Kolor mózgu Jekatieriny Andriejewej

15 lipca 2024. W rosyjskich domach pojawia się wieczorem. Ustawionym profesjonalnie głosem czaruje widzów największej rosyjskiej telewizji Pierwyj Kanał w codziennym programie informacyjnym „Wriemia”.Przedstawia zestaw obowiązujących akurat tego dnia przekazów propagandowych. Jekatierina Andriejewa od lat jest filarem telewizyjnej machiny kremlowskiej propagandy. Ostatnio błysnęła w wywiadzie dla Swietłany Bondarczuk twierdzeniem, że Putin ma na ręce „znak władzy”, a jego twarz przechodzi „ze stulecia w stulecie”.

Andriejewa od lat dziewięćdziesiątych opowiada Rosjanom bajki na dobranoc w najpopularniejszej telewizji w najpopularniejszym dzienniku „Wriemia”. Jej twarz stanowi nieodłączny element ekranowego landszaftu. Zawsze gładko uczesana, zawsze ubrana w surowe marynary. Opanowana, dystyngowana, wyniosła. Dla rzesz widzów – obiekt uwielbienia. Wieść gminna niesie, że jest ulubioną prezenterką Papy (jak kremlowska obsługa za oczy tytułuje Putina). Kilka lat temu zniknęła z ekranów, w tle były jakieś niesnaski z kierownictwem kanału. Przywrócono ją ponoć na osobiste życzenie Putina. I tak oto nadal tkwi przed kamerą i czyta krzepiące rosyjską duszę wiadomości wzięte z propagandowego sufitu. Dała się też poznać jako krewka osóbka – w internecie znaleźć można scenę jej bójki w telewizyjnej charakteryzatorni z koleżanką po fachu.

Od dnia agresji Rosji na Ukrainę Andriejewa wspiera wojnę i zbrodniczą politykę swojego niecichego wielbiciela, odmierzonymi porcjami wlewając w mózgi widzów cykutę zapomnienia zmieszaną ze snami o potędze.

Andriejewa jest prezenterką telewizyjną, na ekranie prezentuje przygotowane teksty, mówi o wydarzeniach, o ludziach, ale nie o sobie. O sobie mówiła dotąd w kilku wywiadach. Ale w wywiadzie dla Swietłany Bondarczuk w cyklu „Swieta wokrug swieta” popłynęła „po połnoj programmie”, czyniąc wyznania na tematy polityczne i niepolityczne, historyczne i niehistoryczne, kosmetyczne i niekosmetyczne. I odsłaniając bezkresne połaci pustki. Wywiad trwa dwie godziny (sic!) (https://www.youtube.com/watch?v=OzNZdm7d8Ik&t=49sl), do tej pory obejrzało go ponad pół miliona widzów.

O tym, że Andriejewa poświęca swojej urodzie i kondycji fizycznej wiele uwagi, wiadomo było od dawna – spikerka mówi o tym chętnie, a nawet udziela zbawiennych rad Rosjankom, które też chcą zachować młody wygląd i sportową sylwetkę: uprawia jogę, co tydzień odwiedza kosmetyczkę itd. W rozmowie z Bondarczuk Andriejewa idzie dalej i ujawnia kolejne kręgi wtajemniczenia: otóż jej zdaniem siłą woli można zdziałać niemal wszystko. Na dowód przypomina przypadek, gdy prześladującego ją maniaka unieszkodliwiła „siłą myśli”. W rozmowie jest dużo o mistyce i ezoteryce (jak zauważa jeden z komentatorów, niemal cała obsługa kremlowskiego tyrana ma fisia na punkcie ezoteryki, jak zresztą i on sam). Andriejewa stara się stworzyć wrażenie świetnie zorientowanej w tajemnych stronach życia, dużo mówi o duszy, koncentracji energii itp. Jak gdyby od niechcenia formułuje opinie, których nie powstydziłby się żaden czarnoksiężnik z mroków średniowiecza. Na szczyt tej piramidy idiotyzmu Andriejewa prowadzi widzów powoli, z jakąś sadystyczną przyjemnością. Ci, którzy zdołali przedrzeć się przez gąszcz odkrywczych pseudoteorii, zostają uraczeni wyjątkowym wątkiem o niezwykłości Putina. To wisienka na torcie składającym się z wazeliny. „On ma na ręku symbol władzy – wywodzi Andriejewa. – Posiadanie takiego symbolu mówi, że ten człowiek ma wszelkie dane, aby zająć wysokie urzędy. Jeśli chodzi o niego [Putina], to tak właśnie się stało. Do tego jeszcze jego twarz wędruje w interesujący sposób ze stulecia w stulecie. Nie wiem, jak to traktować, ale weźmy portret małżonków Arnolfinich pędzla van Eycka, namalowany w 1400 którymś roku. Jeśli uważnie popatrzeć na ten obraz, to widać wyraźnie, że diuk Arnolfini jest szalenie podobny do naszego Władimira Władimirowicza. Czym się wsławił diuk Arnolfini? Zbieraniem ziem włoskich. W jakiś [tajemny] sposób z tamtych czasów do naszej współczesnej Rosji przekazane zostało przesłanie, dające do myślenia. Putin o tym wie, dlatego rozmawialiśmy o tym. Że zadanie, które on sam przed sobą postawił, jest słuszne: zachować, pomnożyć, przywrócić”.

