Moskiewski sierpień 1991

19 sierpnia. Od tego dnia minęło 31 lat. Cała epoka. 19 sierpnia 1991 roku grupa twardogłowych przeciwników zmian w ZSRR, która nazwała się GKCzP – Państwowy Komitet ds. Stanu Wyjątkowego, ogłosiła, że przebywający na urlopie na Krymie prezydent ZSRR Michaił Gorbaczow z uwagi na zły stan zdrowia ustąpił z urzędu. Władzę przejął GKCzP z Giennadijem Janajewem, wiceprezydentem ZSRR, na czele. Na ulicach Moskwy pojawiły się czołgi. Wybrany w czerwcu na prezydenta Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej Borys Jelcyn z czołgu pod tzw. Białym Domem ogłosił, że nie uznaje władzy Komitetu. Tysięczne tłumy na ulicach, bratanie się armii z protestującymi, trzęsące się ręce Janajewa podczas konferencji prasowej, „Jezioro łabędzie” w telewizji. Pucz upadł, Gorbaczow powrócił z Krymu do Moskwy. Ale jego pozycja zdecydowanie osłabła i to Jelcyn otworzył sobie drogę do władzy.
W tym roku nie przypada okrągła rocznica, ośrodki badania opinii publicznej nie przeprowadziły okolicznościowych sondaży sprawdzających wiedzę o GKCzP i podejście obywateli do tego epokowego wydarzenia. W zeszłym roku WCIOM odnotował: 13% uznało, że ich życie stałoby się lepsze, gdyby Komitet utrzymał władzę, 17% – że by się pogorszyło, a 32% – że nie zmieniłoby się zasadniczo. 47% badanych zakwalifikowało pucz jako epizod walki o władzę na szczytach.

Pogłębione badania przeprowadziło rok temu także Centrum Lewady: „10% respondentów uważa, że [obalenie GKCzP] było zwycięstwem demokratycznej rewolucji, która oznaczała koniec władzy partii komunistycznej, 43% ocenia sierpniowy pucz jako tragiczne wydarzenie, mające zgubne skutki dla kraju i społeczeństwa”, 40% uważa, że była to walka o władzę. Taki rozrzut opinii oznacza, że ze świadomości społecznej wyparty został aspekt fundamentalnego planu puczystów: zachowanie systemu komunistycznego. Przeważająca niegdyś akceptacja dla działań Jelcyna zniknęła, jej miejsce zajęło przekonanie, że obie strony zasługują na potępienie”.

A teraz jeszcze kilka impresji w ten dzień rocznicowy. Podczas wspomnianego wyżej słynnego wystąpienia Jelcyna na czołgu za jego plecami stał młody człowiek o twarzy pociągłej. Z niezmąconym spokojem przebiegał wzrokiem po otaczającym tłumie. Wiktor Zołotow był wtedy ochroniarzem Jelcyna (z ramienia 9. zarządu KGB). Później pracował w Petersburgu jako członek ochrony mera miasta Anatolija Sobczaka, wtedy poznał wicemera Władimira Putina. Wielu obserwatorów życia Petersburga w latach 90. twierdzi, że dochodziło wówczas do masowego łamania prawa przez obrotnego wicemera, Zołotow też odgrywał w mafijnym procederze swoją znaczącą rolę, zna wiele tajemnic Smolnego. Dziś Zołotow jest szefem RosGwardii, osobą z najbliższego otoczenia prezydenta, jako dowódca pretorianów osłaniających władzę i człowiek popierający agresję na Ukrainę został objęty zachodnimi sankcjami.

Nadawane w dniach puczu „Jezioro łabędzie” stanie się później jednym z symboli tamtego czasu. Wielokrotnie było przywoływane później w chwilach kryzysu władzy. Przeciwnicy Putina masowo wykorzystywali ten motyw po rozpoczęciu agresji Rosji na Ukrainę, oczekując, że reżim upadnie wskutek popełnionych błędów lub niespodziewanej śmierci przywódcy.

