Tajna tragedia na Morzu Barentsa

8 lipca. Tydzień temu na Morzu Barentsa doszło do poważnej awarii na okręcie podwodnym o napędzie atomowym AS-31 (Łoszarik), należącym do rosyjskiej marynarki wojennej. Nowy „Kursk”? Raczej nie, analogii jest niewiele.

W wyniku pożaru zginęło czternastu członków załogi. Skąpą wiadomość o wypadku rosyjskie ministerstwo obrony podało dopiero dzień później. Opinia publiczna poznała nazwiska ofiar śmiertelnych i ich stopnie. Okazało się, że śmierć poniosło kilku kapitanów pierwszej rangi – to wysokie szarże odpowiadające dowódcom wielkich jednostek (np. krążowników), wszyscy oni służyli w tajnej jednostce w Petersburgu, zajmującej się m.in. testowaniem nowej broni. Jak stwierdzili eksperci wojskowi wypowiadający się na temat tragedii, zginął kwiat rosyjskiej floty: „Ich poziom wyszkolenia można porównać z poziomem wyszkolenia kosmonautów”.

Obecność na pokładzie tak wielu świetnie wyszkolonych wysokich oficerów marynarki wojennej świadczy o tym, że tajna misja Łoszarika obejmowała szczególnie ważne zadania. Jakie? Tego być może nie dowiemy się nigdy – okoliczności wypadku zostały utajnione. Łoszarik to aparat głębokowodny, który zdaniem amerykańskich wojskowych służyć może do działań dywersyjnych na dnie morskim, takich jak podłożenie ładunków, przecięcie kabli itd. Nazwa brzmi dziwnie infantylnie jak na supernowoczesny okręt do wiadomych-niewiadomych celów. Autorzy projektu musieli odczuwać wielki sentyment dla swoich dziecięcych fascynacji. Łoszarik bowiem to bohater radzieckiego filmu kukiełkowego o cyrkowym koniku, który składa się z kolorowych kuleczek. A głębokowodny Łoszarik ma w środku kilka kuleczek, pozwalających mu zanurzać się na wielkie głębokości, nawet do sześciu tysięcy metrów.

Oficjalne źródła mówią, że Łoszarik zbierał dane dotyczące ukształtowania morskiego dna. W miejscu, gdzie prawdopodobnie działał feralny okręt – w pobliżu wód terytorialnych Norwegii – przebiegają różne ważne kable – wskazują jedni komentatorzy, sugerując, że okręt miał za zadanie sprawdzenie, czy da się zakłócić komunikację pomiędzy Europą i Ameryką, np. przecinając kabel lub niszcząc urządzenia. Inni komentatorzy twierdzą, że takich ważnych kabli jest na tyle dużo, że uszkodzenie jednego nie wywołałoby zakłóceń. Dorzucają, że musiało chodzić o coś innego.

Wyjaśnienia rosyjskich czynników oficjalnych są mętne i bałamutne: w części okrętu, gdzie znajdowały się akumulatory, doszło do spięcia, co wywołało pożar, oficerowie znajdujący się w tej grodzi wpierw uratowali życie cywilnego specjalisty przebywającego na pokładzie (wypychając go do bezpiecznej grodzi), a następnie zabarykadowali się w części objętej pożarem, dzięki czemu uratowali okręt i życie pozostałych członków załogi. Nie wiadomo, ilu ich było, nie wiadomo, czy zostali ranni; napływających z Siewieromorska wieści o hospitalizacji uratowanych nie potwierdzono.

Zdaniem niezależnych komentatorów, wersja ta z wielu względów nie wytrzymuje krytyki. Wśród rozlicznych domysłów można znaleźć i takie: coś eksplodowało na pokładzie Łoszarika lub okrętu nosiciela (Łoszarik musi być „niesiony” przez duży okręt podwodny typu Biełgorod lub Orenburg, do którego jest „przyklejany”). Co mianowicie? Nie wiadomo, może gaz (pojawiła się i taka sugestia), a może coś innego. W każdym razie Rosjanie poinformowali Norwegów, że były wstrząsy, ale niewielkie, reaktor nie został uszkodzony, radiacja w normie.

