Multi-kulti

Ulubieniec władz Moskwy i całej Rosji, rzeźbiarz Zurab Cereteli, autor paskudnego pomnika Piotra Wielkiego ustawionego nad rzeką Moskwą oraz wielu innych kiczowatych monumentów, wyrzeźbił jakiś czas temu Władimira Putina. Postać przypominająca z twarzy prezydenta Rosji wyposażona była w mocną klatę gladiatora i przyobleczona w dżudogę. Kremlowski dwór produkcją pana Ceretelego nie zachwycił się jednak i pięciometrowy pomnik przez jakiś czas stał skromnie na podwórku pracowni rzeźbiarza, później publiczność straciła z nią kontakt wzrokowy (nie wiem, co się z dziełem ostatecznie stało). Co do innych przejawów spontanicznej miłości ludu i rzeszy posłusznych urzędników – to Kreml nie zwalczał ich już tak ochoczo.

Portrety Putina można kupić w sklepie w stoiskach „Artykuły biurowe”. Bo też w każdym gabinecie urzędnika, szanującego się biznesmena, w każdej instytucji państwowej, w każdej szkole, w każdym biurze, w każdej jednostce wojskowej musi zawisnąć wizerunek głowy państwa – Putin zamyślony, zadowolony, pochylony z troską nad problemami kraju, Putin w czapce marynarza czy hełmie pilota naddźwiękowców.

 

W komentarzu do postu o sekcie, oddającej Putinowi cześć boską, pan Andrzej napisał: „Zastanawia mnie fakt, czy… działalność tego typu sekt nie wpisuje się w zjawisko budowania kultu Putina zupełnie tak jak to zwykle tego typu kult powstaje w krajach rządzących przez dyktatorów…. że Dyktator jest wszędzie obecny…. jest też zbawcą narodu i często właśnie darem niebios”. W budowaniu kultu Putina czy jakiegokolwiek innego przywódcy-autokraty rola sekt – nawet takich „odjechanych” jak sekta pani Frołowej – jest, jak sądzę, minimalna i nieistotna. Obecnie nad tworzeniem wizerunku wodza pracuje sztab specjalistów (co ciekawe, Kreml odwołuje się do praktyki i wiedzy specjalistów zachodnich, wynajmuje do „roboty wizerunkowej” znane amerykańskie agencje PR).

A poza tym pracuje tradycja. Pomniki Lenina stały w ZSRR wszędzie, do pewnego momentu obok stały też pomniki Stalina. Portrety wodzów proletariatu zdobiły każdą radziecką ścianę. Tradycja nieco miękła, kiedy na Kremlu nastawał mniej przywiązany do własnej wielkości przywódca i natychmiast się odradzała, kiedy tylko zaczynał mu pasować kostium „zbawcy narodu i daru niebios”, jak napisał pan Andrzej.

Urzędnik czuje się lepiej, kiedy ze ściany jego gabinetu spogląda nań przywódca. Pod takim protektoratem czuje się po prostu bezpieczniej. No i wie, komu służy.

W rosyjskojęzycznej wersji Wikipedii jest hasło „Kult Putina”. Do przejawów wzrostu kultu prezydenta autorzy hasła zaliczyli histerię proputinowską, jaką obserwowaliśmy przed grudniowym plebiscytem poparcia (nazywanym też „wyborami do Dumy Państwowej”). A poza tym: „pojawienie się wielkiej liczby chwalebnych książek, nieprzeliczone mrowie popiersi (gipsowych i brązowych), portretów różnej wielkości; wizerunki Putina można napotkać na dywanach, szczoteczkach do zębów i pisankach; na cześć Putina nazywane są gatunki pomidorów; za przejaw kultu należy uznać dokumentalne chwalebne filmy, np. film na jubileusz 55-lecia Putina w reżyserii Nikity Michałkowa [dodać można jeszcze przebojowe piosenki w rodzaju „Chcę takiego jak Putin”] (…). Sam Putin nie pochwala kultu, obawiając się porównania ze Stalinem”.

Kult Putina wydaje się dziś utrwalony. A teraz proszę sobie uświadomić, że za dwa i pół miesiąca Rosjanie pójdą do urn, aby oddać głosy na nowego prezydenta – Dmitrija Miedwiediewa. A Putin, jak sam deklaruje, zostanie premierem (nagłaśniane przed 2 grudnia nawoływania do okrzyknięcia go „narodowym liderem” dziwnie przycichły). Czyj portret zawiśnie w gabinecie premiera? A w innych gabinetach? A pan Miedwiediew powiesi sobie u siebie portret Putina? A może powstanie nowy kult? Podwójny?