Historyk Siergiej Miedwiediew napisał w eseju na stronie Radia Swoboda: „Jeszcze kilka lat temu weterani tamtych dni składali kwiaty pod tablicą na Nowym Arbacie, gdzie pod gąsienicami czołgów zginęło trzech młodych ludzi, ale teraz taka akcja może być zakwalifikowana jako nielegalne zgromadzenie. Zresztą, co uczestnicy mieliby świętować, skoro w rezultacie w Rosji zwyciężyły idee GKCzP, dokonano czekistowskiego przewrotu, a Rosja podąża drogą imperialno-stalinowskiego odwetu i wszelkimi siłami próbuje przywrócić choćby cząstkę byłego Sojuza? Obecna wojna z Ukrainą to echo i ciąg dalszy tamtego sierpnia 1991 r., ostatnia (a może i nie ostatnia) łapczywa próba odzyskania tego, co zostało stracone, dowojowania do końca to, co nie zostało dokończone. Rozlew krwi ma zrekompensować ten stosunkowo pokojowy i bezkrwawy rozpad, który uważaliśmy za rzecz normalną i którego owocami delektowaliśmy się przez trzy dekady. Patrząc na sierpień 1991 r. z apokaliptycznej perspektywy 2022 roku, jeszcze ostrzej widać całą naiwność i niewinność tych marzeń o pożegnaniu przeszłości, o tym, że Rosja, zrzuciwszy skamieniałą otulinę ZSRR, stanie się normalnym państwem bez imperialnych ambicji i totalitarnego syndromu, dołączy do wspólnoty cywilizowanych narodów […]. Jak się miało już wkrótce okazać, historia się nie skończyła, a tylko została na chwilę zawieszona. W tej przerwie w trybie stand by zmieściło się życie całego pokolenia dzieci tamtego sierpnia”.

Kryształowy lobbysta w ramionach kryształowego demokraty

9 sierpnia. Krytycy mówili o nim szyderczo „kanclerz na posyłki”, gdy objął stanowiska w Gazpromie i Rosniefti. Gerhard Schröder naraził się na kolejną falę niepochlebnych opinii, gdy po urlopie w Moskwie, podczas którego spotkał się z Władimirem Putinem, w wywiadzie dla tygodnika „Stern” zapewniał, iż władca Rosji jest pełen pokojowych zamiarów i chce negocjować. Parteigenossen z SPD zaczęli pojedynczo i grupami składać do odpowiednich instancji partyjnych wnioski o wyciągnięcie konsekwencji wobec Schrödera za obsługiwanie interesów zbrodniarza wojennego. I oto wczoraj specjalna komisja arbitrażowa podokręgu SPD w Hanowerze miłosiernie orzekła, że nie widzi powodu do wyrzucenia usłużnego ekskanclerza z partii, gdyż „były kanclerz federalny nie naruszył zasad partyjnych swoim zaangażowaniem na rzecz rosyjskich firm państwowych”.

Deutsche Welle donosi, że komisja nie znalazła w działaniach i wypowiedziach Schrödera znamion sprzeniewierzenia się zasadom partii ani nie dopatrzyła się złamania przezeń jej statutu. Zdaniem komisji, Schröder nie wypowiadał się w duchu wsparcia dla wojennej agresji Rosji na Ukrainę i nie usprawiedliwiał napaści. Przyjaźń łącząca go z Putinem odnosi się do sfery prywatnej, a lukratywne posady w rosyjskich gigantach paliwowych Schröder już opuścił. Jednym słowem – spokój, cisza, nic się nie stało.

Wnioskodawcy mają teraz czas na zaskarżenie orzeczenia komisji. Ich zdaniem ścisłe związki Schrödera w rosyjskimi władzami dyskredytują nie tylko jego samego, ale i całą partię. W zażaleniach wnoszonych do komisji arbitrażowej członkowie SPD podkreślali też, że kurs obrany przez Schrödera, gdy był urzędującym kanclerzem, na zacieśnienie współpracy energetycznej z Rosją miał decydujący wpływ na powstanie zależności Niemiec od rosyjskich surowców energetycznych. A więc i od Kremla. A teraz owoce tego uzależnienia stają się coraz bardziej gorzkie, a niebawem dodatkowo przybiorą formę mrożonki.

