Chabarowsk. Lipiec 2020

12 lipca. Nie minęły jeszcze dwa tygodnie od ogólnorosyjskiego głosowania w sprawie przyjęcia poprawek do konstytucji, a już radosne nastroje gdzieś się rozwiały. Nieoczekiwanie dało o sobie znać społeczne niezadowolenie w Kraju Chabarowskim. Bezpośredniego związku z poprawkami protesty nie mają, ale wydaje się, że mieszkańcom tego dalekowschodniego regionu po prostu się ulało.

Opowieść trzeba zacząć od tego, co wydarzyło się 9 lipca. Gubernator Kraju Chabarowskiego Siergiej Furgał został zatrzymany pod zarzutem zlecenia zabójstw w latach 2004-2005. W tamtym czasie Furgał był biznesmenem – zajmował się metalami; ofiarami zabójstw padli chabarowscy przedsiębiorcy. Po zatrzymaniu gubernator został natychmiast przewieziony do Moskwy i na mocy decyzji sądu na dwa miesiące osadzony w areszcie.

Kim jest Siergiej Furgał? Jest politykiem związanym z partią Władimira Żyrinowskiego LDPR. Przez dziesięć lat był deputowanym Dumy Państwowej. We wrześniu 2018 r. ze świetnym wynikiem 70% został wybrany na gubernatora Kraju Chabarowskiego, pokonując reprezentanta partii władzy Jedna Rosja.

Furgał do winy się nie przyznaje, odrzuca podejrzenia. W 2019 r. w Moskwie był aresztowany jego były partner biznesowy, Nikołaj Mistriukow. Jest podejrzany o współudział w zabójstwie tych samych przedsiębiorców, o których zgładzenie podejrzewany jest Furgał.
Po aresztowaniu Furgała i jeszcze dwóch jego współpracowników – członków LDPR ocknął się ze snu przewodniczący partii Władimir Żyrinowski. Zapowiedział, że będzie walczył o ich uwolnienie, zagroził, że jeśli Furgał zostanie w areszcie, to cała frakcja LDPR rzuci mandatami o ziemię i opuści Dumę. „Niech cały świat się dowie, jaki burdel panuje u nas w kraju” – krzyczał. Dawno z trybuny parlamentarnej nie padały tak ostre słowa. Żyrinowski wrzeszczał jak nakręcony: „Zaraz wam [deputowanym Jednej Rosji i ogólnie władzom centralnym] tutaj zrobimy kwarantannę. Ba! Rewolucję zrobimy! Dorosło nowe pokolenie, które niczego wam nie wybaczy! Przed nami najtrudniejsze lata: głód, bezrobocie, choroby! Pomyślcie!” (https://www.youtube.com/watch?v=kzHQA6Y7__Y).

Znacznie ciekawsza jest reakcja mieszkańców Chabarowska: masowo wyszli na ulicę i powiedzieli: „Ręce precz od naszego gubernatora! To nasz wybór! My go wybraliśmy! Wara!”. Krótko sformułował powód protestu profesor Witalij Błażewicz: „Nie głosowałem na Furgała, nigdy nie głosowałem na LDPR, ale wyszedłem na ulicę, bo mnie obrażono”. Jak na skalę Chabarowska demonstracje były liczne: pierwszego dnia nawet 35 tys. (według danych MSW, do 12 tys.). Wyglądało na spontan. Co więcej, nazajutrz znowu ludzie znów zebrali się na głównym placu. I znowu domagali się uwolnienia gubernatora. Kolumny samochodów sunęły ulicami, ryczące klaksony aut były wsparciem dla protestujących. Zaraz też oprócz haseł w obronie Furgała pojawiły się hasła antyputinowskie. „Putin won”, „Putin do dymisji”. Wczoraj policja nie zatrzymywała uczestników. Dziś już tak. Mimo to wieczorem ludzie znów zaczęli się gromadzić w centrum Chabarowska. Wznoszono hasła: „Nie politycznym represjom!”, „Wypuścić Furgała!”.