Rosyjscy urzędnicy już dziś pewnie przeżywają zawrót głowy.

Jeszcze o portrecie

Na podsumowanie prezydentury Władimira Putina będzie czas, kiedy dobiegnie końca jego druga kadencja. Do kompletu ocen brakuje rzeczy z dzisiejszego punktu widzenia zasadniczej: czy skutecznie, zgodnie z planem Putinowi uda się przeprowadzić operację „Sukcesja”. I czy posadzenie na prezydenckim fotelu Dmitrija Miedwiediewa zagwarantuje trwałość stworzonego za czasów Putina systemu monarchii korporacyjnej. Ale to temat na odrębną opowieść.

Teraz natomiast, w związku z przyznaniem Putinowi tytułu „Człowieka Roku” przez „Time’a”, można pokusić się o próbę przyjrzenia się, czy polityka zagraniczna odchodzącego lidera była skuteczna. Trąby Kremla głoszą wszem wobec, że Rosja wstała z kolan, znajduje się w dziesiątce najbardziej rozwiniętych krajów świata, jej donośny głos słyszalny jest wszędzie, z Rosją zaczęto się liczyć, „Rosja znów jest na mapie świata”, jak napisał w uzasadnieniu decyzji „Time”.

W ujęciu dzisiejszej kremlowskiej propagandy – prezydentura Putina to pasmo sukcesów. Tymczasem jak się tak bliżej przyjrzeć, to przecież różnie bywało, przeważnie bez sukcesów. I częściej nieskutecznie niż skutecznie. W każdym razie niejednoznacznie.

Z pytań Witalija Portnikowa, którego zacytowałam w poprzednim poście, można wywnioskować, że na obszarze WNP Rosja utraciła monopol na wpływy, a w niektórych krajach postradzieckich – utraciła wpływy w znacznym stopniu. Czy zatem utratę wpływów w tak wrażliwym miejscu można poczytać za sukces prezydentury Putina?

Sztandarową doktryną rosyjskiej dyplomacji względem Europy było układanie się z poszczególnymi przywódcami poszczególnych państw – Chirakiem, Berlusconim, Schroederem, dobijanie różnego typu targów ponad głowami Komisji Europejskiej, lekceważenie procesu integracji (zwłaszcza przyjmowanie nowych państw członkowskich). Błyskanie w oczy specjalną broszką dawało (i daje) pewne rezultaty w pewnych obszarach – z Niemcami Rosjanie stworzyli koncern Nord Stream, który ma wybudować (ma wybudować, choć ciągle jeszcze nic nie wybudowano) kompletnie niezrozumiały z ekonomicznego punktu widzenia, drogi gazociąg po dnie Bałtyku, zawarto porozumienia z włoskim ENI, francuskie przedsiębiorstwo dopuszczono do jednego z ważniejszych rosyjskich złóż nośników energii. Ale na wyeksponowanych europejskich fotelach nastąpiła ostatnio personalna zmiana i nastąpiła też pewna zmiana percepcji. Co więcej – wymachiwanie przez Rosję gazrurką w sporach polityczno-gospodarczych z Białorusią i Ukrainą odniosło skutek odwrotny od zamierzonego: Zachód zamiast bez namysłu paść w ramiona moskiewskiego energetycznego mocarstwa, zaczyna z pewną taką ostrożnością popatrywać na rosyjskiego partnera, szukać dróg dywersyfikacji dostaw i pracować nad wspólną polityką energetyczną.

