Śmierć po raz trzeci

4 stycznia. Skąpa depesza kondolencyjna Putina zamieszczona na stronie internetowej Kremla w związku z nagłą śmiercią szefa rosyjskiego wywiadu wojskowego generała pułkownika Igora Sierguna zwróciła uwagę na obserwowaną ostatnio serię nagłych zgonów generałów i osób związanych z operacją „Krym” i „Donbas”. Tydzień temu zmarł generał 52-letni Aleksandr Szuszukin. 11 grudnia w szpitalu w Moskwie zmarł 62-letni były mer Sewastopola, Walerij Saratow.

Ta czarna seria wywołała falę spekulacji w mediach społecznościowych (prasa w Rosji nie wychodzi w związku z trwającymi wakacjami noworoczno-świątecznymi). Pożywką dla tych spekulacji jest kilka punktów zbieżnych, które łączyły wymienione osoby. Raj konspirologów.

Zmarły nagle w wieku 59 lat (przyczyny zgonu nie są znane) generał Siergun był – wedle enucjacji prasowych – odpowiedzialny za przeprowadzenie aneksji Krymu oraz ingerencji we wschodniej Ukrainie w 2014 roku. Był jedną z osób z kręgu bezpośrednio informującego głowę państwa o biegu wydarzeń. Jak pisze w blogu dziennikarz Piotr Szuklinow, „faktycznie był świadkiem i głównym wykonawcą wszystkich tajnych operacji Federacji Rosyjskiej na Ukrainie – poczynając od zajęcia Słowiańska, a kończąc na interwencji w sierpniu 2014”. Dalej Szuklinow sugeruje, że Siergun był jedynie narzędziem, nie należał do decydentów ani bliskich współpracowników Putina. „Siergun po prostu wiedział za dużo” – ta hipoteza powtarza się w komentarzach najczęściej.

Szef rosyjskiej „razwiedki” wojskowej Siergun za udział w wyżej wymienionych operacjach został przez Putina awansowany, a przez Zachód wpisany na listę sankcyjną. Podobnie jak generał major Aleksandr Szuszukin, zastępca szefa sztabu wojsk powietrznodesantowych, który w pamiętne dni, gdy „zielone ludziki” zalewały Krym, dowodził – według ukraińskiej prasy (oficjalnych potwierdzeń brak) – powietrznodesantowym kontyngentem. Jako przyczynę śmierci wskazano „zatrzymanie akcji serca”.

I jeszcze jedna tajemnicza śmierć związana z Krymem: były mer Sewastopola Walerij Saratow, jeden z inicjatorów i gorących zwolenników aneksji Krymu, zmarł niedawno w Moskwie po nieudanej operacji. Po wydarzeniach „rosyjskiej wiosny” wycofał się z polityki. Co mu było? Nie wiadomo.

Może te przedwczesne śmierci nie mają ze sobą nic wspólnego, są łańcuchem fatalnych zbiegów okoliczności, a zbieżność jest całkowicie przypadkowa. Może też nie ma z tym nic wspólnego przekazanie na dniach prokuraturze Holandii przez grupę dziennikarzy śledczych Bellingcat listy dwudziestu osób mających związek z zestrzeleniem nad Donbasem samolotu Malezyjskich Linii Lotniczych w lipcu 2014 (http://nos.nl/artikel/2078421-onderzoeksgroep-twintig-russen-in-beeld-voor-neerhalen-mh17.html). Na liście znalazły się nazwiska rosyjskich wojskowych. Według autorów raportu, fatalny Buk, z którego zestrzelono pasażerskiego Boeinga, przybył na wschodnią Ukrainę z 53. brygady wojsk rakietowych dyslokowanej w Kursku. Rosja dementowała dotychczas dane dostarczane przez Bellingcat, starając się zdyskredytować grupę.

Amur to znaczy kocham

2 stycznia. „Amur to znaczy kocham” – śpiewał wokalista weselnego zespołu na jednej z rodzinnych okazji ślubnych. Wspomnienie tego rzewnego zaśpiewu powróciło w związku z niezwykłym związkiem tygrysa Amura i kozła Timura z Władywostoku. Cała Rosja z zapartym tchem od kilku tygodni śledzi ten związek. W dalekowschodnim parku safari (brzmi jak oksymoron, ale jak widać, safari wcale nie musi być w Afryce) tygrysowi Amurowi dowieziono jako potencjalną kolację czarnego kozła. Ale Amurowi nie chciało się zapolować na Timura i odtąd dzielą w pokoju i szczęściu jedną zagrodę.

