Abramowicz musi wrócić

Nie minął miesiąc od czasu, kiedy multimilioner Roman Abramowicz opuścił fotel gubernatora Czukotki (patrz post z 4 lipca), a już się okazało, że wraca. Podczas wczorajszej uroczystości intronizacji nowego gubernatora ogłoszono, że 12 października Abramowicz ma wystawić swoją kandydaturę w wyborach uzupełniających do czukockiego parlamentu regionalnego. I rządzić długo i szczęśliwie jako przewodniczący tego ciała.

Abramowicz ma już pewne doświadczenie w pracy parlamentarnej. Przez rok był deputowanym rosyjskiej Dumy Państwowej (2000-2001). Przechadzał się wtedy parlamentarnymi korytarzami z innym oligarchą Borysem Bieriezowskim, który również był naówczas posłem i osobą zbliżoną do Kremla.

Z prośbą o zajęcie przez Abramowicza stolca spikera czukockiej Dumy wystąpili czukoccy deputowani oraz mieszkańcy mroźnego półwyspu. Nowe usytuowanie Abramowicza, zdaniem wnioskodawców, będzie „gwarancją realizacji strategii rozwoju okręgu, a co za tym idzie, pomyślności w regionie”. Obecny przewodniczący czukockiej Dumy nie może pełnić obowiązków z uwagi na zły stan zdrowia – jednym słowem aż się prosi, żeby zaprosić Abramowicza.

Metodę „odchodzę, lecz zostaję” zastosował ostatnio Władimir Putin – zostawił fotel prezydenta, przesiadł się na fotel premiera. I rządzi dalej.

Abramowiczowi stworzone zostaną idealne warunki pracy: wcale nie będzie musiał przyjeżdżać na posiedzenia parlamentu, może sobie mieszkać w Londynie.

Po co taka zmiana? Po co cały show? Czy chodzi tylko o to, by Abramowicz mógł nadal płacić podatki na Czukotce, których część zostaje w regionalnym budżecie, w przeciwnym razie budżet uszczupli się do rozmiarów mizernych? Czas pokaże.

Ciekawą informację o planach biznesowych multimiliardera przyniósł natomiast wczoraj dobrze poinformowany moskiewski dziennik „Kommiersant”. Koncern Evraz, którego Abramowicz jest największym udziałowcem, zamierza przeprowadzić fuzję z Industrialnym Sojuzem Donbasu (ISD; właściciel kontrolnego pakietu Huty Częstochowa). Evraz będzie, jak głosi autor publikacji, kontrolował ISD. Jeżeli fuzja dojdzie do skutku, to nowy gigant wejdzie do pierwszej piątki światowych producentów stali.

Abramowicz ma wyjątkowo dobrego nosa zarówno do układów politycznych, jak i biznesowych. Ceny stali na światowych rynkach idą w górę.

Prezydent Chavez naszym przyjacielem jest

W Moskwie prezydent Wenezueli Hugo Chavez czuł się jak u siebie w domu. Premier Putin uściskał go jak dawno wyglądanego wujaszka i nawet – ku wyraźnemu zaskoczeniu gościa – wykonał z nim tak zwanego „misiaczka” (takie serdeczności zdystansowanemu Władimirowi Władimirowiczowi zdarzają się nader rzadko). Są powody do uścisków i dęcia w trąby sukcesu: naftowe i gazowe interesy obu krajom idą doskonale, poza tym Wenezuela chętnie kupi rosyjskie uzbrojenie (a ostatnio Rosji tak dobrze na rynku broni nie idzie, jak drzewiej bywało, więc nowy klient jest mile widziany).