Czy na wzrost zaufania Europy do Moskwy wpłynęło może wprowadzone na początku grudnia moratorium na wykonywanie postanowień traktatu CFE przez Rosję? A czemu mają służyć groźne pohukiwania rosyjskiej generalicji, która zapowiada, że komputer odpali rakietę w kierunku Polski, jeżeli z jej terytorium w przyszłości wystartuje antyrakieta z amerykańskiej wyrzutni? (Czy to jest ta szumnie zapowiadana przez wysokich funkcjonariuszy rosyjskiego państwa adekwatna odpowiedź na zbudowanie w Europie Środkowej elementów amerykańskiego systemu przeciwrakietowego?) Czy pokazywane z lubością w mediach próby z nowymi rosyjskimi rakietami zastąpią Rosji utracony parytet jądrowy z USA? Rozpryskujące się w powietrzu wielogłowicowe rakiety na trasie Plesieck – Kamczatka wyglądają świetnie w telewizji i w tym błyszczącym opakowaniu dobrze się sprzedają na rynku wewnętrznym. Mają porażać świadomość, utrwalać pogląd, że Rosja znów wygraża atomową pięścią. Komu? Po co? Czy te pomruki niewyspanego rosyjskiego niedźwiedzia to oznaka faktycznej potęgi czy kolejny bluff?

A jak można ocenić działania Rosji w odniesieniu do problemu statusu Kosowa? Czy sprzeciw wobec planu Ahtisaariego i podjudzanie Serbii przeciwko Zachodowi jest konstruktywną propozycją czy kolejną próbą zamieszania?

A Iran? Paliwo dla elektrowni jądrowej w Bushehr i systemy S-300 dla irańskiej armii. To sukces czy bomba z opóźnionym zapłonem?

Wspólnym wysiłkiem Moskwy i Pekinu udało się sklecić Szanghajską Organizację Współpracy, grupującą graniczące z Chinami państwa postradzieckie. I znowu – w wymiarze propagandowym okrzyknięto to w Rosji jednoznacznym sukcesem Putina. Tymczasem nawet gołym okiem widać, że lista rozbieżności, zagrożeń i obaw w stosunkach rosyjsko-chińskich jest pokaźna i tylko stale się wydłuża, a Rosji pod rządami Putina ani nie udało się jej skrócić, ani w ogóle zmiękczyć twardej sąsiedzkiej rzeczywistości.

To znowu tylko kilka pytań, a nie analiza prezydentury Putina. Pozostaje jeszcze choćby cały obszar stosunków amerykańsko-rosyjskich, meandrujących w dziwnych figurach stylistycznych.

Głos Rosji jest coraz bardziej donośny. Owszem. Propagandowo bardzo dobrze ustawiony. I trudno uwolnić się od wrażenia, że dziwną przyjemność sprawia rosyjskim politykom jego szorstkość, ton nieprzyjazny, wręcz wrogi, że w tym gatunku czują się dobrze. Tylko czy to sukces polityki Putina?

Tłum na okładce

Prezydent Putin w pięknym gabinecie w Nowo-Ogariowie udzielił wywiadu amerykańskim dziennikarzom z okazji przyznania mu tytułu „Człowieka Roku” przez pismo „Time”. Nienaganny granatowy garnitur, nienaganna błękitna koszula bez najmniejszej zmarszczki, nienaganny granatowy krawat i nienaganne spojrzenie z wysoka na gości i ich młodą amerykańską cywilizację. I wielkie emocje ze stukaniem wskazującym palcem po stole i podnoszeniem głosu, kiedy odpowiadał na pytanie, jak Zachód ocenia Rosję. I niedbała, kowbojska poza, kiedy mówił o młodzieńczych fascynacjach „Beatlesami”.

„Są na świecie starsze cywilizacje niż amerykańska. Dlaczego uważacie, że macie prawo pouczać innych, jak się mają zachowywać?” (…) „Nie powiedziałbym, że NATO to śmierdzący trup zimnej wojny, ale to przeżytek, który dostaliśmy w spadku po minionej epoce. Najwyższy czas skończyć z blokowym myśleniem. Po co w ogóle istnieje NATO? Przecież nie potrafi odpowiedzieć na wyzwania współczesności, nie nadaje się do walki z terroryzmem. Czy potrafiło zapobiec zamachowi 11 września, w wyniku którego zginęły setki i tysiące Amerykanów? Gdzie było wtedy wasze NATO? Gdzie?! (…) Z terroryzmem można walczyć tylko pracując codziennie, we współpracy z partnerem, który zasługuje na zaufanie. Takim partnerem jest Rosja”.

Być może to swoista nowa oferta dla Zachodu: proszę Rosji nie pouczać z waszecia za deptanie waszych cywilizacyjnych wymogów, my mamy własne, kto wie, czy nie lepsze, proszę przymknąć oko na naciągane procedury wyborcze, na trucie adwersarzy polonem, zamykanie ust mediom i nabrać do nas zaufania, zlikwidować NATO (a zwłaszcza nie przyjmować do sojuszu Ukrainy i Gruzji), kupować nasze surowce.

