Pułkownik zawsze dzwoni dwa razy

25 maja. O tym, że Siergiej Skripal żyje i nawet może mówić, poinformowała opinię publiczną Wiktoria Skripal, bratanica podwójnego agenta otrutego w Salisbury. Stryj miał do niej dzwonić dwa razy, choć akurat w tak niefortunnych momentach, że pogadać się z nim nie udało.

Wedle słów Wiktorii, pierwszy telefon miał miejsce 4 kwietnia. To było zaraz potem, jak w biurze wspólnoty mieszkaniowej pewien krewki mężczyzna poturbował Wiktorię i jej męża (https://www.mk.ru/incident/2019/04/01/v-yaroslavle-izbili-plemyannicu-otravlennogo-v-solsberi-skripalya.html). Napastnik wykrzykiwał, że tłucze ich za wstrętną zdradę Siergieja Skripala. Ot, taki odruch gniewu ludu. Wiktoria twierdzi, że poszli z mężem upominać się o pieniądze, które ten krewki człowiek ze wspólnoty mieszkaniowej ich zdaniem kradnie. Sprawa o pobicie jest w toku.

I traf chciał, że w czasie wizyty poszkodowanych w szpitalu zadzwonił Siergiej Skripal, który od momentu otrucia w marcu ubiegłego roku nie dawał znaku życia. W tych okolicznościach nie bardzo mogli porozmawiać. Skripal powiedział tylko, że u niego i córki Julii wszystko w porządku. I dodał tylko, że ma dość „tej Waszej Raszki” [slangowe określenie Rosji, wyrażające lekceważenie]. Wiktoria twierdzi, że trzykrotnie upewniał się, czy ona wie, z kim rozmawia. Przedstawił się imieniem, imieniem odojcowskim i nazwiskiem – „tu mówi Siergiej Wiktorowicz Skripal”. Bardzo oficjalnie. Wiktoria poprosiła, żeby zadzwonił później.

Zadzwonił 9 maja. Ale jedynie pozostawił wiadomość na automatycznej sekretarce. Złożył życzenia z okazji Dnia Pobiedy.

Zapis odtworzyła w wiadomościach wieczornych kilka dni temu rosyjska telewizja (https://www.vesti.ru/theme.html?tid=111662#/media/1). Poza świadectwem Wiktorii, która zapewnia, że to był „stryjek Sierioża”, żadnych potwierdzeń faktu wypowiedzi Skripala nie ma, ekspertyzy nagrania nie przeprowadzono (w każdym razie nie podano do wiadomości, czy takowa miała miejsce).

Dla rosyjskiej telewizji wiadomość o telefonach do Wiktorii stała się pretekstem do powtórzenia mantry o tym, że nie wiadomo, co się dzieje ze Skripalami, że strona brytyjska broni dostępu do nich („przecież obywateli Federacji Rosyjskiej”) przedstawicielom ambasady, nie udziela żadnych informacji, że śledztwo się ślimaczy, że niewiarygodne są jego ustalenia dotyczące dokonania otrucia przez funkcjonariuszy GRU oraz zatrucia w lipcu ub.r. dwojga mieszkańców pobliskiego miasteczka (jedna osoba zmarła). Jednym słowem – repetycja z legendy o niewinności trucicieli.

Ustalenia śledztwa w sprawie sprawstwa Boszyrowa-Pietrowa strona rosyjska odrzuca, wykpiwa, piętnuje. Co ciekawe, wyżej wymienieni funkcjonariusze rosyjskich służb specjalnych po słynnym wywiadzie dla Margarity Simonian (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/09/13/dwoch-panow-w-jednym-lozku-patrzy-na-katedre-w-salisbury/) nie pokazali się publicznie. W mediach społecznościowych wielokrotnie wypowiadali się różni komentatorzy, sugerując, że być może zostali na rozkaz góry usunięci w cień, a nawet wyprawieni na tamten świat.

Temat otrucia Skripalów zszedł wprawdzie z pierwszych stron gazet, ale nie został zdjęty z agendy stosunków rosyjsko-brytyjskich. A te mogą wejść w nową fazę w sytuacji rozchwiania, gdy premier Theresa May (występująca bardzo ostro przeciwko Moskwie po otruciu Skripalów, wzywająca do sankcji itp.) podała się do dymisji, a co z brexitem – nadal nie wiadomo.

