Avanti!

Rosyjskie elity zastygłe w trwaniu na nieopuszczalnych swych stanowiskach i pozycjach wysłały w świat komunikat: będziemy trwać tu nadal, ale żeby trwać, potrzebujemy zachodnich inwestycji i nowoczesnych technologii.

Do tego okrągłego i niezbyt odkrywczego zdania można sprowadzić długą, wielce uczoną i wypełnioną po brzegi słusznością mowę prezydenta Dmitrija Miedwiediewa na tytularnym spędzie w Jarosławiu „Współczesne państwo” oraz opublikowany przezeń w Internecie tekst programowy „Naprzód, Rosjo!”.

W Jarosławiu prezydent ponownie wypowiedział kilka sakramentalnych zdań, zdań-fundamentów: o wyższości demokracji nad wszystkim innym na świecie, o konieczności prowadzenia otwartych dyskusji o żywotnie najważniejszych problemach kraju, o niezbywalnym prawie do krytykowania tych, których postępowanie na arenie międzynarodowej jest paskudne i szkodliwe.

Już te zdania gdzieś padły – w innych niewątpliwie słusznych wystąpieniach członków rosyjskich najwyższych władz partyjnych i państwowych. Padły i w artykule, który postępowy prezydent lubiący komputery i Internet zamieścił na „łamach” opozycyjnej internetowej „Gaziety.ru”. W tekście pod zagrzewającym do boju tytułem „Naprzód, Rosjo!” Miedwiediew diagnozował liczne mankamenty państwa (korupcja, dominacja sektorów surowcowych w gospodarce, destabilizacja na Kaukazie, na poły sowiecki system socjalny), na czele którego formalnie stoi nie od dziś, a dla podkreślenia uczoności cytował Konfucjusza i Puszkina. Wyrażał też wiarę w nieuchronność postępu w Rosji, rozwoju społeczeństwa obywatelskiego, modernizacji państwa (ciekawe jest to przywołanie owego słowa-klucza „modernizacja”, z którym wyruszał w bój o nową Rosję początkujący prezydent Putin; po dziesięciu latach słówko okazuje się jak nowe). Szczególnie wiele planów modernizacyjnych miałoby – wedle słów prezydenta – dotyczyć gospodarki, zacofanej i wymagającej unowocześnienia. Same surowce nie wystarczą, by być światowym mocarstwem. „Potrzebujemy pieniędzy i technologii krajów Europy, Ameryki, Azji […] Jesteśmy zainteresowani we wzajemnym przenikaniu się naszych kultur i gospodarek”.

A zapóźnienie wobec wiecznie uciekającego do przodu Zachodu jest spore i ciągle się powiększa. Kryzys bezlitośnie pokazał, że pozasurowcowe sektory rosyjskiej gospodarki nie są, poza nielicznymi wyjątkami, ani konkurencyjne, ani rentowne.

Wielu komentatorów ze wszystkich szerokości geograficznych dostrzegło w programowych wystąpieniach prezydenta Miedwiediewa, w jego wzmożonej w ostatnich dniach aktywności chęć „wybicia się na niepodległość”, uwolnienia od patronatu Putina. W tekście pada wszak wiele gorzkich słów krytyki. Nie po raz pierwszy. Nie od dziś każde westchnienie Miedwiediewa jest przez liczne zastępy interpretatorów postrzegane jako zapowiedź zburzenia konstrukcji putinizmu. Ale miesiące płyną, a tandem pod światłym przewodnictwem premiera Putina jedzie razem.

Pośrednio odpowiedzi na wątpliwości dręczące środowisko kremlinologów udzielił sam Władimir Putin. Podczas spotkania z klubem „Wałdaj” powiedział, że w sprawie ewentualnych prezydenckich wyborów przypadających na rok 2012 siądą z Dmitrijem Anatoljewiczem i porozmawiają, co dalej: „My ludi odnoj krowi” (Jesteśmy ludźmi tej samej krwi). Zdanie to oddaje istotę – o tym, kto, w jakim trybie, w jakich dekoracjach zostanie prezydentem zdecyduje dwóch (może kilku) panów w intymnej rozmowie, a nie walka politycznych programów czy sympatie wyborców w otwartej, demokratycznej rywalizacji. A właściwie Putin zakomunikował, że to on przede wszystkim zdecyduje, co się będzie działo w kolejnej odsłonie operacji „Następca”, bo to on nadal ma i mieć będzie status lidera.