Kilka słów wyjaśnienia: sportretowany przez Jana van Eycka Giovanni Arnolfini nie był ani przez chwilę diukiem. Był kupcem z Lukki, działającym w Brugii. O „zbieraniu ziem włoskich” [?!] zapewne nie miał pojęcia (https://www.newsweek.pl/historia/newsweek-historia-w-odwiedzinach-u-arnolfinich/e2bkd0r). Gdzie Andriejewa dopatrzyła się podobieństwa i jakie miałoby być to niezwykłe przesłanie dla współczesnej Rosji – pozostanie jej słodką tajemnicą.

Imaginacje Andriejewej to już kolejny głos dobiegający z czeluści piekielnych kremlowskiej czeladzi, mający świadczyć o niezwykłych predyspozycjach Putina do sprawowania władzy (pisałam o tym w tekście „Boskość Władimira Putina w świetle najnowszych badań” – https://www.tygodnikpowszechny.pl/boskosc-wladimira-putina-w-swietle-najnowszych-badan-187310). Jeszcze chwila i zacznie obowiązywać dogmat o nieomylności prezydenta, a w górach Ałtaju ktoś znajdzie wazę z papirusem egipskim, niezbicie świadczącym, że Putin jest przedłużeniem XIX dynastii, jest podobny do Ramzesa i dlatego może rządzić Rosją tak długo jak mu się chce, nawet jako mumia.

Putin zabija dzieci. Znów. Nieustannie

8 lipca 2024. W wyniku dzisiejszego zmasowanego rosyjskiego ataku rakietowego na Ukrainę zginęło co najmniej trzydzieści osób, ponad sto zostało rannych. Jednym z zaatakowanych obiektów był szpital dziecięcy w Kijowie. Putin zabija dzieci. Znów. Nieustannie. A psy łańcuchowe jego propagandy na okrągło opowiadają, że celem wyśmienitych precyzyjnych uderzeń rosyjskich fachowców w mundurach są wyłącznie obiekty wojskowe „banderowców”.

Rosja wystrzeliła dziś w stronę Ukrainy czterdzieści rakiet z samolotów operujących nad Morzem Kaspijskim oraz rakiety balistyczne. Rosyjskie pociski spadły na ukraińską stolicę, a także na Krzywy Róg, Dniepr, Pokrowsk, Słowiańsk i Kramatorsk.
„Ochmatdyt” to największy w Ukrainie szpital dziecięcy. Leczą się tu mali pacjenci z całego kraju, w tym dzieci chorujące na nowotwory. Istoty najbardziej bezbronne z bezbronnych. Putin wydał rozkaz pognębienia chorych dzieci, zabicia ich skrzydlatą rakietą Ch-101. Rakieta sięgnęła celu. Teraz małe chore główki posypane są popiołem z gruzów szpitala, gdzie miały szanse odzyskać zdrowie.

