To nie jest kraj dla starych rockmanów

26 czerwca 2022. Gdyby żył, skończyłby 60 lat. Śpiewał, że „nasze serca czekają na zmiany”, że ma naszytą „grupę krwi na rękawie”, swoimi szarpanymi na gitarze akordami szarpał nerw czasu, w którym żył. Uwierał stetryczałą sowiecką władzę tą nerwowością, tajemnicą, żyłką do życia.

Jubileusz Wiktora Coja, lidera grupy „Kino”, legendy sowieckiego rocka, miał być okazją do przypomnienia jego twórczości i fenomenu (gdyby ktoś z Państwa chciał sobie przypomnieć, kim był, zapraszam do posłuchania audycji: https://audycje.tokfm.pl/podcast/44216,Biosfera-Wiktor-Coj-O-zmarlym-tragicznie-liderze-grupy-Kino-radzieckim-rocku-i-latach-osiemdziesiatych-opowiadala-Anna-Labuszewska-w-rozmowie-z-Karolina-Glowacka). Ale okazało się, że Coj nadal przeszkadza rosyjskim władzom i jubileusz nie współbrzmi z ponurym rytmem czasu dyktatora pozbawionego ludzkich uczuć. Gdy w dniu urodzin (21 czerwca) na moskiewskim Arbacie ludzie spontanicznie zebrali się, żeby pośpiewać piosenki grupy „Kino”, impreza została rozpędzona jako nielegalne zgromadzenie. Każde nielegalne zgromadzenie to zagrożenie dla władzy Putina. Putin nie lubił i nie lubi rocka. Takim nieuczesanym muzykom może przyjść do głowy jakaś myśl zdradziecka, a z ich wieloznacznych tekstów słuchacz może wyciągnąć nieprawomyślne wnioski. Lepiej uważać. Coj nawet po śmierci straszy władców Rosji zaraźliwym umiłowaniem wolności.

W mieście Nabierieżnyje Czełny miał się odbyć festiwal piosenek Coja. Urzędnikom nie spodobał się program, zażądali, aby organizatorzy przedstawili spis utworów. Nie spodobał im się słynny hymn „Czekamy na zmiany” (Ждем перемен). Organizatorzy stanęli okoniem, festiwal odwołano. Wybuchł skandal, było o tym głośno w mediach. Po kilku dniach ogłoszono, że festiwal jednak się odbędzie, ale dopiero w sierpniu.
Okolicznościowe koncerty odbyły się w rodzinnym mieście rockmana, Petersburgu, a także w Kaliningradzie, gdzie grupa „Kino” wystąpiła z cyfrowym zapisem głosu solisty. Ostatni koncert z udziałem żywego artysty, jaki odbył się na Łużnikach w Moskwie 24 czerwca 1990 r., przypomniał Pierwyj Kanał: https://www.1tv.ru/shows/koncerty/koncerty/k-60-letiyu-viktora-coya-posledniy-koncert-vypusk-ot-24-06-2022 . W finale pojawia się piosenka o oczekiwaniu zmian, jakiej nie chcieli słyszeć urzędnicy w Nabierieżnych Czełnach. Ta piosenka towarzyszyła niemal wszystkim wielkim falom protestów w czasach Putina. Widocznie teraz wywołuje skojarzenia u lokajów putinowskich porządków, że to protest song, którego raczej trzeba unikać.

