Antymateria gospodarcza

19 stycznia. W Drodze Mlecznej odkryto drugą czarną dziurę. Czy to możliwe, aby właśnie tam znikały miliardy z rosyjskich funduszy rezerwowych? No bo znikają i to w tempie, którego władze Federacji Rosyjskiej nie przewidywały. Na jak długo nadmuchane w latach naftowej prosperity poduszki bezpieczeństwa wystarczą?

Jeszcze podczas grudniowej konferencji prasowej prezydent Putin przekonywał słuchaczy, że Rosja szczęśliwie minęła szczyt fali kryzysu i od teraz będzie już tylko lepiej. Wydawało się, że ekipa Putina „przesiedzi” kryzys bez szczególnych wysiłków i bez konieczności dokonania zmian systemowych. Tymczasem jeszcze przed długim noworocznym snem, w jaki Rosja zapada na pierwsze dwa tygodnie Nowego Roku, we wstrząsanej turbulencjami gospodarce uwidoczniły się wielce niepokojące tendencje świadczące o tym, że kryzys nie minął. Co więcej: zamierza się pogłębiać. No i w końcu zaczęli to przyznawać nawet przedstawiciele najwyższych władz partyjnych i państwowych (premier Miedwiediew wezwał obywateli, aby przygotowywali się do „najgorszego scenariusza”).

Ciągły spadek cen ropy na światowych rynkach oznacza znacznie mniejsze wpływy do rosyjskiego budżetu, opartego w znacznej mierze na dochodach ze sprzedaży surowców. W projekcie tegorocznego budżetu założono optymistyczny wariant średniorocznej ceny ropy na poziomie 50 dolarów za baryłkę. Obecnie mamy notowania mocno poniżej tych założeń – cena baryłki czarnego złota spadła poniżej magicznych 30 dolarów. I mówią, że to nie jest ostatnie słowo. JP Morgan obniżyło prognozę dla średniorocznych cen ropy z 51 USD do zaledwie 31 USD. Nastroje na rosyjskiej giełdzie są minorowe. Wraz ze spadkami cen ropy na wartości także traci rubel. Oficjalny kurs euro odnotował dziś historyczne maksimum (86 rubli). Choć rok się jeszcze na dobre nie zaczął, minister finansów już zapowiedział sekwestr budżetu, najprawdopodobniej o 10%. A powinien co najmniej o 20%, jak powiedzieli eksperci o bardziej krytycznym nastawieniu do poczynań władz.

Rosjanie zaczynają coraz bardziej nerwowo klepać się po pustoszejących kieszeniach. Zgodnie z oficjalnymi danymi Rosstatu liczba biednych wzrosła i wynosi ponad 20 mln. Walka lodówki i telewizora wchodzi w decydującą fazę. Czy Rosjanie zaczną dostrzegać, że chybione posunięcia Putina owocują pogarszającą się kondycją gospodarki, a w efekcie portfele są cieńsze i cieńsze?

Niektórzy widzą przed rosyjską gospodarką dalsze dramatyczne pikowanie w dół. Finansista Władimir Frołow obawia się, że rezerwy skończą się już w przyszłym roku. „Nie będzie czym łatać dziur. Gospodarka zacznie siadać. Przedsiębiorcy powinni ograniczać wydatki, nie będą w związku z tym rozszerzać przedsięwzięć biznesowych, inwestować. W 2017 trzeba będzie jeszcze mocniej zacisnąć pasa. Najlepiej mieć jakiś biznes za granicą. Oszczędności lepiej trzymać w dolarach”. Jewgienij Gontmacher przewiduje, że w wyniku dalszego „zwijania się” gospodarki Rosja znajdzie się na marginesie – zacofana prowincja świata.