Heksogen nie płonie

Dziesięć lat temu w serii zamachów bombowych w Rosji zginęło kilkaset osób. Do tej pory nie wyjaśniono żadnej z tych tragedii.

4 września w niewielkim mieście Bujnack w Dagestanie na skutek wybuchu samochodu-pułapki zawalił się budynek mieszkalny, grzebiąc pod gruzami 58 osób. W nocy z 8 na 9 września w Moskwie wyleciał w powietrze ośmiopiętrowy blok na ulicy Gurjanowa (zginęły 94 osoby, 164 zostały ranne). 13 września na moskiewskiej Kaszyrce wybuchł kolejny blok – 119 ofiar śmiertelnych. Trzy dni później w położonym na południu Rosji Wołgodońsku – mieście średniej wielkości – na skutek zamachu zginęło 19 osób.

22 września w Riazaniu miał miejsce dziwny incydent: w piwnicy domu mieszkalnego znaleziono worki z białym proszkiem (najprawdopodobniej był to heksogen) i ładunek wybuchowy. Władze początkowo ogłosiły, że udało się udaremnić kolejny zamach, po czym przedstawiły co najmniej dziwne wytłumaczenie, że to były ćwiczenia służb specjalnych.

 

Do dziś nie ustalono, kto jest odpowiedzialny za te tragiczne zamachy. Sprawców nie schwytano. Za to oficjalna propaganda bardzo szybko przerażonemu społeczeństwu (a lokalizacja zamachów – od małego miasta po stolicę – wskazywała, że zagrożeni są wszyscy, nikt nie może czuć się bezpieczny) podsunęła wersję o „czeczeńskim śladzie”, co rozpętało antyczeczeńską histerię. Łatwiej było w tych okolicznościach uzasadnić konieczność przeprowadzenia „drugiej wojny czeczeńskiej”. Świeżo posadzony w fotelu szefa rządu nikomu nieznany ekspułkownik służby bezpieczeństwa Władimir Putin jednym skokiem dosiadł konia tej wojny i zaistniał w społecznej świadomości jako obrońca przed terrorystami.

Wokół tych dziwnych zamachów narosło wiele spekulacji – i ze strony tych, którzy są przekonani o tym, że to władze maczały w tym palce, i ze strony tych, którzy są zwolennikami oficjalnej wersji, że zamachów dokonali Czeczeni. Napisano na ten temat wiele książek (m.in. powstała sfinansowana przez zaklętego wroga Putina Borysa Bieriezowskiego książka „Wysadzić Rosję” autorstwa Jurija Felsztyńskiego i świętej pamięci Aleksandra Litwinienki).

Śledztwo nie dało odpowiedzi na zasadnicze pytania.

 

Dziesięć lat po tych tragicznych wydarzeniach w amerykańskim czasopiśmie dla dobrze ubranych snobów „GQ” ukazał się artykuł poświęcony zamachom. Kierownictwo domu wydawniczego Conde Nast podjęło decyzję o zdjęciu tego materiału z rosyjskojęzycznego wydania czasopisma. Korespondent wojenny pisma Scott Anderson przeprowadził własne śledztwo dziennikarskie i napisał artykuł „Władimir Putin – mroczna droga na szczyty władzy”, opublikowany we wrześniowym numerze „GQ”. Cytował w nim m.in. wypowiedzi byłego funkcjonariusza służb, późniejszego adwokata ofiar zamachów Michaiła Triepaszkina (odsiedział w więzieniu wyrok czterech lat pozbawienia wolności za rozgłaszanie tajemnicy państwowej, wyszedł na wolność). Triepaszkin przedstawiał w rozmowach z Andersonem tezę, że fala strachu po zamachach wyniosła Putina do władzy. Wersja nie nowa i w Rosji znana. Triepaszkin w ostatnich dniach był zresztą gościem kilku audycji radiowych i internetowych gazet. Rosyjskojęzyczna publiczność mogła się zatem zapoznać (przypomnieć sobie), co myśli o zamachach Michaił Triepaszkin. Skąd zatem obawa amerykańskich wydawców przed rozpowszechnieniem w Rosji artykułu, w którym nie ma żadnych nowości ani żadnych rewelacji (choć przedstawiona w nim wersja wydarzeń jest daleka od oficjalnej)? Czyżby za oceanem wchodziła w modę zasada oficjalnej rosyjskiej propagandy – „o Putinie albo nic, albo dobrze”. A może to taka przewrotna forma wylansowania materiału – skoro jest zakazany, to każdy zainteresowany tematem odbiorca w Rosji sięgnie po ten artykuł – zwłaszcza że jest on już dostępny w internecie w wersji rosyjskiej.