W mediach społecznościowych wiele osób o różnej orientacji politycznej przypominało postać i twórczość Coja i zastanawiało się, co by dzisiaj powiedział, do jakiego obozu przystał. Niegdyś dobrze się zapowiadający pisarz, a obecnie radykalny proputinista Zachar Prilepin zasugerował, że Coj, wnuk oficera NKWD, na pewno nie siedziałby przy jednym stole z dwoma innymi weteranami rocka: Borysem Griebienszczikowem i Andriejem Makariewiczem, którzy nie popierają wojny w Ukrainie i dają temu wyraz. Pojawiły się też twierdzenia, że Coj byłby za separatystami w Doniecku, skoro jego pieśni są natchnieniem dla „obrońców rosyjskiego świata” w tym regionie. Dalej poszedł artysta-putinista Aleksiej Siergijenko, który namalował Wiktora Coja w mundurze rosyjskiego żołnierza z naszywką z literą Z (https://twitter.com/svtv_news/status/1539590238535835652). Te insynuacje, że Coj byłby za Putinem, są co najmniej podłe – zmarły wiele lat temu muzyk nie może tego potwierdzić ani temu zaprzeczyć. Ale ubieranie Coja w mundur jest już kompletnym odlotem – Coj był pacyfistą, uchylił się od obowiązku odbycia zasadniczej służby wojskowej, nienawidził wojny, przemocy: https://www.youtube.com/watch?v=WMS0EBNPN0k

Nowa śmierć w starych dekoracjach

7 czerwca. Skąpy oficjalny komunikat przeleciał rutynowo przez wszystkie rosyjskie media: w wieku 57 lat zmarł Dmitrij Kowtun; informację tę podał deputowany Dumy Państwowej, Andriej Ługowoj; z anonimowego źródła wiadomo, że przyczyną zgonu były komplikacje po covidzie, Kowtun najprawdopodobniej zmarł w jednym z moskiewskich szpitali. Tyle. Żadnych innych oficjalnych informacji. Jak to w tym fachu przyjęte, wszystko tajne przez poufne specjalnego przeznaczenia.

Kowtun znał się z Ługowojem od młodych lat – mieszkali w tym samym domu, obaj studiowali w akademii wojskowej, później ich drogi na jakiś czas się rozeszły. Jak można wywnioskować z niezbyt pewnych źródeł, do których swego czasu dotarła BBC, Kowtun po akademii służył w armii, w Czechosłowacji, potem w NRD, Ługowoj – w KGB, potem FSB (enuncjacje prasowe, że również Kowtun był funkcjonariuszem tajnych służb, sam zainteresowany dementował). W 1990 r. Dmitrij Kowtun (nawiasem mówiąc, syn generała Armii Radzieckiej) znalazł się na dziwnym rozdrożu. Jak twierdzi jego była żona, Niemka, nie chciał służyć na Kaukazie, dokąd miał być przeniesiony z NRD, więc postanowił uciec do wrażego RFN. Poprosił o azyl, dostał prawo pobytu (został pozbawiony tego statusu w 2007 r.). Zamieszkał w Hamburgu. Pędził żywot nieustabilizowanego emigranta, pracował na zmywaku, a także jako kelner, ale marzył o karierze gwiazdy filmów porno, spędzał dużo czasu w dzielnicy czerwonych latarni, pił i się łajdaczył, więc niemiecka żona postanowiła się z nim rozstać. Osobliwie się prowadził pan Kowtun jak na syna sowieckiego generała. Według oficjalnego życiorysu, był biznesmenem, a nawet partnerem biznesowym swojego kolegi z podwórka, Andrieja Ługowoja. Obaj panowie – ach, co za traf – spotkali się latem 2006 r. I oto nieustabilizowany birbant Kowtun stał się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki godnym zaufania biznesmenem i założycielem firmy OOO Global-Project (o jego aktywności na rynku można przeczytać tu: https://checko.ru/person/772875373133).
To, co najważniejsze w życiu Kowtuna, zdarzyło się wkrótce po tej cudownej przemianie: w listopadzie 2006 r. Jak wykazało szczegółowe śledztwo brytyjskich organów śledczych, koledzy Ługowoj i Kowtun przyjechali wtedy do Londynu na spotkanie z byłym funkcjonariuszem FSB Aleksandrem Litwinienką i otruli go radioaktywnym polonem-210 (o wynikach śledztwa pisałam m.in. na blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/01/22/polon-210-ciagle-promieniuje/).