Ostatnio Putin kilkakrotnie ubierał się w piórka gołębia pokoju, powtarzał okrągłe formułki o gotowości do rozmów o uregulowaniu „sytuacji na Ukrainie”. Pomagał mu w tym dziarsko premier Węgier Viktor Orban, który pojechał na Kreml (nie wiadomo, w jakim charakterze i po co) i ściskał prawicę zbrodniarza Putina. Podsumowaniem rezultatów tych rzekomo pokojowych rozmów i rzekomo pokojowych zamiarów Rosji był dzisiejszy atak rakietowy na Ukrainę, w tym na dwa obiekty medyczne w Kijowie: szpital dziecięcy i szpital położniczy. Jeszcze dziś sekretarz prasowy Kremla, Dmitrij Pieskow opowiadał na konferencji prasowej (już po ataku rakietowym), że Putin jest zwolennikiem uregulowania konfliktu z Ukrainą na drodze rozmów. Niebywały cynizm agresora. I jeszcze jeden aspekt: 8 lipca w Rosji obchodzony jest Dzień Rodziny, Miłości i Wierności. Atak rakietowy na dziecięcy szpital w taki dzień jeszcze bardziej uwypukla cynizm zbrodniczego reżimu Putina. Sam prezydent świetnie bawi się dziś na spotkaniu z laureatami konkursu „To u nas rodzinne” (https://tass.ru/obschestvo/21304229). Czy „to u nich rodzinne”, aby zabijać dzieci?

Rosyjskie tuby propagandowe albo nic nie piszą o zaatakowaniu szpitali w Kijowie (np. agencja TASS podaje, że celem uderzeń w Kijowie były zakłady Artiom, które zostały z powodzeniem trafione i przynajmniej częściowo zniszczone; ani słowa o zabitych dzieciach https://tass.ru/proisshestviya/21303031) albo powielają komunikat ministerstwa obrony Rosji o tym, że nieprawdą jest, jakoby Rosja świadomie dokonała ataków na szpitale i inne obiekty cywilne (https://tass.ru/armiya-i-opk/21304797) . Po prostu chodząca szlachetność i niewinność. Rosja wystrzeliła te rakiety w celach wyłącznie pokojowych i nie ma sobie nic do zarzucenia.

Prezydent Wołodymyr Zełenski: „Rosja nie może nie wiedzieć, dokąd lecą jej rakiety. I musi odpowiedzieć za wszystkie swoje zbrodnie: przeciwko ludziom, przeciwko dzieciom, przeciwko ludzkości”. Na to kremlowska machina propagandowa ma nieodmiennie jedną i te samą odpowiedź: „Wszystkie te ataki histerii kijowskiego reżimu to fake”. Jeden z najwyższych kapłanów putinowskiej propagandy, Władimir Sołowjow już na swoim kanale w Telegramie ogrywa ten motyw (https://t.me/SolovievLive/268281). Ten sam mechanizm włączany jest za każdym razem, gdy Rosja dokonuje kolejnej strasznej zbrodni. Od zestrzelenia samolotu pasażerskiego Maleysia Airlines nad Donbasem (notabene za kilka dni okrągła rocznica tej zbrodni).

Politolog Siergiej Miedwiediew napisał: „Chciałbym, aby zdjęcia ze szpitala dziecięcego w Kijowie były prezentowane na monitorach, billboardach, ekranach telewizorów w barach w rozgrzanej upałem, sytej, bogatej Moskwie”. Ale nie będą. Rosyjska propaganda zadba o to, aby przemilczeć to niemiłe dla oka i ucha prawdziwych rosyjskich patriotów wydarzenie albo wykręcić kota ogonem i znaleźć jakieś usprawiedliwienie. Zresztą, nawet gdyby w ociekającej samozadowoleniem Moskwie na każdym rogu nadawano reportaże z gruzowiska w dziecięcym kijowskim szpitalu, czy to komuś dałoby do myślenia, popsuło humor podczas wesołej imprezki z przyjaciółmi, skłoniło do działania, może jakichś nacisków na władze, aby przerwały ten ponury dramat? Pytania z gatunku retorycznych.