Zestawmy to jeszcze z uzasadnieniem redakcji pisma „Time”. I z kilkoma pytaniami, które postawił wnikliwy obserwator rosyjskiej sceny politycznej Witalij Portnikow, zastanawiając się, na czym – poza propagandowym hałasem – opiera się twierdzenie Putina i jego chwalców, że Rosja odwojowała utraconą pozycję na międzynarodowej scenie.

„Time”: „Putin (…) doprowadził kraj do stabilizacji. (…) Przywrócił Rosję na mapie świata. On nawet ma ambicję, aby tę mapę samemu kreślić”.

Portnikow: „Redakcja stwierdziła, że Putin, lekceważąc zachodnie wartości, zmusił świat, by znów liczył się z Rosją. Czy rzeczywiście? Czy protesty Rosji doprowadziły do tego, że krajów bałtyckich nie przyjęto do NATO? A może sojusz nie jest gotowy przyjąć Ukrainy? Gdyby Kijów wystąpił z taką inicjatywą, Ukraina byłaby w NATO. A może prezydent zdołał, wykorzystując potencjał kraju, wprowadzić Rosję do WTO? A może protesty Rosji doprowadziły do tego, że USA zrezygnowały z budowy tarczy antyrakietowej w Europie Środkowej? (…). A może wysiłki Rosji w kontaktach z Hamasem zmusiły palestyńskich bojowników, aby uznali Izrael? A może dostarczając paliwo jądrowe do elektrowni w Bushehr, Rosja sprawiła, że Iran zrezygnował z programu atomowego? A może Rosji udało się zmusić Kim Dzong Ila do przerwania programu atomowego KRL-D? A może potężny głos Moskwy zmusił estoński parlament, by zaniechać przeniesienia pomnika „Brązowego Żołnierza” z centrum Tallina na cmentarz wojskowy? A może przyjazd Władimira Putina do Kijowa [jesienią 2004 roku] i zmasowana kampania wsparcia dla kandydatury Wiktora Janukowycza na wyborach prezydenckich zapewniły zwycięstwo temu ostatniemu? A może w Gruzji pozostały rosyjskie bazy wojskowe? Może Turkmenistan nie podniósł Rosji ceny na gaz? A Kazachstan nie upomniał się o wyższe opłaty za użytkowanie kosmodromu Bajkonur? A może Azerbejdżan zrezygnował z alternatywnych tras przesyłu surowców energetycznych? A może ja nie wiem o czymś, o czym wie „Time”? (…) Pewien doświadczony radziecki i rosyjski dyplomata powiedział mi: Kiedy byłem ambasadorem Związku Radzieckiego, udowadniałem, że nie należy się nas bać, że nikomu nie zagrażamy – i widziałem strach w oczach partnerów. Teraz, kiedy jestem ambasadorem Rosji, udowadniam, że należy się nas bać – i w oczach rozmówcy widzę kpinę”. Sensem działalności Władimira Putina na arenie międzynarodowej jest stworzenie wirtualnego wizerunku nowej rosyjskiej polityki zagranicznej. To bardzo korzystne nie tylko dla rosyjskiego prezydenta, ale i całej armii zachodnich ekspertów, którzy stracili pracę i wysokie honoraria, ekspertów kultywujących obraz wielkiego strasznego mocarstwa. Tym ekspertom też należy się miejsce na okładce „Time’a” – podsumowuje Portnikow.

Ciekawe pytania. Do nich można byłoby dołączyć jeszcze kilka innych. Ale to już może po świętach.

Teraz życzę Państwu radości i ciepła. Wesołych Świąt!

Dzień Czekisty na łamach „Time”