Wiceprzewodniczący partii Lars Klingbeil uspokajał niechętnych Schröderowi kolegów z partii, że jego pozostawienie w szeregach SPD jest tylko formalne, a partia będzie się od niego dystansować, a nawet go izolować. Ciekawe podejście.

Zmiana paradygmatu w stosunkach z Rosją oraz zabiegi wokół zakupów rosyjskiego gazu dla Niemiec stanowią obecnie najważniejszą oś dyskusji politycznej u naszych zachodnich sąsiadów. Jak pisze Marek Menkiszak w analizie na stronie Ośrodka Studiów Wschodnich: „Moskwa nie ukrywa, że redukcja [przesyłu gazu gazociągiem Nord Stream 1] stanowiąca pogwałcenie kontraktów zawartych z europejskimi odbiorcami – jest motywowana politycznie oraz stanowi element wojny gazowej i narzędzie szantażu, głównie wobec RFN. Jasno świadczą o tym zarówno wcześniejsze wypowiedzi Putina, jak i niedawne słowa Pieskowa. Wprost uzależniają oni przywrócenie normalnego poziomu dostaw gazu z Rosji od zgody na uruchomienie Nord Stream 2 (ukończonego, ale zamrożonego po inwazji na Ukrainę w lutym br.). Warto przy tym odnotować, że Putin sugeruje, iż przesył za pośrednictwem NS2 miałby wynieść około połowy jego przepustowości (55 mld m3 rocznie), co być może wskazuje na żądanie rewizji prawa i decyzji UE (m.in. interpretacji trzeciego pakietu energetycznego i dyrektywy gazowej, zaskarżonej przez Gazprom), ograniczających możliwość wykorzystania gazociągu przez koncern. W swojej grze z Berlinem Moskwa posługuje się znanym lobbystą rosyjskich interesów w Niemczech, byłym kanclerzem Schröderem (szefem rady dyrektorów kontrolowanej przez Gazprom spółki Nord Stream 2 AG), licząc, że mimo niepopularności jego i jego narracji w RFN, sytuacja zmieni się wskutek narastania kryzysu energetycznego. Tę kalkulację dobrze ilustrują słowa zastępcy szefa komisji gospodarki Rady Federacji (wyższej izby parlamentu) Iwana Abramowa, który w wypowiedzi z 3 sierpnia wyraził przekonanie, że wraz ze zbliżaniem się zimy, kiedy niemieccy obywatele otrzymają „gigantyczne” rachunki za energię, ich nastroje zmienią się, a oni sami poprą ideę uruchomienia NS2”.

„Znany lobbysta” Schröder otrzymywał niezłe gaże za piastowanie stołków w konsorcjum Nord Stream i Rosniefti (w 2021 r. jego wynagrodzenie w tym koncernie naftowym zarządzanym przez druha Putina, Igora Sieczina, wynosiło 600 tysięcy dolarów, na waciki wystarczało). Po najeździe Rosji na Ukrainę Schröder powiedział, że to błąd polityczny Moskwy. Niemniej nie zaniechał kontaktów z przyjacielem z Kremla. Prasa pisze, że prowadzi intensywne rozmowy o nowym ukształtowaniu współpracy gospodarczej, głównie w dziedzinie energetyki. 25 lipca oznajmił, że jedzie do Moskwy na urlop. Ale jego żona w komentarzu dla „Der Spiegel” wygadała się, że celem podróży do rosyjskiej stolicy są rozmowy o dostawach gazu rurociągiem Nord Stream 1. Tego dnia Gazprom ogłosił, że zamierza zastopować pracę jeszcze jednej turbiny tłoczącej gaz tym gazociągiem (skutki: patrz wyżej).