Może pośrednią odpowiedzią na nie jest niedawny sondaż Centrum Lewady: ponad 1/3 Rosjan uznaje, że użycie broni jądrowej w wojnie w Ukrainie „może być uzasadnione”. W ciągu minionego roku liczba akceptujących zastosowanie broni jądrowej wzrosła o 5 punktów procentowych.

Poezja fejkowej krainy

1 lipca 2024. W Rosji popularne było niegdyś (może nawet znane jest do dziś) powiedzenie: „W naszym kraju poeta to więcej niż poeta”. Bo czasem taki poeta to jedyny sprawiedliwy w Sodomie, a czasem wódz, a czasem władca ludzkich serc. O miłości opowie, tyranowi przysoli, nazwie rzeczy po imieniu, pocieszy, wskaże gwiazdę szczęścia.

W czasach Z-patriotyzmu w cenie są wyroby poetyckie, opiewające bohaterstwo rosyjskiego żołnierza, który Bandery się nie lęka, sławiące przemyślność rosyjskiego przywództwa i zagrzewające do walki ze zgniłym Zachodem. Z poezją ma to niewiele wspólnego, ale tzw. Z-poeci stanowią nieodzowny segment quasi-patriotycznego bloku, pracującego na rzecz zwycięstwa Rosji w wojskowej operacji specjalnej. Grafoman nie grafoman – nieważne, grunt że wypowiada rymem żwawym propagandowe treści zgodne z wytycznymi najwyższych władz partyjnych i państwowych. Taki autor cieszy się szacunkiem mas oraz przychylnością wzmiankowanych władz. Kapłani propagandy z zawodowym entuzjazmem lansują tzw. frontową poezję i proszą o jeszcze.

Niedawno na firmamencie pojawił się niejaki Giennadij Rakitin. Jego kazus opisał dziennikarz Andriej Zacharow (https://telegra.ph/YA-postigayu-smysl–byt-Rossii-synom-kak-sotnya-deputatov-Gosdumy-podruzhilas-s-fejkovym-z-poehtom-kotoryj-vydaval-stihi-nacisto-06-28). Poezja Rakitina najwidoczniej trafiła w oczekiwania odbiorców, bo Z-poeta ma na swojej stronie w mediach społecznościowych wielu wielbicieli, w tym około stu deputowanych Dumy Państwowej.

Czymże Rakitin zasłużył na uwagę przedstawicieli klasy politycznej? Co ich zachwyciło? Zacharow cytuje m.in. wiersz „Lider”, poświęcony prezydentowi Rosji. Oto fragment:
Ты как садовник, что в своем саду
Плоды трудов тяжелых пожинает.
Народ ликует, флаги в высоту
Взметнулись. Время тихо наступает.
[w skrócie – pean pod adresem wodza, który jak ogrodnik zbiera żniwo swych wielkich zamysłów i pracy, a naród w zachwycie podnosi w górę sztandary].

23 lutego zacytował ten utwór profil „SWO [specjalna operacja wojskowa]. Cytaty Władimira Putina. Rosja” w serwisie społecznościowym Vkontakte mający 112 tysięcy subskrybentów. Najwidoczniej utwór i jego wymowa przypadły do gustu publice, bo post zebrał ponad 500 lajków, przeczytało go 24 tys. odbiorców. Jak wyjaśnia Zacharow, to kreatywny przekład wiersza „Fuhrer” Eberharda Wolfganga Möllera, członka NSDAP, zdeklarowanego nazisty.

Cały profil Rakitina pełen jest przeróbek twórczości nazistowskich niemieckich wierszokletów z lat trzydziestych XX wieku. Jak pisze Zacharow: „Różnica pomiędzy niemieckim oryginałem a twórczością Rakitina tkwi jedynie w detalach: zamiast Niemcy jest Rosja albo Donbas, a taki np. nieznany żołnierzy, co poległ na polu bitwy, stał się bezimiennym bojownikiem CzWK Wagner”. I żaden z deputowanych i innych wielbicieli utworów Rakitina nie podniósł larum, że poeta szerzy nazistowskie hasła i idee. Wręcz przeciwnie – wyrażano aplauz. Wiersze Z-poety trafiały na konkursy poezji patriotycznej, czytano je na festiwalach i z dużym powodzeniem szerowano w mediach społecznościowych. Rakitin został nawet laureatem konkursu poezji patriotycznej im. Twardowskiego – doszedł do półfinału, otrzymał dyplom.

