Duża zawartość cukru w cukrze

Duża zawartość cukru w cukrze, czyli znowu o osobiennostiach nacyonalnych wyborow.

 

Wicepremier Dmitrij Miedwiediew, namaszczony na następcę Władimira Putina dobrotliwy patron programów społecznych i sprawny nadzorca przepływów finansowych w Gazpromie, cieszy się już osiemdziesięcioprocentowym poparciem elektoratu. Wedle najnowszych badań socjologicznego Centrum Jurija Lewady, prawie cała dorosła ludność Rosji pragnie w marcowym akcie głosowania poprzeć Miedwiediewa. To więcej niż osiągnął urzędujący prezydent w wyborach 2004 roku (Putin dostał wtedy 71 proc. głosów). Jak tak dalej pójdzie, w dniu elekcji Miedwiediew może otrzymać 109 procent głosów, jak w grudniowych wyborach parlamentarnych proprezydencka „Jedinaja Rossija” w gorliwej kaukaskiej republice Inguszetii.

Kampanii wyborczej de facto Miedwiediew nie prowadzi – nie organizuje ani wieców, ani spotkań z wyborcami, ani nie bierze udziału w debatach z konkurentami. Wystarczy, że codziennie ujmująco prezentuje się w telewizji jako wytrawny znawca problemów zwykłego człowieka. A to z troską pochyla się nad kołyską nowo narodzonego obywatela Federacji Rosyjskiej, a to odwiedza nowoczesne centrum kardiochirurgii i ze zrozumieniem ogląda aparaturę. Przedwczoraj wygłosił nijakie i gładkie wystąpienie programowe, w którym zapewnił spragnionych opieki państwa obywateli, że opiekę takową mają zagwarantowaną. Dobrze się dzieje i tak ma się dziać. Tako rzecze telewizja. Tako rzecze Miedwiediew w telewizji.

Wicepremier Miedwiediew ostatnio coraz częściej pojawia się publicznie w parze z prezydentem Putinem. Telewidz powinien się powoli przyzwyczajać do widoku dwóch miłościwie panujących władców, podobnie ubranych, podobnie zaczesanych, poruszających się podobnie żwawym krokiem i mówiących podobnym głosem w podobny sposób o podobnych sprawach. Prezydent Putin zapowiada, że nie zniknie z firmamentu. Nastąpi tylko oczekiwana zmiana miejsc: Miedwiediew na prezydenta, Putin na premiera. Swoją drogą ciekawe, czy ta przesiadka się uda. I czy deklarujący dziś politykę kontynuacji dzieła Putina Miedwiediew faktycznie podąży wyznaczoną koleiną, a Putin będzie mógł robić to, co zamierza.

 

Inni kandydaci pretendujący do fotela prezydenckiego mogą liczyć na kilka procent głosów: deklarujący nieodmiennie miłość do Lenina lider komunistow, Ziuganow – 9 proc. i przewodniczący LDPR, szpanujący wyleniałym radykalizmem, Żyrinowski – 8 proc. Jednym procentem poparcia musiałby się zadowolić Michaił Kasjanow, były premier, lider twardej opozycji antykremlowskiej. Gdyby pozwolono mu wystartować. Bo choć, jak widać, zagrożenie dla zwycięskiego Miedwiediewa jest z jego strony kolosalne, to Centralna Komisja Wyborcza na wszelki wypadek staje na rzęsach, żeby wyjawić przekręty na listach poparcia dla Kasjanowa i na tej podstawie wyeliminować go z wyścigu wyborczego. Jako jedyny reprezentant opozycji na karcie do głosowania będzie zapewne figurował Andriej Bogdanow, nieznany lider nieznanej kanapowej partyjki demokratycznej. Chyba tylko po to, żeby było i śmieszniej, i straszniej.