Relacje z zagrody zajmują poczesne miejsce w rosyjskich programach informacyjnych (także tych dla zagranicy: https://www.youtube.com/watch?v=0azdK28tmIg). Jedna z dziennikarek została wysłana, by przeprowadzić wywiad (!) z matką kozła Timura, Żanną, ale kozula nic z siebie do podstawionego pod pysk mikrofonu nie wybeczała, najwidoczniej była stremowana. Przed kamerą wypowiadają się natomiast poważni eksperci, analizujący sytuację w związku Amur-Timur: „czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?”. No, i czy i jak ta przyjaźń-miłość zostanie skonsumowana? Powstał 44-minutowy film (http://www.safaripark25.ru/index.php?option=com_content&view=article&id=158&catid=2), na stronie internetowej parku można było oglądać bohaterów przez 24 godziny w czasie realnym. Zainteresowanie było tak wielkie, że stronka parku padła.

Nowy Rok powitano w Rosji jak zwykle szumnie i wesoło. Sałatka Olivier (według tzw. wskaźnika Olivier, kosztuje 35% więcej niż w ubiegłym roku), śledzik pod kołderką, zabawy na świeżym powietrzu, suto zakrapiane biesiady przy choince, w telewizji obowiązkowo „Ironia losu” z Barbarą Brylską i Andriejem Miagkowem. No i poprzedzone gromkimi fanfarami noworoczne orędzie prezydenta Putina (https://www.youtube.com/watch?v=CMD0CCq6Jo8), który życzył wszystkiego najlepszego rodakom – starym i młodym, przede wszystkim tym walczącym z terroryzmem. Telewizja pokazywała przez kilka dni poprzedzających Nowy Rok reportaże z bazy w Latakii, gdzie ustawiono choinkę z bombkami (co za kalambur) i światełkami. Do żołnierzy w przeddzień Nowego Roku przemówił też ludzkim głosem – choć na odległość – minister obrony Siergiej Szojgu.

Na pożegnanie 2015 roku odbył się spektakl „Krym i prąd”. Półwysep został odcięty od dostaw z Ukrainy kontynentalnej (blokada trwa od 22 listopada, 6 grudnia wznowiono dostawy jedną z nitek z Ukrainy, potem znowu się coś popsuło), założono by-passy – uruchomiono most energetyczny z Rosji. Ale przez te by-passy prądu płynie zbyt mało, aby zapewnić dostawy dla całego Krymu, wyłączenia energii planowe i nieplanowe stały się codziennością. Ukraina gotowa była dostarczać prąd na podstawie nowego kontraktu (stary wygasł 31 grudnia). Putin polecił „jednej z czołowych pracowni badania opinii publicznej” przeprowadzenie sondażu, czy mieszkańcy Krymu zgadzają się na podpisanie kontraktu, nawet jeśli zostanie tam zapisane, że Krym jest częścią Ukrainy oraz czy są w stanie znieść przez jakiś czas niedogodności związane z brakiem energii. Sondaż przeprowadził ośrodek WCIOM, w blitz-sondzie – wedle zapewnień szefa ośrodka Walerija Fiodorowa – 93,1% respondentów wypowiedziało się przeciw podpisywaniu kontraktu z Ukrainą, a 94% stwierdziło, że wytrzyma bez stałych dostaw prądu przez 3-4 miesiące. Odpowiedzi socjolodzy z WCIOM uzyskali przez telefon do trzech tysięcy ludzi. Ciach mach i mamy wyniki. Takie, jak trzeba. Sekretarz prezydenta Dmitrij Pieskow oznajmił, że wyposażony w takie rezultaty ankiety Putin zapewne nie podpisze nowego kontraktu z Ukrainą. Koledzy socjolodzy z innych pracowni obśmiali i sposób przeprowadzenia badania, i otrzymane wyniki: „Za taką kaskę, jaką dostaje WCIOM, można się było postarać nawet o wynik 97%”; „Teraz wybory prezydenta też nie będą już potrzebne, Kreml zleci WCIOM-owi przeprowadzenie telefonicznej sondy i na jej podstawie Putin pozostanie na tronie. Oszczędność”. Tych, którzy podważali prawdziwość wyników i w portalach społecznościowych krytykowali ten sposób załatwiania ważnych spraw, szef WCIOM-u nazwał elegancko „diermomiotami” (miotaczami g…). I tak zakończył się stary rok w rosyjskiej socjologii.

