Opowieści zza starej szafy

15 kwietnia. W „Opowieściach z Narnii” wymyślone przez C.S. Lewisa rodzeństwo Pevensie odkrywa, że przez starą szafę można przejść do równoległego świata – świata magicznego, rządzącego się innymi prawami. Doświadczenia wyniesione w dzieciństwie z tej lektury mogą się przydać w analizie wojny informacyjnej, jaką toczą Rosja i świat zachodni.

W magicznym świecie rosyjskiej narracji istnieje państwo Asada, legalne, rządzone przez ekipę, która swego czasu skutecznie oparła się wzbudzonej przez USA arabskiej wiośnie. Asad poprosił Rosję o wsparcie, a Rosja mu tego wsparcia zgodnie z zasadami prawa międzynarodowego udzieliła i udziela nadal. Kilka lat temu Rosja gwarantowała, że Asad zniszczy zapasy broni chemicznej, której używał do powstrzymywania swoich wewnętrznych przeciwników. Teraz Moskwa twierdzi, że zobowiązania tego dotrzymała. Powtarzające się oskarżenia Zachodu, że permanentnie reżim Asada nadal używa gazów bojowych do zwalczania adwersarzy, Rosja odrzuca. Ostatnie wydarzenia w Dumie we Wschodniej Gucie rosyjska wróżka medialna opisuje jako „inscenizację ataku chemicznego, którego nie było”. W relacjach rosyjskiej telewizji powtarza się teza, że np. filmy ze szpitala w Dumie, pokazujące, jak udzielana jest pomoc ofiarom ataku chemicznego, zostały nakręcone na zlecenie Zachodu przez obecne na miejscu organizacje pomocowe. A to po to, by skompromitować Asada. Samego ataku nie było i być nie mogło, bo przecież Rosja dopilnowała zgodne z wziętymi na siebie zobowiązaniami międzynarodowymi, aby Asad broni chemicznej nie miał. Więc skoro nie ma, to nie mógł jej użyć. Jasne jak słońce, nieprawdaż?

Opowieść drugiej strony opiera się na przekonaniu, że Asad nie tylko nie zniszczył zasobów broni chemicznej, ale nadal ją produkuje i używa. Jak ostatnio w Dumie (drobiazgowe rozpoznanie przeprowadziła m.in. grupa Bellingcat: https://www.bellingcat.com/news/mena/2018/04/11/open-source-survey-alleged-chemical-attacks-douma-7th-april-2018/, https://ru.bellingcat.com/novosti/mena/2018/04/12/doumachlorine/ ; która dodatkowo monitoruje udział Rosji w akcjach sił Asada, np. https://ru.bellingcat.com/novosti/russia/2018/04/12/new-indications-russian-ghouta/). Zachodnie rządy mają do dyspozycji raporty wywiadu, które potwierdziły użycie broni chemicznej przez siły wierne Asadowi.

Prezydent USA ogłosił w miniony piątek, że zadaniem zachodniego świata jest powstrzymanie reżimu Asada od zbrodni z użyciem broni masowego rażenia i zaordynował uderzenie na obiekty, związane z programem produkcji broni chemicznej przez reżim. Aby już nigdy nie doszło do mordowania ludności cywilnej. W uderzeniu na cele w Syrii wzięły udział obok Stanów Zjednoczonych także Wielka Brytania i Francja.

I tu zaczyna się kolejna opowieść o dwóch równoległych światach. Według zachodniej strony szafy uderzenia były precyzyjne, rakiety – piękne i mądre, jak zapowiedział w barokowych tweetach prezydent Trump – sięgnęły celu, chemiczna infrastruktura Asada została zniszczona na tyle, że przez lata nie pozwoli mu to truć swoich obywateli. Nikt nie zginął. Rosja została uprzedzona o ataku, żaden z rosyjskich wojskowych nie ucierpiał (tu też mamy do czynienia z równoległą rzeczywistością, bo przecież Putin w ramach swojej kampanii wyborczej ogłosił już wycofanie rosyjskich wojsk i zwycięstwo w Syrii, a teraz okazuje się, że samych rosyjskich doradców wojskowych jest w Syrii kilka tysięcy; „jesteśmy wszędzie, w każdej bazie” – wyznał w telewizyjnym talko show ekspert ds. wojskowości).