Kowtun i Ługowoj kategorycznie negowali udział w zabójstwie Litwinienki. Parasol ochronny nad nimi rozpostarły władze Rosji. Ługowoj po promiennej wycieczce do Londynu został demonstracyjnie wprowadzony do Dumy Państwowej. Na wszelkie brytyjskie wnioski (wezwania na przesłuchania itd.) Moskwa odpowiadała, że Ługowoj jest chroniony immunitetem i nigdzie się nie wybiera.

Kowtun natomiast zniknął z pierwszych stron gazet. Z Niemiec, gdzie był ścigany pod zarzutem nielegalnego posiadania materiałów radioaktywnych (w jego domu policja znalazła mikroślady polonu), wyjechał do Rosji. W grudniu 2006 r. w prasie pojawiły się niepotwierdzone informacje o tym, że u Kowtuna stwierdzono symptomy choroby popromiennej.

Nazwisko Kowtuna pojawiło się w prasie w 2011 r. w związku z tajemniczą śmiercią w Wielkiej Brytanii biznesmena Aleksandra Pieriepielicznego, zmarłego w niewyjaśnionych okolicznościach w listopadzie 2012 r. Pomiędzy marcem 2011 a czerwcem 2012 r. założona przez Kowtuna firma Dzhirsa sądziła się z Pieriepielicznym o niespłacone przez tego ostatniego kredyty (https://www.telegraph.co.uk/news/uknews/9724968/Russian-supergrass-linked-to-suspect-in-Litvinenko-poisoning.html). Kowtun mówił, że nie ma nic wspólnego z prowadzeniem tej firmy: „Zostałem jej dyrektorem generalnym na prośbę moich przyjaciół, byłych oficerów, którzy pomagają zażegnywać konflikty w sferze finansowej, ale ja nie zajmuję się prowadzeniem tego biznesu”. Tak po prostu przechodził z tragarzami koło tej firmy i koledzy go poprosili, no to się zgodził. Ale w żadnych służbach nie był, nie.

22 września 2021 r. Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał winę Rosji w zabójstwie Litwinienki, zdaniem sędziów, rosyjskie władze nie obaliły dowodów brytyjskiego śledztwa ani nie przedstawiły wiarygodnego własnego śledztwa. Brytyjscy śledczy twierdzili, że Ługowoj i Kowtun działali na zlecenie przedstawicieli najwyższych władz Federacji Rosyjskiej: Nikołaja Patruszewa (wówczas dyrektora FSB) oraz prezydenta Władimira Putina.

Cztery obrazki z Rosji

30 maja. Od dnia inwazji Rosji na Ukrainę minęły trzy miesiące. Rosyjskie życie zostało zdominowane przez to, co dzieje się na froncie. I w domu Obłońskich wszystko się pomieszało.

Obrazek nr 1. Generał Władimir Szamanow, weteran wojny czeczeńskiej, deputowany Dumy Państwowej mówi o polityce i wojnie przeciw Ukrainie: wojna do końca, do zniszczenia państwa ukraińskiego („tych nazioli”), międzynarodowy trybunał (zmontowany przez Rosję do spółki z ChRL i in. państwami BRICS), naród rosyjski i armia to jedno, nie spoczniemy, aż dojdziemy do Kijowa (wypowiedź można obejrzeć na Twitterze https://twitter.com/JuliaDavisNews/status/1531012721713504257). Swoistym pendant do słów generała były wypowiedziane w programie „Wielka gra” pełne oburzenia słowa Wiaczesława Nikonowa (prywatnie wnuka Wiaczesława Mołotowa): „Oni [Macron i Scholz] w rozmowie telefonicznej z Putinem domagali się uwolnienia nazistów z Azowstali. A gdzie oni [Macron i Scholz] byli przez ostatnie osiem lat, gdy naziści zabijali dzieci na Donbasie?”.

