Nawalny: Matrosskaja Tiszyna i pałac nad Morzem Czarnym

20 stycznia. Wydarzenia galopują. Nazajutrz po wylądowaniu w Moskwie Aleksiej Nawalny stanął przed obliczem rosyjskiej Temidy, która ma coraz szczelniej zasłonięte oczy. Następny dzień przyniósł publikację przez Fundację Walki z Korupcją filmu o pałacu Putina nad Morzem Czarnym i ciemnych schematach kleptokracji. Na 23 stycznia zwolennicy opozycjonisty skrzykują się na protesty uliczne. W Dumie Państwowej padły słowa o tym, że Nawalny jest „przywiezionym z Niemiec agentem, który ma zakłócić demokratyczny proces wyborczy w Rosji”. A teraz wszystko po kolei bardziej szczegółowo.


Temida tym razem przyskrzyniła Nawalnego w zaimprowizowanej salce na posterunku policji w podmoskiewskich Chimkach. Nie wpuszczono niezależnych mediów. Sędzia rozpoznająca sprawę miała zdecydować, czy aresztować Nawalnego do czasu rozprawy, podczas której sąd zdecyduje o ewentualnym odwieszeniu wyroku orzeczonego w zawieszeniu w 2014 r. (tzw. sprawa Yves Rocher – http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2014/12/30/kreml-bierze-zakladnikow/). Nawalny swego czasu zaskarżył ten wyrok przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka i wygrał – wyrok uznano za podyktowany względami politycznymi i bezpodstawny. Jak przypominają dziś współpracownicy Nawalnego, Rosja nawet wypłaciła mu rekompensatę, przyznaną przez europejski sąd. Władze Rosji najwyraźniej jednak uznały, że nawet ten nieświeży kotlet warto przygrzać na początek, aby mieć jakikolwiek powód odsunięcia opozycjonisty od działalności. Osadzenie w areszcie jest środkiem skutecznym, ale nie do końca, o czym za chwilę.


Zwrócił uwagę wystrój posterunku, na którym odbywało się to dziwne posiedzenie sądu: na ścianie wisiał m.in. portret Gienricha Jagody, szefa NKWD w czasach Wielkiego Terroru. Najwidoczniej uwielbienie dla historii kolejnych zbrodniczych wcieleń Czeki ciągle jest żywe „w organach”.


Sędzia orzekła 30-dniowy areszt wobec Nawalnego. Poczeka on na rozprawę w słynnym moskiewskim areszcie śledczym Matrosskaja Tiszyna. To ten areszt, w którym przebywał Siergiej Magnitski. Zła sława. Nawalny napisał w przekazanym przez prawnika komunikacie, że został umieszczony w pojedynczej celi, jako że po powrocie z zagranicy powinien przejść kwarantannę; traktowany jest dobrze, niczego mu nie brakuje.


Wczoraj okazało się, że Nawalny nie przyjechał do Rosji z pustymi rękami. Jego Fundacja Walki z Korupcją opublikowała na kanale Youtube dwugodzinny film dotyczący w głównej mierze historii budowy wielkiej rezydencji dla Putina nad Morzem Czarnym. Do tej chwili, a nie minęły jeszcze 24 godziny od publikacji, film odnotował 20 mln odsłon (https://www.youtube.com/watch?v=ipAnwilMncI).


Temat nie jest nowy. O gigantycznym gargamelu pod Gelendżykiem, zbudowanym dla Putina za „otkaty” od różnych bogatych, powiązanych ze sobą schematami finansowymi osób z zaufanego kręgu prezydenta było głośno już kilka lat temu. Obiekt powstawał w latach 2005-2010. O jego istnieniu powiedział głośno jeden z przedsiębiorców, realizujących ten chory pomysł, Siergiej Kolesnikow (występuje również w najnowszym filmie). Nawalny i jego ekipa zebrali teraz materiały, dokładniej prześwietlili powiązania, podali konkretne liczby (gigantyczna kasa) i pokazali wnętrza. Ponadto rezydencja, koszty budowy której dziesięć lat temu szacowano na miliard dolarów, zaczęła generować problemy i nowe wydatki idące w kolejne miliardy. Okazało się między innymi, że w pierwszym etapie dopuszczono się jakichś uchybień przy pracach wykończeniowych (wykonawca być może tradycyjnym obyczajem skręcił część kasy) w pałacu zalęgła się pleśń. Trzeba więc było wyremontować szykowne komnaty.