Według rosyjskiej strony czarodziejskiej szafy – syryjskie siły obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej odparły atak, przechwyciły 70 ze 105 rakiet. Z kolei Pentagon poinformował, że syryjskie siły obrony, które wystrzeliły czterdzieści (jeszcze sowieckiej produkcji) rakiet ziemia-powietrze, nie były w stanie zestrzelić nic. Rakiety, owszem, wystrzelono, ale już post factum i latały one bez ładu i składu, nie celując.

Czyli tutaj też rywalizują dwie narracje o skuteczności/nieskuteczności broni, jakiej używają obie strony. Karykaturzyści ścigają się o laur największego prześmiewcy, ilustrując działania rosyjskich wojskowych w Syrii pięknymi rysunkami łuczników, napinających strzałę na cięciwie.

Zareagowały też szczyty władzy. Putin opublikował na stronie internetowej Kremla oświadczenie: USA i sojusznicy naruszyli międzynarodowe prawo, atakując cele w Syrii. Jako że działali bez sankcji ONZ. Prezydent Putin i jego drużyna wydają się zaskoczeni tym, jak prowadzi politykę prezydent Trump. Kreml najwyraźniej nie wypracował sposobu reagowania na szybkie zwroty, jakie stosuje ostatnio amerykański prezydent. Dotychczas Putin miał monopol na zachowania łobuzerskie, nieprzewidywalność, dezynwolturę. To była wypróbowana metoda w dialogu z obliczalnymi i przewidywalnymi prezydentami USA. Ale teraz nastała nowa era – nieprzewidywalny Putin ma naprzeciw siebie nieprzewidywalnego Trumpa. I nie radzi sobie z nim.

Tymczasem brytyjska prasa anonsuje, że w ramach „rozliczeń za Syrię” Kreml szykuje do boju swoich… hakerów. Brytyjski rząd spodziewa się ataku na członków brytyjskiego rządu w postaci ujawnienia przez Rosję jakichś materiałów kompromitujących, a także zaatakowania brytyjskiej infrastruktury krytycznej. Premier Theresa May zapowiedziała ze swej strony, że w ramach „rozliczeń za Skripala”, a i Syrię przy okazji, rząd Wielkiej Brytanii zamierza przeprowadzić akcję przeciwko rosyjskim oligarchom. Jak widać, rozgrywka toczy się na kilku płaszczyznach, w każdej z nich bitwa narracji jest ważną bronią.

Ale taryfa ulgowa dla kremlowskich opowieści z Narnii, jak widać, jednak definitywnie się skończyła.

Krewni i znajomi Putina na czarnej liście

6 kwietnia. Na stronie internetowej Departamentu Finansów USA opublikowano dziś listę kolejnych sankcji wobec rosyjskich przedsiębiorców, urzędników i firm. Osoby objęte sankcjami nie będą mogły przebywać na terytorium USA, ich aktywa w USA zostaną zamrożone, ich konta bankowe zablokowane. Sankcje przewidują też, że obywatele USA nie będą mogli zawierać z wymienionymi w dokumencie podmiotami żadnych umów. W oficjalnym sformułowaniu wyjaśniającym powody wprowadzenia sankcji wskazano: to za to, że Rosja prowadzi na całym świecie działania destrukcyjne, destabilizujące i zagrażające demokracji, okupuje Krym, prowokuje działania zbrojne na wschodzie Ukrainy, wyposaża Asada w Syrii w środki walki, z których ten korzysta do zabijania własnych obywateli itd.