Ale inni ekonomiści są spokojni. Andriej Mowczan np. twierdzi: „Rosyjska gospodarka jest stabilna. Nawet jeżeli deficyt budżetowy przekroczy 5-6% PKB, to gospodarka ma jeszcze ogromne rezerwy. Można banalnie dodrukować ruble i sprowokować jeszcze większy spadek wartości waluty narodowej, i w ten sposób załatać deficyt. A można sięgnąć po rezerwy. Obniżenie ceny ropy o 1 USD za baryłkę kosztuje budżet 1 mld dolarów. […] Cena ropy nie jest kluczowa, kluczowy jest brak zaufania do rządu i Putina. […] Nie rozumiemy posunięć Putina na arenie międzynarodowej. Nie rozumiemy konfliktów, jakie Rosja prowadzi poza granicami. Jest wiele czynników, które kształtują sytuację, np. jakieś kolejne embargo. […] Ale Rosja dzięki rezerwom może spokojnie dać sobie radę przez 4-5 lat”. Wśród tych czynników, które mogą wpływać na ceny ropy, a zatem rzeźbić rosyjski budżet, jest także pojawienie się na rynku Iranu. W weekend zdjęto z Teheranu międzynarodowe sankcje. Irańskie tankowce już są gotowe do drogi. A to oznacza wyższą podaż i niskie ceny ropy.

Nie tak optymistyczne były wypowiedzi dyskutantów podczas zeszłotygodniowego Forum Gajdarowskiego. Szef Sbierbanku (jednego z największych rosyjskich banków), German Gref wieszczył wręcz katastrofę już za chwilę. „Rosja przegrała konkurencję. Przyszłość nastała zbyt szybko i rosyjska gospodarka nie zdołała się do tego zwrotu przygotować”. Rozgoryczony Gref wzywał do gruntownych zmian w instytucjach państwowych, poczynając od systemu edukacji. No, ciekawe, ciekawe.

Jednym ze sposobów napełnienia państwowej kasy ma być sprywatyzowanie kilku państwowych przedsiębiorstw, m.in. naftowego giganta Rosniefti. Rosnieft’ była głównym beneficjentem operacji przejęcia Jukosu Michaiła Chodorkowskiego.

Trzeba jeszcze pamiętać, że rosyjska gospodarka znajduje się „pod sankcjami” UE i USA. To kolejny czynnik utrudniający funkcjonowanie i dopinanie budżetowych rubryczek. Można się spodziewać, że Moskwa dołoży wszelkich starań, aby sankcje zostały zdjęte. W ostatnich dniach obserwujemy wzmożenie dyplomatyczne na kierunku ukraińskim, mające – jak sądzę – na celu właśnie skłonienie zachodnich partnerów do zdjęcia sankcji. Ale to temat na oddzielną rozprawkę.

Wypadek przy pracy

12 stycznia. W filmie „Wielka majówka” okradziony z mamony obywatel Konopas plącze się w zeznaniach przed kochaną Milicją Obywatelską, ileż to mu zrabowano. Bo skąd on, skromny konwojent wożący mięso do sklepów, miałby ten milion, co to złodzieje z jego willi wynieśli.

Zaczynu podobnego scenariusza filmu dostarczyły wydarzenia, które miały miejsce w Moskwie. Maria P., 44-letnia kobieta sprzątająca pomieszczenia biurowe w siedzibie Gazpromu, na parkingu przed centrum biznesowym Rumiancewo zaparkowała auto, wysiadła, po trzech minutach powróciła. Tylko tyle czasu potrzeba było złodziejom, by rozbić szybę i ukraść przedmioty, które znajdowały się w samochodzie. Kobieta zgłosiła kradzież na policję. Dalej rozpętało się istne pandemonium.

Maria P. powiedziała policji, że skradziono jej z samochodu torebkę, w której było 15 tys. rubli oraz dokumenty i karty kredytowe. Opisała torebkę.