Dziś mija 90. rocznica powołania Czeka – Nadzwyczajnej Komisji ds. Zwalczania Kontrrewolucji. 20 grudnia od 1995 roku jest obchodzony w Rosji jako Dzień Funkcjonariusza Organów Bezpieczeństwa (popularnie nazywany przez naród Dniem Czekisty). Za Władimira Putina – wychowanka KGB – rokrocznie odbywały się rytualne spotkania w gronie szefostwa, pokazywała je telewizja, prezydent przyjeżdżał, wygłaszał przemówienie, w którym chwalił funkcjonariuszy za osiągnięcia (nawet jeśli ich nie było), wręczał medale zasłużonym (odznaczeni podchodzili bokiem, tyłem, na czworaka – żeby tylko nie pokazać twarzy do kamery), rozdawał kwiaty wdowom po weteranach niewidzialnego frontu, po czym zaczynała się część dla oka zwykłego obywatela niedostępna. Poza tym uroczyście składano wieńce pod tablicą ku czci Jurija Andropowa na ścianie słynnego gmachu Łubianki. Tablicę zdemontowaną w latach 90. Putin kazał na powrót umieścić zaraz na początku swoich rządów (komentatorzy podśmiewali się nawet swego czasu, że Putin to „drugie, poprawione wydanie Andropowa”). Odbywały się okolicznościowe akademie na cześć, spotkania weteranów itd. Kraj mógł odczuwać dumę z organów bezpieczeństwa. Władza była blisko służb, służby były blisko władzy. Korporacja „siłowików-czekistów” z każdym rokiem rosła w siłę.

Tymczasem w tym roku – roku okrągłej rocznicy powstania Czeki, pramatki założycielki dzisiejszej Federalnej Służby Bezpieczeństwa – wielkich uroczystości brak. Prezydent wprawdzie spotkał się z kolegami na tradycyjnym wieczorku, ale powiedział im tylko srogo, że mają trzymać się litery prawa. W prasie pojawiły się zapowiedzi, że wielkich uroczystości nie będzie, „90. rocznica powołania Czeki może niepotrzebnie wywołać skojarzenia historyczne z KGB” – brzmiał enigmatyczny komunikat biura prasowego FSB.

Dlaczego zrezygnowano ze zwyczajowej czekistowskiej pompy i to akurat przy okazji okrągłej rocznicy? Czy dlatego że wywodzący się z KGB i FSB Putin nagle przestał chcieć eksponować swoją bliskość z organami? Czy dlatego że FSB zechciała się może odciąć od swoich czekistowskich i kagiebowskich korzeni? Czy może są jeszcze jakieś inne powody wyciszenia zwykle miłego sercu prezydenta święta funkcjonariuszy organów bezpieczeństwa państwowego?

Może nie było się czym pochwalić? Dyrektor FSB Patruszew wystawił wprawdzie swoim podkomendnym laurkę za wykrycie kilkudziesięciu szpiegów i udaremnienie kilkuset zamachów terrorystycznych, ale zza przyjemnych sprawozdań sterczą uszy: wysocy funkcjonariusze i wywodzący się ze służb członkowie rządzącej korporacji ostatnio kilkakrotnie brali się za łby, walcząc o swoje biznesy (a mają się o co bić), dostęp do ucha prezydenta, rząd dusz w kraju, wpływ na wybór następcy cara… I może w tej sytuacji Kreml uznał, że powinien zademonstrować, że trzyma służby na dystans? Zwłaszcza przed decydującą fazą operacji „Sukcesor”. Z tym że nie wygląda to zbyt przekonująco, bo właśnie w tej operacji lojalny udział służb jest ważnym komponentem.

Ale poza wszystkim pan Putin ma dziś osobiście lepszy powód do świętowania. „Time” uznał go za „Człowieka Roku 2007”. Jeden z amerykańskich senatorów skrytykował wybór pisma, parafrazując słynną wypowiedź George’a Busha o Putinie: „Zajrzałem mu głęboko w oczy i zobaczyłem w nich trzy litery: K-G-B”. Jak widać, trudno uciec od tych skojarzeń.

O nominacji „Time’a” dla człowieka, który chce zostać premierem przy prezydencie Miedwiediewie warto jeszcze napisać parę słów oddzielnie. Do tematu zapewne więc wrócę.

Całują ikony, biją mu pokłony

Kilka dni temu pisałam o sekcie we wsi Poganowka, oczekującej na rychły armagedon w podziemnych bunkrach. Tymczasem członkowie sekty działającej w wiosce Jelnia w obwodzie niżnonowogrodzkim pod ziemię się nie chowają i sprawują kult ziemski w każdym calu. Choć też czekają końca świata.