Na liście znalazły się nazwiska osób zaliczonych w „raporcie kremlowskim” (opracowanym w amerykańskiej administracji) do najbliższego otoczenia prezydenta Putina. Na listę zostały wpisane nazwiska m.in.: szefa Gazpromu Aleksieja Millera, sekretarza Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej Nikołaja Patruszewa, miliarderów Olega Deripaski, Wiktora Wekselberga i Igora Rotenberga (cała lista do wglądu np. tu: https://echo.msk.ru/blog/echomsk/2179548-echo/). Wśród objętych sankcjami zwraca uwagę nazwisko Kiriłł Szamałow. To mąż (lub były mąż) Kateriny Tichonowej, uważanej za córkę Putina. Departament Finansów USA w komentarzach do opublikowanej listy nazwał Tichonową wprost córką prezydenta. Ślub Tichonowej z Szamałowem miał się odbyć w 2013 r., od tej chwili majętności Szamałowa w cudowny sposób zaczęły rosnąć jak na drożdżach, Szamałow mógł nabywać różne ciekawe aktywa, dostępne tylko dla najwyższego kręgu wtajemniczonych putinistów, niebawem stał się miliarderem z pięknymi widokami na przyszłość. Te widoki trochę się rozmyły, gdyż – jak wieść gminna niesie – Szamałow już zdążył się rozwieść z osobą, którą Departament Finansów USA wprost nazywa córką Putina. I jak to w rosyjskich bajkach bywa, zaraz po domniemanym rozwodzie Szamałow stracił zdolność do zarządzania powierzonymi akcjami, co media uznały za potwierdzenie jego nowego statusu. Ale były też komentarze, że Szamałow spodziewając się sankcji, rozwiódł się z Tichonową jedynie taktycznie (fikcyjnie), aby uratować aktywa.

W pierwszych godzinach po wprowadzeniu sankcji najwięcej mówiono jednak nie o Szamałowie, a o Olegu Deripasce, potentacie aluminiowym, człowieku, który miał jakieś nie do końca wyjaśnione powiązania z lobbystą Paulem Manafortem, a przez to interesował amerykańskie czynniki badające wpływ Rosji na ostatnie wybory prezydenckie w USA (o zabiegach Deripaski pisałam na blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/05/28/rosyjska-karta-w-amerykanskiej-grze/, a potem także o aferze o silnym zabarwieniu erotycznym i udziale Deripaski w ustanowieniu kanału komunikacyjnego pomiędzy osobami ze sztabu Trumpa a Moskwą http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/05/28/rosyjska-karta-w-amerykanskiej-grze/). Zaraz po ogłoszeniu sankcji akcje firm Deripaski poszły ostro w dół, wyliczono, że stracił nawet miliard dolarów. Nieźle.

Przebywający na emigracji krytyk Kremla, politolog Andriej Piontkowski uznał sankcje za „krok w odpowiednim kierunku”: „Te sankcje to maleńki kroczek. Poważny cios przygotowywany był na 29 stycznia (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/02/02/stress-test-putinowskiej-piramidy/), ale po tajemniczej wizycie szefów trzech rosyjskich służb specjalnych setki stronic zawierających informację o praniu pieniędzy przez putinowską elitę zostały umieszczone w utajnionej części „raportu kremlowskiego”. Była to, mam nadzieję, już ostatnia, usługa, jaką Trump wyświadczył Putinowi. Trudno powiedzieć, czy dzisiejsze sankcje będą bolesne dla otoczenia Putina. W Ameryce znajduje się blisko bilion prywatnych rosyjskich aktywów. Kiedy zaczną je zamrażać, to może być poważne. A dzisiejsze sankcje to zaledwie rozgrzewka. Trumpowi nadal udaje się powstrzymywać i łagodzić cios w Putina i jego otoczenie”.

Faktycznie wydaje się, że to jedynie etap, a nie końcowy akord niespokojnej symfonii. Według prasowych enuncjacji amerykańscy kongresmani szykują dodatkowe sankcje w związku z atakiem chemicznym w Salisbury. Jak widać, wysyłanie paczkami dyplomatów nie wyczerpało wzajemnych uprzejmości w związku ze sprawą Skripala.

Rosyjski MSZ zamieścił na stronie internetowej komentarz w związku z wprowadzeniem nowych amerykańskich sankcji wobec rosyjskich urzędników, biznesmenów i przedsiębiorstw: „Ma się rozumieć, nie pozostawimy żadnego antyrosyjskiego posunięcia bez twardej zdecydowanej odpowiedzi”. MSZ radzi też Waszyngtonowi, aby porzucił iluzje, że z Rosją można rozmawiać językiem sankcji, bo Rosja z obranego kursu nie zrezygnuje.

Tymczasem sekretarz prasowa Białego Domu zapewniła, że Donald Trump nadal podtrzymuje zgłoszony kilka dni temu zamiar osobistego spotkania z Władimirem Putinem.