A wysocy urzędnicy pod choinkę dostali od administracji prezydenta niezwykły prezent: księgę cytatów z wypowiedzi umiłowanego przywódcy „Słowa zmieniające świat”. Księga nazwana została zaraz przez użytkowników sieci „Beżową książeczką Krym Put Ina” (na wzór czerwonej książeczki Mao czy zielonej książeczki Kadafiego). Wiceszef prezydenckiej kancelarii Wiaczesław Wołodin zapowiedział, że ta pozycja powinna znaleźć się na każdym urzędniczym biurku. Ciekawe, czy będą odpytywać ze znajomości zawartości. W Turkmenistanie Ojciec Wszystkich Turkmenów Nijazow w latach 90. wydał książkę nie wiadomo o czym pod tytułem „Ruhnama”. To była biblia narodowa, którą znać i studiować mieli wszyscy. Powstał nawet cały instytut naukowy i uniwersytet, było państwowe święto poświęcone księdze, pomnik bardzo nienaturalnej wielkości. A ludziom, ma się rozumieć, od tego żyło się dostatniej. Rosjanom nie żyje się dostatniej – w podsumowaniach roku dane dotyczące wskaźników społeczno-gospodarczych (m.in. biednych jest w Rosji dwa razy więcej niż przed rokiem), cen ropy (spadają), notowań rubla do dolara (mocno spadają) są co najmniej niepokojące. Ale teraz do 10 stycznia włącznie wszyscy Rosjanie mają wolne. Zabawa dopiero się zaczyna.

Na koniec do najlepszych noworocznych życzeń dla Państwa dołączam pieśń Braci Tuzłowów: https://www.youtube.com/watch?v=HhBI3A8P5DE

Opowieść niewigilijna

27 grudnia. Widzowie, którzy znają film Aleksandra Rogożkina „Osobliwości narodowego polowania”, doskonale wiedzą, że w polowaniu wcale nie chodzi o polowanie. Ważniejsze jest, by „pojmat’ kajf duszy” [wejść w odpowiedni nastrój], wprowadzając do organizmu ciecze o wysokim woltażu i przeżyć niestandardową przygodę w niestandardowych okolicznościach przyrody. Komedia Rogożkina jest śmieszna niebywale, ale jednocześnie podszyta jest goryczą i ostro zaprawiona gogolowską zasmażką: „Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie”.

Historia, która wydarzyła się kilka dni temu w Jamało-Nienieckim Okręgu Autonomicznym, mogłaby być ponurym epilogiem przebojowego obrazu Rogożkina.

Dwóch top menedżerów Gazpromu wybrało się przy sobocie na mały rekonesans po tundrze – trochę na ryby, trochę na zwierza. Zgodnie z niepisanymi zasadami takich męskich wypraw pociągali z flaszy aż do osiągnięcia stanu wskazującego na udział w polowaniu. Zanim myśliwi mieli okazję przystąpić do łowów, doszło do strzelaniny. Prasa opowiada dwie wersje wydarzeń. Menedżerom w wyprawie towarzyszyli miejscowi hodowcy reniferów, bracia Piakowie. W domku myśliwskim i gospodarze, i goście tak gruntownie przygotowywali się do polowania, że w pijanym widzie kompletnie stracili panowanie nad sobą, doszło do kłótni, padły strzały. Gazpromowscy menedżerowie zmarli na miejscu od ran, ich ciała znaleziono dopiero po dwóch dniach. Według drugiej wersji, panowie z Gazpromu balowali samodzielnie. Hodowcy reniferów objeżdżali swoje ziemie, po których przepędzają stada, sprawdzali, czy nie zgubiły się im gdzieś po drodze zwierzęta. Stwierdzili obecność obcych intruzów. Ci byli pijani w drobny mak, ale chcieli się zaprzyjaźnić. Zaprosili Piaków do myśliwskiego domku na pogaduszki i popijuszki. Według zeznań jednego z braci, w sumie wypili razem jeszcze półtora litra wódki „z plastikowych butelek”. Jeden z menedżerów zachowywał się spokojnie, natomiast drugiemu mocno dymiło się z czuba – zaczął dowodzić, kto jest prawdziwym panem tundry. Nie chciał słuchać argumentów gospodarzy, że miejscowi Nieńcy uważają ziemię za rzecz wspólną i że tu od wieków mieszkali przodkowie Piaków, zanim jeszcze ktokolwiek myślał o Gazpromie. Wywiązała się kłótnia, padły strzały.