Bratanica rosyjskiego oligarchy

21 maja. Nie zdążył jeszcze na dobre opaść kurz po listopadowym skandalu szpiegowskim na linii Wiedeń-Moskwa (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/11/10/szpieg-w-neutralnym-kraju/), a tu kolejny skandal w Austrii z rosyjskim udziałem. Prasa ujawniła rejestrację wideo spotkania wicekanclerza Heinza-Christiana Strache i jego asystenta z kobietą podającą się za bratanicę rosyjskiego oligarchy. Kobieta zapewniała, że mogą wspólnie z wicekanclerzem ukręcić wspólnie niezłe lody: ona miała (finansowo) pomóc Wolnościowej Partii Austrii (której Strache jest przewodniczącym) wygrać wybory, on pomóc jej zrobić w Austrii biznes i nabyć popularną gazetę.

Spotkanie odbyło się blisko dwa lata temu na Ibizie, trwało siedem godzin. Teraz na tydzień przed wyborami do Parlamentu Europejskiego nagrania z rozrywkowej wyspy zostały opublikowane i szeroko skomentowane przez dwie niemieckie gazety: „Sueddeutsche Zeitung” i „Spiegel”.

W Wiedniu nastąpiło po tej publikacji polityczne trzęsienie ziemi. Strache złożył urząd, do dymisji podali się również ministrowie z jego partii FPO. Partii populistycznej, antyestablishmentowej, która jawnie wypina się na Unię Europejską, kokieteryjnie zagrywa z Rosją. Strache jeździł po aneksji Krymu z wizytami na półwysep, mówił, że jest to rosyjskie terytorium, a zachodnie sankcje wprowadzone wobec Rosji należy jak najszybciej znieść. Wolnościowa Partia Austrii miała spore szanse na dobry wynik w wyborach europejskich. Po ujawnieniu nagrań, na których podpity wicekanclerz obiecuje złote góry jakiejś niezidentyfikowanej niewieście w zamian za rosyjskie pieniądze na działalność polityczną, te szanse znacznie spadły.

Kim jest rozmówczyni wicekanclerza? Prasa podaje nazwisko: Alona Makarowa, obywatelka Łotwy, przedstawiła się swoim austriackim interlokutorom jako bratanica bogacza Igora Makarowa. Ale rzekomy jej stryj twierdzi, że nie ma takiej krewnej. Makarow jeszcze w latach dziewięćdziesiątych zarobił fortunę na handlu gazem, potem gdy złota era dla jego firmy minęła, wycofał się do drugiego, nawet trzeciego szeregu, zszedł z linii strzału, gdy Putin ustawiał biznes pod swój strychulec. Może dzięki temu nie poległ jak Chodorkowski czy Gusiński. Ciekawe jest to, że Alona w czasie całego wielogodzinnego nagrania ani razu nie pojawia się przed kamerą, słychać tylko jej głos. Jeszcze jeden zabawny szczegół: pod koniec spotkania Strache – gdy Alona na chwilę wychodzi – dzieli się ze swoim asystentem spostrzeżeniem, że ta Rosjanka przedstawiająca się jako osoba z zamożnej rodziny ma kiepski pedicure i brudne paznokcie, a to nie pasowało mu do wyobrażenia o eleganckich Rosjankach.

Kto nagrywał? Nie wiadomo. Prasa spekuluje, że mogły to być służby specjalne któregoś z krajów europejskich (lekko wskazując palcem na Niemcy). Afera z taśmami kompromitującymi przewodniczącego austriackiej partii prawicowych populistów to nie jest dobra wiadomość dla podobnych partii w innych europejskich krajach – ich notowania przed wyborami zapewne też spadną, jak spadło poparcie dla FPO. To nie jest też dobra wiadomość dla Kremla – niektóre populistyczne partie, które do tej pory rwały się do współpracy z Rosją, teraz mogą dojść do wniosku, że takie kontakty są niewskazane, bo więcej z nich dymu i smrodu niż pożytku.

Pięć lat rosyjskiego kacetu

14 maja. Mija pięć lat od zatrzymania przez FSB Ołeha Sencowa, ukraińskiego reżysera i aktywisty społecznego.