Sekta Przenajświętszej Panienki „Zmartwychwstająca Ruś” modli się do prezydenta Putina, całuje jego portrety i błaga, aby powstrzymał nadciągającą katastrofę. Na czele sekty stoi „matuszka Fotinia”. Wedle jej objawienia, prezydent Putin jest kolejnym wcieleniem apostoła Pawła, króla Salomona i księcia Włodzimierza (wtedy, kiedy Władimir Putin miał być księciem Włodzimierzem, matuszka Fotinia była księżną Olgą, „matką chrzestną” Rusi włodzimierskiej). Matuszka widzi nad głową Putina koronę, której on sam jeszcze nie dostrzega, ale to tylko kwestia czasu. Wyznawcy muszą zachowywać srogie posty – ani mięsa, ani ryb jeść nie mogą.

W oczekiwaniu na to, aż wszyscy przejrzą na oczy, Fotinia sprzedaje hektolitrami „wodę przefiltrowaną od zła” i za opłatą odprawia egzorcyzmy, wygania biesy, leczy nieuleczalne choroby (na seans należy przynieść własną oliwę – głosi ogłoszenie w siedzibie Fotini – byłej rezydencji miejscowego biznesmena). Wydaje też gazetkę „Świątynia Światła”, w której można przeczytać wywiady z apostołem Pawłem, a nawet Matką Boską oraz liczne apele Fotini do prezydenta Putina i patriarchy Aleksego II. Kapłanka Fotinia nazywa się Swietłana Frołowa, w 1996 roku została skazana za oszustwa i sprzeniewierzenie pieniędzy na karę 1,5 roku pozbawienia wolności, wcześniej pracowała na kolei w bazie towarowej.

Prasa donosi, że sekta została zarejestrowana jako prawosławna, działa legalnie. Dziennikarze opisujący fenomen „Zmartwychwstającej Rusi” podpowiadają, że panią Frołową powinno się pociągnąć do odpowiedzialności za czerpanie korzyści majątkowych z nielegalnego wykorzystywania wizerunku głowy państwa.

 

*

 

W komentarzu do postu o „Ludziach podziemnych” Stańczyk napisał: „Część tych sekt to produkty służb specjalnych jeszcze sprzed 1991 roku. Nie jest tajemnicą, że panowie z KGB i GRU pracowali nad wykorzystaniem ruchów religijnych do rozłożenia społeczeństw zachodnich.”

Produktem służb była sekta „Białe bractwo”, działająca w pierwszej połowie lat 90., stosująca techniki hipnozy i manipulacji, założona i z powodzeniem prowadzona przez eksoficera KGB, Jurija Kriwonogowa. Sekta Najwyższa Prawda (Aum Shinri kyo) miała na gruncie rosyjskim wysokich protektorów – między innymi szefa Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej, Jurija Łobowa, w 1994 r. prasa pisała o skandalu związanym z wykorzystaniem poligonów armii do prowadzenia szkoleń członków tej sekty (szkolenia prowadzić mieli oficerowie GRU).

Jaki charakter mają dzisiejsze sekty, działające w Rosji? Zarówno wissarionowcy, jak i „Zmartwychwstająca Ruś” oraz wiele innych podobnych to produkty komercyjne. „Czesanie kasy” jest na ogół jedynym celem, jaki stawiają sobie przywódcy tego typu sekt. Guru żeruje na naiwności wyznawców, którym odbiera majątek, nakazuje zerwanie więzi z rodziną i znajomymi „z poprzedniego życia”. Sekty są zagrożeniem dla porządku społecznego, w tym sensie są obiektem zainteresowania służb, ale raczej nie są przez nie inspirowane.

W rosyjskich mediach co rusz pojawia się materiał o jakimś kolejnym cudotwórcy w rodzaju Grigorija Grabowoja, który ogłosił, że wskrzesza umarłych i ściągał niewyobrażalne pieniądze z nieszczęsnych ludzi, którzy chcąc odzyskać zmarłych bliskich walili do niego drzwiami i oknami. Organy ścigania zainteresowały się jego „kościołem” dopiero wtedy, kiedy zaczął łudzić matki Biesłanu, że zwróci im zabite w szkole dzieci.

Obok sekt religijnych, powstałych na gruncie prawosławia czy zaadaptowanych na gruncie rosyjskim sekt zachodnich, istnieją też liczne odłamy „antyreligii”, przede wszystkim różnej maści sataniści.

Eksperci wzywają do tworzenia ośrodków, do których mogliby się zgłaszać ludzie pokrzywdzeni przez sekty. Pod wpływem sekt pozostaje w Rosji od 600 do 800 tysięcy ludzi.