Przesłanie filmu jest jasne: Rosją rządzi kasta złodziei, a największym z nich jest Władimir Władimirowicz Putin. Jest pazerny, rekompensuje sobie po wysokich kosztach stare kompleksy człowieka wychowanego w ciasnocie, w leningradzkiej komunałce w starym domu bez wygód. Działa jak gangster. Nawalny twierdzi, że Putin lubi wystawne wielkopowierzchniowe pałace. Wyposażenie dla pałacu w Gelendżyku zamawiano we włoskich firmach meblarskich, produkujących krótkie serie ekskluzywnych komód, serwantek czy kanap. Niegustowne, wręcz kiczowate, ale nowobogackie. W pałacu jest sala, w której można się pohazardować, basen, fitness, czytelnia, a nawet 18-metrowy „brudownik” (комната для грязи). A nad bramą wjazdową pyszni się dwugłowy orzeł – wypisz wymaluj jak w Pałacu Zimowym w Petersburgu.


Rezydencja obrosła w ostatnich latach obiektami „towarzyszącymi”, jak podziemne lodowisko do gry w hokeja, winnice, herbaciarnie itd. Do pałacu nie można się dostać ani od strony morza, ani od strony lądu – wszystko jest pilnie strzeżone i odgrodzone od świata. Jeśli Putin tu przyjeżdża, to śmigłowcem (tak, tak, jest i lądowisko).


Pałac jak pałac, niektórym może się nawet spodoba, jak ktoś lubi zimne wypolerowane wnętrza. Ważniejsze wydaje się pokazanie w filmie kręgu osób, obsługujących apetyty prezydenta oraz metod pozyskiwania i używania pieniędzy w iście gangsterskim stylu.


Władze po okresie ignorowania Nawalnego przystąpiły wczoraj do „moczenia” go i przyprawiania mu gęby zagranicznego agenta, przysłanego, aby pokrzyżować plany krystalicznej rosyjskiej demokracji. Władza działa podług własnej logiki. Podczas inauguracyjnego posiedzenia sesji wiosennej Dumy Państwowej do ataku na opozycjonistę ruszyły doborowe pułki wiecznych deputowanych. Emocjonalną tyradą ton zadał przewodniczący izby Wiaczesław Wołodin, który nazwał Nawalnego „człowiekiem przysłanym nam z Niemiec”. „Mamy do czynienia z zaplanowaną i skoordynowaną akcją, a Unia Europejska powinna zacząć od siebie [zamiast popierać Nawalnego i krytykować władze Rosji] – najpierw przestańcie strzelać do ludzi gumowymi pociskami, truć gazem i zimą polewać wodą.[…] A nasi obywatele dokonają wyboru sami, bez waszej ingerencji”. Zebrał oklaski. Co to znaczy? Jak pisze w komentarzu na Rosbalt.ru Jelena Ziemskowa, „przewodniczący stwierdził, że Zachód nie jest dla Rosji autorytetem, który może pouczać Rosję, jak wygląda demokracja, a Nawalny jest pionkiem w wielkiej grze przeciwko Moskwie. Później Wołodin faktycznie oskarżył Nawalnego o zdradę, czym pośrednio potwierdził słuchy o tym, że Nawalnemu zostaną postawione zarzuty zdrady państwa (art. 275 kk). Wołodin wygarnął, że Nawalny jest narzędziem Departamentu Stanu USA, że stoją za nim obce mocarstwa. Ale jeśli człowiek sprzedał swój kraj i jest finansowany przez inne państwa, to nie ma czego szukać w rosyjskich organach władzy” (https://www.rosbalt.ru/blogs/2021/01/19/1882889.html).