Akt oskarżenia w sprawie Sencowa uszyto grubymi nićmi, bezwstydnie, na polityczne zamówienie. Oskarżono go o zorganizowanie grupy przestępczej, mającej na celu dokonanie zamachów terrorystycznych. Zarzuty ciężkie, jedne z najcięższych. Tyle że dowodów tych win w sądzie nie przedstawiono, zamachów nie było, nikt nie zginął, nikt nie ucierpiał. Sięgnięto po doświadczenia „stalinowskiego prawa” – jest człowiek, a paragraf się znajdzie. I to wystarczy, by skazać.

Sencow – mieszkaniec Krymu, reżyser, pisarz – był aktywistą Automajdanu, w czasie operacji zajmowania Krymu przez wojska rosyjskie zaopatrywał ukraińskich żołnierzy zablokowanych w bazach. Po aneksji, z którą – jak przypomniał w sądzie w słowie końcowym – kategorycznie się nie zgadza, pozostał na półwyspie. Nie uległ chorobie #Krymnasz. Kontaktów z Ukrainą nie zerwał, zachował ukraińskie obywatelstwo, udzielał się w poszukiwaniach ludzi, którzy w tajemniczych okolicznościach zniknęli podczas wydarzeń na Majdanie. Został aresztowany w maju 2014 roku przez Federalną Służbę Bezpieczeństwa Rosji. Najpierw postawiono mu zarzut podpalenia drzwi biura partii Jedna Rosja w Symferopolu. Do przyznania się nakłaniano go pogróżkami, biciem, duszeniem i innymi przyjemnymi metodami. Gdy to nic nie dało, zarzuty „wzmocniono”: na polecenie Prawego Sektora (do którego Siencow rzekomo należał), ukraińskiej organizacji, której działalność na terytorium Federacji Rosyjskiej jest zakazana, Sencow miał zorganizować grupę terrorystyczno-dywersyjną w celu dokonania zamachów.

Akt oskarżenia oparto na zeznaniach świadka, znajomego i współpracownika Sencowa, Giennadija Afanasjewa (w osobnym procesie dostał wyrok 7 lat łagru). Podczas rozprawy Afanasjew wycofał się z obciążających Siencowa zeznań. Jak powiedział – wyciśnięte z niego zeznania śledztwo uzyskało, stosując tortury. Sąd jednak okazał się bardzo przywiązany do wersji z podpaleniem i planowanym wysadzeniem w powietrze pomnika Lenina i wiecznego ognia przy memoriale Wielkiej Wojny Ojczyźnianej w Symferopolu i nie zwrócił uwagi na wycofanie zeznań, jedynej podstawy oskarżenia. Sencow stwierdził, że nie miał nic wspólnego z uszkodzeniem drzwi do siedziby rosyjskiej partii. Obrona wskazywała ponadto, że biuro partii nie jest obiektem państwowym, to jedynie siedziba organizacji społecznej, zresztą żadnych dowodów udziału Sencowa w tym epizodzie nie ma. A czy są jakieś dowody, czy wszystkie zostały nieudolnie sfabrykowane? Nie było żadnych aktów terroru, żadnych wybuchów, żadnych ofiar. Fikcja nieliteracka. Bohdan Owczaruk z Amnesty International zwrócił uwagę na to, że rosyjski wymiar sprawiedliwości złamał art. 3 europejskiej konwencji praw człowieka: „zeznania, otrzymane w wyniku tortur, nie powinny stanowić podstawy wyroku sądu. Ponadto proces nie powinien odbywać się w Rostowie nad Donem – zgodnie z prawem, obywatele Ukrainy nie mogą być wywożeni z terytorium Krymu na terytorium Federacji Rosyjskiej, jako że Krym jest terytorium okupowanym, a konwencja genewska jasno określa zasady, które państwo okupujące powinno przestrzegać. Poza tym ich nie mieli prawa sądzić według prawa rosyjskiego, a według ukraińskiego. Co do oskarżenia o terroryzm, to powinno zostać wycofane”.

„To proces pokazowy. Trzeba było zademonstrować, że jeżeli ktoś neguje przynależność Krymu do Rosji lub zamierza na poważnie wziąć udział w działaniach wojennych nie po stronie rosyjskiej, to my tych ludzi wykradniemy i posadzimy na długie wyroki, żeby zapamiętali. Chodzi o to, żeby ludzie się bali. Komunikat jest taki: jeżeli otworzysz usta i coś powiesz przeciwko nam – pięć lat, a jak cokolwiek zrobisz – 23 lata. To typowa sadystyczna logika, żeby ludzie nie śmieli nawet nic powiedzieć” – komentował w audycji „Echa Moskwy” politolog Stanisław Biełkowski.