Początek „prawdziwie męskiej przyjaźni” pomiędzy Schröderem a zafascynowanym w młodości NRD Władimirem Putinem datuje się na pierwszą kadencję młodego wówczas rosyjskiego prezydenta. Schröder wyznaczył wtedy linię własnej Ostpolitik: „Rosja jest dla nas ważna pod względem politycznym i gospodarczym. Jestem przekonany, że rozszerzająca się Unia Europejska postępuje słusznie, zawiązując strategiczne partnerstwo z Rosją. I ja chcę wnieść wkład w to dzieło. Niemcy nie mogą być zainteresowane niestabilnością Rosji” – i tak dalej w tym duchu powtarzał Schröder w wywiadach prasowych. Na zarzuty niemieckiej prasy, że Putin coraz bardziej demoluje i tak słabe instytucje demokratyczne w Rosji i poszerza pole zamordyzmu, prowadzi zbrodniczą wojnę w Czeczenii, łamie prawa człowieka, Schröder odpowiadał: „Ależ Putin to kryształowy demokrata”. Już podczas wizyty Schrödera w Rosji w styczniu 2001 r. obaj politycy prezentowali znakomitą komitywę i wzajemne zrozumienie: Putin wraz z małżonką woził państwa Schröderów saniami zaprzężonymi w trojkę, pokazywał zabytki. Potem państwo Schröderowie zaadoptowali dwoje dzieci z petersburskiego domu dziecka. Po zakończeniu kadencji kanclerza „drug Gerhard” pozostał bliskim człowiekiem Putina. Schröder otrzymał od Gazpromu świetną fuchę: został prezesem zarządu rosyjsko-niemieckiego konsorcjum budującego Gazociąg Północny (Nord Stream 1). Kontakty byłego kanclerza z Putinem musiały być nadal bliskie i serdeczne, skoro rosyjski prezydent podczas tzw. bezpośredniej linii w 2015 roku opowiedział o takim przypadku: „Z byłym kanclerzem RFN panem Schröderem pewnego razu byliśmy w mojej rezydencji. Poszliśmy do bani (tradycyjnej drewnianej rosyjskiej łaźni a la sauna), a ona zaczęła się palić. Akurat przynieśli nam piwo. Mówię do niego: Gerhardzie, słuchaj, musimy szybko stąd wyjść. Palimy się. A on powiada: Poczekaj, dopiję piwo i pójdziemy. Ja mu mówię: Zwariowałeś? Palimy się! A on jednak dopił piwo. Uparty człowiek, z charakterem. A bania spaliła się ze szczętem”.

Zamiatając ślady zbrodni

31 lipca. W Ołeniwce w obwodzie donieckim rosyjscy okupanci urządzili tzw. obóz filtracyjny. Na skutek wybuchu w baraku, w którym przetrzymywani byli jeńcy ukraińscy, zginęły co najmniej 53 osoby. Strona rosyjska natychmiast miała gotowe wyjaśnienie: to Ukraińcy ostrzelali obóz rakietami HIMARS. Strona ukraińska mówiła o rosyjskim ataku artyleryjskim na obiekt. Dwa dni później opublikowano zdjęcia satelitarne obozu w Ołeniwce. Ich analiza wskazuje, że barak wysadzono od wewnątrz. Ukraińscy politycy wezwali świat do uznania Rosji za państwo terrorystyczne.

Wcześniej w Ołeniwce Rosjanie przetrzymywali miejscowych, przeważnie mieszkańców Mariupola i okolic, którzy „nie przeszli filtracji”, czyli których strona rosyjska uznała za elementy niepewne, np. wolontariuszy. Po poddaniu zakładów Azowstal w Mariupolu do obozu przywieziono obrońców tego obiektu, część trafiła początkowo do szpitali, potem do Ołeniwki. Prawdopodobnie byli oni poddawani brutalnej „obróbce”, grożono im nieustannie trybunałem i śmiercią. Strona ukraińska liczyła na to, że uda się ich wymienić na rosyjskich jeńców przebywających w ukraińskiej niewoli.

