji, który przypomniał o istnieniu nieuregulowanego konfliktu za miedzą: o Górski Karabach. „Turcja zrobi wszystko, co w jej mocy, aby okupowane terytoria Azerbejdżanu [w Górskim Karabachu] zostały wyzwolone”. Czy to oznacza, że Turcja zamierza poprzeć swoich braci Azerów, którzy od dawna już ostrzą sobie zęby na Karabach, i wmieszać się w konflikt, podgrzewając go? To też igranie z ogniem, bo za będącą stroną w tym konflikcie Armenią murem stoi Rosja, mająca na armeńskim terytorium bazę wojskową. Minister spraw zagranicznych Turcji pojechał na rozmowy do Baku.

Dochodzi i do inicjatyw humorystycznych. Agencja RIA Nowosti donosi: „Deputowani Dumy Państwowej poparli ideę przywrócenia Hagia Sofia w tureckim Stambule Cerkwi prawosławnej. Ten krok pomógłby Turcji i islamowi zademonstrować, że dobra wola jest ponad polityką”. Jeden z deputowanych, krzykliwy Władimir Żyrinowski z trybuny grzmiał: „Stambuł jest bardzo łatwo zniszczyć – wystarczy jedną bombę atomową zrzucić i miasto zostanie zmyte. To będzie straszna powódź, wody podniosą się o 10-15 metrów i miasta nie będzie, a tam mieszka 9 milionów ludzi”. Bloger Andriej Malgin przypomina: „Władimira Wolfowicza [Żyrinowskiego] można zrozumieć. W młodości przez miesiąc siedział w tureckim więzieniu, z czego przez kilka dni w karcerze, te smutne wspomnienia pozostały mu w pamięci na całe życie. […] Teraz tylko bomba jądrowa jest w stanie wyrównać te stare rachunki”.

Zaniedbywany ostatnio w rosyjskich mediach temat Ukrainy – teraz obowiązują seanse nienawiści do Turcji – został nieoczekiwanie wskrzeszony w programie stacji Rossija 24: https://www.youtube.com/watch?v=RjMjQeT1k2E

„Na Ukrainie walczą teraz setki islamistów – mówi lektor. – To oficjalne dane ONZ. Trzy bataliony, które formalnie są podporządkowane Prawemu Sektorowi i korzystają z broni i infrastruktury. […] Mają wspólny cel – dżihad przeciw Rosji. Większość [bojowników] trafia na Ukrainę z Bliskiego Wschodu przez Turcję”. Oczywiście. Turkobanderowcy w natarciu.

Robaczywe kury, czyli nie potrzebuję tureckich plaż

25 listopada. Wygląda na to, że to koniec pięknej męskiej przyjaźni. Jeszcze pod koniec września prezydent Putin gościł prezydenta Erdogana w Moskwie na uroczystości otwarcia wielkiego meczetu. Ba, nawet dosłownie kilka dni temu w Antalyi na szczycie G20 obaj panowie spotkali się i rozmawiali, i pozowali fotoreporterom, ściskając sobie wzajem prawice. Wczoraj na linii Moskwa-Ankara rozpoczęła się epoka lodowcowa. Ale po kolei.

Szczyt był dla Turcji nieudany. Patroni uregulowania syryjskiej wojny zignorowali pozycję gospodarzy. Tymczasem Turcja bardzo pragnęła, aby jej pozycję w kwestii syryjskiej uwzględniono w dynamicznych politycznych układankach. Ankara chciałaby ukrócić ambicje syryjskich Kurdów (własnych zresztą też) i odsunąć od władzy Asada. W syryjskim teatrze wojennym wspiera antyasadowską opozycję i prowadzi jakieś niejasne gierki z Państwem Islamskim (nie ona jedna). Zachodni sojusznicy popatrują na te gry z dezaprobatą.

A tu jeszcze do gry wkroczyła pod koniec września Rosja, która ma w Syrii dokładnie odwrotne cele niż Ankara. To mocno wzburzyło kręgi polityczne nad Bosforem. Najbardziej bodaj to, że Rosja – głośno deklarując ataki na cele Państwa Islamskiego – zwalcza antyasadowską opozycję wspieraną przez Erdogana. I to zwalcza ją, latając nie tylko po syryjskim, ale i tureckim niebie.