W cotygodniowym programie rosyjskiej telewizji Rossija „Wiesti Niedieli” główny kapłan kremlowskiej propagandy Dmitrij Kisielow poświęcił sprawie Siergieja Furgała obszerny materiał na samym wstępie. Opowiedział z detalami o tym, w co może być umoczony gubernator, wyłożył, jak Furgał budował swój biznes, wspomniał nawet o tym, że kiedyś został on przyłapany z ładunkiem pochodzącym z kłusownictwa, pokazał matkę płaczącą po zabitym synu przedsiębiorcy, za którego śmierć obecnie ściga się Furgała. I ani słowem nie zająknął się o protestach w Chabarowsku i Komsomolsku nad Amurem.

W Bagdadzie jest spokojnie, spokojnie, spokojnie…

Wieczność chwilowa i ulotna

2 lipca. Wczoraj zakończono mocnym akordem i długą, fałszywą kodą akcję głosowania nad poprawkami do konstytucji Rosji. Według oficjalnych danych, obywatele poparli poprawki: głosów „za” było 78% . Z morza poprawek najważniejsza jest dla Kremla ta jedna: wyzerowanie dotychczasowych kadencji prezydenckich Putina, co stwarza mu możliwość ponownego startu w wyborach prezydenckich po zakończeniu obecnej kadencji (za cztery lata). Operacja „wieczny Putin” jednak nie do końca się władzy udała, choć cel wielkim wysiłkiem aparatu państwa został osiągnięty.

Głosowanie, które miało się początkowo odbyć 20 kwietnia, zostało przesunięte w czasie z uwagi na epidemię Covid-19. Względy zdrowotne wskazano też i teraz jako powód wydłużenia głosowania – odbywało się ono w brawurowo rozciągniętym czasie: od 25 czerwca do 1 lipca. Głosować można było nie tylko w lokalach wyborczych, ale także wrzucać karty do puszki lotnych brygad wyborczych, rozstawiających stoliki na podwórkach czy kursujących po trudno dostępnych terenach (np. w tundrze) i po domach. Głos można było eksperymentalnie oddać także drogą elektroniczną – ale tylko w Moskwie i obwodzie niżnonowogrodzkim (już pierwszego dnia jeden z dziennikarzy poszedł zagłosować do lokalu, a następnie oddał głos drogą elektroniczną, oba głosy zaliczono, co pokazało pole do manipulacji przy urnie).

Dosypać można było łatwiej i więcej niż podczas jednodniowych tradycyjnych wyborów. Władze sprawnie ucinały dyskusje na temat zaobserwowanych manipulacji, kwalifikując pojawiające się masowo w mediach społecznościowych informacje o nieprawidłowościach jako fake newsy. Wydaje się, że Kreml był mocno zdeterminowany, aby wycisnąć odpowiedni wynik, mimo obserwowanego dużego niezadowolenia społeczeństwa (rekordowo niskie notowania Putina). Powszechne były w dyskusjach na forach nawoływania, aby zbojkotować głosowanie, a jeśli nawet iść do urny, to zagłosować przeciw. Podany przez CKW wynik niecałe 22% „przeciw” nie odzwierciedla obserwowanego poziomu protestu. Większą liczbę głosów „przeciw” niż „za” odnotowano tylko w jednym z 82 regionów – Nienieckim Okręgu Autonomicznym (przypisano to niechęci mieszkańców do połączenia ich regionu z obwodem archangielskim, co jest w planach). Taki listek figowy na wstydliwym miejscu powszechnej manipulacji. Czeczenia dumnie kroczyła wraz z Tuwą na czele stawki z wynikiem: 98-99% „za”. Ura!

„Narysowali nawet więcej niż na wyborach 2018 roku – słusznie, po co się ograniczać, skoro nic [władzy] nie ogranicza. Nie ma przecież już nic do stracenia. Obciachowa afera z przykrawaniem konstytucji przeniosła Putina do niższej politycznej ligi – do ciepłej kompanii afrykańskich kacyków czy białoruskiego Ługabe [to nowe popularne określenie Łukaszenki]. Przyzwoici ludzie nie wpuszczą go za próg – pisze dziennikarz Andriej Łoszak. – Kiedy Putin znalazł się na szczycie piramidy, chciał uznania i szacunku, podobno marzył, że dostanie Pokojową Nagrodę Nobla. Ale kiedy nadszedł czas, aby rozstać się ze stołkiem, to jak wszyscy dyktatorzy, którzy stracili głowę od absolutnej władzy, nie wytrzymał i wyciągnął ciężką artylerię. Putin stracił twarz i dobrze o tym wie. Teraz naprawdę nic go nie powstrzymuje. Następny krok w karierze takich ludzi to strzelanie do własnego narodu”. Niewesoła perspektywa.