Wedle doniesień czujnej amerykańskiej prasy – w Moskwie omawiano zawarcie nowych kontraktów (podczas spotkań na wysokim szczeblu był obecny Siergiej Czemiezow – szef gigantycznej korporacji państwowej Rostiechnołogii, jego udział w rozmowach może świadczyć o chęci rozwinięcia współpracy w dziedzinie zbrojeń o nowe segmenty), dostawy miałyby obejmować (o ile kontrakty zostaną podpisane) dostarczenie okrętów podwodnych, kompleksów Tor, samolotów i śmigłowców. Dostawy broni to nie tylko „palec wetknięty w oko USA”, jak napisał „Financial Times”, ale także wzmocnienie pozycji Wenezueli w Ameryce Południowej. Chavez chce sam rozdawać karty na kontynencie i robi wszystko, by wyprzeć Stany, nieustannie prowokuje, podkreśla swój antyamerykanizm. Ma pieniądze i jest bezczelny.

Dlaczego Rosja tak ochoczo idzie na współpracę z reżimem wrogim wobec Waszyngtonu? Czyżby zapewnienia Kremla o partnerstwie z wujem Samem nie były szczere (znowu wracam do stwierdzenia, że atmosfery zaufania w stosunkach Rosji z Zachodem nie ma i w najbliższym czasie na poprawę się nie zanosi)?

Na razie można nie mówić o strategicznym sojuszu Rosji z Wenezuelą (Rosja prowadzi o wiele bardziej zniuansowaną politykę niż Caracas i nie może sobie pozwolić na tak otwarte wrogie zagrania wobec Stanów, na jakie pozwala sobie Chavez). Raczej o taktyce drobnych prztyczków, jakie Moskwa stosuje wobec USA i o strategii rozkruszania dominacji Stanów Zjednoczonych wszelkimi dostępnymi sposobami w każdej świata stronie. Harcowanie Amerykanów w krajach postradzieckich bardzo się władzom Rosji nie podoba, ba, jest jedną z głównych przyczyn bólu głowy. Amerykanów za to drażnią rosyjskie zabiegi o nawiązanie jak najściślejszej współpracy z Wenezuelą czy oświadczenia rosyjskich wojskowych, że rosyjskie bombowce strategiczne mogą przylatywać na Kubę. Jak widać, Rosja i USA mają się czym wzajem drażnić.

Ale wróćmy do wizyty prezydenta Chaveza w Moskwie. Z jeszcze większym rozmachem zapowiada się rosyjsko-wenezuelska współpraca naftowo-gazowa. Strona rosyjska podpisała cztery porozumienia z państwowym wenezuelskim przedsiębiorstwem energetycznym PDVSA nt. współpracy w eksploracji złóż w dorzeczu Orinoko. To daje Rosji możliwość zwiększania swej obecności w regionie.

Prezydent Miedwiediew nie był podczas spotkania z wenezuelskim kolegą tak wylewny jako Władimir Putin. Podkreślał, że „Rosja i Wenezuela są bardzo ważnymi potęgami naftowymi i gazowymi; zapewnienie bezpieczeństwa energetycznego zależy od naszych wspólnych działań (…) Mamy jedno wspólne zadanie: uczynić otaczający świat bardziej demokratycznym, sprawiedliwszym i bezpieczniejszym”. Jak zwykle u pana Miedwiediewa: słowa jak śpiew słowika. To była lekcja wyuczona. Ale zdarzyło się i potknięcie. Miedwiediew próbował wytłumaczyć, dlaczego wbrew oczekiwaniom rosyjska delegacja podczas głosowania nad rezolucją w sprawie Zimbabwe w Radzie Bezpieczeństwa ONZ nałożyła weto (patrz poprzedni wpis). Mówiący na ogół gładko, pięknie i uczenie prezydent zacinał się i plątał, i rumienił jak uczniak. Bardzo nieprzekonująco wyszło mu przekonanie niedowiarków – głównie amerykańskich i brytyjskich, do których komunikat był zapewne skierowany – że na szczycie G8 najwidoczniej został źle zrozumiany, kiedy rezolucję popierał, bo nie mógł przecież popierać rezolucji, której Rosja nie popiera, opierając się na słusznych przesłankach popierania demokracji. Rosja rzeczywiście w Radzie Bezpieczeństwa konsekwentnie wetuje rezolucje skierowane przeciwko reżimom niedemokratycznym za fałszowanie wyborów czy inne przejawy gwałcenia demokracji. Nie mogła zatem i tym razem zagłosować za wprowadzeniem sankcji przeciwko państwu, w którym sfałszowano wybory. Teraz prezydent Miedwiediew też już o tym najwidoczniej wie.