Turcja na dodatek została pominięta w nowym rozdaniu, jakie następuje po zamachu na rosyjski samolot pasażerski nad Synajem i zamachach fundamentalistów w Paryżu. Chęć zacieśnienia współpracy ponad podziałami pomiędzy Zachodem i Moskwą wyraziła Francja, Hollande podjął wysiłki, by zmontować jakiś alians. Interesów Turcji w tym układzie nie dostrzeżono. Co więcej, Putin mówił głośno, że podejrzewa Ankarę o sprzyjanie Państwu Islamskiemu, co kazało spodziewać się jeszcze większego zmarginalizowania Turcji. Czy powtarzający mantry o odrodzeniu imperium Osmanów prezydent Erdogan, sięgający po dyktatorskie metody rządzenia, mógł przełknąć tak gorzką pigułkę?

Wczoraj doszło do zestrzelenia rosyjskiego samolotu Su-24, który naruszył przestrzeń powietrzną Turcji. Podniósł się wielki krzyk. Faktycznie – od lat pięćdziesiątych żadne z państw NATO nie strąciło rosyjskiego (radzieckiego) samolotu wojskowego. Światowe media już na cienkie plasterki rozwałkowały detale incydentu. Samolot wykonywał lot, który mógł spełniać dwa zadania: bombardowanie pozycji syryjskich Turkmenów (na pograniczu syryjsko-tureckim) i zakłócenia w pracy tureckich systemów dowodzenia i łączności; w przestrzeni powietrznej Turcji Su-24 przebywał 17 sekund, został zestrzelony po uprzednim ostrzeżeniu przez tureckie F16, jeden pilot zginął.

Prezydent Putin nazwał akcję tureckiego lotnictwa „ciosem w plecy ze strony poplecznika terrorystów”. Kreml sięgnął po bardzo mocne słowa. Ale jednocześnie po kilku godzinach wydał uspokajające komunikaty, że nie podejmie w odwecie akcji militarnej. Jedynie wzmocni swoją grupę w Latakii o systemy S300 (lub – wedle innych źródeł S400). Niejasne jest, jak dalece Rosja chce zwinąć współpracę gospodarczą z Turkami. Na razie wstrzymała wyjazdy turystyczne do popularnych wśród rosyjskich turystów tureckich kurortów nadmorskich, zapowiedziała jakieś sankcje handlowe, wprowadziła zakaz na sprowadzanie tureckich kur, porażonych podobno jakimś bakcylem czy robalem. Ale strategiczny handel ropą naftową i gazem pozostanie nietknięty: do Turcji nadal płynąć będą rosyjskie paliwa.

Incydent w niebie na pograniczu turecko-syryjskim utrudnia dogadywanie się Zachodu z Rosją. Jak pisze dzisiaj New York Times, „incydent pokazał ryzyka związane z akcjami rosyjskiego i natowskiego lotnictwa w Syrii w jednym teatrze działań wojennych. Osłabił także szanse na dyplomatyczny przełom w negocjacjach dotyczących Syrii. […] Prezydent Hollande spotkał się z prezydentem Obamą, aby przekonać go do ściślejszej współpracy z Rosją przeciwko Państwu Islamskiemu. Na tym tle decyzja Turcji, aby zestrzelić rosyjski samolot wojskowy, który atakował cele w Syrii, nasiliła jedynie rozbieżności pomiędzy Moskwą i NATO i zniweczyła próby skłonienia Rosji, by zaprzestała popierania Asada”.

Mocna odpowiedź Turcji na rozpychanie się Rosji nad Syrią jeszcze nie oznacza, że interesy Ankary zostaną uwzględnione. I przez sojuszników z NATO, i tym bardziej przez Rosję, która poczuła się dotknięta do żywego w swej dumie. Erdogan zaryzykował – pokazał, że może łobuzującemu rywalowi przyłożyć między oczy. Niedawno prezydent Putin wspominał z rozrzewnieniem, że leningradzkie podwórko, na którym się wychował, nauczyło go, że jeżeli ktoś rwie się do bójki, to lepiej wtedy uderzyć pierwszym. Zapewne nie spodziewał się, że tę lekcję tak weźmie sobie do serca turecki sąsiad. Moskiewski dziennikarz Anton Oriech: „Myśleli, że Turcy będą, jak pozostałe NATO, tylko się odgrażać i bezczynnie patrzeć, jak my się panoszymy. Tyle że Turcja to nie Zachód, a wujaszek Erdogan to nie Merkel, Hollande i Obama. On też potrafi walnąć. Putin myślał, że dopóki NATO gra wedle reguł, to on sobie może pozwolić na stosowanie metod ze swojego leningradzkiego podwórka. A Erdogan zagrał dokładnie w jego stylu, wedle metod stambulskiego podwórka”. Ajder Mużdabajew wrzuca kryzys w szerszy kontekst: „Gdyby nie było Krymnasza, nie byłoby tych wszystkich komplikacji. Ani wojny, ani zestrzelonych samolotów, ani ofiar, ani biedniejących obywateli, ani zakazów na loty do Egiptu i Turcji”.