Trująca symetria dyplomacji

30 marca. Na naszych oczach rozgrywa się kolejny akt wojny dyplomatycznej i informacyjnej pomiędzy Zachodem i Rosją. Wielka Brytania w związku z dokonanym w Salisbury atakiem chemicznym na podwójnego szpiega Siergieja Skripala i jego córkę, o który podejrzewa Rosję, wydaliła 23 rosyjskich dyplomatów. Rosja odpowiedziała symetrycznie – wydaliła taką samą liczbę brytyjskich dyplomatów z Rosji (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/03/17/zatruta-walizka-i-paczka-dyplomatow/).

Relacje na linii Moskwa-Londyn uległy ochłodzeniu, jakiego termometry dyplomatyczne nie mierzyły od czasów zimnej wojny i słynnych wzajemnych wysyłek dyplomatów. Temperatura spadła nie tylko pomiędzy Rosją i Wielką Brytanią. Brytyjscy politycy przedstawili ustalenia śledczych badających sprawę Skripala sojusznikom: „Nie ma najmniejszych wątpliwości – ataku dokonała Rosja, mamy na to kwity, wesprzyjcie nas”. Sojusznicy wsparli, kto jak i czym tam mógł. Do solidarnych Europejczyków dołączyły i Stany Zjednoczone, a także Kanada i Australia. Waszyngton zdecydował się wydalić sześćdziesięciu rosyjskich dyplomatów i zamknąć konsulat Rosji w Seattle, wskazując, że ta placówka służy Rosji do szpiegowania amerykańskiej bazy wojskowej i koncernu Boeing. Większość z wydalonych pracowników rosyjskich placówek działających na terytorium USA podejrzewanych było przez Amerykanów o tak zwaną podwójną działalność. To znaczy o szpiegostwo pod przykryciem dyplomatycznym. Dziś rosyjska telewizja z bólem pokazywała, jak pracownicy konsulatu w Seattle dzielnie tną w ścinarkach i pakują dokumenty do kartonów, by wszystko co do jednego papierka wywieźć lub zniszczyć. Konsul generalny zapewniał, że nigdy w życiu nikt w placówce szpiegostwem się nie parał. No bo jak.

Minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow poczuł się dotknięty akcją Europejczyków i Amerykanów. W firmowym stylu zapowiedział, że „Rosja odpowie na chamstwo” Zachodu. I faktycznie Moskwa zastosowała idealną symetrię: skoro Amerykanie zdecydowali o wysłaniu 60 rosyjskich dyplomatów i zamknięciu jednego rosyjskiego konsulatu, to z Rosji wyjedzie 60 pracowników amerykańskich placówek i zostanie zamknięty jeden konsulat.

Pozostałe kraje, które wydaliły rosyjskich dyplomatów, spotkała lustrzana odpowiedź Rosji. Dziś przez cały dzień pod zwaliste gmaszysko na placu Smoleńskim w Moskwie podjeżdżały limuzyny z wzywanymi po kolei ambasadorami państw, które wydaliły rosyjskich dyplomatów. Ambasadorom rosyjski MSZ przekazywał komunikat o uznaniu za persona non grata kolejnych dyplomatów. W tym polskich.

Jednocześnie toczy się wojna informacyjna. Rosja poprzez swoje tuby propagandowe zapewnia, że nie ma związku z otruciem Skripala, że nie miała w tym interesu itd. Podaje w wątpliwość wersję Londynu o rosyjskim sprawstwie ataku. Ponadto domaga się od strony brytyjskiej informacji o przebiegu śledztwa, jako że poszkodowanymi w ataku byli przecież obywatele Rosji. Moskwa stara się zatem postawić w roli ofiary, a nie sprawcy. Bardzo ciekawy zabieg. Ale chyba już na Zachodzie nie chwyta.

Moskwa będzie starała się rozgrywać wszelkie rozbieżności w świecie zachodnim, cały czas mając też nadzieję na podjęcie rozmów z wahającym się prezydentem USA. A także będzie wytrwale testować determinację Wielkiej Brytanii. Choćby w sprawie prześwietlenia brudnych rosyjskich pieniędzy, jakie osiadły na Wyspach czy bojkotu mistrzostw świata w piłce nożnej. Atmosfery zaufania długo nie będzie.