W podobnym duchu i równie ogniście poczynali sobie inni ważni deputowani. „Zdrajca! Marionetka w obcych rękach” (Siergiej Mironow), „przyjechał goniec z Berlina, Gapon numer dwa będzie nam tu robił Majdan” (Giennadij Ziuganow), „kto go [Nawalnego] wspiera? Jacyś chorzy, narkomani, prostytutki. To człowiek dla nas obcy, podły” (Władimir Żyrinowski).


Nawalny pozostaje w centrum zainteresowania mediów społecznościowych, nadal natomiast nie istnieje – lub istnieje na marginesie i wyłącznie w negatywnym świetle – w telewizji. Polityk walczy teraz o zainteresowanie i uwagę rodaków, chce ich przekonać do konieczności rozliczenia Putina i spółki. „Wróciłem, bo nie jestem dłużej w stanie siedzieć cicho i godzić się na kłamstwa i korupcję przyjaciół Putina. Korupcja, kłamstwa i bezprawie skracają życie każdemu z nas” – napisał w liście z „Matrosskiej Tiszyny” (https://echo.msk.ru/blog/corruption/2776510-echo/). Czy znajdzie zrozumienie wśród rodaków? Zobaczymy. Na Twitterze – poza wieloma wyrazami poparcia dla Nawalnego – znalazłam i taki głos: „Mama obejrzała film o pałacu. Wzruszyła ramionami: on jest prezydentem, jemu wolno. Próbowałam wyjaśniać, że on nie jest carem, że Rosja nie jest jego własnością, że jest zwyczajnym urzędnikiem na czele państwa. Jak grochem o ścianę, mama nie rozumie”.


Fundacja Walki z Korupcją wzywa swoich zwolenników na wiece 23 stycznia. „Przeciw złodziejom i zabójcom, Przeciw korupcji i niesprawiedliwości. Za własną przyszłość. Za wolność każdego z nas”. (https://navalny.com/p/6454/).


I na koniec krótka migawka z życia prezydenta. Wczoraj było święto Chrztu Pańskiego, gdy prawosławni zanurzają się w lodowatych przeręblach. Zanurzył się również Władimir Putin. Można to obejrzeć np. tu: https://twitter.com/Kremlinpool_RIA/status/1351494268217602048. Komentatorzy zwrócili uwagę, że Putin wystąpił w błękitnych kąpielówkach. „Czyżby to te słynne nasączone nowiczokiem slipki Nawalnego, które dwukrotnie prali funkcjonariusze FSB? Putin chciał pokazać trofeum?”. Ciekawe czasy.

Nawalny: zatrzymany

17 stycznia. Jak zapowiedział, tak zrobił: Aleksiej Nawalny wsiadł dziś w Berlinie na pokład samolotu linii lotniczych Pobieda i wyruszył do Rosji.


Samolot leciał, a na lotnisku Wnukowo w Moskwie zbierali się zwolennicy Nawalnego, aby go powitać. Kierownictwo lotniska zapowiedziało, że wpuszczać będzie na teren tylko osoby posiadające ważne bilety lotnicze. Lotnisko było otoczone przez wzmocnione oddziały policji i OMON, na uliczkach wokół stały policyjne samochody różnego kalibru z włączonymi światłami na dachach. Wyglądało to tak, jak gdyby na Wnukowie miał wylądować latający spodek z Marsjanami, a rosyjskie władze chciały im dać do zrozumienia, że też mają swoje migające pojazdy i niczego się nie boją. O strachu będzie się dziś wieczorem mówiło jeszcze wiele.


Mimo ograniczeń w hali przylotów zebrało się kilkaset osób, wśród nich bliscy współpracownicy opozycjonisty i jego brat Oleg. Policja w pewnym momencie podeszła do nich i wyprowadziła pod ręce poza lotnisko, wsadziła do suki. Następnie do hali wbiegły oddziały OMON-u i z krzykiem wypchnęły ludzi poza budynek. Z tłumu wyciągano za ręce i nogi poszczególne osoby, wleczono po śniegu. Łącznie zatrzymano 53 osoby.