Politolog Gleb Pawłowski, który na samym początku prezydentury Putina był najważniejszym kremlowskim demiurgiem, a potem wypadł z łaski i stał się trzeźwym krytykiem władzy, uznał wyniki głosowania za porażkę Kremla: „Skoro przy zaangażowaniu całego aparatu nacisku i propagandy jednak 20% ludzi powiedziało poprawkom „nie”, to znaczy, że tkwi tu wielki potencjał nowej opozycyjnej siły”. Czy rzeczywiście widoczne niezadowolenie dużej grupy Rosjan da się przekuć w polityczny sukces, czas pokaże. Logika putinowskiego systemu jest taka, żeby trawniki, na których może wykiełkować cokolwiek nieprawomyślnego, strzyc do żywego, zanim cokolwiek wyrośnie.

Z drugiej strony wymuszona akceptacja dla wydłużenia władzy Putina nie oznacza, że jego rządy będą spokojne i długotrwałe. Putin wprawdzie wypłacił rodzinom z dziećmi zasiłki w wysokości 10 tys. rubli, ale czy kupił w ten sposób sobie poparcie na dłużej w sytuacji, gdy osłabiony budżet piszczy w szwach, a ludziom nie żyje się dostatniej?

A weźmy jedną z poprawek o świętej integralności terytorialnej Rosji, która oznacza, że Krym jest rosyjski i nie popuścimy za nic na świecie. Czy społeczność międzynarodowa uzna to, weźmie za dobrą monetę i podstawę do wznowienia współpracy? Zdejmie nałożone z tego powodu sankcje? Otworzy ramiona przed Putinem, który uzurpuje władzę na kolejne lata? Na razie się na to nie zanosi. Konstytucyjne przytwierdzenie Krymu do Rosji w ogólnonarodowym głosowaniu jeszcze bardziej utrudnia dialog.

Wyzerowany Putin przełamał konstytucję przez kolano, pokazał, że jego aparat jest w stanie przeprowadzić operację specjalną, broniącą jego władzy. Ale czy to go wzmocniło? I na jak długo to wystarczy?

Historia według Putina

26 czerwca. Artykuł historyczny o II wojnie światowej Władimir Putin z pompą anonsował wiele miesięcy temu. Porcjami prezentował poszczególne tezy w różnych formatach i przy różnych okazjach (pisałam o tym na blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2019/12/27/slowa-stalina-w-ustach-putina/ i na łamach Tygodnika Powszechnego: https://www.tygodnikpowszechny.pl/slowa-stalina-w-ustach-putina-161675). Gdy wreszcie z dawna zapowiadane dzieło ujrzało światło dzienne, nie stało się zaskoczeniem ani nie spotkało z wielkim zainteresowaniem.

Po pierwsze Putin nie trafił w czas – 75. rocznica zakończenia wojny minęła prawie dwa miesiące temu. Z powodu epidemii koronawirusa obchody w Rosji zostały przełożone. Przez ten czas świat zmienił się i zaczął interesować przede wszystkim rozwiązaniami problemów, przyniesionych przez Covid-19. A Putin ze swoimi wrzutkami na temat historii wielkiej wojny został z tyłu.