Nie wiadomo, jakimi drogami wiadomość o niecnym obrabowaniu skromnej sprzątaczki trafiła do sieci. Jako pierwszy poinformował o tym goniący za sensacją Lifenews. A potem podjęły trop wszystkie inne media. Wieść o torebce stała się hitem dnia. Bo też powód był niecodzienny. Okazało się, że samochód sprzątaczki to Mitsubishi Outlander. W Polsce takie autko kosztuje od 35 tys. złotych po sto kilkadziesiąt, zależnie od wersji. W Rosji pewnie podobnie. Ale prawdziwe poruszenie wywołała dopiero wiadomość o torebce. Torebce z krokodylej skóry, wartej – jak początkowo informowano – 300 tysięcy rubli. Do tego luksusowego wyrobu przyznała się momentalnie firma Dior. „To nasza torebka, Lady Dior, z ostatniej kolekcji. Za nią zapłacić trzeba 2,6 miliona rubli” – poinformowali przedstawiciele firmy.

Ciekawe, wedle tabeli wynagrodzeń, pracownice firm sprzątających obsługujących gazowego giganta zarabiają około 34 tys. rubli. Całkiem nieźle, ale taka pensja raczej nie wystarcza na markowe torebki i wypasione wózki.

Internet oszalał. Komentarze lały się obfitym, spienionym strumieniem. Powstały dziesiątki memów. „Ile uniwersytetów trzeba skończyć, żeby się zatrudnić jako sprzątaczka w Gazpromie?” – dopytywano dociekliwie. „Hydraulikowi z Gazpromu ukradziono klucze francuskie. Ze złota”. „Zaczynam podejrzewać, że jako sprzątaczka w Gazpromie dorabia sobie żona Millera [szefa Gazpromu]”. „Skąd masz taki drogi zegarek? – Sprzątaczka mi podarowała”. „Sprzątaczka przypadkiem otworzyła nie te drzwi i trafiła do pierwszej setki Forbesa”. „Sekretarz prasowy sprzątaczki zdementował informacje, że torebka była ze złota”.

Policja próbowała mitygować rozentuzjazmowany tłum komentatorów, uspokajała, że nic o bajecznej wartości skradzionej torebki nie wie. Na pomoc pospieszyła, zawsze do usług, gazeta „Komsomolskaja Prawda”: według jej enuncjacji torebka była podróbą. Nawet jeśli ślady po drogiej torebce wierna partii „Komsomolskaja Prawda” starała się zamieść, to co zrobić z wiadomością o Mitsubishi Outlander? Czy wóz o północy zamieni się w dynię?

Jednym słowem – afera. Nie od dziś o krociowych zarobkach wierchuszki Gazpromu (a także Rosniefti i innych korporacji obsadzonych przez przyjaciół pana prezydenta) chodzą legendy. Aleksiej Miller – mimo że firma odnotowała kiepskie wyniki – zarobił w ubiegłym roku 27 mln dolarów. Dwa miliony więcej niż w roku poprzednim. Reszta menedżerów z najwyższych półek też nie biedowała. Średnio zarobili czterysta razy więcej niż wynosi średnia płaca w Rosji (to około 32 tys. rubli).

Bajka o sprzątającym w Gazpromie Kopciuszku z torebką z krokodylowej skóry, jadącym na bal nowym Mitsubishi Outlander wejdzie do kronik. A za sto lat badacze putinowskiej epoki na jej podstawie dojdą do wniosku, że niekiepsko powodziło się ludziom pracy pod rządami Władimira Władimirowicza.

Bokserzy i hackerzy

9 stycznia. Opowieści niewigilijnych ciąg dalszy. Szpital w mieście Biełgorod nad rzeką Doniec w europejskiej części Rosji, prawie 400 tys. mieszkańców. W Rosji na takie miasta mówią „głubinka” (prowincja). 29 grudnia wieczorem mężczyzna skarży się na złe samopoczucie, podczas gastroskopii czuje się na tyle źle, że prosi pielęgniarkę o przerwanie zabiegu. Pielęgniarce to nie pasuje, dochodzi do nieprzyjemnej wymiany zdań (według relacji niektórych mediów, pacjent kopnął pielęgniarkę lub podstawił jej nogę). Pielęgniarka jest wściekła, skarży się na niesfornego pacjenta chirurgowi, z którym łączą ją, jak pisze prasa, „bliskie stosunki” (według niektórych gazet, pielęgniarka to rodzona siostra chirurga, oboje pochodzą z Taszkentu).