Zwraca jeszcze uwagę reakcja władz: prezydent Putin (który w czasie dramatu „Kurska” przez kilka dni nie wydawał żadnych komunikatów i nie działał – http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2012/08/12/ona-utonula/; http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2010/08/12/ten-years-after/) tym razem od razu z troską pochylił się nad tragicznym wypadkiem Łoszarika, nakazał uhonorowanie ofiar i wypłacenie odszkodowań dla członków ich rodzin. Niemniej mimo poważnych strat w ludziach nie ogłoszono żałoby, a pogrzeby ofiar (w Petersburgu na Cmentarzu Serafimowskim) miały charakter zamknięty.

Najwidoczniej władzom szczególnie zależy na jak najszybszym wyciszeniu szumu wokół tematu. Tajemnica Łoszarika zapewne pozostanie za siedmioma pieczęciami. Przynajmniej na razie.

Pedicure dla smoka

28 czerwca. Rosja spektakularnie wygrała głosowanie w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy (ZPRE), po którym rosyjska delegacja mogła powrócić do pełni praw w tej instytucji.

Przypomnę: w 2014 r. po aneksji Krymu i agresji na wschodnią Ukrainę rosyjska delegacja w Zgromadzeniu została pozbawiona prawa głosu za pogwałcenie prawa międzynarodowego. Kreml się obraził, a następnie zaczął grę dyplomatyczną, mającą na celu stopniowe rozmiękczanie stanowiska ZPRE odnośnie pełnoprawnego powrotu Rosji na salę obrad. W nocy z 24 na 25 czerwca w Strasburgu ZPRE przyjęło rezolucję dotyczącą reformy mechanizmu wykorzystania sankcji wobec państw uczestników. Dało to podstawę do przywrócenia pełni praw rosyjskiej delegacji. Głos za rezolucją oddało 118 delegatów, przeciwko głosowało 62, od głosu wstrzymało się 15.

„Europejscy delegaci zrobili pedicure rosyjskiemu smokowi” – napisał sowiecki i rosyjski dysydent Aleksandr Podrabinek. Bo też faktycznie – w rosyjskiej polityce wobec Ukrainy (i Europy) nic się zmieniło, Rosja nie zweryfikowała tego, co jej zarzucała zachodnia społeczność, to znaczy nie oddała Krymu, nie wycofała się z Donbasu, nadal łamie prawo międzynarodowe, a ZPRE – proszę bardzo – przywróciło status quo ante. Listkiem figowym mającym przykryć wstydliwe miejsce jest postanowienie, że najdalej do kwietnia 2020 r. komitet monitorujący przedstawi ZPRE sprawozdanie, czy Rosja wypełniła pięć zaleceń (zwolni 24 ukraińskich marynarzy, zapłaci zaległe składki do budżetu Rady Europy, będzie współpracować ze śledztwem wyjaśniającym okoliczności zestrzelenia samolotu Maleysian Airlines nad Donbasem, zaniecha prześladowania gejów, w szczególności w Czeczenii, będzie współpracować w śledztwie w sprawie śmierci Borysa Niemcowa).

Rosyjska delegacja (w tym sześciu jej członków objętych europejskimi sankcjami) z przyjemnością zajęła miejsca na sali plenarnej. A następnie oznajmiła, że powinni tu wrócić także delegaci wybrani na Krymie. Jak to w rosyjskich bajkach politycznych bywa, mała grzeczność Europy została odczytana przez Rosję jako słabość i pociągnęła za sobą eskalację żądań. Na fatalną decyzję ZPRE zareagowała Ukraina, która odwołała delegację „na konsultacje”. Sześć innych delegacji – w tym Polska – opuściło posiedzenie.

Na stronie Carnegie Andriej Kortunow napisał: „Spór w ZPRE zdarzył się w odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu. Jego ostra faza przypadła na czas wyborów do Parlamentu Europejskiego, zmiana władzy w Kijowie i politycznych zmian w kilku krajach europejskich. Na kolejnym zakręcie europejskiej historii ponownie stanęło pytanie: jak budować – lub nie budować – stosunki z Moskwą. W ZPRE odbyła się polemika o przyszłym miejscu Rosji w Europie. […] Dwie strony tego sporu można podzielić na pragmatyków i sceptyków. Pragmatycy zostaną przez oponentów nazwani kolaboracjonistami lub pożytecznymi idiotami Putina, z kolei sceptykom przyklejona zostanie łatka rusofobów i nieodpowiedzialnych politykierów”.