British Council w trybach przykrej wojny

Nagonka na British Council w Rosji jest kolejną odsłoną podjazdowej wojenki na linii Moskwa–Londyn. Zamknięcie dwóch oddziałów British Council – w Petersburgu i Jekaterynburgu – pod pretekstem nieprzestrzegania przez tę instytucję norm rosyjskiego prawa znowu podgrzało atmosferę wokół sprawy Litwinienki–Ługowoja, która rok temu stała się przyczyną zaostrzenia stosunków rosyjsko-brytyjskich.

Rosyjski MSZ wysłał teraz w stronę Londynu jednoznaczny sygnał: pozwolimy na wznowienie działalności British Council, jeżeli zostanie wznowiona współpraca antyterrorystyczna. Co można zrozumieć jako zachętę do wydania przez Londyn emisariusza „niepodległej Czeczenii-Iczkerii” Zakajewa i eks-oligarchy Borysa Bieriezowskiego oraz odstąpienia od wniosku o pociągnięcie Andrieja Ługowoja (dziś deputowanego Dumy Państwowej, cieszącego się immunitetem) do odpowiedzialności za podanie w Londynie radioaktywnej herbatki Aleksandrowi Litwinience.

Czemu Rosja zaognia stosunki z Londynem?

Gdyby władze Wielkiej Brytanii faktycznie zechciały odpowiedzieć pięknym za nadobne, to miałyby szerokie pole do popisu. „Porównajmy – pisze komentator rosyjskiej sceny politycznej Siemion Nowoprudski w internetowej „Gazecie.ru”. – Przecież to rosyjskie firmy zabiegają o wejście na londyńską giełdę, a nie brytyjskie na moskiewską, to przedstawiciele rosyjskiej śmietanki stale oblegają Londyn, a nie przedstawiciele śmietanki brytyjskiej Moskwę. To dzieci rosyjskich urzędników i biznesmenów uczą się i mieszkają w Anglii, a nie angielskich w Rosji.

I nie ma w tym nic dziwnego ani złego, że ludzie chcą się uczyć angielskiego i jeździć do wspaniałej Wielkiej Brytanii. To jest normalne. I tak powinno być”.

Na marginesie agresywnej postawy Moskwy wobec brytyjskiej instytucji kulturalnej można sobie zadać bardziej ogólne pytanie: dlaczego rosyjska elita polityczna tak zaostrzyła i stale zaostrza retorykę wobec Zachodu? I jeszcze: czy owo zaostrzenie przynosi korzyści? I do czego na dłuższą metę może doprowadzić?

Rosyjska elita polityczno-biznesowa uważa najwidoczniej, że może sobie pozwolić na jednoczesne obrażanie Zachodu (zyskuje to poklask w wielu środowiskach w kraju) i cyniczne korzystanie z przymiotów zachodniej cywilizacji: bezpieczne lokowanie pieniędzy w zachodnich bankach, kształcenie dzieci w elitarnych zachodnich szkołach, kupowanie nieruchomości na tym wstrętnym Zachodzie itd. Te przyjemności są jednak zastrzeżone wyłącznie dla najwyższej kasty. Zwykły obywatel powinien być przekonany o szpiegowskiej działalności British Council i wyższości sterowanej demokracji rosyjskiej nad demokracją zachodnią oraz wierzyć, że Zachód knuje podstępnie przeciwko Rosji i stąd się biorą wszystkie rosyjskie bolączki.

Rosyjsko-brytyjska wojna pod radioaktywno-szpiegowską flagą jeszcze zapewne potrwa. Miejmy nadzieję, że Rosjanie nie zapomną przez ten czas lekcji języka angielskiego pobieranych w British Council. Anglicy, którzy chcą poznać język Puszkina i Dostojewskiego, mogą się go uczyć wszędzie bez przeszkód. Tylko czy dobra znajomość języka wystarczy, aby osiągnąć porozumienie?