Po pewnym czasie rozwścieczony opowieścią chirurg wpada do gabinetu, w którym rzeczony pacjent przechodzi kolejne badania i na oczach personelu zaczyna go okładać. Po jednym z ciosów pacjent pada jak długi, uderza potylicą o podłogę, zastyga. W obronie bitego pacjenta próbuje wystąpić mężczyzna, który mu towarzyszy. Też obrywa od krewkiego chirurga. I to mocno – ma złamany nos. Reszta personelu medycznego w pomieszczeniu, w którym doszło do pobicia, nie podejmuje żadnych działań. Nieruchomy pacjent leży na podłodze. Nikt się nim nie zajmuje. Po jakimś czasie ktoś jednak zwraca uwagę, że „pacjent nie rusza się i posiniał”. Akcja reanimacyjna nic nie daje. Pacjent kona.

Personel szpitala początkowo próbuje ukryć zgon pacjenta. Na polecenie chirurga sprzątaczka dokładnie myje pomieszczenie, usuwając ślady przestępstwa. Następnie dochodzi do sfałszowania dokumentacji medycznej, zgodnie z podmienionymi świadectwami, pacjent już trafił do szpitala z raną głowy, która stała się przyczyną śmierci. Lekarza wszelako natychmiast zwolniono.

Ochrona wyprowadza z terenu szpitala mężczyznę, który był wraz z ofiarą. Mężczyzna nie otrzymuje pomocy medycznej, choć ma złamany nos i krwawi. Po opuszczeniu szpitala opowiada o przebiegu wydarzeń żonie zmarłego. Zgłaszają incydent na policji. Zostaje wszczęte śledztwo. Później okazuje się, że w gabinecie umieszczona była kamera, która zarejestrowała bijatykę, nagranie wyciekło do Internetu (można to obejrzeć m.in. tu – uwaga, zawiera sceny drastyczne: http://www.kommersant.ru/doc/2889068).

Sprawa pobicia pacjenta ze skutkiem śmiertelnym stała się jednym z najpopularniejszych tematów mediów społecznościowych. Zainteresował się nią wreszcie Komitet Śledczy, śledztwo wziął pod osobistą kuratelę szef Komitetu Aleksandr Bastrykin. Wśród licznych komentarzy zwraca uwagę wpis politologa Gleba Pawłowskiego na FB: „incydent w szpitalu to rosyjska socjologia polityczna w pigułce. Opricznina, uprawiająca przemoc nad ciałami, nie może stać się państwem (żadnym – ani prawnym, ani narodowym, ani autorytarnym). Świadkowie i uczestnicy instynktownie organizują się, aby rzecz całą ukryć, a nie pomóc. Ukryć się nie udaje. I to, że się nie udaje, że wszystko przypadkiem wychodzi na jaw, stanie się przyczyną zagłady Systemu”. Coś w tym jest. Jeśli coś wychodzi na jaw – np. obecność rosyjskich żołnierzy na wschodniej Ukrainie, bandyckie powiązania politycznej wierchuszki, nielegalnie zgromadzone majętności, System idzie w zaparte, usuwa ślady, nie przyznaje się nawet w obliczu niezbitych dowodów, broni siebie, czyli Systemu, a nie ofiar.