Natomiast rosyjscy antysystemowi publicyści i obrońcy praw człowieka zareagowali znacznie bardziej dosadnymi komentarzami.

Natomiast rosyjscy antysystemowi publicyści i obrońcy praw człowieka zareagowali znacznie bardziej dosadnymi komentarzami. Stanisław Dmitrijewski napisał w swoim FB: „A zatem można anektować terytoria sąsiednich państw, rozpętywać agresywne wojny, zestrzeliwać pasażerskie samoloty, wysyłać kilerów za granicę, stosować represje wobec opozycji, masowo stosować tortury wobec własnych obywateli… i być jednocześnie członkiem Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy. A może należałby zaprosić do ZPRE Koreę Północną? Chociaż nie, oni jeszcze nie zasłużyli: ani nie zagarnęli obcych terytoriów, ani nie rozpętali wojny, na razie tylko grożą. Jak przejdą od słów do czynów, zaprosimy”. Gorzkie rozważania dodał i Ilja Wajcman: „Teraz przynajmniej wiemy, na czym polegają europejskie wartości. […] 33 mln euro rocznie. Taka jest cena. Tyle Rosja płaciła w charakterze składek, gdy za napaść na Ukrainę została wyrzucana z posiedzeń ZPRE. Pecunia non olet”.

Już nie pierwszy raz w historii zachodniej dyplomacji wydaje się, że uspokoić agresora można łagodnością i układami – zwraca uwagę socjolog Igor Ejdman. – Zachodnie państwa liczą na to, że poprzez ustępstwa i kompromisy można agresora powstrzymać. Zamykając oczy na agresję reżimu putinowskiego (oskarżając go tylko słownie), mają nadzieję na to, że ambicje Putina zostaną zaspokojone kosztem słabszych państw (np. Ukrainy). „Zastosowałem prosty zabieg, pisząc te słowa. W haśle Wikipedii o polityce Anglii i Francji przed II wojną światową zamieniłem tylko hitlerowskie Niemcy na reżim Putinowski, Austrię i Czechosłowację na Ukrainę, czas przeszły na czas teraźniejszy. Reszta zgadza się co do joty. Strach pomyśleć, że ta krótkowzroczna i tchórzliwa polityka jak i poprzednim razem, zakończy się katastrofą”.

Cytowany już powyżej Aleksandr Podrabinek: „To tylko na pierwszy rzut oka może się wydać, że powrót Rosji do ZPRE ma charakter formalny i nie okaże poważnego wpływu na europejską politykę. Okaże i to niemały. Chodzi nie tylko o to, że putinowscy wysłannicy […] otrzymają nową platformę dla swojej kłamliwej propagandy. To byłoby pół biedy. Gorsze jest to, że autorytarny rosyjski reżim znacznie się wzmacnia w rezultacie takich decyzji. A jako taki coraz bezczelniej będzie się mieszać do polityki, również wewnętrznej polityki państw europejskich. Wybaczyli nam już Krym i Donbas? No to idziemy po was. Najpierw Białoruś i północny Kazachstan, a potem państwa bałtyckie, lewobrzeżna Mołdawia, a potem jeszcze rdzenne ziemie rosyjskie – Polska i Finlandia”.

O tym, że Kreml postanowił iść za ciosem i wykorzystać zamieszanie w Europie, o którym pisał Kortunow, świadczyć może ostatni wywiad Putina dla „Financial Times”. Ale o tym w następnym odcinku.