Śledztwu nie udało się na razie ustalić, kto pierwszy zaczął strzelać. Piakowie twierdzą, że to gazpromowcy wygarnęli do nich, już gdy wsiadali do sanek. No więc w tej sytuacji Nieńcy musieli strzelać w obronie własnej. Sami też odnieśli obrażenia. Braci Piaków aresztowano, będą odpowiadać przed sądem.

To nie tylko opowieść o pijackiej wyprawie panów menedżerów „na przygodę”. To też opowieść Nieńców o tym, że firmy gazowe i naftowe, działające w Jamało-Nienieckim Okręgu Autonomicznym, zagospodarowują coraz większe obszary, będące tradycyjnymi miejscami wypasu reniferów. Hodowcy z narastającym niepokojem patrzą na to, jak poczynają sobie „prawdziwi panowie tundry”, prowadzący rabunkową gospodarkę w okręgu. Utrapieniem są też nielegalne polowania, organizowane przez kłusowników dla różnych wysoko postawionych person. W kronikach nieszczęśliwych wypadków na polowaniach ciągle przybywa dramatycznych wpisów.

Urodzony 21 grudnia, czyli na progu stalinowskiej wiosny

22 grudnia. Kiedy urodził się Józef Wissarionowicz Stalin? Nie wiadomo. W haśle w Wikipedii (po rosyjsku) figurują dwie daty: 6 (według nowego stylu 18) grudnia 1878 oraz 9 (21) grudnia 1879. Różne daty dzienne, różne lata. Stalin podawał wszakże 21 grudnia. Tę datę Wikipedia określa jako „oficjalną”. Historycy badający biografię wodza ustalili, że urodził się 18 grudnia 1878, dotarli do świadectwa chrztu (z 29 grudnia tegoż roku). Ale skoro sam Stalin chciał obchodzić swoje urodziny 21 grudnia, to tak je za jego życia obchodzono. A i dla jego dzisiejszych miłośników ta data, jak się okazuje, jest święta.

Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej zorganizowała z okazji 136. rocznicy urodzin Stalina wyprawę na plac Czerwony, złożyła kwiaty na jego grobie pod murami Kremla. Uroczystości ku czci Ojca Narodów rosyjscy komuniści zorganizowali już nie po raz pierwszy.

Przewodniczący Giennadij Ziuganow z okolicznościowym wypiekiem na licu zachłystywał się radością: „Nastała stalinowska wiosna. Teraźniejszość potrzebuje Stalina, jego wielkich idei i zwycięskich osiągnięć”.

„Stalinowska wiosna”. Brzmi przerażająco. Miliony ofiar tyrana ciągle nie mogą doczekać się rehabilitacji, zadośćuczynienia, a ich oprawcy nie zostali osądzeni i ukarani. Co więcej, cieszą się estymą.

„Dzisiaj – kontynuował swą orację Ziuganow – doświadczenie i męstwo Stalina, jego geniusz i talent powinni naśladować wszyscy działacze polityczni, którzy chcą dla Rosji dobra, szczęścia i realnej suwerenności. Dlaczego wszystkie swołocze świata w ostatnich latach występują przeciwko Stalinowi i jego wielkiej epoce? Dlatego że nie chcą, abyśmy odrodzili zrujnowane państwo rosyjskie […] Mam nadzieję, ze Putin w 2016 roku wyciągnie odpowiednie wnioski”. Giennadij Ziuganow nie jest politykiem marginalnym, zasiada w Dumie Państwowej od kilku kadencji, jest liderem ugrupowania należącego niezmiennie do elitarnego grona koncesjonowanej opozycji, permanentnie startuje w wyborach prezydenckich, jest zapraszany do telewizji, w której dzielnie wygłasza podobne przemówienia.