Opowieść druga. Z innego brzegu, ale też o działaniu Systemu. Finlandia kilka miesięcy temu zatrzymała na wniosek USA obywatela Rosji Maksima Sienacha, podejrzewanego o oszustwa, kradzieże bankowe dokonywane za pośrednictwem Internetu. Kilka dni temu ministerstwo sprawiedliwości Finlandii zdecydowało o ekstradycji Sienacha do USA. Uderz w stół, a MSZ się odezwie. Nota protestacyjna została wystosowana pod adresem Helsinek momentalnie: wyrażono głęboki żal z powodu ekstradycji i podkreślono po raz kolejny, że procedura aresztowania rosyjskich obywateli poza granicami Rosji na zlecenie USA to łamanie prawa międzynarodowego. Jest mało prawdopodobne, aby fińskie władze uległy rytualnym zaklęciom rosyjskiego MSZ. Ekstradycja dojdzie do skutku. Władze amerykańskie ścigają tych, którzy popełniają przestępstwa wobec obywateli USA, po całym świecie. Sienach jest podejrzany o hackerstwo na szkodę Amerykanów (włamania do kont bankowych, oszustwa) na niebagatelną kwotę kilku milionów dolarów. Przestępstwa zagrożone są karą pozbawienia wolności do lat stu.

Nazwisko Sienacha można dopisać do listy innych Rosjan podejrzanych o przestępstwa wobec obywateli USA, zatrzymanych poza granicami Rosji i poddanych procedurze ekstradycji. Niektórzy z nich – jak bodaj najsłynniejszy „handlarz śmiercią” Wiktor But – stanęli przed amerykańskim sądem i odsiadują sążniste wyroki.

Śmierć po raz trzeci

4 stycznia. Skąpa depesza kondolencyjna Putina zamieszczona na stronie internetowej Kremla w związku z nagłą śmiercią szefa rosyjskiego wywiadu wojskowego generała pułkownika Igora Sierguna zwróciła uwagę na obserwowaną ostatnio serię nagłych zgonów generałów i osób związanych z operacją „Krym” i „Donbas”. Tydzień temu zmarł generał 52-letni Aleksandr Szuszukin. 11 grudnia w szpitalu w Moskwie zmarł 62-letni były mer Sewastopola, Walerij Saratow.

Ta czarna seria wywołała falę spekulacji w mediach społecznościowych (prasa w Rosji nie wychodzi w związku z trwającymi wakacjami noworoczno-świątecznymi). Pożywką dla tych spekulacji jest kilka punktów zbieżnych, które łączyły wymienione osoby. Raj konspirologów.

Zmarły nagle w wieku 59 lat (przyczyny zgonu nie są znane) generał Siergun był – wedle enucjacji prasowych – odpowiedzialny za przeprowadzenie aneksji Krymu oraz ingerencji we wschodniej Ukrainie w 2014 roku. Był jedną z osób z kręgu bezpośrednio informującego głowę państwa o biegu wydarzeń. Jak pisze w blogu dziennikarz Piotr Szuklinow, „faktycznie był świadkiem i głównym wykonawcą wszystkich tajnych operacji Federacji Rosyjskiej na Ukrainie – poczynając od zajęcia Słowiańska, a kończąc na interwencji w sierpniu 2014”. Dalej Szuklinow sugeruje, że Siergun był jedynie narzędziem, nie należał do decydentów ani bliskich współpracowników Putina. „Siergun po prostu wiedział za dużo” – ta hipoteza powtarza się w komentarzach najczęściej.

Szef rosyjskiej „razwiedki” wojskowej Siergun za udział w wyżej wymienionych operacjach został przez Putina awansowany, a przez Zachód wpisany na listę sankcyjną. Podobnie jak generał major Aleksandr Szuszukin, zastępca szefa sztabu wojsk powietrznodesantowych, który w pamiętne dni, gdy „zielone ludziki” zalewały Krym, dowodził – według ukraińskiej prasy (oficjalnych potwierdzeń brak) – powietrznodesantowym kontyngentem. Jako przyczynę śmierci wskazano „zatrzymanie akcji serca”.

I jeszcze jedna tajemnicza śmierć związana z Krymem: były mer Sewastopola Walerij Saratow, jeden z inicjatorów i gorących zwolenników aneksji Krymu, zmarł niedawno w Moskwie po nieudanej operacji. Po wydarzeniach „rosyjskiej wiosny” wycofał się z polityki. Co mu było? Nie wiadomo.