Sakartwelo wre

21 czerwca. Od wojny w Gruzji minęło jedenaście lat. W jej wyniku Gruzja utraciła kontrolę nad dwiema prowincjami – Abchazją i Osetią Południową. Rosja zapewniła sobie w powołanych przez siebie tworach parapaństwowych (ich niepodległość uznała Moskwa i cztery państwa, w tym dwie wyspy szczęśliwe – http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2011/06/05/czy-wyspy-szczesliwe-uznaly-niepodleglosc-abchazji/) obecność wojskową. Po wojnie Gruzja zerwała stosunki dyplomatyczne z Rosją. Po tym, jak władzę w Gruzji utracił Micheil Saakaszwili i jego Zjednoczony Ruch Narodowy, rządząca partia Gruzińskie Marzenie potentata Bidziny Iwaniszwilego znacznie złagodziła antyrosyjską retorykę. Częściowo przywrócono połączenia komunikacyjne, uchylono też niektóre zakazy dotyczące wymiany handlowej. Ale sprawy, które stały się powodem zerwania stosunków, nie zostały rozwiązane. Tbilisi konsekwentnie uznaje Abchazję i Osetię Południową za swoje terytorium, znajdujące się pod rosyjską okupacją. Rosja uznaje Abchazję i Osetię Południową za niepodległe państwa i rozwija swoje usytuowane tam bazy wojskowe. Sytuacja zastygła bez widoków na rozwiązanie. Gruzja nadal deklaruje marsz w stronę NATO i UE, Moskwa nadal jest temu przeciwna.
Oficjalne kontakty polityczne Tbilisi i Moskwy nie zostały przywrócone. Tymczasem 19 czerwca w budynku parlamentu w Tbilisi pojawiła się rosyjska delegacja złożona z deputowanych Dumy Państwowej. Rosyjscy politycy przybyli na kolejne posiedzenie Międzyparlamentarnego Zgromadzenia Prawosławia, ciała powołanego w 1993 r. z inicjatywy Grecji (http://council.gov.ru/activity/crosswork/dep/64/). Jak głosi tekst na stronie internetowej tego ciała, „Rosja pełni w nim rolę lidera”.

Deputowany Siergiej Gawriłow z Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej przewodniczył obradom odbywającym się 20 czerwca w sali posiedzeń gruzińskiego parlamentu. „Prawosławny komunista”, jak drwią z niego media społecznościowe, wypowiadał się swego czasu na temat niepodważalnej niepodległości Abchazji i Osetii Południowej. To, że zajął fotel przewodniczącego w prezydium gruzińskiego parlamentu, wywołało poruszenie w ławach gruzińskiej opozycji. Posłowie z ramienia Zjednoczonego Ruchu Narodowego przerwali wystąpienie Gawriłowa, a następnie wymogli na nim opuszczenie sali. Tymczasem w mediach społecznościowych podniosła się fala komentarzy: Jak rosyjscy parlamentarzyści znaleźli się w Gruzji? Kto ich tu wpuścił? Itd.

Pod budynkiem parlamentu zbiera się tłum protestujących przeciwko wizycie Gawriłowa. Protestujący domagają się dymisji przewodniczącego parlamentu Iraklego Kobachidze za to, że wpuścił Rosjan i dopuścił ich do głosu. Zjednoczony Ruch Narodowy i jego zwolennicy komunikują, że czują się obrażeni wizytą rosyjskich deputowanych – to policzek dla tych, którzy pamiętają niedawną wojnę i nie zgadzają się na normalizację stosunków z okupantem. Protest rozszerza się. Przez cały dzień mieszkańcy Tbilisi ściągają pod siedzibę parlamentu. Wznoszą antyrosyjskie i antyrządowe hasła. Wielu uczestników trzyma w rękach karty z napisem „Putin khuylo”, „Russians go home”, „Rosja to okupant”, „Youth for future without Russia” itd. „Ta wojna nadal jest obecna w każdym gruzińskim domu. Nie zapomnieliśmy. Nie zapomnimy” – pisze jeden z aktywistów.

Choć przedstawiciele gruzińskich władz przepraszają, potępiają niefrasobliwość tych, którzy dopuścili do wizyty rosyjskich polityków, obiecują pociągnięcie do odpowiedzialności winnych tego fatalnego niedopatrzenia, nastroje się nie uspokajają. Co więcej, robi się coraz bardziej gorąco, protest się radykalizuje, padają coraz to nowe żądania: dymisji poszczególnych ministrów, a nawet całego rządu. Budynek parlamentu ochraniany jest przez jednostki specjalne prewencji, to tzw. kosmonauci – w hełmach, za tarczami, wyposażeni w pałki i broń na kule gumowe. Na polecenie ministra spraw wewnętrznych „kosmonauci” przystępują do ostrej akcji – w ruch idą najpierw pałki i armatki wodne, potem gaz łzawiący i gumowe kule. Jest wielu poszkodowanych, ranni zostali też dziennikarze. Telewizja Rustavi 2 relacjonuje wydarzenia na bieżąco, pokazuje, jak okrwawionych ludzi odwożą spod gmachu parlamentu karetki pogotowia.
Jak kula śnieżna narasta niezadowolenie. Rządzące drugą kadencję Gruzińskie Marzenie najwyraźniej nie ma pomysłu ani na to, jak zażegnać bieżący kryzys, ani na to, jak dalej rządzić Gruzją. Rozbita i osłabiona opozycja zyskuje nieoczekiwanie pole do działania, ma za sobą sympatię tych, którzy przyszli protestować i tych, którzy ich popierają. Czy zdoła zagospodarować ten kapitał?