A więc wiosna. Coś na rzeczy jest. W Penzie staraniem miejscowych działaczy partii komunistycznej utworzono pierwsze na świecie Stalinowskie Centrum. Placówka ma zbierać pamiątki po Stalinie i krzewić jego idee. Obszerny reportaż z wydarzenia można zobaczyć tu: http://kprfpenza.ru/news/v_penze_otkryli_pervyj_v_mire_stalinskij_centr/2015-12-21-891

Stalin jak wańka wstańka – wyniesiony przez Chruszczowa z mauzoleum zdaje się tam ciągle wracać, ciągle znajdzie się wielu chętnych, by odbudować jego zwalone pomniki, uwiecznić pamięć i sławę. Politolog Stanisław Biełkowski pisał: „Strasznie się boimy nauczyciela, ale jednocześnie bardzo go kochamy. Bo to on nadaje nam formę, której nam brakuje. Jeśli nauczyciel bije, to znaczy, że ma rację. I to wszystko dla naszego dobra. […] Bombę atomową mamy dzięki GUŁagowi i systemowi szaraszek [biur projektowych w łagrach, w których siedzieli – i pracowali – wybitni uczeni]. II wojnę światową wygraliśmy dlatego, że Stalin wyjaśnił nam: nie ma takich ofiar, na które Rosja by nie poszła dla zwycięstwa. Rosyjskie życie nic nie kosztuje, o wiele ważniejsza jest rosyjska śmierć. To dlatego jesteśmy silniejsi od Europy. […] Stalin wmówił nam, że naszą główną cechą narodową jest cierpliwość. […] Żaden naród tyle nie zniósł, a myśmy znieśli. I stworzyliśmy sobie tyrana, abyśmy nie mogli nigdy wyzbyć się tych pokładów cierpliwości i gotowości cierpienia, ponoszenia ofiar. Wyborów dokonuje się za nas i bez nas, a my milczymy, znosimy wszystko. To właśnie dlatego Stalin ciągle jest z nami, zmartwychwstaje, gdy znowu chcemy cierpieć i ubóstwiać okrutnego nauczyciela stojącego na czele. Nie tylko tego na cokole, ale i jego następców, rzucających stalinowski cień. Stalin żyje nie tyle w rosyjskiej historii, ile wżarł się w nasz rdzeń mózgowy. Potrzebna jest chemioterapia, aby się od niego uwolnić. Ale na to na razie nie ma siły ani chęci”.

Ten tekst pochodzi sprzed kilku miesięcy, ale aktualności nie stracił, wręcz przeciwnie. Wydaje się, że ten, który zaczyna rzucać coraz dłuższy wspominany przez Biełkowskiego „stalinowski cień”, coraz bardziej boi się o swoją władzę i sięga po coraz twardsze argumenty w rozmowie ze społeczeństwem. Oto dzisiaj Duma Państwowa rozszerzyła prawa Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Funkcjonariusze mogą teraz używać broni i innych środków bezpośredniego przymusu, jeżeli występują w obronie organów władzy państwowej i strategicznych obiektów, zapobiegają zamachowi terrorystycznemu lub uwalniają zakładników. Czyli de facto mogą strzelać, kiedy chcą i do kogo chcą.

Dzień Czekisty 2015

20 grudnia. Rytuały formacji, z której wywodzi się prezydent Putin, nadal są mu bliskie. Koledzy, z którymi służył przed laty w ponurej instytucji oznaczanej światowej sławy skrótem KGB, zajmują dziś (i nie od dziś) wysokie urzędy państwowe. I w tym roku (jak co roku) w Dzień Czekisty, jak potocznie nazywa się zawodowe święto funkcjonariuszy organów bezpieczeństwa, Władimir Putin nie zapomniał o kolegach. Wysłał oficjalny telegram z podziękowaniem za „uczciwą pracę i odpowiedzialne traktowanie swoich obowiązków. […] To ludzie mężni, silni duchowo, prawdziwi profesjonaliści, którzy traktują służbę dla kraju jako dzieło życia”. A w przeddzień święta prezydent swoją prezydencką osobą był obecny na okolicznościowym uroczystym wieczorze w Pałacu Kremlowskim i trzymał mowę, w której zwracał się do zgromadzonych per „drodzy towarzysze” lub „szanowni przyjaciele”. Cóż, jak głosi znane kagebowskie powiedzonko, „byłych kagebistów nie ma”. Wezwał funkcjonariuszy do ścisłej współpracy z armią, aby przyczyniać się do poprawy obronności kraju.