Może te przedwczesne śmierci nie mają ze sobą nic wspólnego, są łańcuchem fatalnych zbiegów okoliczności, a zbieżność jest całkowicie przypadkowa. Może też nie ma z tym nic wspólnego przekazanie na dniach prokuraturze Holandii przez grupę dziennikarzy śledczych Bellingcat listy dwudziestu osób mających związek z zestrzeleniem nad Donbasem samolotu Malezyjskich Linii Lotniczych w lipcu 2014 (http://nos.nl/artikel/2078421-onderzoeksgroep-twintig-russen-in-beeld-voor-neerhalen-mh17.html). Na liście znalazły się nazwiska rosyjskich wojskowych. Według autorów raportu, fatalny Buk, z którego zestrzelono pasażerskiego Boeinga, przybył na wschodnią Ukrainę z 53. brygady wojsk rakietowych dyslokowanej w Kursku. Rosja dementowała dotychczas dane dostarczane przez Bellingcat, starając się zdyskredytować grupę.

Amur to znaczy kocham

2 stycznia. „Amur to znaczy kocham” – śpiewał wokalista weselnego zespołu na jednej z rodzinnych okazji ślubnych. Wspomnienie tego rzewnego zaśpiewu powróciło w związku z niezwykłym związkiem tygrysa Amura i kozła Timura z Władywostoku. Cała Rosja z zapartym tchem od kilku tygodni śledzi ten związek. W dalekowschodnim parku safari (brzmi jak oksymoron, ale jak widać, safari wcale nie musi być w Afryce) tygrysowi Amurowi dowieziono jako potencjalną kolację czarnego kozła. Ale Amurowi nie chciało się zapolować na Timura i odtąd dzielą w pokoju i szczęściu jedną zagrodę.

Relacje z zagrody zajmują poczesne miejsce w rosyjskich programach informacyjnych (także tych dla zagranicy: https://www.youtube.com/watch?v=0azdK28tmIg). Jedna z dziennikarek została wysłana, by przeprowadzić wywiad (!) z matką kozła Timura, Żanną, ale kozula nic z siebie do podstawionego pod pysk mikrofonu nie wybeczała, najwidoczniej była stremowana. Przed kamerą wypowiadają się natomiast poważni eksperci, analizujący sytuację w związku Amur-Timur: „czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?”. No, i czy i jak ta przyjaźń-miłość zostanie skonsumowana? Powstał 44-minutowy film (http://www.safaripark25.ru/index.php?option=com_content&view=article&id=158&catid=2), na stronie internetowej parku można było oglądać bohaterów przez 24 godziny w czasie realnym. Zainteresowanie było tak wielkie, że stronka parku padła.

Nowy Rok powitano w Rosji jak zwykle szumnie i wesoło. Sałatka Olivier (według tzw. wskaźnika Olivier, kosztuje 35% więcej niż w ubiegłym roku), śledzik pod kołderką, zabawy na świeżym powietrzu, suto zakrapiane biesiady przy choince, w telewizji obowiązkowo „Ironia losu” z Barbarą Brylską i Andriejem Miagkowem. No i poprzedzone gromkimi fanfarami noworoczne orędzie prezydenta Putina (https://www.youtube.com/watch?v=CMD0CCq6Jo8), który życzył wszystkiego najlepszego rodakom – starym i młodym, przede wszystkim tym walczącym z terroryzmem. Telewizja pokazywała przez kilka dni poprzedzających Nowy Rok reportaże z bazy w Latakii, gdzie ustawiono choinkę z bombkami (co za kalambur) i światełkami. Do żołnierzy w przeddzień Nowego Roku przemówił też ludzkim głosem – choć na odległość – minister obrony Siergiej Szojgu.