Na cenzurowanym

Półtora tysiąca przypadków pogwałcenia praw rosyjskich dziennikarzy zarejestrowała w roku 2007 Fundacja Obrony Jawności (Fond Zaszczity Głasnosti). Dla porównania – w 2006 roku odnotowano 1345 takich przypadków. Przedstawiciele fundacji zauważyli jednak i dobrą tendencję: z roku na rok coraz mniej dziennikarzy ginie na posterunku. Były lata, kiedy ginęło 20-30 dziennikarzy rocznie, w zeszłym roku zginęło ośmiu. Za to zwiększyła się liczba napadów na dziennikarzy i redakcje, dużo częściej pracownicy mediów są też zatrzymywani, aresztowani, przesłuchiwani. Liczba zatrzymań znacznie zwiększyła się w okresie poprzedzającym wybory.

Tyle sprawozdanie.

Jest jeszcze opinia eksperta, monitorującego sytuację w rosyjskich mediach, Olega Panfiłowa z Centrum Dziennikarstwa Ekstremalnego w Moskwie: „Zatrzymań i napadów było o wiele więcej, Fundacja nie o wszystkich została powiadomiona”. Wzrastają naciski na media, nawet na wolny dotychczas internet.

I jest jeszcze kilka pytań: czy w Rosji są media wolne od cenzury, za co i w jakich okolicznościach dziennikarze są zatrzymywani, czy są represjonowani za poglądy, czy mogą bronić swoich praw?

Ale czy da się odpowiedzieć na te pytania w sytuacji braku wolnych mediów? Kreml już dawno przykręcił wszystkie możliwe śrubki w mechanizmie mediów elektronicznych, ścisła kontrola dotyczy zwłaszcza telewizji – podstawowego źródła informacji o świecie dla znakomitej większości obywateli Federacji Rosyjskiej. Kontroli podlega przede wszystkim polityka informacyjna i publicystyka tv. Ale nawet programy rozrywkowe są pozbawione treści drażniących, satyrycy unikają poruszania tematów politycznych.

Pozostało kilka gazet, które mają odwagę pisać krytycznie o rządach Władimira Putina. Gazety to niszowe, docierające do wąskiego kręgu czytelników. Ale widocznie nawet na te niszowe wydawnictwa argusowe oko Kremla zaczyna spozierać coraz częściej. I to gniewnie. W grudniu np. nie wpuszczono na terytorium Federacji Rosyjskiej dziennikarki moskiewskiego tygodnika „The New Times”, autorki artykułu „Czarna kasa Kremla” (Natalia Morar jest obywatelką Mołdawii, a nie Federacji Rosyjskiej i to stanowiło podstawę odmowy wpuszczenia na terytorium FR). Czy to szykana za napisanie niewygodnego materiału? Nikt z oficjeli tego w taki sposób nie ujął – ot, wracająca z zagranicznej delegacji obywatelka Mołdawii nie została wpuszczona do Rosji i musiała polecieć do rodzimego Kiszyniowa. Przecież nic się nie stało – nie została zakuta w kajdany ani pobita przez „nieznanych sprawców”.

Media przydają się rządzącym do rozgrywek wewnątrz „grupy trzymającej władzę”. Pod koniec listopada, kiedy ważyły się losy wyboru następcy na kremlowskim tronie, w gazecie należącej do Gazpromu (wicepremier Dmitrij Miedwiediew jest członkiem władz koncernu) ukazał się materiał kompromitujący klan „siłowy”, uważany przez kremlinologów za antagonistyczny wobec grupy Miedwiediewa. Publikacje były świadectwem rozbieżności istniejących w łonie władzy, a nie tego, że media mogą sobie pozwolić na uchylenie rąbka tajemnic skrywanych w ciemnych kremlowskich korytarzach.

Społeczeństwo nie protestuje przeciwko kneblowi zakładanemu mediom (ostatnim masowym protestem była demonstracja przeciwko zamknięciu telewizji NTW w 2001 roku), masową świadomością nie wstrząsają nawet takie dramatyczne wydarzenia jak zamach na Annę Politkowską – symbol dziennikarskiego i obywatelskiego oporu przeciwko bezkarności władzy. Kwitnie glamour i rozrywka. Dziennikarze najwyraźniej dobrze rozumieją swoją sytuację: podobnie jak cała reszta powinni się trzymać z dala od polityki. A ci, co się trzymać mimo wszystko nie chcą, muszą się liczyć z tym, że słodyczy nie zaznają.