A Rosja? Wiele osób zadaje sobie pytanie, czy to, co stało się w parlamencie, wizyta Gawriłowa i kolegów, to była zamierzona prowokacja Moskwy czy tylko badanie gruntu pod ewentualne dalsze kroki w stronę przywrócenia brykającej Gruzji w kremlowską wyłączną strefę wpływów? Rzeczniczka rosyjskiego MSZ odsądziła od czci i wiary „radykałów dokonujących pogromów”. Dziś MSZ doradza rodakom, aby wstrzymali się z wyjazdami do Gruzji ze względów bezpieczeństwa. Premier Dmitrij Miedwiediew pochrząkując, zagroził, że jak Gruzini będą stwarzać zagrożenie dla rosyjskich turystów, to ci turyści po prostu do Gruzji nie pojadą i gruzińska gospodarka poniesie wielkie straty. Rosyjskim turystom będzie o łatwiej podjąć decyzję o niejechaniu, po tym, jak dziś wieczorem Władimir Putin – po naradzie z członkami Rady Bezpieczeństwa o sytuacji w Tbilisi – nakazał wstrzymanie lotów rosyjskich linii lotniczych do Gruzji (dekret wchodzi w życie 8 lipca); rząd ma się zatroszczyć o powrót rosyjskich turystów przebywających obecnie w Gruzji. Za chwilę może się też okazać, że woda Borżomi i gruzińskie wina szkodzą Rosjanom na wysublimowany żołądek.

Dziś wieczorem pod parlamentem w Tbilisi znowu zbiera się tłum. CDN

Protest protestowi nierówny

16 czerwca. Poprzedni odcinek zajmującej serii o dziennikarzu Iwanie Gołunowie zakończyłam szczęsną wieścią o tym, że Iwan Gołunow na skutek umowy zawartej pomiędzy jego obrońcami a Kremlem odzyskał wolność, a śledztwo wobec niego umorzono.

Teraz cofnijmy się jeszcze do prologu. Jak to się stało, że Gołunow padł ofiarą fałszywego oskarżenia. Zdaniem obrończyni praw człowieka Olgi Romanowej Ивана заказали (na Iwana wystawili zlecenie) pod koniec lutego. Ten, który chciał mu dokopać i skutecznie pozbyć się jego wścibskiego dziennikarskiego nosa ze swoich nieczystych interesów, przyszedł do odpowiednich instancji w policji. Były dwa spotkania – jedno zapoznawcze, z koniaczkiem na stole, rozmiękczającymi serce prezentami, drugie – konkretne, gdy ustalono sposób przeprowadzenia akcji. Zdaniem Romanowej, która od lat zajmuje się pomocą dla osób, fałszywie oskarżonych i niesłusznie skazanych, to znany i sprawdzony schemat. Takich osób odsiadujących wyroki z samego artykułu 228 (posiadanie i zbyt narkotyków) jest obecnie w Rosji kilkaset. To artykuł „łatwy w obsłudze” – podrzucenie narkoty i sporządzenie odpowiednich „dowodów” to, jak twierdzi Romanowa, rutyna.

W przypadku Gołunowa policja zlecenie wykonała nieuważnie. „Dowody” rozleciały się jak puch z dmuchawców na wietrze. Nic się nie trzymało kupy, Gołunow nie miał na rękach ani twarzy śladów narkotyków, za to na rzekomo należących do niego torebeczkach z białym proszkiem nie było jego śladów DNA, natomiast ślady wielu innych osób. Tego policja dopatrzyła się dopiero wtedy, gdy Kreml krzyknął z góry, żeby sprawie ukręcić łeb i wyciszyć czym prędzej. Ukręcono, wyciszono.