Naciągane tezy, oskarżenia Zachodu o rozpętanie wojny, obrona słuszności dyplomacji Stalina, w szczególności paktu Ribbentrop-Mołotow, zarzuty pod adresem Polski, że sama na siebie sprowadziła nieszczęście, bo paktowała z Hitlerem i dzieliła z nim Czechosłowację – to zestaw już prezentowany intensywnie na przełomie roku 2019 i 2020. Artykuł jest długi. Jego analiza punkt po punkcie – jeszcze dłuższa. Historyków i amatorów sporów historycznych odsyłam do pracy profesora Andrieja Zubowa, który zadał sobie trud, by prześwietlić quasi-historyczne opowieści prezydenta. Zubow punkt po punkcie wykazuje mielizny, fałsze, przeoczenia, wypaczenia, agresywne myślenie autora. Praca dostępna jest pod adresem: https://drugoivzgliad.com/zubov-vs-putin/. Lista grzechów jest długa. Zacytuję tylko fragment rozdziału XI, dotyczącego państw bałtyckich. „Putin pisze tak: Jesienią 1939 r., […] ZSRR rozpoczął proces inkorporacji Łotwy, Litwy i Estonii. Ich przyłączenie się do ZSRR było zrealizowane na podstawie umów, za zgodą wybranych władz. Było to zgodne z normami prawa międzynarodowego i państwowego tamtego okresu. Komentarz wydaje się zbyteczny. Cały wywód to jedno wielkie kłamstwo. Estończycy, Łotysze i Litwini do dziś opłakują los setek tysięcy swoich rodaków, zastrzelonych w katowniach NKWD, zmarłych na zesłaniu czy skazanych na katorżniczy trud”. Wątek bałtycki podjął też dziennikarz rozgłośni Echo Moskwy, Siergiej Parchomienko, który zwrócił uwagę na to, czego zabrakło w dziele Putina: „Zapomniał opowiedzieć, jak w 1940 r. członkowie wszystkich trzech rządów – Litwy, Łotwy i Estonii – zostali aresztowani, wywiezieni, przetrzymywani w różnych więzieniach do 1952 r.”. Uwaga Parchomienki jest cenna – Putin zapomniał o wielu innych faktach i osobach, które nie pasowały do kłamliwych tez artykułu. Na przykład o aneksji Besarabii czy wojnie zimowej z Finlandią.

Profesor Zubow i Siergiej Parchomienko nie byli jedynymi polemistami Władimira Władimirowicza. Rozbioru nieudanych pasaży dokonał też Michael Bohm, amerykański dziennikarz od wielu lat pracujący w Moskwie (https://echo.msk.ru/blog/bom_m/2666173-echo/?fbclid=IwAR2buma9CoBx_joQcLSoKoT0NYncapUH8OdUeQ2VKTytYUkVyy4hsJI2SAA). Bohm bywa zapraszany do telewizyjnych programów, określanych jako publicystyczne. Odważnie wypowiada w nich zdanie odmienne od narzuconego przez prowadzących programy kapłanów kremlowskiej propagandy. Jest zwykle gaszony zaraz na wstępie wypowiedzi, reszta znakomitych gości rzuca się na niego z krzykiem. Na swoim blogu Bohm mógł wyłożyć swoje opinie bez wrzasków i przerywania. Łagodnie i kulturalnie. Na przykład: „Jest ogromna różnica pomiędzy zachodnimi i sowieckimi układami z Hitlerem. Na Zachodzie układ monachijski został już dawno potępiony – zarówno przez władze państwowe, jak i społeczeństwa. Uznano, że to było tchórzliwe podgrywanie szalonemu dyktatorowi i haniebne sprzedanie Czechosłowacji […] Tymczasem w Rosji pakt Ribbentrop-Mołotow oficjalnie jest uznawany za sukces sowieckiej dyplomacji, z którego można być dumnym. Tak to określił publicznie były minister obrony Rosji, Siergiej Iwanow. Jestem przekonany, że lwia część Rosjan, uwierzywszy w mit, że ZSRR udało się wygrać dwa lata dla wzmocnienia zdolności obronnych Armii Czerwonej, też jak pan Iwanow jest nim zachwycona i napełniona dumą. Tymczasem powodów do dumy raczej nie ma – tym bardziej że Stalin nie wykorzystał tego czasu dla wzmocnienia Armii Czerwonej. Wręcz przeciwnie: dokonał wtedy czystek w dowództwie sił zbrojnych”.