Nad Biesłanem – jeszcze jedna łza

W Biesłanie w Osetii Północnej od pięciu lat rok szkolny nie zaczyna się 1 września, tylko pięć dni później. Rocznica tragicznego zamachu terrorystycznego na szkołę ciągle jest świeża i ciągle nie pozwala powrócić do normalnego rytmu życia. Pierwsze dni września są poświęcone pamięci dzieci i dorosłych – 334 ofiar terrorystów.

Przez te pięć lat ciągle powracają też przeklęte pytania: – jak mogło do tego dojść, – kto ponosi za to winę, – kto jest za to odpowiedzialny, – czy ofiar można było uniknąć, – kto wydał rozkaz szturmu opanowanej przez bandytów szkoły, – dlaczego przebieg szturmu do tej pory zawiera białe plamy, – dlaczego był tak nieudolnie przeprowadzony, – czy przeżył któryś z terrorystów, kim był, kim jest (na ławie oskarżonych zasiadł tylko jeden, oficjalnie powiadomiono, że reszta zginęła, nieoficjalnie mówiło się o tym, że niektórym udało się zbiec), – dlaczego ówczesny prezydent, dziś premier Putin w okolicznościowym orędziu zamiast wytłumaczyć przyczyny tego, co się stało, prosić o wybaczenie, żelaznym głosem oświadczył krajowi, że odbierze obywatelom swobody, by wzmocnić swoją władzę, – dlaczego po dziś dzień Kaukaz Północny jest nieustannie wstrząsany zamachami terrorystycznymi, z którymi władze sobie nie radzą mimo owego wzmocnienia i stałego wzmacniania pionu władzy (a dzisiejszy kaukaski terroryzm przez te pięć lat zmienił hasła – zradykalizował się, ubrał w szaty bojowników o czystość islamu, jest coraz lepiej zorganizowany, coraz bardziej nieobliczalny i nieprzewidywalny, coraz groźniejszy), – dlaczego domagające się uczciwego wyjaśnienia okoliczności zamachu „Matki Biesłanu” i „Głos Biesłanu”, organizacje zrzeszające członków rodzin ofiar, nie znalazły odpowiedzi na swoje pytania w Rosji i zwróciły się o rozpoznanie sprawy do europejskiego trybunału.

Wiele pytań.

W licznych świątyniach Rosji odbędą się dziś nabożeństwa i modlitwy żałobne w intencji ofiar zamachu w Biesłanie. Nad miasteczkiem rozbrzmiewał dziś dzwon pamięci. Wolą krewnych ofiar jest, by na poły zburzona szkoła numer 1 w Biesłanie zachowała swój wygląd – ma być pomnikiem, miejscem pamięci o tym tragicznym wydarzeniu, okopcone ściany sali gimnastycznej mają przypominać o tym, co się stało. W tym celu mają zostać przeprowadzone prace konserwatorskie – władze republiki obiecały sfinansować część prac, zbiórkę pieniędzy ogłosiły „Matki Biesłanu”.