Po uwolnieniu Iwana nastała radość. To było coś zaskakującego, wydawało się triumfem sprawiedliwości nad dyktaturą mundurowych, którym wszystko wolno. Ale fala euforii szybko opadła. Po pierwsze, do mediów wyciekły informacje o tym, jak doszło do ustaleń w sprawie umorzenia śledztwa i uwolnienia Gołunowa (szczegóły w poprzednim odcinku http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2019/06/15/kciuk-cesarza/). Po drugie 12 czerwca, w Dzień Rosji doszło do manifestacji. Początkowo planowano, że będzie to wielka akcja solidarności z niesłusznie aresztowanym i prześladowanym dziennikarzem. Gdy okazało się, że Iwan wyszedł na wolność, akcji właściwie nie odwołano, zmieniono hasło: o wolność dla wszystkich fałszywie oskarżonych, o ukrócenie samowoli ludzi w mundurach, o czyste ręce władz, o pociągnięcie do odpowiedzialności winnych fałszowania dowodów itd. To już było za dużo dla systemu, który i tak mocno stanął dęba w związku z koniecznością wycofania się z oskarżenia Gołunowa. 12 czerwca demonstrację potraktowano bardzo ostro. Z centrum Moskwy wygarnięto do policyjnych suk kilkaset osób, czasem po prostu spacerujących ulicą, na której odbywał się protest. Światowe media nazajutrz zamieściły zdjęcia: policjanci ciągnący za ręce starszą kobietę, która trzyma w ręku konstytucję, bicie człowieka, który opiera się przy wsiadaniu do suki itd. Stało się jasne, że uwolnienie Gołunowa to jednorazowa przyjemność. Reguły gry się nie zmieniają. To nie społeczeństwo obywatelskie rządzi, rządzą ci, co rządzą.
Z kolei na dzisiejszy wiec na prospekcie Sacharowa w Moskwie, organizowany w związku ze sprawą Gołunowa pod jakże słusznym hasłem „O prawo i sprawiedliwość dla wszystkich” przyszło zaledwie 400-600 osób, choć organizatorzy zapowiadali 20 tysięcy. Ha, pewnie rzecz właśnie w organizatorach. Akcja była uzgodniona na wszystkich możliwych szczeblach, a komitet organizacyjny składał się z przewodniczących związków dziennikarzy – ogólnorosyjskiego (toż to sam słynny kapłan kremlowskiej propagandy Władimir Sołowjow) i moskiewskiego, a także innej drobniejszej kremladzi (lekceważące określenie ludzi obsługujących Kreml). No i frekwencja nie dopisała. Ludzie nie przyszli i tym samym powiedzieli władzom: nie, nie odbierzecie nam słusznych haseł.

O innych protestach w Rosji napiszę w kolejnych odcinkach. A będzie o czym pisać.

Kciuk cesarza

15 czerwca. Korespondent portalu „Meduza” Iwan Gołunow zatrzymany ponad tydzień temu na moskiewskiej ulicy pod zarzutem posiadania i zbytu narkotyków, pobity na posterunku przez policjantów, a następnie osadzony przez sąd w areszcie domowym, został wypuszczony na wolność. Śledztwo przeciwko niemu umorzono, a zaangażowany w wyjaśnianie sprawy minister spraw wewnętrznych nawet ściął dwie generalskie głowy za przekroczenie uprawnień. Cud sprawiedliwości? Triumf prawa nad nieprawością? Obywatelskie podważenie wszechwładzy autorytarnego systemu? Po trosze tak. Ale tylko po trosze. Po małemu trosze. Przypomnijmy sekwencję wydarzeń.