Po co przywódca Rosji pisze taki artykuł? I jeszcze najpierw publikuje go po angielsku w amerykańskim czasopiśmie? Na marginesie – ciekawe jest to czasopismo: „The National Interest”. Wychodzi co dwa miesiące, związane jest z neokonserwatystami. W 2015 r. pismo opublikowało opus Marii Butinej (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2019/04/28/maria-butina-winna-i-skazana/; https://www.tygodnikpowszechny.pl/rudowlosa-maria-i-piec-krokow-w-niepewnosc-154410), poświęcony perspektywie poprawy stosunków rosyjsko-amerykańskich, jeżeli wybory prezydenckie wygra republikanin. Ciekawie wygląda postać wydawcy i dyrektora pisma, Dimitri Simesa. Jak mówią jego złośliwi moskiewscy znajomi, w „komsomolskim panieństwie” Dimitri w Moskwie walczył z komunizmem, za co został łaskawie wypuszczony na emigrację do USA. Od lat jest w doskonałych stosunkach z rosyjskim establishmentem, chętnie bierze udział w sztandarowych programach prokremlowskiej telewizji jako ekspert ds. polityki międzynarodowej. A od 2018 roku wraz z Wiaczesławem Nikonowem, wnukiem Wiaczesława Mołotowa (zwanym przez złośliwych moskiewskich znajomych „wnukiem Ribbentropa-Mołotowa”) prowadzi w 1tv (Pierwyj Kanał) program „Wielka gra” o polityce zagranicznej. Jednym słowem – łamy „The National Interest” nie są takie znowu obce Kremlowi.

A zatem – po co ten artykuł? Aleksandr Podrabinek (https://www.facebook.com/alexander.podrabinek/posts/3020535761398098) słusznie zauważa: „Obaleniu dowodów z artykułu Putina można by poświęcić setki stron polemik i miesiące czasu antenowego w radiu i telewizji. Ale to zupełnie zbędne, jako że nie chodzi wcale o fakty historyczne. Poszukiwanie historycznej winy i wyznaczenie winowajców nie ma praktycznego sensu, dlatego że dawno nie ma hitlerowskich Niemiec, a stosunkowo niedawno skonał również ZSRR; uczestników dramatycznych wydarzeń pozostało niewielu.[…] Putinowi chodzi o legitymizację swojej władzy. Właśnie tego brakuje dyktatorom, którzy pragną potwierdzenia swojej władzy. Przeprowadzają parodię wyborów, aby ktoś uwierzył, że kierują swoimi państwami z woli ludu. Wywołują wojny, aby rodacy poczuli, że bez żelaznej ręki państwo nie da sobie rady. […] A gdy i tego jest za mało, biorą się za wykładanie historii, aby ich interpretacja zwycięstw i klęsk pomogła im w osiągnięciu nieograniczonej władzy”.
Putin jednak w swoim artykule apelował nie tylko do historii, ale także do współczesności. Zawarł w nim apel do najważniejszych światowych graczy, aby jeszcze raz popatrzyli na krzywdę Rosji, sponiewieranej przez rozpad ZSRR i zimną wojnę, a ostatnio także pokaranej jakże niesłusznie sankcjami, Rosji, która ma ambicję w klubie najważniejszych współdecydować o losach świata.

Artykuł nie wywołał jak dotąd wielkiej dyskusji w kręgach politycznych na świecie. Co więcej – w Niemczech wywołał niejaki skandal. Jak poinformowała Deutsche Welle, służba prasowa rosyjskiej ambasady w Berlinie zorganizowała rozsyłkę mailową artykułu. Kilku niemieckich historyków uznało to za natrętne narzucanie im tekstu na granicy ingerencji w wolność badań akademickich. Tymczasem ambasador Siergiej Nieczajew już pospieszył zaraportować, że artykuł Putina „jest aktywnie dyskutowany w politycznych i naukowych kręgach oraz przez szeroką społeczność”. Szeroka społeczność w Niemczech też chyba musi być zdziwiona, że o tym dyskutuje, bo jeśli chodzi o Rosję, to bardziej ludzi interesowały doniesienia o umocowaniu w służbach specjalnych zabójcy czeczeńskiego byłego komendanta polowego Zelimchana Changoszwilego, zabitego w ubiegłym roku w Berlinie. Ale to temat na odrębną opowieść.