Dziś Bloomberg poinformował, powołując się na informatora nazywanego wymyślonym imieniem i nazwiskiem Borys Karpiczkow, eksfunkcjonariusza rosyjskich służb specjalnych, który od 1998 r. przebywa w Wielkiej Brytanii, że rosyjskie specsłużby sporządziły listę pieriebieżczików do odstrzału. Pieriebieżczik to agent, który zmienił barwy – zwiał z ZSRR/Rosji, a przedtem pracował na dwie strony. W tradycji sowieckiej to była najbardziej znienawidzona kategoria byłych funkcjonariuszy. Uważano ich jednoznacznie za zdrajców, nienawidzono żółtą nienawiścią i odmawiano prawa do życia. Karpiczkow twierdzi, że na liście jest osiem nazwisk, wśród nich figuruje m.in. Siergiej Skripal, a także on sam. O liście dowiedział się od przyjaciela, pracującego w rosyjskich służbach. „Początkowo odniosłem się do ostrzeżenia z dystansem, nie uwierzyłem, ale zmieniłem zdanie, gdy dowiedziałem się o Skripalu” – mówi Karpiczkow.

Tymczasem wczoraj brytyjskie media poinformowały, że Julia Skripal odzyskała przytomność. Być może za jakiś czas złożone przez nią zeznania (o ile będzie w stanie je składać) pozwolą wyjaśnić, co się stało w Salisbury 4 marca.

Tragedia w Kemerowie

26 marca. Trzynastoletnia Masza Moroz napisała trzy wiadomości w sieciach społecznościowych: „Chyba się palimy”. „Kocham was”. „Wszystkich”. Masza wraz z kolegami poszła wczoraj do kina w centrum handlowo-rozrywkowym „Zimowa Wiśnia” w Kemerowie na Syberii. Wybuchł pożar.

Ogień rozprzestrzenił się na trzecim, najwyższym piętrze kompleksu, gdzie usytuowane były sale kinowe i atrakcje dla dzieci. To było niedzielne popołudnie (pożar wybuchł około 16 czasu miejscowego), w „Zimowej Wiśni” było pełno ludzi, którzy przyszli tu całymi rodzinami zrobić zakupy, wziąć udział w imprezach rozrywkowych, załatwić sprawy w bankach. Płomienie ogarniały coraz większe przestrzenie centrum. Ludzie próbowali wydostać się z zadymionych czarnym trującym dymem pomieszczeń. Bezskutecznie. Przejścia przeciwpożarowe okazały się niedrożne, drzwi przy schodach ewakuacyjnych zamknięte na głucho, nie włączyła się sygnalizacja przeciwpożarowa. Kilka osób zdecydowało się na desperacki skok z wysokości trzeciego piętra. Sieci społecznościowe obiegł filmik nagrany telefonem komórkowym przez kogoś, kto stał na ulicy: chłopiec wyskakuje z okna, z którego wydobywa się czarny dym, obija się o ściany, o daszek na drzwiami wejściowymi, spada na ziemię bezwładnie, nieruchomieje. Dziś media podają komunikat, że jedenastolatek znajduje się w szpitalu w stanie krytycznym, reszta jego rodziny zginęła w płomieniach.

W chwili, gdy piszę te słowa, oficjalnie wiadomo o 64 ofiarach śmiertelnych. To nie jest niestety ostateczny tragiczny bilans – rodziny zgłosiły jeszcze kilkadziesiąt osób, które prawdopodobnie znajdowały się w centrum w chwili, gdy wybuchł pożar. Pogorzelisko cały czas jest przeszukiwane przez zastępy ratowników. Pożar ugaszono po dwunastu godzinach, po czym znowu pojawiły się płomienie. Niemal na całej powierzchni zawalił się dach.

Na wieść o pożarze centrum zbiegli się krewni i znajomi tych, którzy pozostali w środku. Ich relacje, publikowane dziś przez media, stawiają włosy na głowie. Olga Lillewiali, cytowana przez portal Meduza.io: „Przez sześć godzin staliśmy na ulicy, nikt do nas nie wyszedł. Centrum zostało otoczone przez policję o godzinie 17.30. Policjanci zachowywali się bardzo agresywnie. Biegaliśmy po ulicy, nie chcieli nas wpuścić, nikt nikogo nie informował. Nad budynkiem unosiły się kłęby dymu, nasze dzieci płonęły, a my mogliśmy tylko na to patrzeć. W sztabie [akcji ratowniczej] siedzieli ludzie, jedli kanapki, nic nie wiedzieli”. Na miejscu tragedii nie pojawił się gubernator obwodu kemerowskiego Aman Tulejew, sprawujący władzę na Kuzbasie od niepamiętnych czasów. Tłumaczył, że wioząca go kolumna samochodów (z ochroną osobistą itd.) przeszkadzałaby ratownikom. Władza już tak dalece oderwała się od społeczeństwa, że gubernatorowi nie przyszło do głowy pofatygować się na miejsce tragedii na piechotę.