Kilka dni przed 29 lipca, gdy doszło do tragedii, jeńcy zostali umieszczeni w feralnym baraku. Według wersji ukraińskiego wywiadu, „wybuchu dokonali najemnicy z grupy Wagnera na osobisty rozkaz nominalnego właściciela tej prywatnej grupy wojskowej, Jewgienija Prigożyna […]. Głównym celem tego aktu terrorystycznego było ukrycie faktów totalnego rozkradania środków, przeznaczonych na utrzymanie ukraińskich jeńców, 1 sierpnia miała przybyć do obozu komisja z Moskwy, która miała skontrolować wydatki i warunki przetrzymywania jeńców”. Według innej wersji, motywem miała być chęć ukrycia śladów tortur na ciałach jeńców.

Do miejsca tragedii nie mają dostępu niezależni dziennikarze. Rosyjska telewizja nadała reportaż z Ołeniwki i pokazała fragmenty pocisków HIMARS, co miało poświadczyć wersję rosyjskiego ministerstwa obrony.

Ukraina wezwała ONZ i Czerwony Krzyż do zbadania okoliczności śmierci ukraińskich jeńców. Obie organizacje były gwarantami życia i zdrowia ukraińskich wojskowych, którzy poddali się i trafili w ręce rosyjskich okupantów. Prezydent Wołodymyr Zełenski przypomniał o tym, wskazując, że Rosja dopuściła się kolejnej zbrodni i powinna zostać uznana przez społeczność międzynarodową za państwo terrorystyczne. Czerwony Krzyż rozłożył ręce: „próbujemy uzyskać dostęp do miejsca tragedii i zabiegamy o opiekę nad rannymi, to nasz priorytet”. Unia Europejska ustami przedstawiciela UE ds. polityki zagranicznej Josepa Borrella obiecała pociągnąć do odpowiedzialności rosyjskich wojskowych, dopuszczających się zbrodni na Ukraińcach. Jak twierdzi BBC, ta zapowiedź miała dotyczyć nie tylko ataku w Ołeniwce, ale także innych zbrodniczych czynów, jak wykastrowanie i zastrzelenie ukraińskiego jeńca (materiały wideo zawierające nagranie tej upiornej zbrodni kilka dni temu trafiły do sieci).

Od wielu lat hasłem nakręcającym militarną histerię w Rosji było „Możemy powtórzyć”. Było ono przywoływane głównie w okolicach 9 maja, aby przypomnieć o Pobiedzie, obudzić w Rosjanach sentyment do bicia wroga. Rosyjski dziennikarz, mieszkają od lat za granicą, Andriej Malgin napisał w mediach społecznościowych: „Możemy powtórzyć”. Faktycznie, powtarzają. W 1940 r. rozstrzelali polskich jeńców w Katyniu i próbowali przypisać zbrodnię Niemcom. Nawet do Norymbergi przytaszczyli „dowody”, które zostały odrzucone przez trybunał. Teraz zabili ukraińskich jeńców wojennych z Azowa – i natychmiast zakrzyknęli, że to zrobiła Ukraina. Dla wygody w przeprowadzeniu operacji ofiary zostały uprzednio posortowane przez czekistów i umieszczone w jednym baraku. Żeby nie było przypadkowych trupów. Jest też wersja, że w wysadzonym baraku znajdowały się trupy. Nic to – przyszła Norymberga wszystko wyjaśni. Możemy powtórzyć dla was Norymbergę.

Panamskie echo

25 lipca. Szeroko zakrojona wspólna akcja dziennikarzy śledczych kilku redakcji czołowych periodyków, znana pod kryptonimem Panama Papers, w 2016 r. ujawniła mechanizm upychania przez biznesmenów i polityków nielegalnych pieniędzy w rajach podatkowych. Bohaterami afery byli także rosyjscy interesanci panamskiej kancelarii prawnej Mossack Fonseca. Zainteresowanie wzbudził m.in. cichy i niepozorny znajomy prezydenta Rosji z dawnych lat, wiolonczelista Siergiej Rołdugin, którego nazwano „głównym słupem Putina”. Po sześciu latach sprawa tajnych kont powraca.