Tymczasem osoby śledzące trasę przelotu samolotu wiozącego na pokładzie Nawalnego zauważyły, że maszyna zamiast na Wnukowo leci gdzieś na południe, po czym zawraca i leci na północ. Lotnisko Wnukowo ni z tego ni z owego ogłosiło, że się zamyka, że sprzęt do odśnieżania im się popsuł i w związku z tym wstrzymuje przyjmowanie samolotów. Chwila konsternacji: dokąd poleci samolot Pobiedy? Okazało się, że leci na Szeriemietjewo. Czekający na Nawalnego ludzie chcieli możliwie szybko dostać się samochodami z Wnukowa na Szeriemietjewo, ale to okazało się niemożliwe: policja sprawnie zablokowała drogi. Lotnisko Wnukowo po kwadransie ogłosiło, że znowu przyjmuje samoloty.


Nawalny wraz z żoną i towarzyszącymi rzeczniczką Kirą Jarmysz i adwokat Olgą Michajłową wylądował więc na Szeriemietjewie. Tam wygłosił krótkie oświadczenie: Jestem szczęśliwy, że wróciłem. To było poza dyskusją, czy wracam czy nie wracam – wracam i już. Nie, nie boję się i was też namawiam do tego, abyście się nie bali. Wszystkie sprawy karne przeciwko mnie zostały sfabrykowane.


A potem była kontrola paszportowa. Kiedy prawniczka Nawalnego przekroczyła już granicę, do Aleksieja podeszli panowie w mundurach i grzecznie poprosili, aby poszedł z nimi. Michajłowa nie mogła już zawrócić, prosiła, aby pozwolono jej podejść do klienta, przedstawić dokumenty, została zignorowana. Federalna Służba Więziennictwa dość szybko wydała komunikat, że Nawalny został zatrzymany do czasu posiedzenia sądu (sąd ma się zebrać w sprawie zamiany wyroku w zawieszeniu na realny 29 stycznia). Przypomnę, że władze chcą odgrzać na siłę wyrok w zawieszeniu orzeczony wobec Nawalnego w sfingowanym procesie Yves Rocher (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2014/12/30/kreml-bierze-zakladnikow/). Zarzucają Nawalnemu, że choć taka na nim jako skazanym prawomocnym wyrokiem w zawieszeniu spoczywała powinność, nie stawił się on na wezwanie. Cóż, nie stawił się, owszem, bo Federalna Służba Bezpieczeństwa była łaskawa otruć go nowiczokiem. O konwulsjach władz będzie jeszcze pewnie okazja napisać. Dziś poszedł w świat – rozpropagowany przez wszystkie najważniejsze media – komunikat, że Putin zatrzymał Nawalnego na lotnisku w Moskwie. Amnesty International ogłosiła, że uznaje Nawalnego za więźnia sumienia (https://www.amnesty.org/en/latest/news/2021/01/russia-aleksei-navalny-becomes-prisoner-of-conscience-after-arrest-on-arrival-in-moscow/). HRW wezwała do niezwłocznego wypuszczenia Nawalnego na wolność. Z podobnym apelem wystąpił szef Rady Europejskiej Charles Michel.


Kreml nie wytrzymał nerwowo i urządził zadymę na całego. Nawalny znowu znalazł się w centrum zainteresowania, zasłużył na miano nieustraszonego opozycjonisty, który potrafi wiele zaryzykować, „chłopa, co ma cojones”, wykazał się wyjątkową odwagą i zademonstrował, że nie zamierza się uginać pod naporem Putina. A Putin sięgnął po nieskomplikowane metody siłowe: zatrzymał komitet powitalny na Wnukowie, a na Szeriemietjewie zwinął samego Nawalnego. Rzecznik prasowy Kremla pytany o komentarz w sprawie zatrzymania opozycjonisty odpowiedział, że nie śledzi, co się z tym osobnikiem dzieje: „A co, w Niemczech go zatrzymali?” – spytał z niewinnym wyrazem zaszklonych kłamstwem oczu.