W atmosferze zaufania

Podczas lipcowego szczytu G8 na japońskiej wyspie Hokkaido była mgła i ledwie co było widać z okien odlotowej budowli, w której na szczycie wielkiej góry zasiadała polityczna góra świata. Najwidoczniej w tej mgle zagubił się debiutant – nowy prezydent Rosji, Dmitrij Miedwiediew. Wprawdzie musiał błysnąć inteligencją, skoro prezydent Stanów Zjednoczonych zajrzał mu głęboko w oczy i określił go jako zmyślnego partnera. Ale jak przyszło do konkretów, to trochę wymknęły się one spod kontroli. Rozmówcy Miedwiediewa wyjechali z Japonii w przekonaniu, że na zbliżającym się posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa ONZ Rosja poprze rezolucję w sprawie Zimbabwe. Taką obietnicę złożył Miedwiediew (a przynajmniej tak zrozumieli go koledzy prezydenci i premierzy). Uczestnicy szczytu wydali komunikat, w którym wyrażali zaniepokojenie pogwałceniem zasad demokracji podczas wyborów prezydenckich w Zimbabwe, prześladowaniem opozycji itd. Miedwiediew był w gronie formułującym to oświadczenie.

Tymczasem kilka dni później na sali posiedzeń Narodów Zjednoczonych delegacja Rosji zawetowała rezolucję.

Czemu w sprawie, która znajduje się gdzieś na marginesie rosyjskiej aktywności międzynarodowej, wobec reżimu, który ani ziębi, ani grzeje Moskwę, Rosja zachowała się wbrew podjętym przez głowę państwa zobowiązaniom? O co chodzi?

Kto odpowiada za politykę zagraniczną Rosji? Miedwiediew? Putin? Urzędnicy z MSZ?

Gdzieś ktoś się nie dogadał. Kto? Prezydent Rosji i reszta świata? Prezydent Miedwiediew obiecał, że poprze przeczołganie prezydenta Mugabe po międzynarodowym dywanie, a potem albo on sam, albo ktoś inny stwierdził, że to gruba przesada i wycofał poparcie? A może Miedwiediew wszystko odpowiednio zrozumiał i dogadał, tylko w politycznej Moskwie, chwiejnie balansującej pomiędzy dwoma ośrodkami władzy, ktoś stwierdził, że za wcześnie na międzynarodową samodzielność prezydenta?

Tak czy inaczej ten drobny w gruncie rzeczy epizod pokazał ważną tendencję: Rosji i Zachodowi mimo dyżurnych zapewnień o bliskości i współpracy daleko do atmosfery zaufania i faktycznej współpracy. I zdaje się, że w samej Moskwie nie ma atmosfery zaufania pomiędzy rywalizującymi o wpływy koteriami.

Fiewrońki contra Walentynki

W Rosji narodziła się nowa tradycja. 8 lipca obchodzone jest nowe święto: Dzień Miłości i Wierności Małżeńskiej.