Tak naprawdę poeta Giennadij Rakitin nie istnieje. Jego profil w Vkontakte został założony przez grupę antywojennych aktywistów. Zdjęcie nobliwego starszego pana wygenerowała sztuczna inteligencja. Na profilu Rakitin przedstawia się jako 49-letni absolwent wydziału filologii MGU. Niewiele szczegółów. Nikt go nie widział, nikt nie ściskał prawicy. Mimo to cały szwadron putinowskich polityków wzruszył się wierszami i ruszył z wiwatami – wśród subskrybentów figurują m.in. senatorowie Dmitrij Rogozin i Andriej Kliszas, deputowani Dumy Państwowej, m.in. Dmitrij Kuzniecow i Nina Ostanina (łącznie 95 deputowanych i 28 senatorów), a także doradczyni Putina ds. kultury Jelena Jampolska, najwidoczniej świetnie zorientowana w delikatnej materii poetyckiej.

28 czerwca Rakitin opublikował na swoim profilu wiersz
Геннадий долго издевался
Над z-стихами на стене,
В итоге х*й нарисовал он
Войне.

To zapewne ostatni utwór wygenerowanego Giennadija. Można się spodziewać, że piewca wysokich fraz zamilknie na wieki, a FSB przystąpi teraz do ścigania anonimowych twórców tego pomysłowego antywojennego performansu.

Igrzyska martwych dusz

23 czerwca 2024. No i się spełniło, wypełniło dosłownie. W poprzednim wpisie o niewydarzonych igrzyskach BRICS w Kazaniu napisałam: Martwe dusze, do boju! (https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2024/06/17/brics-games-2024/). Być może organizatorzy wzięli sobie to do serca i podeszli do zagadnienia literalnie. W ramach igrzysk niedobrej woli ogłosili, że zawodnik wystartował, a on nawet o tym nie wiedział. Pewien zapaśnik w niewiedzy swojej przeszedł całe turniejowe eliminacje, a nawet zdobył czwarte miejsce. Tego jeszcze nie grali: w Kazaniu narodziła się nam nowa świecka sportowa tradycja – zwycięstwa bez walki, na odległość i w błogim stanie nieświadomości.

Ona tak się nie może nazywać – tradycja, i całe te igrzyska w Kazaniu też nie mogą się nazywać igrzyskami. Bo to czystej wody hucpa. Rosyjska propaganda na cały świat trąbi, że impreza w Kazaniu, nazwana BRICS Games 2024, to godna odpowiedź cierpiącej srogą niesprawiedliwość Rosji (wykluczenie z Igrzysk Olimpijskich przez MKOl). Nasze igrzyska są lepsze niż ichnie. Bojowe surmy propagandy ubierają w gromkie słowa wielką nicość, jaką są zawody BRICS. Ostatnio opisałam przypadek zawodnika, Rosjanina Aleksandra Malcewa, który był jedynym uczestnikiem konkursu w pływaniu artystycznym. No i konkurs ten wygrał. Ale przynajmniej pojawił się na basenie w Kazaniu, zanurzył się w nim i wykonał swój program artystyczny. Wydawać by się mogło, że to już szczyt absurdu i nic więcej w tej materii nie da się wymyślić. Po czym okazuje się, że jednak nie doceniliśmy mistrzów klejenia rzeczywistości butaprenem działających w sojuszu z budowniczymi wiosek potiomkinowskich. Bo oto w zapasach w stylu belt wrestling poważne szanse medalowe w kategorii do 85 kg miał litewski zapaśnik Andrius Mażeika. Według organizatorów Mażeika przeszedł eliminacje, dotarł do ścisłego finału i przegrał walkę o brązowy medal. Tymczasem nie ma żadnych śladów jego pobytu w Kazaniu ani udziału w turnieju.