Intensywny ciąg dalszy niebawem nastąpi.

Nawalny: Lecimy do domu!

13 stycznia. Chętnie do dziś oglądany i cytowany film Aleksieja Bałabanowa z 2000 roku „Brat 2” kończy się sceną na pokładzie samolotu lecącego z USA do Moskwy. Główny bohater Daniił i „uratowana” przez niego z odmętów amerykańskiej niesprawiedliwości społecznej i łap ruskiej mafii prostytutka Dasza moszczą się przed wylotem na siedzeniach. Dziewczyna przywołuje stewarda i wypowiada słowa, które weszły do potocznego języka: „Chłopcze, przynieś nam wódeczki, lecimy do domu” (https://www.youtube.com/watch?v=7e2CeGo1Q-c). Ten cytat pasuje do sytuacji, jaką zapowiedział Aleksiej Nawalny na 17 stycznia. Najważniejszy rosyjski opozycjonista ogłosił dziś, że czuje się już dobrze, gotów jest wrócić do działalności w Rosji i w związku z tym na najbliższą niedzielę zakupił bilet na samolot linii lotniczych Pobieda (Zwycięstwo), który zawiezie go do Moskwy. Zaprosił wszystkich chętnych, aby powitali go na lotnisku Wnukowo.


Ogłoszony przez Nawalnego komunikat na Instagramie stał się momentalnie wiadomością dnia w rosyjskich mediach społecznościowych. „Nigdy nie zadawałem sobie pytania, czy wracać czy nie wracać. Po prostu dlatego, że nigdy nie wyjeżdżałem. Znalazłem się w Niemczech przywieziony w pudełku i podłączony do aparatury reanimacyjnej z jednego prostego powodu: próbowano mnie otruć. Ale przeżyłem. I teraz Putin, który wydał polecenie zabicia mnie, złorzeczy w swoim bunkrze i nakazuje swoim sługom zrobić wszystko, abym nie powrócił. Słudzy robią to, co zwykle: fabrykują nowe sprawy karne przeciwko mnie. Ale mnie nie za bardzo interesuje, co oni tam robią. Rosja to mój kraj, Moskwa to moje miasto, tęsknię za nimi” (https://www.instagram.com/tv/CJ-lt0YoT2s/?utm_source=ig_embed).


Kawa na ławę. Sygnały płynące z Kremla (o wznawianiu starych spraw wygenerowanych na zamówienie polityczne, na podstawie których Nawalny trafi do kolonii karnej) opozycjonista zignorował. To charakterystyczne dla tego polityka. System Putinowski ma swoją logikę, swoje porządki, swoją hierarchię. A Nawalny mówi wprost: ja nie będę wpisywał się w ten wasz chory system, nie będę grał waszymi znaczonymi kartami, jestem obywatelem, mam swoje prawa i proszę ich przestrzegać, nie rozumiem waszych patologicznych sygnałów, waszych półsłówek, mówię otwarcie, co myślę. Chcieliście mnie potajemnie otruć? Pokazałem całemu światu, że to wy, pokazałem twarze trucicieli. Nie kupuję waszej ściemy, którą wokół sprawy mojego otrucia rozsnuwacie. Nie będę się chował, przyjeżdżam do mojego kraju i informuję o tym społeczność – i krajową, i międzynarodową.


I choćby oficjalne media to przemilczały (Putin przecież zabrania wypowiadania nazwiska Nawalnego), to wieść rozejdzie się błyskawicznie poprzez alternatywne kanały. Już się rozeszła: 17 stycznia, godzina 19.20, lotnisko Wnukowo.


Wydaje się, że Kreml liczył na to, że Nawalny pozostanie w Niemczech jeszcze długo. Studencie, studenciku, siedź na d*pie, nie ryzykuj – śpiewano w PRL. To trafne streszczenie „dobrych rad” spływających z kremlowskiego wzgórza pod adresem niewygodnego rywala. Nawalny z nich, jak widać, nie skorzystał. Nie przestraszył się też gróźb („gdybyśmy chcieli, to byśmy otruli”). Strach to firmowe uczucie, które Kreml lubi wywoływać w oponentach. A Nawalny pokazuje, że ani pogróżek, ani nawet realnych gróźb się nie boi.