Transmisję z Kremla nadał Pierwyj Kanał, najpopularniejsza ogólnokrajowa stacja telewizyjna (http://www.1tv.ru/video_archive/projects/concerts/p106697). Cały kraj mógł w sobotni wieczór zasiąść przed telewizorami i współuczestniczyć w radości organów. W części artystycznej wystąpił odwieczny zestaw wykonawców tak zwanej pieśni patriotycznej według wzorców radzieckiej szkoły: zespół marynarzy (z harmoszką, w prysiudach), ulubiony ansambl prezydenta „Lube”, Oleg Gazmanow i inni zasłużeni artyści z gatunku tych, co to „zawsze wszystko chętnie wyśpiewają”. Gigantyczna sala Pałacu Kremlowskiego zapełniona po brzegi „rycerzami tarczy i miecza”, wsłuchanymi w melancholijne piosenki – ach, każdy obywatel może poczuć się bezpieczny, gdy patrzy na to, jak głęboko humanitarne są rosyjskie służby bezpieczeństwa. Tych, którzy dosiedzieli do końca wokalnych i tanecznych popisów, oczekiwała prawdziwa niespodzianka: wyciągnięty z naftaliny dziejów stalinowski przebój „Szyroka strana moja rodnaja”. Przetarłam oczy i uszy ze zdumienia: ta pieśń opowiadająca, jak wiele jest wolności w kraju zniewolonym przez krwawego tyrana, była szczytem propagandowego zakłamania. I oto znowu powraca.

Nie tylko świat muzyczny uczcił „szanownych towarzyszy” Putina – rodzime rękodzieło przygotowało na tę okazję fantastyczne prezenty. Na przykład zaciski do banknotów z firmowym emblematem (można je zobaczyć na blogu Andrieja Malgina http://avmalgin.livejournal.com/5912455.html). Jeżeli komuś nie podoba się ta gustowna zatyczka, to może uradować serce czekisty, obdarowując go „beczułką FSB” – dębową beczką, w której można przechowywać alkohol, z emblematem FSB, a jakże: http://www.lubanka.ru/details.php?id=572&id_row=6643&idt=0 W tym sklepie internetowym „Łubianka” można kupić wiele analogicznych gadżetów – do użytku codziennego, do kuchni, do łazienki, na służbowe biurko. Z tej przemiłej okazji można sobie skonsumować torcik z branżowymi ozdobami: http://lubavasweet.ru/tort/149

Nie wszyscy jednak spędzili ten dzień, fetując czekistów. Na placu Łubiańskim w Moskwie pod przesławnym gmaszyskiem KGB-FSB odbyła się pikieta w obronie więźniów politycznych. Trwała kilka minut: https://www.youtube.com/watch?v=Z8g-HTzFoXI Zatrzymano kilka osób.

Rok temu Irina Dragunska z okazji Dnia Czekisty zamieściła wstrząsający materiał (https://www.facebook.com/photo.php?fbid=1026725897342732&set=a.259241420757854.84852.100000159932701&type=3&theater). Zestawiła fotografie dzieci „wrogów ludu”, tych, których oprawcy z NKWD i innych mutacji tej instytucji, zmiażdżyli w bezlitosnych trybach machiny zwanej bezpieczeństwem państwowym. Zdjęcia opatrzyła tekstem: „Jeśli macie dzieci, nigdy nie poproszę was, byście choć przez chwilę wyobrazili sobie, że wasze cieplutkie, świeżo wykąpane dziecko, pachnące mydłem i miodem, w wyprasowanej flanelowej piżamce, biorą za rączkę obcy ludzie i prowadzą do pomieszczenia, w którym śmierdzi chlorem i – nie wiem, czym tam może jeszcze śmierdzieć – kapuśniakiem? buciorami? – i golą mu główkę do gołej skóry, fotografują, wydają dokument z przyznanym nowym nazwiskiem, wyśmiewają zagubienie, nazywając byłym paniczykiem, a potem wiozą długo zimną ciężarówką czy autobusem, do domu, gdzie takich jak on jest pełno. Nie chcę też, abyście wyobrażali sobie tego, który te dzieci ogolił, sfotografował, przebrał w przydziałowe ubranka. Ale to właśnie przedstawiciele tej formacji będą potem spokojnie pobierać wysokie emerytury, kopać kartofelki na działce i nigdy za nic nie zostaną pociągnięci do odpowiedzialności”.

Nie zostali i nie zostaną. Przynajmniej tak długo, jak długo na czele państwa będzie stał człowiek, który jest wierny etosowi tej nieludzkiej instytucji.