W stronę wieczności

20 czerwca. Krzywa zachorowań na Covid-19 wypłaszczyła się w Rosji na poziomie ośmiu tysięcy nowych przypadków dziennie. Mimo to w połowie czerwca z optymizmem ogłoszono powszechne poluzowanie rygorów samoizolacji. A wczoraj odbyła się wideonarada, na której prezydent dokonał podsumowania pandemii.

„Putin zaczął pożegnanie z koronawirusem” – napisała prasa. Czy nie za wcześnie? Komunikat z bunkra (prezydent zwołuje narady w trybie wideokonferencji i nadal rządzi znad konsolety w koronawirusowym gabinecie w Nowo-Ogariowie) brzmiał optymistycznie: przetrwaliśmy, kluczowe gałęzie gospodarki zaadoptowały się do nowych warunków (ani Putin, ani ministrowie nie dostrzegli znacznego wzrostu bezrobocia – bezrobotnych jest milion więcej niż w styczniu), najtrudniejsze za nami, epidemia pozwoliła nam zbliżyć się, zjednoczyć, zewrzeć szeregi.
Zwieranie szeregów potrzebne jest Kremlowi, aby dokończyć przerwaną przez epidemię operację „wieczność Putina”. Przegłosowane przez Dumę i Radę Federacji, zaakceptowane przez Sąd Konstytucyjny poprawki do konstytucji, dające możliwość wyzerowania dotychczasowych kadencji Putina i otwierające przestwór jego wiecznego trwania na Kremlu, miały być poddane ogólnonarodowemu głosowaniu 22 kwietnia. Z uwagi na sytuację epidemiczną głosowanie przesunięto w czasie: ma się odbyć 1 lipca.

Machina propagandowa ruszyła z szaloną siłą. W telewizji emitowane są z dużą częstotliwością filmiki reklamujące dobrodziejstwa poprawek do konstytucji. O konieczności zagłosowania na „tak” przekonują zwykli ludzie z ulicy. Spot popierający Putina nagrali też ludzie kultury, weterani, gwiazdy telewizji.

Nie wszyscy jednak z zachwytem czekają na dzień głosowania. W mediach społecznościowych i w środowisku szeroko pojętej opozycji widać nurt sprzeciwu (przegląd kreatywnych reakcji można obejrzeć m.in. tu https://www.svoboda.org/a/30675503.html). Komentatorzy wahają się pomiędzy bojkotem głosowania a zagłosowaniem na „nie”. Taką deklarację złożył między innymi popularny dziennikarz Jurij Dud’ na swoim koncie w Instagramie (https://www.instagram.com/p/CBnj_aVjCOr/). Głosowanie za poprawkami nazwał hańbą. Jego wpis zebrał w ciągu niespełna doby prawie 800 tys. lajków. Dud’ jest dziennikarskim fenomenem – self made man, zawdzięcza swoją ogromną popularność (szczególnie wśród ludzi młodych) odważnym projektom dokumentalnym i umiejętności prowadzenia wywiadów dalekich od nudnych oficjalnych ustawek. Korzysta z możliwości, jakie dają media społecznościowe – ma własny projekt na kanale Youtube (7,75 mln subskrypcji).

Władzom zależy na wysokiej frekwencji i wysokim poparciu. Będzie więc dążyć do wykazania odpowiednich wyników. Choć sytuacja jest niejasna i prognozy niepewne – buntują się nawet członkowie niektórych komisji, odmawiając udziału w organizowaniu głosowania z uwagi na zagrożenie epidemiczne (https://www.sibreal.org/a/30678543.html). Pracownicy sfery budżetowej są obligowani przez szefostwo do wzięcia udziału w zatwierdzeniu „wieczności Putina”. Na mocy wprowadzonych przy okazji epidemii nowych przepisów można głosować elektronicznie. Fakt rejestracji przez pracowników na stronie do głosowania szefostwo może sprawdzić, twierdzi opozycjonista Aleksiej Nawalny: https://navalny.com/p/6381/. Jak nie da rady po dobroci, to głosy się dokupi (https://www.svoboda.org/a/30675234.html). Głosowanie internetowe zacznie się już 25 czerwca. Dzień po odłożonej defiladzie z okazji 75. rocznicy zakończenia wojny.