Zdaniem większości komentatorów, Putin nie podjął decyzji, co robić. A teraz piłeczka jest po jego stronie. Nie dopuścić do powrotu opozycjonisty? Formalnie nie ma żadnych powodów. Zmienić w ostatniej chwili miejsce lądowania samolotu, aby pozbawić oponenta słodkiej chwili triumfu w tłumie zgromadzonym na Wnukowie (jeśli taki tłum się zbierze)? Będzie wyglądało, że Kreml się przestraszył powrotu Nawalnego. Zatrzymać go na lotnisku pod kolejnym sfabrykowanym oskarżeniem? To akurat gwarantowany sposób trafienia na pierwsze strony gazet, chyba Kreml wolałby uniknąć takiej reklamy. A zatem – wpuścić go do kraju, a dopiero potem zatrzymać i wysłać do łagru? Może tak. Niektórzy twierdzą, że kolejny wyrok Aleksiej ma zagwarantowany.


Tak czy inaczej – rok w rosyjskiej polityce, takiej zdawałoby się ułożonej, takiej przewidywalnej, takiej statycznej, zapowiada się co najmniej ciekawie.

Włamywacze prywatni i państwowi

8 stycznia. Sąd w Nowym Jorku skazał Rosjanina Andrieja Tiurina na karę 12 lat pozbawienia wolności za oszustwa w sieci i cyberwłamania, które doprowadziły do wycieku danych osobowych 80 milionów klientów potężnego amerykańskiego banku JPMorgan Chase i dziesięciu innych firm. To największa kradzież danych z banku w amerykańskiej historii. Dane były wykorzystywane następnie do malwersacji pieniędzy. Tiurin dokonał włamań w latach 2012-2015. W materiałach śledztwa była również mowa o zakładaniu nielegalnych kasyn internetowych, nielegalnym dostępie do lekarstw i handlu nimi, obsłudze kryptogiełdy Coin.mx i in.


Poza karą więzienia wobec Tiurina orzeczono wysoką grzywnę: 19 milionów dolarów. Po odsiedzeniu wyroku w amerykańskim więzieniu skazany zostanie deportowany do Rosji.
Adwokaci Tiurina przyznawali, że był członkiem ekipy parającej się hakowaniem (w skład grupy wchodziło kilku oszustów z Gruzji, USA i Izraela, również zostali zatrzymani). Był zdolnym wykonawcą planów opracowywanych przez kierujących grupą, ale wniósł też spory wkład własny. Według jednego z adwokatów, Tiurin ukończył uczelnię techniczną w Moskwie, był inżynierem elektrykiem. Tajemnice hakowania rozkminiał samodzielnie, sam też poszukiwał dobrych kontaktów w świecie przestępczości internetowej. Tiurin został zatrzymany w Gruzji we wrześniu 2018 r. i przewieziony do USA. Rosja występowała o jego ekstradycję do kraju, bezskutecznie.


Tiurin to jeden z żołnierzy rozległego frontu walki na cyberpolu. Polem jego działalności były banki i inne instytucje finansowe, celem – wzbogacenie się. Ale zdolni hakerzy z Rosji niejedno mają imię, to nie tylko złodziejaszki jak Tiurin. Niektórzy działają nie tylko z pobudek merkantylnych. Ślady działalności hakerów działających na zlecenie rosyjskich tajnych służb stwierdzono w wielu miejscach na świecie – w Niemczech (atak na serwery Bundestagu), Francji (brudna robota podczas kampanii prezydenckiej), USA (m.in. cała góra różnych ciekawych operacji, związanych z kampanią i prezydenturą Donalda Trumpa).