W mieście Murom – ojczyźnie najbardziej znanego staroruskiego herosa Ilji Muromca – od XIII wieku czczeni są miejscowi święci, książęca para Piotr i Fiewronia (Febronia). Są uważani za patronów szczęścia w małżeństwie i rodzinie. Mieszkańcy Muromia wystąpili w tym roku z petycją, pod którą podpisało się 25 tysięcy ludzi, aby 8 lipca, dzień świętych małżonków, uczynić ogólnokrajowym świętem. W lutym tego roku z wizytą w Muromiu przebywała Swietłana Miedwiediewa, żona obecnego prezydenta (wtedy jeszcze kandydata na prezydenta). Pani Swietłanie bardzo się spodobał pomysł nowego święta, które zastąpiłoby Dzień Zakochanych obchodzony 14 lutego pod patronatem katolickiego świętego Walentego (Rosjanie z wielką ochotą od paru lat świętują ten dzień czerwonego serduszka, gadżety drogie i tanie rozchodzą się w tysiącach egzemplarzy; Cerkiew i środowiska nacjonalistyczne potępiają jednak Walentynki jako produkt zgniłego Zachodu, zagrażający prawdziwej rosyjskiej tożsamości).

Więc jest nowe święto. Na pierwszej stronie rządowego dziennika „Rossijskaja Gazieta” ukazała się publikacja przybliżająca dzieje książęcej pary z Muromia i wskazująca na problemy społeczne związane z rozpadem rodzin w Rosji, upadkiem autorytetu rodziny itp. Rzeczywiście – liczba rozwodów zatrważająca, przemoc w rodzinie, alkoholizm, inne patologie – częste. Władze pochylają się z troską nad tymi problemami, 2008 ustanowiono Rokiem Rodziny, zewsząd słychać nawoływania do poprawy sytuacji demograficznej, ustanawia się becikowe itd. Teraz ducha w rodzinie ma wzmocnić jeszcze nowe święto.

W głównym wydaniu dziennika najważniejszej, ogólnokrajowej stacji telewizyjnej z obchodów nowego prazdnika 8 lipca przekazano obszerne relacje specjalnych korespondentów na żywo(najkosztowniejsza forma materiału informacyjnego w tv) z Muromia, Petersburga i Moskwy. Użyto w nich bodaj wszystkich form deklinacyjnych słowa „tradycja”.

Dzień świętych Piotra i Fiewronii był w prawosławnym kalendarzu przedrewolucyjnej Rosji opisany jako święto rodzinnego szczęścia i wierności małżeńskiej. Jednak święto to nie doczekało się ani własnej obrzędowości, ani szczególnego rozgłosu, a kult świętych małżonków z Muromia pozostał żywy jedynie w ich rodzinnym mieście (Iwan Groźny zlecił spisanie ich żywota, dzięki czemu pamięć o nich przetrwała dla potomnych).

Na użytek nowego święta wymyślono gadżet – fiewrońkę. To pocztówka podobna do wielkanocnej. Fiewrońki zostały pobłogosławione przez Andrieja Kurajewa, znanego kaznodzieję, propagującego prawosławie w Rosji (Kurajew na łamach prasy ogólnokrajowej publikuje pogadanki, przybliżające zwyczaje związane ze świętami cerkiewnymi zlaicyzowanemu rosyjskiemu społeczeństwu).

Związani węzłem małżeńskim i niezwiązani, starzy i młodzi tłumnie przybyli na koncerty pod gołym niebem i festyny z balonami. Rosjanie lubią i umieją się bawić, więc jeszcze jedna okazja do fajnego spędzenia czasu w miłym towarzystwie na pewno spotka się z życzliwym przyjęciem.

„Tylko wy nie możecie jej tak nazwać Tradycja” – kręcił z dezaprobatą głową bohater „Misia” Stanisława Barei. Dzień pieszego pasażera się w filmie nie przyjął, ale Dzień Miłości i Wierności Małżeńskiej w Rosji może się z czasem przyjmie. Zwłaszcza że ma zapewniony najwyższy patronat i doskonałą obsługę medialną. I ma sens. Może faktycznie przyczyni się do poprawy sytuacji rodziny. Dlatego warto popierać prorodzinne święto. Ale do tradycji jeszcze przez długi czas będzie mu daleko.