Polityczny charakter procesu Sencowa nie ulega wątpliwości. O Sencowa upominali się w licznych listach i petycjach europejscy filmowcy. Bez skutku – nikt ich w Rosji nie usłyszał, nikt nie wysłuchał. Rosyjskie środowisko artystyczne jakoś się nie burzyło przeciwko niesprawiedliwemu wyrokowi na kolegę. Pojedynczy twórcy próbowali protestować. Aleksandr Sokurow krytykował postępowanie Rosji wobec Sencowa, wzywał do jego uwolnienia. Podobnie Aleksiej German jr., Władimir Kott, Aleksiej Fiedorczenko, Władimir Mirzojew, Paweł Bardin, Askold Kurow. Krótka lista przyzwoitości. Nikita Michałkow ze swej strony próbował wystąpić w obronie Sencowa. Nieśmiało. W rozmowie z dziennikarzami zastrzegał się: „Nie mogę podskoczyć wyżej własnej głowy. Te prośby, które wysyłaliśmy, również ja osobiście [Michałkow skierował prośbę o uwolnienie Siencowa do Putina]… Są dość poważne dokumenty, noszące prawny charakter procesowy, do których nie potrafię się odnieść, ponieważ nie jestem prawnikiem. Ty mówisz – wypuśćcie go, bo to zdolny reżyser, a tobie odpowiadają: przecież to terrorysta i przedstawiają ci fakty. Trudno z tym dyskutować”. Ciekawe, jakie to fakty przedstawiono Michałkowowi, że się uspokoił i zamilkł.

W ubiegłym roku Sencow prowadził długą spektakularną głodówkę, domagając się uwolnienia wszystkich ukraińskich więźniów politycznych przetrzymywanych w rosyjskich więzieniach. Bezskutecznie.

Za społeczną postawę otrzymał w 2018 r. Nagrodę Sacharowa, a także Nagrodę imienia Siergieja Magnitskiego.

W piątą rocznicę zatrzymania Sencowa amerykańska ambasada w Kijowie zwróciła się z apelem o jego zwolnienie. Bez echa.

Maria Butina – winna i skazana

28 kwietnia 2019. Sąd w Waszyngtonie skazał obywatelkę Rosji 30-letnią Marię Butiną na karę 18 miesięcy pozbawienia wolności. Wyrok był łagodny, gdyż sąd wziął pod uwagę, że oskarżona współpracowała ze śledztwem. Niewydarzona agentka wpływu została ukarana za prowadzenie na terytorium Stanów Zjednoczonych działalności na korzyść innego państwa, mającej na celu przyczynienie szkód interesom USA. Butina przebywała w Stanach na podstawie wizy studenckiej, nie miała rejestracji Departamentu Sprawiedliwości w charakterze agenta zagranicznego. Tymczasem taką właśnie działalność uprawiała. Sąd uznał, że w ten sposób przyczyniła się do osłabienia stanu bezpieczeństwa państwa.

Szczegółowo sprawę rudowłosej Marii opisałam w zeszłym roku na łamach „Tygodnika Powszechnego” (https://www.tygodnikpowszechny.pl/rudowlosa-maria-i-piec-krokow-w-niepewnosc-154410), teraz więc tylko w skrócie rzecz przypomnę.

Maria urodziła się na Ałtaju, głębokiej rosyjskiej prowincji, ale była ambitna i chciała zrobić karierę w stolicy. Była aktywistką organizacji młodzieżowych, po czym skupiła się na walce o legalizację broni w rękach prywatnych. Założyła organizację „Prawo do posiadania broni”, która stała się dla niej biletem wstępu na polityczne salony. Działalność na niwie lobbowania praw posiadaczy broni palnej pozwoliła Marii zawrzeć cenne znajomości, m.in. z senatorem Aleksandrem Torszynem, który stał się jej patronem. Wraz z nim Maria kilkakrotnie podróżowała za granicę, m.in. w 2015 r. do USA. Nawiązała kontakty we wpływowej amerykańskiej organizacji The National Rifle Association – Narodowy Związek Strzelecki. Podczas śledztwa ustalono, że kontakty te miały jej umożliwić wywieranie wpływu na kształtowanie poglądów amerykańskich polityków na stosunki z Rosją. Amerykańscy śledczy uznali też, że Butina miała powiązania z rosyjskimi władzami, oligarchami i FSB i w USA wykonywała zleconą misję, mającą na celu wywołanie chaosu i wpływanie na nastroje, w tym wyborcze, ponadto dostarczyła stronie rosyjskiej informacje, nazywane w nomenklaturze służb specjalnych „wrażliwymi”. W sprawie Butinej międliły się też jakieś pieniądze o nie do końca wyjaśnionej proweniencji. Maria została z hukiem aresztowana w przeddzień spotkania Trump-Putin w Helsinkach w lipcu 2018 r.