Kreml nadal trzyma linię propagandową, na każdym kroku powtarzając, że Ukraina to państwo nazistowskie, zamieszkane przez nazistów i rządzone przez nazistów. Na Kremlu ciągle zapewne mocno trzyma się sufit, z którego na głowy propagandystów spływają te mądrości.

Obrazek nr 2. Na tle wysokiego budynku rosyjskiego MSZ przy placu Smoleńskim w Moskwie stoją dwie młode kobiety – Natalia Pierowa i Ludmiła Annienkowa. Ich białe suknie zbroczone są krwią. „Nigdy nie zmyjemy z siebie tej krwi” (https://twitter.com/igorsushko/status/1531085507752386562). To kolejna ze spektakularnych antywojennych akcji środowisk twórczych, które protestują przeciwko zbrodniom. Protesty podciągane są pod paragraf o dyskredytowaniu armii rosyjskiej. Sądy orzekają kary – na razie głównie wysokie grzywny (rozpatrzono ponad dwa tysiące takich spraw).

Wypowiedź Jurija Szewczuka z koncertu w Ufie o tym, że „Ojczyzna to nie d_pa prezydenta, którą trzeba codziennie obśliniać i całować” stała się powodem złożenia przez policję protokołu w sądzie (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2022/05/21/ojczyzna-to-nie-d_pa-prezydenta/). Szewczukowi zgodnie z duchem czasu zarzucono „dyskredytację armii rosyjskiej”. Dziś dzierżyński sąd rejonowy w Petersburgu, do którego trafił protokół z Ufy, nie dopatrzył się znamion przestępstwa w wypowiedzi artysty ani związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy d_pą prezydenta a kondycją rosyjskich sił zbrojnych.

Obrazek nr 3. Koncert w Tambowie, mieście obwodowym średniej wielkości. Na ustawionej przy bulwarze estradzie, udekorowanej putinowskimi swastykami i hasłami „Za Rosję, za Donbas, za prezydenta”, występują zespoły, powiedzmy, artystyczne. Jeden z nich z wielkim plastikowym zaangażowaniem śpiewa pieśń „Z nami Rosja, z nami Bóg!”. Publiczność stanowią spędzeni tu na odgórne polecenie pracownicy sfery budżetowej, entuzjazmu z siebie jakoś nie potrafią wykrzesać (https://twitter.com/Clutin_ru/status/1531171307106316288).

To jak to jest z tym poparciem dla wojny? Przygląda się temu rosyjski socjolog Grigorij Judin, którego opinię zacytowałam w ostatnim tekście w rubryce „Rosyjska ruletka”: „Rosjanie chronią swoją prywatną sferę, uciekają od kwestii, które pozostają poza ich kontrolą, to dotyczy w szczególności polityki. Wszyscy zdają sobie sprawę, że za nią odpowiada Putin i lepiej nie mieć z tym nic wspólnego. Gdyby prezydent 24 lutego powiedział, że oddaje tzw. Doniecką i Ługańską Republiki Ludowe Ukrainie, sondaże wykazałyby 76-procentowe poparcie. (…) Moim zdaniem, na początku popierało [wojnę] 20-25 procent, to ludzie o agresywnym nastawieniu, domagający się krwi i zabijania, mniej więcej tyle samo kategorycznie odrzuciło operację militarną. Pomiędzy tymi grupami jest tzw. błoto (ci, którzy nie potrafią zająć twardej pozycji). W tej sytuacji najlepiej ustawić się tak, aby być z większością i żyć w przekonaniu, że wszystko jest dobrze i wszystko jest pod kontrolą. W warunkach totalitaryzmu błoto czuje: jeśli nie będziesz publicznie popierać wojny, to możesz stać się kolejnym celem reżimu. Granica pomiędzy agresywną częścią i grupą biernego poparcia zmienia się. (…) Coraz popularniejsze staje się myślenie: rozpoczęcie operacji być może nie było najlepszym pomysłem, ale teraz koniecznie trzeba doprowadzić ją do finału, w przeciwnym razie z nami będzie koniec” (https://www.tygodnikpowszechny.pl/rosyjska-ruletka-dobry-rosjanin-i-pozyteczny-kissinger-174623).