Jak pisałam w poprzednim odcinku (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2019/06/08/w-kolejce-do-protestu/), Gołunow został zatrzymany, na posterunku rutynowo „zmaglowany”, gdy próbowano wycisnąć zeń przyznanie się do posiadania narkotyków i uprawiania dilerki. Dziennikarz zaprzeczał. Bezskutecznie domagał się pomocy medycznej. MSW opublikowało zdjęcia rzekomo z rewizji w jego domu: funkcjonariusze mieli stwierdzić, że chałupniczo odchodziła tu całkiem niezła produkcja białego proszku. Zanim Gołunow został dowieziony przed oblicze sądu, który miał orzec o aresztowaniu za rzekomą dilerkę (art. 228 kk, czyn zagrożony karą do 20 lat pozbawienia wolności) o sprawie wiedziała już cała Rosja i zagranica. Odbyły się masowe protesty (pojedyncze pikiety, do przeprowadzenia których ustawiały się długie kolejki chętnych), o sprawie poinformowały rosyjskie i światowe media. Środowisko dziennikarskie stanęło murem za kolegą. Wystosowano wiele listów protestacyjnych, za Gołunowem wstawiali się koledzy po piórze, celebryci, a w pewnym momencie nawet kremladź (służalcza medialna obsługa Kremla). Trzy opiniotwórcze dzienniki („Kommiersant”, „Wiedomosti”, „RBK”) na pierwszej stronie zamieściły solidarnościowe hasło „Jesteśmy Iwanem Gołunowem”. W tej sytuacji sąd zdecydował o aresztowaniu na dwa miesiące, ale Gołunow miał je spędzić nie w areszcie śledczym, a domowym. Założono mu na nogę bransoletkę i wypuszczono. Już to „miękkie” podejście sądu powszechnie przyjęto jako rzecz fantastyczną, być może nawet efekt skutecznego nacisku opinii publicznej.

Wkrótce jednak miało się okazać, że większy wpływ niż to, co działo się na ulicy, na oczach wszystkich, miała akcja nieoficjalna, targi kilku ważnych osób z decydentami. „Iwan po prostu miał do kogo zadzwonić” – napisał jeden z kolegów komentatorów. A ci, do których zadzwonił, mieli dojście wyżej, a potem sprawa stała się tak głośna, że zajęła się nią najwyższa instancja polityczna. Okołokremlowskie wróble ćwierkały, że Władimir Putin był z obrotu sprawy Gołunowa mocno niezadowolony, ba, nawet wściekły. Głośne zatrzymanie dziennikarza zbiegło się bowiem z Petersburskim Forum Ekonomicznym, na którym Putin miał pokazywać gościom wypolerowane oblicze Rosji, oczekującej przełamania sankcji i napływu fajnych inwestycji ze świata. Tymczasem Gołunow skupił uwagę komentatorów, oblicze Rosji mocno spochmurniało, rzecz rozniosła się po świecie, cukrowe zamki na piasku zbudowane przez kremlowską propagandę osypały się. Według sugestii dobrze poinformowanych kolegów dziennikarzy, Kremlowi zależało na szybkim i pozytywnym załatwieniu sprawy Gołunowa również ze względu na zbliżającą się kolejną „bezpośrednią linię” Putina ze społeczeństwem (odbędzie się 20 czerwca). Od tygodnia wszystkie kremlowskie media pełne są wezwań do zadawania pytań prezydentowi. Propagandystom zależy na tym, aby prezydent dobrze wypadł, niewygodne pytania o niewygodne sprawy nie są na pewno mile widziane.

To kontekst. A teraz konkret. Padła komenda z góry, aby ugasić pożar (sformułowanie Iwana Prieobrażeńskiego http://www.rosbalt.ru/russia/2019/06/14/1786732.html). Jako strażak wysłany został zastępca szefa Administracji Prezydenta Aleksiej Gromow. Spotkał się z grupą wpływowych ludzi mediów, którzy reprezentowali Gołunowa i środowisko (m.in. naczelny „Nowej Gaziety” Dmitrij Muratow) i uzgodnił on dalsze kroki. Kreml zgodził się na wypuszczenie Gołunowa i postawił tylko jeden warunek: jak najszybciej zwinąć protest.

Zaraz po zakończeniu negocjacji minister spraw wewnętrznych Władimir Kołokolcew ogłosił, że śledztwo wobec Gołunowa zostało umorzone. Kołokolcew otrzymał pono „prikaz” o natychmiastowym wyciszeniu sprawy od samego Putina. Cesarz uniósł kciuk w górę: oszczędzić dziennikarza, ukarać jego prześladowców. Czyli funkcjonariuszy średniego szczebla, którzy uszyli śledztwo, mszcząc się za dociekliwe materiały Gołunowa o korupcji i innych ich biznesowych grzeszkach.

Gołunow mógł zdjąć bransoletkę z nogi i ogłosić, że jest wolnym człowiekiem. Zapanowała euforia. Krótka. Dlaczego krótka? O tym w następnym odcinku – wszystko w tym odcinku się nie zmieściło, a pozostało do rozważania jeszcze kilka ciekawych wątków tej sprawy. CDN