Kreml zareagował na aresztowanie gniewnym fuknięciem. Przez kolejne miesiące oficjalne rosyjskie czynniki nieodmiennie twierdziły, że sprawa przeciwko Butinej została sfabrykowana, a oskarżenie nie ma najmniejszych podstaw prawnych. Moskwa domagała się uwolnienia Marii, opłacono jej adwokata (jak informowały w grudniu ub.r. media, na ten cel Rosyjska Fundacja Pokoju, afiliowana z administracją prezydenta, wpłaciła okrągły milion rubli). Rosyjska ambasada wywierała naciski, aby Butina miała znośne warunki w areszcie.

W pewnym momencie w Moskwie zapanowała lekka panika, gdy zza oceanu nadeszły wieści, że Maria poszła na współpracę ze śledztwem. Co więcej: poszła na współpracę z komisją prokuratora Muellera, badającego kontakty sztabu wyborczego Trumpa z Rosją, zgodziła się na wystąpienie przed senatorami (spotkanie trwało osiem godzin).

W trakcie śledztwa ogłosiła, że przyznaje się do zarzucanych jej czynów i poprosiła o łagodny wymiar kary. Przyznała, że działała pod wpływem i kuratelą rosyjskiego polityka (Torszyna).

W Moskwie trochę się uspokoiło, gdy Butina wystąpiła z wnioskiem o deportację do Rosji i uzyskała na to zgodę sądu. Oznacza to, że po odsiedzeniu wyroku będzie musiała powrócić do Rosji. Będzie to mogło nastąpić za 9 miesięcy (czas, jaki Butina spędziła w areszcie, oczekując na proces, zostanie jej zaliczony jako czas odbywania kary). Jestem bardzo ciekawa, czy faktycznie wróci.

Na procesie Maria zapewniała pokornie, że absolutnie nie miała zamiaru wprowadzać chaosu w stosunki rosyjsko-amerykańskie. Chciała jedynie budować mosty porozumienia pomiędzy narodami.

Rosyjska ambasada w Waszyngtonie uznała wyrok za przejaw „paranoidalnej rusofobii” USA. Zarzuty ponownie nazwano w oświadczeniu ambasady wyssanymi z palca, a amerykańską temidę określono mianem ferującej niesprawiedliwe wyroki. Ponownie podniesiono, że podczas śledztwa wywierano na Butinę niedozwolone naciski. Marię nazwano ofiarą prowokacji amerykańskich służb specjalnych i więźniem politycznym poddawanym represjom.

Na temat wyroku wypowiedział się sam prezydent Putin. Jego zdaniem Amerykanie skazali absolutnie niewinne dziewczę tylko dlatego, że chcieli w ten sposób „uratować twarz”.

Rosyjskie paszporty dla Donbasu

24 kwietnia. Po wyborach prezydenckich na Ukrainie, które wygrał niedoświadczony nowicjusz w polityce, aktor i producent Wołodymyr Zełenski, oczy komentatorów zwróciły się w stronę Kremla. Pytanie, a co Moskwa na to, zawisło w zelektryzowanym powietrzu.