Obrazek nr 4. Na wniosek Prokuratury Generalnej Roskomnadzor zamknął dziś dostęp do strony stowarzyszenia Memoriał, zlikwidowanego w grudniu ub.r.

Putin chce mieć nawet historię na własność, wyginać ją i układać wedle swojego widzimisię i potrzeby chwili.

Ojczyzna to nie d_pa prezydenta

21 maja. Jurij Szewczuk, frontman zespołu DDT, nie bierze udziału w proputinowskich Z-maratonach, których uczestnicy wiwatują na cześć prezydenta i wywołanej przezeń wojny (o patriotycznym wzmożeniu czołobitnych artystów pisałam na blogu http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2022/05/16/z-maraton-z-kultury/). Podczas ostatniego koncertu w Ufie po raz kolejny dał wyraz swoim antywojennym poglądom.

„Tam – okrucieństwo. A tu – ludzie sobie siedzą w restauracjach. Niech empatia z nas nie wyparuje. W Ukrainie zabijają ludzi. Po co? Dlaczego? Nasi chłopcy tam giną. Po co? Żeby zadowolić napoleońskie plany naszego cesarza? Ojczyzna, przyjaciele, to nie d_pa prezydenta, którą trzeba stale pieścić i całować. To biedna staruszka sprzedająca kartofle na dworcu. To jest ojczyzna” – powiedział Szewczuk na koncercie w Ufie (https://www.youtube.com/watch?v=gaqop0iu6yA). Publiczność nagrodziła rockmana oklaskami i okrzykami aprobaty.

Po koncercie do garderoby artysty zawitali smutni panowie, którzy przyszli z zamiarem zatrzymania wolnomyśliciela. Przez godzinę prowadzili z nim rozmowę na tematy bieżące. Do zatrzymania jednak nie doszło. Jak piszą w mediach społecznościowych inni wolnomyśliciele „jeden zwój mózgowy we władzach na szczęście zadziałał i Szewczuka nie wyprowadzono w kajdanach”. Niemniej protokół sporządzono. Zostanie on przesłany z Ufy do dzierżyńskiego sądu rejonowego miasta Petersburga, gdzie mieszka Szewczuk. Co się stanie dalej, czas pokaże. W protokole sformułowano zarzut: dyskredytacja armii rosyjskiej. Sąd się będzie musiał nagimnastykować, aby dowieść, że miękkie miejsce prezydenta dyskredytuje rosyjską armię. Ale obecnie sądy w Rosji nie takie wygibasy prawne załatwiają.

Szewczuk oznajmił, że składać zeznań w tej absurdalnej sprawie nie zamierza. Bo czyż da się współpracować ze śledztwem pochylającym się tak nisko nad pośladkami? Ciekawe, do jakich wniosków putinowskie sokoły dojdą: że ojczyzna jest czy że nie jest tym, o czym mówił Szewczuk?