Trybuna honorowa na placu Czerwonym miała zgromadzić w dniu parady dostojnych gości. Kreml liczył na to, że obok niego zasiądzie grono liczących się w świecie polityków. Jeszcze przed pandemią Putin emablował Donalda Trumpa i Emmanuela Macrona, który zdawał się przychylać do pomysłu udekorowania sobą putinowskiej uroczystości w imię nowego otwarcia stosunków z Rosją. Teraz wygląda na to, że na trybunie posadzeni zostaną weterani (już zwieziono staruszków pod Moskwę i umieszczono na dwutygodniowej kwarantannie) i kilku prezydentów bratnich postsowieckich republik. Chociaż ostatnio nawet oni sukcesywnie wykręcają się od przyjazdu do Moskwy – prezydent Armenii ogłosił, że zakaził się koronawirusem, prezydent Turkmenistanu powiedział w rozmowie telefonicznej z Putinem, że „29 czerwca ukończy 63 lata, co uważa się za osiągnięcie wieku proroka Mahometa, a tak ważne wydarzenie Turkmeni tradycyjnie obchodzą w kręgu bliskiej rodziny; z uwagi na obowiązek odbycia dwutygodniowej kwarantanny po przyjeździe z zagranicy moja wizyta w Rosji jest niemożliwa”.

Przygotowania do defilady trwają mimo wszystko w najlepsze. Kilka dni temu z powodu próby przejazdu kolumn zamknięto znaczną część centrum Moskwy. Powstały 10-punktowe korki w 10-punktowej skali korków. Kierowcy byli wniebowzięci, czemu dali wyraz w licznych wpisach w mediach społecznościowych.

Z okazji zbliżającej się odłożonej defilady prezydent Putin opublikował z dawna zapowiadany artykuł o II wojnie światowej. Ale to temat na oddzielną opowieść – w następnym odcinku.

Czeski film, rosyjska lista dialogowa

14 czerwca. Czeski kontrwywiad ogłosił zakończenie postępowania w sprawie zagrożenia otrucia praskich samorządowców przez rosyjskie służby specjalne. Finał głośnej sprawy zaskakuje. Ale po kolei.

W artykule „Pobieda online” w TP opisałam wojnę pomnikową, jaka rozgrywa się w stolicy Czech (https://www.tygodnikpowszechny.pl/pobieda-online-163276). Przypomnę pokrótce, w czym rzecz. Starosta dzielnicy Pragi Řeporyje, Pavel Novotný, wystąpił z inicjatywą upamiętnienia wkładu własowców w wyzwolenie Pragi w maju 1945 r. Rosyjska ambasada i MSZ uczyniły wokół tego skandal, oskarżyły Czechów o próbę rewizji historii. Zdaniem strony rosyjskiej laury wyzwoliciela należą się wyłącznie marszałkowi Iwanowi Koniewowi, który na czele Pierwszego Frontu Ukraińskiego wkroczył do miasta. Tak, wkroczył, ale do miasta oczyszczonego z Niemców (wyparli ich powstańcy wsparci nieoczekiwanie przez własowców). Mimo protestów rosyjskich dyplomatów, pomnik Koniewa zdemontowano, a właściwie przeniesiono z placu w dzielnicy Praga 6 do poczekalni muzealnej. Ma tam być bardziej bezpieczny – pomnik był wielokrotnie oblewany czerwoną farbą. Rosja ustami ministra spraw zagranicznych zapowiedziała, że zdemontowanie pomnika Koniewa spotka się z „odpowiednią reakcją”. Przestroga zawisła w powietrzu.

Ten przydługi wstęp jest niezbędny, by zrozumieć, co wydarzyło się dalej. Pod koniec kwietnia w czeskim tygodniku „Respekt” ukazał się materiał o przybyciu na praskie lotnisko rosyjskiego dyplomaty, który w walizce przywiózł truciznę, rycynę. Sugerowano, że trucizna miała zostać użyta do otrucia mera Pragi Zdenka Hriba oraz starostów dzielnic Praga 6 i Řeporyje. Wybuchł kolejny skandal. Strona rosyjska nazwała prasowe doniesienia prowokacją i kaczką dziennikarską.