A powraca w wywiadzie, jakiego udzielił „Der Spiegel” tajemniczy informator, który przekazał dziennikarzom w 2015 r. namiary na panamską pralnię brudnych pieniędzy. Pragnący nadal zachować anonimowość sygnalista, kryjący się za nickiem John Doe, wspomina w rozmowie z dwoma niemieckimi dziennikarzami m.in. o Władimirze Putinie. Twierdzi, że pieniądze umieszczone uprzednio na polecenie prezydenta w off shore obecnie służą nieformalnemu finansowaniu zbrodniczej wojny w Ukrainie. Dotyczy to zresztą nie tylko Putina, ale innych dyktatorów – raje podatkowe nadal obsługują skorumpowane niedemokratyczne reżimy: „Putin jest większym zagrożeniem dla Stanów Zjednoczonych niż kiedykolwiek był Hitler. Potrafi korzystać z rajów podatkowych w swoich interesach. Firmy fasadowe finansują rosyjskie wojsko, zabijają niewinnych cywili w Ukrainie. Pociski Putina trafiają w ukraińskie centra handlowe” – powiedział John Doe w wywiadzie dla „Der Spiegel”.

Więcej szczegółów na ten temat nie podał, wydaje się, że dotarcie do informacji, którędy „chodzą” te pieniądze, mogłoby mocno pokrzyżować plany agresora. Po ujawnieniu wielkiego „panamskiego dossier” Kreml wielokrotnie odcinał się, zaprzeczał, wzruszał ramionami: „Putin nie ma żadnych tajnych kont, nie korzysta z żadnych nielegalnych instrumentów finansowych itd.”. Wrócę do tego wątku za chwilę.

Ciekawą myśl John Doe poddał w sprawie wykorzystania wiedzy o utajonych pieniądzach ludzi z bliskiego otoczenia Putina: „Sądzę, że Zachód zbyt długo myślał o Putinie jako pewnej uciążliwości, ale takiej, którą można by kontrolować, sięgając po bodźce ekonomiczne. Omylili się, to się nie udało. Ażeby okiełznać Putina, trzeba wdrożyć coś w rodzaju nowego projektu „Manhattan”, z tym że celem [nie byłoby stworzenie bomby atomowej, a] byłoby rozszyfrowanie tajemnic rajów podatkowych. Z pewnością istnieją techniczne możliwości i moce obliczeniowe. Pytanie brzmi: czy jest wola polityczna?”.

Jedną z osób z otoczenia Putina, które zostały rozpracowane w ramach dziennikarskiego śledztwa Panama Papers, był Siergiej Rołdugin, wiolonczelista i dyrygent oraz kum Putina z lat petersburskiej (leningradzkiej) młodości. Starszy brat Siergieja, Jewgienij, był kolegą Putina w szkole KGB (pisałam o Rołduginie w blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/04/10/przesliczny-wiolonczelista-w-panamie/; http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/04/26/partita-na-brudna-wiolonczele/).

Niepozorny przyjaciel, nazywany w „wąskim kręgu” księciem Myszkinem, miał firmę International Media Overseas SA. Według dokumentów wyciągniętych przez dziennikarzy śledczych IMO sprzedała akcje Rosniefti za ponad 800 tys. dolarów przez sieć off shore’ów. Zakupiła je najprawdopodobniej firma Delco Networks, zarejestrowana na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych. W efekcie tej transakcji na konta firmy wpłynęły 2 mln dolarów. Dokładny opis (z nazwami firm) i rozrysowany schemat tutaj: https://www.occrp.org/en/panamapapers/russia-the-cellist-and-the-lawyer/. „Nowaja Gazieta” pisała, że firmy zarejestrowane na nazwisko Rołdugina zaciągały wielomilionowe kredyty w WTB bez poręczenia, a także otrzymywały pieniądze od rosyjskich przedsiębiorców pod niskie oprocentowanie. Bez przykazu z Kremla takie przywileje nikomu nie przysługują. W 2016 r. Putin osobiście zwrócił uwagę kilku rosyjskich oligarchów (m.in. Romana Abramowicza) na potrzeby fundacji.