W czasach, gdy Putin był premierem, a opozycja miała jeszcze czelność protestować na ulicach, Szewczuk miał okoliczność osobistej rozmowy z właścicielem opiewanej dziś części ciała. Działo się to w roku 2010. Różnej maści opozycjoniści zbierali się wtedy 31 dnia miesiąca w centrum Moskwy, aby upomnieć się o 31 artykuł konstytucji: gwarancję swobody słowa i zgromadzeń. Jednym z ówczesnych dworskich rytuałów, mających podkreślić, że Putin – choć zajmował urząd premiera – nadal jest najważniejszą osobą na politycznym firmamencie, były jego spotkania z przedstawicielami środowisk twórczych. Na takim spotkaniu 29 maja 2010 r. w Petersburgu Szewczuk zapytał Putina, dlaczego władze zabraniają przeprowadzania „marszy niezgody”. „To sprawa władz lokalnych – odbił piłeczkę premier. A poza tym – kontynuował inteligentnie – to bardzo fajnie, jeśli opozycja protestuje, bo daje władzom do myślenia, ale z drugiej strony bardzo niefajnie, jeśli demonstracje odbywają się w pobliżu szpitali i w czasie, kiedy ludzie wracają z podmiejskich daczy, bo takie demonstracje tamują ruch na ulicach i ludzie nie mogą dojechać do domów i się denerwują. To ciekawy argument – w zatkanych korkami rosyjskich miastach każde wstrzymanie ruchu to rzeczywiście dodatkowa przeszkoda powodująca paraliż na ulicach. Ale spec-kolumny samochodów z kogutami na dachach, wożące na co dzień przedstawicieli najwyższych władz partyjnych i państwowych, nagminnie powodują wielkie niezadowolenie uczestników ruchu – i tych wracających z daczy, i tych, którzy daczy nie mają, a może chcieliby się dostać do szpitala na przykład, a stoją w korkach i klną na czym świat stoi” (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2010/06/01/31/).

Rockman nie po raz pierwszy zaprezentował się wtedy jako wrażliwy człowiek obdarzony wolną wolą i wolną duszą. Wcześniej wielokrotnie występował przeciwko wojnom prowadzonym przez rosyjskie władze i przeciwko wojnom w ogóle. Kiedy w 1996 r. Kreml organizował cykl koncertów, mających poprzeć Borysa Jelcyna w walce wyborczej o drugą kadencję, Szewczuk odmówił udziału w lukratywnym projekcie: powiedział, że widział, jakie barbarzyństwo działo się w Czeczenii w wojnie rozpętanej przez „Dziadka” i nie będzie go popierał. Rockman był wtedy w Czeczenii, śpiewał dla rosyjskich żołnierzy, argumentował, że nie wspiera tym samym armii i jej działań, a po prostu chce być blisko z ludźmi. To, co zobaczył na froncie, na długo odebrało mu chęć pisania tekstów i śpiewania. Swój antywojenny hymn „Nie strzelaj” Szewczuk napisał w 1980 r. jako sprzeciw przeciwko „internacjonalistycznej interwencji w Afganistanie” (wtedy pieśń była ocenzurowana). Tytuł piosenki stał się też tytułem antywojennych koncertów w Moskwie i Petersburgu w 2008 r. zaraz po zakończeniu „małej zwycięskiej wojenki” w Gruzji (https://www.youtube.com/watch?v=6G-My8yVyuk).

Z-maraton Z-kultury

16 maja. Prowadzący agresywną wojnę w Ukrainie reżim Putina oczekuje artystycznej oprawy swoich zbrodniczych wyczynów. I Z-artyści (Z-a duże pieniądze) taką oprawę zapewniają. Na przełomie kwietnia i maja w 31 rosyjskich miastach odbyły się koncerty pod wspólnym hasłem „Za Rosję!”, wysławiające geniusz przywódcy oraz wzywające do Z-warcia szeregów i poparcia mitycznej denazyfikacji Ukrainy, a następnie całej Europy. Nazwano je „maratonem muzyczno-patriotycznym” (https://xn—–6kcab5bjzljfqhpa2bzn.xn--p1ai/).

Z budżetu państwa na same honoraria dla artystów, występujących i wysławiających, wydano prawie 100 mln rubli (oddzielne koszty wygenerowała techniczna obsługa koncertów: nagłośnienie, wynajęcie stadionu/parku/sali/teatr etc., oraz opłaty za przejazdy i zakwaterowanie wykonawców; też niemałe pieniądze). To podobno rekord, zwłaszcza że w koncertach nie wystąpiły gwiazdy pierwszej wielkości, a raczej drugi szereg i wykonawcy odgrzewający swoje dawne kotlety. Niemniej honoraria, jak twierdzi BBC, które dotarło do dokumentacji maratonu, były wyższe niż zwykle (https://www.bbc.com/russian/features-61401033).