Po otruciu Skripalów przez pracujących dla rosyjskich służb specjalnych miłośników katedry w Salisbury, na takie wiadomości wszyscy mają wyostrzone zmysły. Rycyna w walizce rosyjskiego dyplomaty znalazła się więc natychmiast w centrum zainteresowania. Wersję o planowanym otruciu czeskich polityków, którzy nie chcą upamiętniać rosyjskich wyzwolicieli, uznano za prawdopodobną. Trucizna to nienowa metoda pozbywania się przeciwników.

Do wyjaśnienia sprawy tajemniczej walizki zabrano się w Czechach na najwyższym szczeblu. Minister spraw zagranicznych Czech Tomáš Petříček potwierdził przybycie na lotnisko w Pradze rosyjskiego dyplomaty, ale od dalszych komentarzy się wstrzymał.

I tak napięte stosunki rosyjsko-czeskie stały się jeszcze bardziej napięte.

Czeski kontrwywiad pracował intensywnie półtora miesiąca. Co ustalono? Jak w oświadczeniu napisali autorzy raportu: historia jest tak absurdalna, że aż nieprawdopodobna. Jeden z rosyjskich dyplomatów napisał anonimowy donos na drugiego rosyjskiego dyplomatę, wskazując, że przywiózł on w bagażu dyplomatycznym rycynę, którą mieli być jakoby uraczeni prascy samorządowcy. Co przyświecało autorowi anonimu? Tego nie stwierdzono ponad wszelką wątpliwość, zapewne były to względy osobiste i chęć wykolejenia koledze kariery. „Żadna służba specjalna na świecie nie mogła zignorować takiego donosu i narazić na szwank zdrowia i życia niewinnych ludzi. Dlatego musieliśmy wszystko dokładnie sprawdzić. Nie mogliśmy ryzykować, zwłaszcza że zabójstwa znajdują się w arsenale rosyjskich służb specjalnych” – tłumaczy czeski kontrwywiad.

Kolejnym krokiem strony czeskiej była decyzja o wydaleniu dwóch rosyjskich dyplomatów – p.o. szefa praskiego oddziału Rossotrudniczestwa Andrieja Konczakowa i jego podwładnego, byłego p.o. dyrektora Rosyjskiego Ośrodka Nauki i Kultury w Pradze, Igora Rybakowa. Można założyć, że to osoby mające bezpośredni związek z donosem.

Reakcja Rosji na wydalenie dwóch panów z Rossotrudniczestwa (agencja federalna ds. kontaktów z zagranicą) była jak zwykle ostra. Decyzję czeskich władz uznano za kolejną prowokację (Czesi twierdzą, że chcieli umożliwić wyjazd dyplomatom bez rozgłosu). Ambasada rosyjska dała upust emocjom, nazywając decyzję o wydaleniu kolejnym nieprzyjaznym krokiem, który uniemożliwia normalizację „degradujących w ostatnim czasie nie z naszej winy stosunków rosyjsko-czeskich”. W najbliższych dniach zapewne z Moskwy wyjedzie dwóch czeskich dyplomatów w ramach retorsji.

Zdaniem niektórych komentatorów, oficjalna wersja przedstawiona przez kontrwywiad ma pewne luki. Tak o tym pisze Ksenia Kiriłłowa (tverezo.info): „dlaczego wydalono Rybakowa (w domyśle: autora donosu)? Jeżeli jest on funkcjonariuszem FSB i nawiązał kontakt z kontrwywiadem państwa członkowskiego NATO, mogło to stać się podstawą werbunku, ale nie wydalenia, któremu towarzyszył publiczny skandal. Rybakow jako doświadczony funkcjonariusz nie ryzykowałby w ten sposób z powodu konfliktu o dyrektorski stołek. Takie działania są uważane za zdradę państwa, których Kreml nie wybacza.

Bardzo ciekawe.

Dalej w swojej analizie poszedł Andriej Kuroczkin, szef Free Russia Foundation w Pradze: przedstawiona dziwna wersja świadczy o tym, że Moskwa i Praga dogadały się, by zakończyć skandal, rzecz całą wyciszyć i nie wnikać w szczegóły. Kosztem czekisty Rybakowa.