Kiedyś był taki dowcip z cyklu „Pytania do Radia Erewań”. Otóż: czy analfabeta może być członkiem Akademii Nauk ZSRR? Radio Erewań odpowiada: Może, ale tylko członkiem rzeczywistym, a nie członkiem korespondentem. To, co wydarzyło się w turnieju zapaśniczym w Kazaniu, sięga tych wysublimowanych wyżyn kpiny z sowieckich absurdalnych porządków, opiewanych przez Radio Erewań. Bo czy może w igrzyskach w Kazaniu sięgnąć po tytuł zapaśnik, który nie zjawił się na zawodach? Może. I to nawet bez konieczności prowadzenia korespondencji.

Portal „Agientstwo” próbował wyśledzić, na czym polega fenomen Mażeiki. Jak wynika z oficjalnych wpisów na stronie BRICS24, Mażeika w ćwierćfinale miał stoczyć bój z zapaśnikiem z Kazachstanu Adiletem Żanbyrszy. Nie stawił się, więc sędziowie uznali jego przegraną walkowerem. Żanbarszy poszedł dalej, a Mażeika trafił do repasaży. A w repasażach przeciwnikiem Mażejki był Rumun, niejaki Stepan Caraseni (notabene, nie udało mi się znaleźć wiadomości o takim zawodniku z Rumunii; w sieci trafiają się wzmianki o mistrzu ju-jitsu z Gagauzji, który nosi takie imię i nazwisko, ale czy to on?). Rumun nie stawił się na macie. Może dlatego, że tak naprawdę nie istnieje. Walkowerem wygrał zatem Mażeika, w związku z czym przeszedł dalej – do walki o trzecie miejsce. Jak wynika z kroniki zawodów, na tym etapie uległ zawodnikowi z Kirgistanu Muratbekowi Uułu. Nigdzie nie można znaleźć relacji z tych walk.

Litewska Federacja Zapaśnicza oznajmiła, że nikogo nie wysyłała do Kazania, a Mażeika odniósł poważną kontuzję i od ponad dwóch lat nie pojawiał się na zawodach. Jego trener Siergiej Kasymow oświadczył: „Być może oni [w Kazaniu] fałszują protokoły, aby wykazać, że mają zawodników z wielu krajów. Na 99,9 proc. jestem pewien, że Andrius tam nie pojechał”. Nie pojechał, ale odcisnął piętno. A gdyby pojechał, to może nawet by wygrał, a skoro go nie było, to dotarł tylko do czwartego miejsca. Dobre i to.

Na kazańskich igrzyskach było „śmiesznie i strasznie” – dla tych, którzy wolą się pośmiać niż przerażać, komicy przygotowali parodię patetycznych zawodów, którą można obejrzeć na Youtube:
https://www.youtube.com/watch?v=KYkg9XzUrR8

Rywalizacja w Kazaniu szczęśliwie dobiegła końca, więcej wpadek już nie będzie. Chociaż jeśli chodzi o tę imprezę, niczego z góry nie można przesądzać.

BRICS Games 2024

17 czerwca 2024. W Kazaniu trwają Igrzyska BRICS, alternatywna wobec igrzysk olimpijskich impreza sportowa. Rosyjscy organizatorzy wyskakują z portek, aby pokazać wielką wagę zawodów. Podczas uroczystości otwarcia wystąpił Putin, co miało podnieść rangę imprezy. Propaganda krzyczy w niebogłosy o niezwykłym prestiżu, zagłuszając poczucie wstydu i urazy z powodu wykluczenia rosyjskiej kadry z udziału w paryskich prawdziwych igrzyskach. Lecz choćby przyszło tysiąc propagandowych poprawiaczy rzeczywistości i choćby nie wiem jak się naprężało, to nie zdoła zbudować autorytetu imprezie, która jest nieudanym remedium na imperialne bóle fantomowe.