Stary Nowy Rok

Wedle starego stylu Nowy Rok przypada 13 stycznia, ten dzień zwany jest „Starym Nowym Rokiem”. Rosjanie świętują Nowy Rok od gregoriańskiego 1 stycznia (a właściwie wieczoru 31 grudnia) po juliański odpowiednik przypadający niemal dwa tygodnie później.

W 2004 roku rosyjska Duma Państwowa postanowiła sprezentować rodakom długie noworoczne wakacje: od 1 do 9 stycznia – wolne, w ramach rekompensaty za skrócenie wakacji majowych (w późnym ZSRR na 1 Maja były dwa dni wolnego, a potem 9 Maja też był wolny, więc często ludzie brali dodatkowo trzy-cztery dni urlopu i mieli prawie dwutygodniowy „otpusk”, teraz czerwoną datą w kalendarzu jest tylko 1 maja, a potem 9).

Pozazdrościć. Słodkie lenistwo, hulanki, sporty zimowe (w tym roku to się niespecjalnie udało, bo w wielu regionach Federacji Rosyjskiej jest ciepło, śnieg jeśli nawet pada, to zaraz topnieje, lód nie ścina ślizgawek), spanie do południa, od czasu do czasu awanturki w rodzinie, która nie przywykła do tak długiego ze sobą przebywania, wyprawy do dalszych krewnych i bliższych przyjaciół, kino, kawiarnia i spacer. Jednym słowem – cudowne oderwanie się od codzienności, pełna demobilizacja, serpentyny, bliny, szampan i inne stereotypowe detale karnawałowych uciech. Gazety nie wychodzą, w telewizji trwa niekończący się koncert ulubionych artystów estrady, cieszy oko i ucho zrealizowany z wielkim przepychem tradycyjny „Gołuboj ogoniok” (Błękitny płomyk – kultowy sylwestrowy program rozrywkowy). W ten noworoczny korowód – od nowego do starego Nowego Roku – jakby mimochodem wplecione jest Boże Narodzenie (6,7 stycznia).

Boże Narodzenie w Rosji to święto przywrócone, w czasach ZSRR nie było obchodzone (ważne było dla nielicznej grupy praktykujących prawosławnych). Część bożonarodzeniowych atrybutów konsumowano w Nowy Rok – choinka, prezenty, rodzinne spotkanie przy wspólnym stole (miejsce tradycyjnej kutii zajęła sałatka Olivier). Choinka została „przesadzona” na powitanie Nowego Roku w latach trzydziestych. Przedtem choinki w Rosji strojono na Boże Narodzenie, w 1928 roku bożonarodzeniowa choinka została przez bolszewików w ogóle zakazana, drzewko przywrócono „na radość dzieciom” w 1935, ale już jako choinkę noworoczną. Zamiast kolęd w tym czasie śpiewano dźwięczne piosenki o narodzinach choinki w lesie, o Śnieżynce i Dziadku Mrozie. W dzisiejszej Rosji nadal nad religijnym wymiarem świąt Bożego Narodzenia dominuje noworoczna świecka tradycja. Utrwalił się zwyczaj pokazywania w telewizji w wigilijną noc pasterki (na ogół transmitowane jest nabożeństwo, w którym uczestniczy prezydent Putin – w tym roku w mieście Wielikij Ustiug), ale ogólnonarodowego masowego chodzenia do cerkwi w okresie świąt nie odnotowuje się.

W tym roku noworoczne wakacje wypadły w czasie, kiedy kampania przed wyborami prezydenckimi powinna wchodzić w decydującą fazę. Tymczasem zainteresowanie tym doniosłym wydarzeniem jest żadne – wszyscy jedzą, piją, lulki palą i ani myślą łamać sobie głowę rozgrywkami polityków. Zresztą i tak wszystko już postanowione. Niechby tylko nowa władza nie wpadła na pomysł, by skrócić noworoczne wakacje.