Od połowy grudnia w amerykańskich mediach pojawiają się informacje o tym, że rosyjscy hakerzy dobrali się do rządowych serwerów USA. FBI alarmowało, że wrażliwe serwery zostały poddane zmasowanym atakom hakerskim na przestrzeni kilku miesięcy (od marca 2020 r.). W opublikowanym w ostatnich dniach wspólnym raporcie FBI, Agencji ds. Cyberbezpieczeństwa, Agencji Bezpieczeństwa Narodowego i ODNII mowa jest o zorganizowanym charakterze tych ataków i rosyjskim śladzie (https://www.cisa.gov/news/2021/01/05/joint-statement-federal-bureau-investigation-fbi-cybersecurity-and-infrastructure). Atak miał za zadanie zainstalowanie szkodliwych wirusów do oprogramowania. Podejrzewa się też, że celem hakerów było pozyskanie informacji wywiadowczej. „The Washington Post” twierdzi wprost, że za atakiem stoi grupa hakerów Cozy Bear (APT29) afiliowana z rosyjską Służbą Wywiadu Zagranicznego. 19 grudnia sekretarz stanu USA Mike Pompeo wprost oświadczył, że za zmasowanymi atakami na amerykańskie serwery rządowe stoi Rosja.


Moskwa skwitowała sprawę firmowym wzruszeniem ramion. Szykująca się do przejęcia władzy ekipa nowego prezydenta USA Joe Bidena już zapowiada, że Rosja poniesie konsekwencje ataków. Czy to będą kolejne sankcje finansowe czy analogiczne ataki na cele rosyjskie – czas pokaże.

Urodziny niezwykłego poety

30 grudnia 1905 r. urodził się Daniił Charms (wł. Juwaczow), niezwykły poeta, śmiało eksperymentujący z językiem, wyginający język rosyjski na wszystkie strony, wyciskający z języka soki soczyste i jajo holenderskie blues. Należał do grupy OBERIU, w latach 20. „oberiuci” byli pełni radości życia i tworzenia, uprawiali skomplikowane szaleństwo językowe, bawili publiczność na spektaklach teatralnych, na których przedstawiali też swoje wiersze i opowiadania.


W tamtych czasach, gdy według Ojca Narodów walka klasowa stale się zaostrzała, poezja zaangażowana we własne sprawy nie miała zbyt długo szans samodzielnego istnienia. Zakładanie uzdy Charmsowi zaczęło się w 1931 r. – został aresztowany wraz z kilkoma innymi „obieriutami” za działalność w „antysowieckiej grupie pisarzy”, skazany na trzy lata łagru, rok później zamieniono mu resztę wyroku na zsyłkę. Po odbyciu kary „oberiuci” wprawdzie spotykają się czasem na rozmowy o filozofii, ale zaprzestają dotychczasowej działalności literackiej. Gdy wybucha wojna, Charms zostaje aresztowany po raz drugi, na podstawie donosu, w którym anonimowy autor relacjonuje słowa poety: „Związek Radziecki przegrał wojnę pierwszego dnia. Leningrad zostanie oblężony i umrze z głodu, albo zostanie zbombardowany, kamień na kamieniu nie zostanie”. Słowa te zostały uznane za defetyzm, groziło mu za to rozstrzelanie. Aby się wywinąć, Charms zaczął symulować chorobę psychiczną, został skierowany na leczenie. Zmarł w lutym 1942 r. podczas blokady umierającego z głodu Leningradu w szpitalu słynnego więzienia Kriesty.


Jego utwory były publikowane w ZSRR głównie w samizdacie. Pierwszy zbiór wierszy i opowiadań w oficjalnym obiegu ukazał się w 1988 r. na fali pierestrojki. Potem nastąpił też renesans zainteresowania jego teatralną spuścizną. Spektakl „Jelizawieta Bam” wystawiony przez studio Czełowiek przy moskiewskim MChAT był pierwszą próbą zmierzenia się z awangardowym absurdem prześladowanej przez Stalina niezwykłej poezji. Spektakl reżyserował nieżyjący już – wtedy młody, później legendarny reżyser Roman Kozak.