Koncerty miały niezbyt zróżnicowane tytuły: „Swoich nie porzucamy” (co za ironia losu: puste hasło propagandowe nijak nie pasuje do masowego porzucania choćby ciał poległych rosyjskich żołnierzy na ukraińskich polach), „Zwycięstwo będzie nasze” (towarzysz Mołotow, z którego przemówienia pochodzi ten cytat, może być z siebie dumny; na marginesie: jego wnuk Wiaczesław Nikonow tym cytatem kończy z zadowoleniem swój autorski program „Wielka gra” w telewizyjnej gadzinówce kremlowskiej), „Wszystko będzie dobrze” (a jakże), „Za Ciebie, Matko Ojczyzno!”.

Występujący na koncertach muzycy zwykle poprzedzali „wykon” patetycznymi słowami: „Rosja czyści stajnie Augiasza z nazizmu, który rozpowszechnił się po całym świecie” – wykrzykiwał aktor Dmitrij Piewcow w Iwanowie. Za trzy występy zainkasował 3,4 mln krwawych rubli.

W koncertach brali udział nie tylko artyści. Siergiej Kariakin, kierowca rajdowy, zwycięzca rajdu Dakar, też się wykazał na koncercie w Jekaterynburgu: „Musimy się zjednoczyć, gdyż jest wielu ludzi, którzy chcą podzielić nasze społeczeństwo, dezinformując je. Dlatego też musimy być razem, iść ku jednemu celowi, a tym celem jest bezpieczeństwo naszego kraju” – mówił. Jak mus, to mus.

Jak informowali organizatorzy „muzyczno-patriotycznego maratonu Za Rosję” w Niżniekamsku, koncert był tylko jedną z imprez. Poza występem zmilitaryzowanej grupy wokalno-instrumentalnej „Niebieskie Berety” młodzież mogła wysłuchać też wykładu o fake’ach, chętnych zaproszono na pokaz wiązania węzłów marynarskich, rozkładania i składania automatu, udzielania pierwszej pomocy medycznej oraz nakładania masek gazowych.

W Wołgogradzie sala była pełna, wystąpili m.in. Oleg Gazmanow i Anita Coj. Tak koncert wyglądał w relacji telewizyjnej: https://www.1tv.ru/news/2022-04-17/426663-volgograd_prisoedinilsya_k_muzykalno_patrioticheskomu_marafonu_za_rossiyu. Inicjatywę „patriotycznego maratonu” podchwycono i w mniejszych miejscowościach. Skromniejszą oprawę i mniej znanych wykonawców niż w cyklu organizowanym przez ministerstwo kultury miała impreza w Mceńsku (https://obl1.ru/reportage/mtsenskiy-rayon-orlovskoy-oblasti-prinyal-estafetu-muzykalnogo-marafona-za-rossiyu), nie było na niej wprawdzie „Lady Makbet powiatu mceńskiego”, ale wykonawcy dawali z siebie wszystko, a wypowiadająca się przed kamerą młodzież była w pełni świadoma praw i obowiązków. W Bijsku nie za bardzo się udało, bo lało i woda zalewała scenę, ale patriotyczny widz zdradzieckim kroplom się nie kłaniał (https://nb22.ru/gorod/sczenu-smyvalo-dozhdyom-no-zritelej-bylo-mnogo-bijsk-prinyal-estafetu-marafona-za-rossiyu.html).

Na ciekawą okoliczność zwróciła uwagę internetowa „The Village” (https://www.the-village.ru/weekend/situation/z-tour), która prześwietliła konta wykonawców na mediach społecznościowych. Artyści, którzy zwykle chętnie dzielą się z obserwującymi ich profile każdą formą swojej aktywności, o koncertach maratonu jakoś nie poinformowali. Albo tylko mimochodem i półgębkiem, jakby to był jakiś wstyd.