Szczęśliwego Nowego Roku

Tak w wersji polskiej brzmi tytuł kultowego filmu Eldara Riazanowa „Ironia sud’by, ili s logkim parom!”. Film od 1975 roku rokrocznie pokazywany jest 31 grudnia w rosyjskiej telewizji i jest nieodłącznym atrybutem nocy sylwestrowej. Zbiera przed telewizorami nieodmiennie miliony telewidzów. Dialogi – od lat znane na pamięć, ale słucha się ich znowu z przyjemnością, dowcipy – choć obśmiane już dziesiątki razy, nadal bawią, wprowadzają człowieka w ten czarowny nastrój pożegnania starego roku i powitania nowego. Rytuał nieodzowny, wspaniały, duszeszczipatielnyj.

Nowy Rok jest w Rosji przede wszystkim świętem domowym, rodzinnym. Z choinką i prezentami, sałatką „Olivier” i szampanem. Ciepła komedia z udziałem gwiazd radzieckiego kina i special guest star – niezrównanej Barbary Brylskiej – doskonale pasuje do tego nastroju.

Jak co roku, tak i dziś miliony Rosjan zasiądą przed telewizorami, aby przypomnieć sobie perypetie Nadii Szewielowej i Żeni Łukaszyna. Mieszkaniec Moskwy Żenia jak zwykle w ostatni dzień roku pójdzie z kolegami do sauny. Tam upije się do nieprzytomności, przez pomyłkę zostanie wysłany przez równie nieprzytomnych przyjaciół do Leningradu, taksówkarzowi każe się z lotniska wieźć do domu – na ulicę Budowniczych 25. Podchodzi do drzwi, otwiera je kluczem, zachodzi do dużego pokoju, podchodzi do regału. Zamierza położyć się spać na typowej wersalce. Na razie wszystko się zgadza – i adres, i zamek w drzwiach, i regał, i wersalka. I zaraz wszystko przestaje się zgadzać, bo do mieszkania wraca piękna blondyna, Nadia. Skąd się wzięła? Przecież ona tu mieszka. Jak to? Przecież to ja tu mieszkam. Ulica Budowniczych 25. Tak. Pokazują sobie dowody osobiste. Ale to nie Moskwa, to Leningrad. Mimo tej parady omyłek, przecież trzeba jakoś powitać Nowy Rok. Na ulicy Budowniczych 25 zbierają się przyjaciółki Nadii, śpiewają piękne rzewne piosenki (głosu użyczyła Nadii Ałła Pugaczowa). Przychodzi narzeczony, Hipolit. Pokłócony i jakiś taki nie taki. Czy ta przypadkowa znajomość Nadii i Żeni przerodzi się w coś głębszego? W coś, co pozwoli im zmienić życie w szufladce? Film otwiera ich życiowy nawias, a nie zamyka. Jest w tym magia i nadzieja.

Odtwórczyni głównej roli żeńskiej Barbara Brylska (bożyszcze połowy radzieckich mężczyzn – druga połowa kochała się w Beacie Tyszkiewicz) i filmowy Żenia, znakomity rosyjski aktor Andriej Miagkow znowu stanęli w tym roku razem przed kamerą. W Rosji zrealizowano dalszy ciąg przygód Szewielowej-Łukaszyna, „Ironia sud’by. Trzydzieści lat później”. Teraz główną love story jest historia spotkania dzieci ich i Hipolita.

Premiera nowego sequelu w reżyserii Timura Bekmambetowa odbyła się 21 grudnia. Bilety w kinach są rezerwowane na wiele dni naprzód. To najlepszy tegoroczny prezent pod choinkę. Wykonano zawrotną ilość kopii filmu (tysiąc!), aby w całym kraju mogła go zobaczyć jak największa liczba widzów.

Ale dzisiaj wszyscy obejrzą w telewizji starą legendę, wieczną jak marzenia o tym, że Nowy Rok przyniesie odmianę na lepsze.

 

S Nowym godom!

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!