Na oficjalnej stronie zawodów (https://bricskazan2024.games/ru) można przeczytać, że w Igrzyskach BRICS bierze udział 4791 sportowców z (około) 90 krajów. Wikipedia w haśle poświęconym już piątym z kolei Igrzyskom BRICS (wcześniej rosyjska propaganda nie poświęcała tym zawodom uwagi, były wydarzeniem marginalnym) wymienia 89 państw, z których pochodzą uczestnicy. Listę otwiera Abchazja, państwo nieuznane przez wspólnotę międzynarodową (ale uznawane przez Rosję, która wyrwała tę prowincję Gruzji i patronowała ogłoszeniu przez nią suwerenności). Ciekawa jest oprawa udziału w imprezie reprezentacji Afganistanu. Sportowcy z tego kraju występują pod zaimprowizowaną flagą BRICS2024. Flaga Afganistanu jest w Rosji zakazana – Taliban nadal ma status organizacji terrorystycznej (choć pojawiają się poważne sygnały, że Moskwa ten status uchyli, bo kontakty z talibami na wysokich szczeblach trwają w najlepsze). Wśród uczestników wymienione są też Palestyna i Izrael. Ciekawostka. I jeszcze jedna: w zawodach bierze udział reprezentacja Republiki Serbskiej (to nie samodzielne państwo, a podmiot wchodzący w skład Bośni i Hercegowiny; prezydent RS Milorad Dodik niedawno gościł w Petersburgu i spotykał się z Putinem).

Kursywą na tej liście zapisano m.in. Wielką Brytanię, Portugalię, Japonię, Hiszpanię, Włochy. Skąd to wyróżnienie? Być może wynika ono z tego, że to państwa mające w Rosji status „nieprzyjaznych”. Jeszcze od czasów sowieckich Moskwa bardzo sobie ceniła udział przedstawicieli wrogiego zachodniego obozu w swoich imprezach. Kiedy w latach 80. doszło do wzajemnego bojkotu igrzysk w Moskwie (1980) i Los Angeles (1984), Związek Sowiecki organizował tzw. Igrzyska Dobrej Woli i starał się przyciągnąć do startu w nich jak największą liczbę sportowców w wrażych państw zachodnich. Nawiązaniem do tamtej tradycji mają być podobne igrzyska (Światowe Igrzyska Przyjaźni) zaplanowane przez Rosję na wrzesień (zawody mają się odbyć w Moskwie i Jekaterynburgu). Międzynarodowy Komitet Olimpijski opublikował deklarację przeciwko polityzacji sportu, w której wezwał państwa należące do ruchu olimpijskiego, aby nie brały udziału w alternatywnych imprezach organizowanych przez Rosję na pohybel reszcie świata (w lutym 2022 r. po agresji Rosji na Ukrainę MKOl objął embargiem międzynarodowe imprezy sportowe organizowane przez Rosję). Uczestnictwo w takich zawodach może pociągnąć za sobą przykre konsekwencje.

Kto zatem po takiej przestrodze zjawił się w Kazaniu? Który sportowiec z Hiszpanii czy Włoch zaryzykował karę od MKOl? Próbowałam w dostępnych materiałach znaleźć choć jedno nazwisko, ale mi się nie udało. Może coś przeoczyłam. Na Twitterze znalazłam natomiast taką wzmiankę na koncie „Prof. Prieobrażenski”: „A iluż to sportowców z tych krajów [nieprzyjaznych] przyjechało do Rosji, by wystartować w Igrzyskach BRICS? Oznajmiam: z Wielkiej Brytanii – zero, z Niemiec – zero, z Włoch – zero, z Hiszpanii – zero”. Martwe dusze, do boju!

To nie koniec wpadek propagandy. Komentatorzy wychwalają udział sportowców z Brazylii, którzy zdobywają medale w Kazaniu. Nie dodając przy tym, że do Rosji przyjechał drugi garnitur zawodników brazylijskich – pierwszy garnitur szlifuje formę na Paryż.

O tym, że z obsadą poszczególnych dyscyplin jest coś nie tak, najdobitniej świadczy przykład konkursu artystycznego pływania synchronicznego wśród mężczyzn. Jedynym uczestnikiem tego konkursu był Rosjanin Aleksandr Malcew. Wobec braku konkurentów zdobył złoty medal. Cóż, podobno najtrudniej jest pokonać samego siebie.

Rosyjska ekipa jest najliczniejsza ze wszystkich reprezentacji, które przyjechały do Kazania. I zdobywa medal za medalem – dotychczas zdobyła 244 krążki, w tym 115 złotych (drugie miejsce zajmuje Białoruś, a dopiero trzecie ChRL, co także może świadczyć o tym, że „po przyjaźni” przysłano z Państwa Środka zawodników na dorobku).