W latach po opublikowaniu Panama Papers nazwisko Rołdugina rzadko pojawiało się w rosyjskich mediach, a jeżeli kremlowscy dziennikarze przypominali o jego istnieniu, to wyłącznie w pozytywnym tonie: mówiono o jego fundacji, wspomagającej utalentowane muzycznie dzieci czy o akcjach na rzecz pozyskiwania starych instrumentów. Sam Putin próbował uwierzytelnić mętną działalność druha, zapewniając, że wszystkie zarobione pieniądze szlachetny Rołdugin przeznacza na ratowanie cennych wiolonczel i skrzypiec, które patriotycznie sprowadza do Rosji i przekazuje instytucjom państwowym.
W mediach pilnie przyglądających się machlojkom osób powiązanych z władzami wypływały od czasu do czasu ciemne sprawki Rołdugina. W 2020 r. pojawiły się znaki zapytania wokół nieruchomości, na które fundacja Rołdugina w ciągu roku wydała, bagatela!, 20 mld rubli (https://compromat.group/main/investigations/30271-fond-sergeya-roldugina-potratil-rekordnye-20-mlrd-rubley-za-god-bolshuyu-chast-na-nedvizhimost.html).

Na początku czerwca br. USA wprowadziły sankcje wobec Siergieja Rołdugina i szeregu osób z otoczenia Putina w związku z agresją Rosji na Ukrainę.

„Ucieszyłem się, widząc, że Rołdugin został objęty sankcjami. Myślę, że to genialne” – przyznał John Doe.

Siedem lat łagru za słowa prawdy

10 lipca. Sąd skazał Aleksieja Gorinowa na karę siedmiu lat łagru za uczciwość obywatelską i nazwanie zbrodniczej wojny wojną. To pierwszy wyrok z artykułu o „rozpowszechnianiu fejków o rosyjskiej armii”. Tak „wymiar sprawiedliwości” putinowskiej Rosji kwalifikuje mówienie prawdy o napaści na Ukrainę. Łagier dla Gorinowa to pierwszy realny wyrok orzeczony na podstawie nowego przepisu, penalizującego dyskredytację armii rosyjskiej. A za takową uważa się wszelkie akcje antywojenne.

Cofnijmy się o kilka tygodni. 15 marca na posiedzeniu rady dzielnicy Krasnosielskiej w Moskwie na wniosek radnego Aleksieja Gorinowa ogłoszono minutę ciszy, aby upamiętnić ofiary agresji na Ukrainę. Gorinow zaznaczył przy tym, że wysiłki społeczeństwa obywatelskiego w Rosji powinny być skupione na powstrzymaniu wojny. W rozmowie z radną Jeleną Kotionoczkiną Gorinow nazwał wojnę wojną (a nie operacją specjalną, jak głosi i nakazuje głosić Kreml) i wspomniał o tym, że wśród ofiar są dzieci. Nagranie z posiedzenia trafiło do sieci, a także do Prokuratury Generalnej (donos napisali koledzy Gorinowa – radni z ramienia Jednej Rosji). Prokuratura wszczęła śledztwo przeciwko Gorinowowi i Kotionoczkinej. Radna wyjechała za granicę, unikając aresztowania. Gorinow został natomiast w kraju.

Zdaniem sądu Gorinow rozpowszechniał niesprawdzone informacje na temat armii, wykorzystując swoją funkcję, a czynił to z nienawiści.