Wczorajszy wieczór spędziłam na czytaniu wiadomości napływających z Kemerowa, głównie w reagujących szybko mediach społecznościowych. Wiele było głosów: „W Kemerowie tragedia porównywalna z Biesłanem – zginęło tyle dzieci, a w centralnej telewizji w najlepsze trwa wieczór wychwalania geniuszu Putina”. Faktycznie Pierwszy Kanał, Rossija i NTW – trzy ogólnokrajowe stacje telewizyjne – nadawały swoje sakralne seanse uwielbienia dla umiłowanego przywódcy, gdzieś na marginesie mimochodem wspominając o pożarze w Kemerowie; podawano, że mogło zginąć około dziesięciu osób. Z godziny na godzinę relacje w mediach społecznościowych oddawały coraz większe oburzenie ludzi taką sytuacją – milczeniem telewizji, Kremla, brakiem reakcji miejscowych władz, bezradnością służb, fatalnym stanem zabezpieczeń przeciwpożarowych i tak dalej. Często w komentarzach pojawiały się takie: „To jest właśnie putinowska Rosja: elita kradnie, państwo pieniądze wyrzuca się na rakiety, skorumpowane władze nie dbają o bezpieczeństwo ludzi”.

Nazwisko Maszy Moroz i jej mamy, Poliny znajduje się na opublikowanej liście śmiertelnych ofiar tragedii. RIP.

Duma Państwowa broni podrywacza

24 marca. Język rosyjski wzbogacił się o nowe zapożyczenie z angielskiego: w wielu publikacjach często powtarzane jest ostatnio słowo „harassment” (харассмент) na zmianę z rdzennie rosyjskim „домога́тельство”. Oba słowa znaczą dokładnie to samo: molestowanie. Karierę publicystyczną słówka zawdzięczają ułańskiej fantazji deputowanego Leonida Słuckiego, przewodniczącego komitetu ds. międzynarodowych Dumy Państwowej.

Kilka dziennikarek delegowanych przez redakcje do relacjonowania wydarzeń w Dumie Państwowej poskarżyło się jakiś czas temu na niestosowne zachowanie Słuckiego. Według ich słów deputowany dotykał je w miejsca intymne, obejmował, nie zważając na protesty, jednej proponował, aby została jego kochanką. Słucki wzruszył na te oskarżenia ramionami: – Nie uda się wam zrobić ze mnie rosyjskiego Harveya Weinsteina. Dajcie sobie spokój – powiedział. Ale dziennikarki nie dały sobie spokoju. Złożyły skargę w komisji etyki poselskiej Dumy. 21 marca odbyło się posiedzenie tejże, koledzy deputowani płci obojga murem stanęli za Słuckim. Ciekawie było posłuchać całości obrad, ale streszczę je Państwu w słowach kilku: padały argumenty o winie… samych dziennikarek. Wiadomo, młode, ładne, zachowują się prowokacyjnie. Z emocjonalną szarżą na reporterkę BBC Faridę Rustamową wystąpiła deputowana Irina Rodnina, niegdyś wielka gwiazda łyżwiarstwa figurowego, mistrzyni świata, Europy, igrzysk olimpijskich, ostatnio – zanurzona w politykę. Rodnina wywodziła, że Farida swego czasu po spotkaniu Słuckiego z Le Pen biegła korytarzem za nieszczęsnym deputowanym i po prostu molestowała go, aby jej udzielił informacji, o czym rozmawiał z francuską polityk. I to właśnie ta jej natarczywość wywołała u Słuckiego reakcję. Ilja Milsztejn na portalu Grani podsumował: „Okazało się, że Rustamowa tak pobudziła nieszczęśnika, że już nie miał innego wyjścia, tylko wziąć się podniecić, skoro go tak przypierają do muru. Zresztą i bez tego było jasne, że przy takiej polityce zagranicznej, jaką prowadzi Rosja, przewodniczący komisji ds. międzynarodowych cały czas powinien zachowywać się agresywnie i kogoś za coś łapać”.