Na pożegnanie 2015 roku odbył się spektakl „Krym i prąd”. Półwysep został odcięty od dostaw z Ukrainy kontynentalnej (blokada trwa od 22 listopada, 6 grudnia wznowiono dostawy jedną z nitek z Ukrainy, potem znowu się coś popsuło), założono by-passy – uruchomiono most energetyczny z Rosji. Ale przez te by-passy prądu płynie zbyt mało, aby zapewnić dostawy dla całego Krymu, wyłączenia energii planowe i nieplanowe stały się codziennością. Ukraina gotowa była dostarczać prąd na podstawie nowego kontraktu (stary wygasł 31 grudnia). Putin polecił „jednej z czołowych pracowni badania opinii publicznej” przeprowadzenie sondażu, czy mieszkańcy Krymu zgadzają się na podpisanie kontraktu, nawet jeśli zostanie tam zapisane, że Krym jest częścią Ukrainy oraz czy są w stanie znieść przez jakiś czas niedogodności związane z brakiem energii. Sondaż przeprowadził ośrodek WCIOM, w blitz-sondzie – wedle zapewnień szefa ośrodka Walerija Fiodorowa – 93,1% respondentów wypowiedziało się przeciw podpisywaniu kontraktu z Ukrainą, a 94% stwierdziło, że wytrzyma bez stałych dostaw prądu przez 3-4 miesiące. Odpowiedzi socjolodzy z WCIOM uzyskali przez telefon do trzech tysięcy ludzi. Ciach mach i mamy wyniki. Takie, jak trzeba. Sekretarz prezydenta Dmitrij Pieskow oznajmił, że wyposażony w takie rezultaty ankiety Putin zapewne nie podpisze nowego kontraktu z Ukrainą. Koledzy socjolodzy z innych pracowni obśmiali i sposób przeprowadzenia badania, i otrzymane wyniki: „Za taką kaskę, jaką dostaje WCIOM, można się było postarać nawet o wynik 97%”; „Teraz wybory prezydenta też nie będą już potrzebne, Kreml zleci WCIOM-owi przeprowadzenie telefonicznej sondy i na jej podstawie Putin pozostanie na tronie. Oszczędność”. Tych, którzy podważali prawdziwość wyników i w portalach społecznościowych krytykowali ten sposób załatwiania ważnych spraw, szef WCIOM-u nazwał elegancko „diermomiotami” (miotaczami g…). I tak zakończył się stary rok w rosyjskiej socjologii.

A wysocy urzędnicy pod choinkę dostali od administracji prezydenta niezwykły prezent: księgę cytatów z wypowiedzi umiłowanego przywódcy „Słowa zmieniające świat”. Księga nazwana została zaraz przez użytkowników sieci „Beżową książeczką Krym Put Ina” (na wzór czerwonej książeczki Mao czy zielonej książeczki Kadafiego). Wiceszef prezydenckiej kancelarii Wiaczesław Wołodin zapowiedział, że ta pozycja powinna znaleźć się na każdym urzędniczym biurku. Ciekawe, czy będą odpytywać ze znajomości zawartości. W Turkmenistanie Ojciec Wszystkich Turkmenów Nijazow w latach 90. wydał książkę nie wiadomo o czym pod tytułem „Ruhnama”. To była biblia narodowa, którą znać i studiować mieli wszyscy. Powstał nawet cały instytut naukowy i uniwersytet, było państwowe święto poświęcone księdze, pomnik bardzo nienaturalnej wielkości. A ludziom, ma się rozumieć, od tego żyło się dostatniej. Rosjanom nie żyje się dostatniej – w podsumowaniach roku dane dotyczące wskaźników społeczno-gospodarczych (m.in. biednych jest w Rosji dwa razy więcej niż przed rokiem), cen ropy (spadają), notowań rubla do dolara (mocno spadają) są co najmniej niepokojące. Ale teraz do 10 stycznia włącznie wszyscy Rosjanie mają wolne. Zabawa dopiero się zaczyna.

Na koniec do najlepszych noworocznych życzeń dla Państwa dołączam pieśń Braci Tuzłowów: https://www.youtube.com/watch?v=HhBI3A8P5DE