„Od pięciu miesięcy Rosja prowadzi działania zbrojne, wstydliwie nazywając je operacja specjalną. Obiecują nam zwycięstwo i sławę. Ale z jakiegoś powodu część moich współobywateli odczuwa wstyd i ma poczucie winy. Dlaczego nasz kraj ma nagle tylu nieprzyjaciół? Skąd oni się wzięli? Może z nami jest coś nie tak? Porozmawiajmy o tym. To właśnie zrobiłem podczas posiedzenia rady” – mówił Gorinow na sali sądowej. Oskarżony siedział w szklanej szkatule, odgradzającej go od reszty sali rozpraw. Do szyby przyłożył kartkę papieru z napisem „Czy wam potrzebna jest jeszcze ta wojna?”. Jeden z ochroniarzy własnym ciałem zasłonił wywrotowy napis.

Wczoraj na stronie internetowej portalu „Nowa Gazeta. Europa” (medium wydawane za granicą przez byłych dziennikarzy „Nowej Gazety”, której działalność zawiesił jej redaktor naczelny, laureat Pokojowej Nagrody Nobla Dmitrij Muratow na skutek wprowadzenia w kraju wojennej cenzury) zamieszczono list otwarty w sprawie bezprawnego wyroku na Gorinowa. Podpisało go 20 prawników i obrońców praw człowieka. Zdaniem autorów listu, wyrok jest niezgodny z prawem i narusza rosyjską konstytucję. Piszą, że kodeks karny od momentu inwazji stał się instrumentem zamykania ust wszystkim , którzy krytykują politykę władz, a zamykanie ust narusza co najmniej trzy artykuły konstytucji.

Tatiana Stanowaja tak interpretuje wyrok: „Siedem lat dla Gorinowa to wyjątkowe polityczne wydarzenie, przypadek szczególny wśród podobnych procesów. Władza daje znać, że dzieli przestępstwa o fejkach na temat armii rosyjskiej na dwie kategorie. Kategoria pierwsza: nazwać „operację specjalną” wojną lub próbować opowiadać alternatywną wersję w mediach zablokowanych lub w mediach społecznościowych – to uznawane jest za szkodnictwo. Ale jeśli takie szkodnictwo łączy się z działalnością polityczną (tak rzecz się ma w przypadku Gorinowa, który jako radny wystąpił przeciwko wojnie podczas posiedzenia rady), to uznawane jest bez mała za terroryzm. Ten wyrok to przemyślane ostrzeżenie wobec wszystkich przeciwników wojny: wsadzimy was na lata, jeżeli przyjdzie wam do głowy łączyć antywojenną retorykę z działalnością polityczną”.

Sądy mają w najbliższym czasie rozpatrzyć osiem podobnych spraw.
*
Teraz, żeby podpaść władzy, nie trzeba wiele. Posadę stracił ostatnio ordynator chirurgii szpitala w mieście Jelec (obwód lipiecki) Wiktor Pawlenko pod zarzutem dyskredytacji sił zbrojnych. Miejscowy oddział Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej, której Pawlenko jest członkiem, tak opisuje w Telegramie tło wydarzeń, które doprowadziły do dymisji: „Konflikt powstał 17 czerwca, gdy w ośrodku wypoczynkowym pod Jelcem spotkały się dwie grupy: lekarze i pracownicy prokuratury towarzyszący merowi miasta. Członkowie prokuratorskiej ekipy usłyszeli, jak Pawlenko powiedział: „Chwała Ukrainie”. Wprost z ośrodka wypoczynkowego Pawlenko został zawieziony do rejonowej komendy policji. Funkcjonariusze FSB zakuli lekarza w kajdanki i zagrozili, że mu „nos wsadzą w gardło”, jeśli przed kamerą nie przyzna się do winy i nie przeprosi „szanownego naczalstwa” za swoje zachowanie. Ludzie w mundurach przez kilka godzin maglowali chirurga, aż wreszcie wymogli na nim przyznanie się do winy i przeprosiny. Po tym incydencie Pawlenko został 20 czerwca zwolniony ze stanowiska, ma odpowiadać przed sądem z paragrafu o dyskredytacji armii”. Pawlenko miał zamiar startować w jesiennych wyborach do rady miejskiej. Można założyć, że nie wystartuje.