Grigorij Grabowoj skazany

Sąd rejonowy w Moskwie skazał Grigorija Grabowoja za oszustwa na karę 11 lat pozbawienia wolności i grzywnę w wysokości 1 mln rubli. Grabowoj obiecywał ludziom, że wskrzesi ich najbliższych. Za obietnicę pobierał opłatę: 39 500 rubli (symboliczna liczba oznaczająca w jego naukach „trzydziewiąte królestwo” w piątym wymiarze).

Grabowoj uprawiał proceder z wyjątkowym cynizmem: mamił bowiem nie naiwnych drobnych ciułaczy, wierzących w cudownie rosnące procenty w „piramidzie” finansowej, a ludzi cierpiących z powodu utraty bliskich, obiecując rychłe wskrzeszenie ich zmarłych. Jego „piramida” działała w 58 regionach Rosji. Przybierał różne wcielenia: był Jezusem, obiecującym wszystkim zmartwychwstanie i pokonanie śmierci. Był naukowcem – w 1998 r. został członkiem rzeczywistym Rosyjskiej Akademii Nauk Przyrodniczych i Międzynarodowej Akademii Informatyzacji, członkiem Profesjonalnej Ligi Psychoterapeutycznej; ma stopień doktora nauk technicznych, opatentował kilka wynalazków. Był politykiem, liderem partii DRUGG – obiecywał uratowanie Rosji od nieszczęść i w ogóle całej ludzkości od katastrofy dzięki stosowaniu magicznych praktyk; zapewniał, że jako prezydent Rosji da wszystkim nie tylko „wieczne życie”, ale jeszcze będzie regularnie co miesiąc wypłacać 12 tysiące rubli każdemu obywatelowi niezależnie od wieku. Chciał nawet wystartować w tegorocznych wyborach prezydenckich, ale nie zdążył – od niemal dwóch lat siedział w areszcie śledczym Lefortowo w Moskwie.

Media zaczęły o nim mówić, kiedy w 2005 roku sprowadził na jedno ze spotkań swojej sekty kilka „matek Biesłanu”, obiecując im wskrzeszenie tragicznie zmarłych dzieci. Zastanawiano się wtedy, dlaczego tak nagłośniono sprawę kontaktów tych kobiet z szalbierzem, który wmawiał im możliwość odzyskania dzieci. W kilku gazetach pojawiły się sugestie, że Grabowoj jest „projektem” służb specjalnych (miał być członkiem społecznej Akademii Problemów Bezpieczeństwa; jak twierdziła „Komsomolskaja Prawda”, w jej władzach zasiadają byli wysocy funkcjonariusze KGB) i został „uruchomiony” po to, by w odpowiednim momencie skompromitować „matki Biesłanu”, dopominające się zbyt głośno o ustalenie prawdy na temat wydarzeń 1-3 września 2004 roku. Ale o tym w sądzie nie mówiono. Pozostają więc tylko domysły rosyjskiej prasy na ten temat.

Zresztą nie jest to ważne w tym momencie. Najważniejsze, że fałszywy Mesjasz nie będzie więcej robił dobrych interesów na ludzkiej rozpaczy. Sąd skazał szarlatana, który przekroczył wszelkie granice przyzwoitości. W Rosji – zwłaszcza w latach 90., kiedy zawaliła się przegniła konstrukcja komunistycznej ideologii – działało i działa wielu oszustów, wykorzystujących próżnię ideologiczną i żerujących na ludzkiej naiwności: jasnowidzący, prorocy, uzdrowiciele, ezoterycy, wróże – imię ich legion. Leczą, osłaniają od złego uroku, przepowiadają przyszłość, obiecują przywrócić miłość ukochanego. Ale tylko Grabowoj kupczył śmiercią.

Adwokaci Grabowoja zapowiedzieli apelację. Usłyszymy więc pewnie jeszcze o tym samozwańczym ucieleśnieniu Trójcy Świętej, naciągającym nieszczęśliwych ludzi, opłakujących zmarłych bliskich.