Część mediów ogłosiła, że odwołuje z Dumy swoich reporterów na znak solidarności z molestowanymi koleżankami. Natomiast przewodniczący izby Wiaczesław Wołodin (to ten aforysta, który ukuł wiekopomne stwierdzenie „Jest Putin – jest Rosja, nie ma Putina – nie ma Rosji”) oznajmił, że w takim razie cofa akredytację tym mediom, które dołączają do bojkotu. Pod Dumą odbyły się pikiety. Uczestnicy domagali się ukarania Słuckiego (reportaż można zobaczyć tu: https://www.novayagazeta.ru/articles/2018/03/21/75893-my-prizyvaem-slutskogo-izvinitsya; powtarzające się hasło to: Uważajcie, Duma to miejsce, gdzie obłapiają). Niektóre media zareagowały zdecydowanie, np. portal Lenta usunął w ramach bojkotu wszystkie wzmianki dotyczące Słuckiego. Do protestu przyłączył się m.in. „Playboy” (napotkałam w internetach taki tytuł: „Playboy popiera bojkot Dumy Państwowej”, piękne czasy doprawdy). Bojkot popierają również blogerzy. Jeden z nich napisał: „Że media nie będą pisać o Dumie? Niewielka strata. I tak się tam nic ciekawego nie dzieje”.

Jedyną deputowaną, która stanęła po stronie molestowanych dziennikarek, była Oksana Puszkina. Zapowiedziała wystąpienie z inicjatywą wprowadzenia w rosyjskim prawie kar za molestowanie, powiedziała, że politycy, którzy dopuszczają się takich czynów, powinni tracić stanowisko. Ciekawe, jak jej pójdzie, wobec tego, że – jak sama powiedziała – wszyscy uważają Lonię za fajnego faceta, a dziennikarki za dziwki.

Dziekan wyższej szkoły telewizyjnej Moskiewskiego Uniwersytetu, zasłużony dziennikarz Witalij Trietjakow oznajmił zdziwionemu audytorium w Nowosybirskim Uniwersytecie Państwowym, że każdy normalny facet na miejscu Słuckiego zachowałby się tak samo, po czym wygłosił wywód o tym, kto kogo może dotykać i gdzie (jego wykład można obejrzeć tu: https://www.youtube.com/watch?v=1SXTxMz100w).

Rzecznik Kreml nagabywany na konferencjach prasowych o stosunek do sprawy Słuckiego wymigiwał się od odpowiedzi.

Słowo „harassment” pojawiło się w rosyjskich mediach nie tylko w odniesieniu do Słuckiego i jego latających rączek. Tsunami zainteresowania podniósł dziennikarz Renat Dawletgildiejew, który opowiedział publicznie o tym, że molestował go Władimir Żyrinowski. Skomentował to w audycji rozgłośni „Echo Moskwy” Siergiej Parchomienko: „To taka tajemnica, o której wiedzieli wszyscy, którzy mieli do czynienia z Władimirem Wolfowiczem Żyrinowskim. To człowiek, że tak powiem, nadzwyczaj namiętny, pełen sił i potrzeb. I to dotyczy ludzi obu płci. Gdyby istniała trzecia, czwarta i piąta płeć, to on też nie pozostałby wobec nich obojętny. Ten hormon w nim buzuje niepowstrzymanie”. Syn Żyrinowskiego, deputowany Igor Lebiediew zapowiedział, że będzie się domagał od Dawletgildiejewa odszczekania tych rewelacji.

Ogólną wesołość mediów społecznościowych wzbudziła deputowana Raisa Karmazina, członkini komisji ds. etyki, słowami: „Byłam od nich [molestowanych dziennikarek] trzysta razy ładniejsza. I wcale nie głupsza! A nikt mnie nie zmolestował. Nie dawałam powodu, żeby mnie ktoś zmolestował. Bo niechby ktoś się rwał do wymolestowania mnie, to bym mu po gębie dała”. Fragment wypowiedzi zadzierzystej posłanki w Twitterze był ilustrowany licznymi zdjęciami z sali posiedzeń Dumy, na których pani Raisa okazuje kolegom deputowanym czułość, graniczącą ze „zmolestowaniem”.