Rosyjska telewizja poświęciła w ostatnich miesiącach Ukrainie wiele, wiele godzin – temat nie schodził z ust kapłanów kremlowskiej propagandy. W trakcie kampanii wyborczej polewano ukraińską klasę polityczną wymyślnymi mieszankami pomyj (w studiu telewizyjnym w odniesieniu do Ukrainy stale padały określenia: „banderowskie władze”, „cyniczna faszystowska junta w Kijowie” itd.). Szczególnym wyróżnieniem w tym względzie został obdarzony Petro Poroszenko – złodziej, faszysta, sprzedajny cukiernik itd. Moskwa ewidentnie grzała silniki w oczekiwaniu na wymianę ekipy rządzącej w Kijowie – z drużyną Poroszenki nie miała już co ugrać. Poroszenko jasno sformułował cele: do Europy, do NATO, bez Moskwy. Rosyjskie próby wykolejenia tego kursu okazały się podczas prezydentury Poroszenki nieskuteczne. Ale to nie znaczy, że Kreml zrezygnował z wstawiania kijków w szprychy. I nie zrezygnuje, o czym za chwilę.

Po wyborach wypowiedzieli się premier Dmitrij Miedwiediew (opływowo, bez żadnych konkretów) i przewodnicząca izby wyższej parlamentu Walentina Matwijenko (pojednawczo, z zapewnieniem, że Moskwa będzie rozmawiać z każdym prezydentem, którego wybierze naród). Putin przemówił jedynie ustami swojego rzecznika – pożyjemy, zobaczymy, ocenimy nowego prezydenta po jego pierwszych konkretnych krokach. Pieskow zastrzegł przy tym, że są podstawy, aby wyborów nie uznawać, gdyż Ukraina nie stworzyła możliwości głosowania dla Ukraińców mieszkających w Rosji. Propagandysta Władimir Sołowjow w swoim wieczornym programie rozwinął ten wątek. Wyliczył, że skoro 10 mln ludzi – 1/3 wyborców – nie zagłosowało, bo zostało pozbawionych takiej możliwości, to wybór nie jest ważny. A następnie wygłosił pochwałę rosyjskich wyborów, w których wszystkie kryteria demokratycznej elekcji zostały jego zdaniem spełnione. Koniec i bomba.

Nowy prezydent to nowe możliwości. W rachubie Kremla – nowe możliwości ponownego zaistnienia w polityce Ukrainy. W pierwszej turze Moskwa otwarcie poparła Jurija Bojkę, prorosyjskiego polityka (odbyło się spotkanie w Moskwie, Miedwiediew przyjaźnie poklepał Bojkę po ramieniu w obecności Wiktora Medwedczuka, kuma Putina, najbardziej prokremlowskiego spośród ukraińskich polityków). Teraz zapewne będzie wspierać jego ugrupowanie przed zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi. Kreml liczy na to, że mocna reprezentacja prorosyjskiej koterii w Radzie Najwyższej da mu możliwości aktywnego mieszania w kotle ukraińskiej polityki.

Wspominałam na wstępie, że Putin nie wypowiedział się osobiście po wyborach prezydenckich na Ukrainie. Ba, nawet nie pogratulował zwycięstwa Zełenskiemu. Za swoiste gratulacje można zatem uznać podpisanie dziś dekretu o trybie przyspieszonego i uproszczonego nadawania mieszkańcom tak zwanych Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych rosyjskiego obywatelstwa.
Obywatelstwo Federacji Rosyjskiej ma być przyznawane w „celach humanitarnych”, aby zapewnić ochronę praw człowieka. Wnioski mają być rozpatrywane w ciągu maksimum trzech miesięcy.

To nie znaczy, że Rosja od razu przyłączy oderwane Ukrainie tereny do swego terytorium (choć w jakiejś perspektywie, w jakiejś konfiguracji i to może spróbować przeprowadzić). To zaznaczenie terenu i mocne oświadczenie: konflikt w Donbasie zamrażamy na tak długo, jak będziemy chcieli, a jeśli Kijów zechce odzyskać Donbas ogniem, to my w obronie naszych obywateli odpowiemy mieczem. Zełenski chciał (tak w każdym razie mówił w kampanii wyborczej) do rozmów o uregulowaniu konfliktu w Donbasie włączyć Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię. No to mu Putin odpowiedział: To nie jest z naszego punktu widzenia dobry pomysł, ha, a teraz rób co chcesz.

W Twitterze w żartobliwej formie skomentowano dekret: A co by było, gdyby Merkel zaczęła wydawać paszporty mieszkańcom obwodu kaliningradzkiego. A opozycjonista Aleksiej Nawalny zaproponował, aby świeżo upieczonych obywateli przesiedlać pod Moskwę, wprost do wielkopowierzchniowych rezydencji rosyjskich ministrów, niech się włączą w akcję humanitarną, skoro tacy są łaskawi.