Czy Biesłan jest dziś w Rosji częścią wspólnej pamięci całego kraju? „Dla większości mieszkańców Rosji Biesłan był i pozostał cudzym nieszczęściem – napisał w gazecie „Wriemia Nowostiej” Iwan Suchow. – Statystyczny obywatel FR nie zna niuansów składu etnicznego swego kraju, toteż nie odróżnia Czeczena od Ingusza, Dagestańczyka czy Osetyjczyka. Ogólnie odnosi się do wszystkich z nieufnością. Z drugiej strony w samej Osetii nikt nie zgodził się z argumentacją siłowików, że śmierć jednej czwartej zakładników podczas szturmu uważa się za rzecz dopuszczalną. Obie reakcje są zrozumiałe, ale obie świadczą o poważnych problemach w Federacji Rosysjkiej. Biesłan nie połączył, co więcej – jeszcze bardziej rozdzielił. […] Rosja już nie pamięta. To, co bolało i niepokoiło, dopóki telewizja pokazywała obrazki, zgasło i wyparowało z pamięci, jak tylko zniknął telewizyjny obrazek. Biesłan nie stał się kamieniem milowym, przełomowym momentem. Prawie o nim zapomniano. Dzisiaj rosyjskie media więcej uwagi poświęciły siedemdziesiątej rocznicy wybuchu II wojny. Nikt nie zaproponował, by 1 września uczynić dniem żałoby. A dopiero co obchodzona rocznica zeszłorocznej wojny i uznania Osetii Południowej i Abchazji ostatecznie zepchnęła biesłańską żałobę na margines”.

Grunt to dobre wychowanie

„Wychował nas Stalin na wierność ludowi, do wielkich zapalał nas trudów i dzieł”. To słowa radzieckiego hymnu okresu stalinowskiego, autorstwa zmarłego wczoraj Siergieja Michałkowa. Dyrekcja moskiewskiego metra przywróciła inskrypcję z tym fragmentem na hali stacji „Kurskaja-Kolcewaja”. Wielkie litery inskrypcji można przeczytać u góry graniastej konstrukcji, podtrzymywanej przez antyczne kolumny, halę oświetla wielki żyrandol z ogromną, jarzącą się czerwoną gwiazdą. „To przywrócenie historycznego wyglądu stacji [z 1950 roku], a nie chęć wysławiania Stalina” – tłumaczy dyrekcja. (Gdyby dyrekcja metra chciała dokładnie odtworzyć „historyczny wygląd” stacji, powinna jeszcze ustawić posąg Stalina, który zdobił (zdobił?) ją na początku lat pięćdziesiątych; przedstawiciele metra twierdzą, że posąg gdzieś zaginął – a gdyby nie zaginął, to by postawili?).

Rosja walczy teraz z fałszowaniem historii z taką pasją, że można się spodziewać naprawdę wszystkiego. Nie tylko odbudowania zwalonych nieopatrznie pomników, ale na przykład tego, że w ferworze przywracania historycznego wyglądu różnych miejsc w mauzoleum na placu Czerwonym obok mumii Włodzimierza Lenina spocznie ponownie ten, któremu poświęcone były słowa hymnu, wszak przez jakiś czas obaj zasłużeni dla największej demokracji świata wodzowie leżeli w jednym mauzoleum. No, ale później prawda historyczna trochę się odchyliła od uprzedniej trajektorii i widok wąsatego Ojca Narodów zaczął twórców nowej prawdy kłuć w oczęta. Stalin został więc dyskretnie wyniesiony i pochowany pod murem kremlowskim. Z hymnu – a wkrótce potem i ze stacji – słowa o wielkich zapałach do trudów i dzieł zniknęły. Podretuszowano podręczniki, podretuszowano hymn (znowu bajkopisarz Michałkow), nad grobem Stalina i milionów jego ofiar przez lata „szczęśliwego zastoju” Breżniewa zapadła cisza. Serca społeczeństwa krzepiła „prawda czasu, prawda ekranu”, czyli nowa wersja niezafałszowanej historii – polerowano czerwone gwiazdy na żyrandolach, ale inskrypcje starannie usunięto. Wojnę wygrał Związek Radziecki. Szczyptę chwały przyznano dowódcom – Żukowowi, Koniewowi, Rokossowskiemu. Wielkie zasługi w myśl ówcześnie wyznawanej historii położył niezwykły „połkowodiec” Leonid Iljicz Breżniew, który walczył na Małej Ziemi – jednym z najważniejszych pól bitewnych tej wojny.

Za Gorbaczowa i Jelcyna przypomniano nie tylko to, że Stalin istniał, ale też że działał pełną parą – wymordował przeciwników politycznych i miliony domniemanych wrogów ludu, morzył głodem, deportował na drugi koniec imperium, rozstrzeliwał. W ostatnich latach obserwujemy „pełzającą restalinizację”. Do hymnu (po raz kolejny „przepisanego” przez niezmordowanie pełnego zapału Michałkowa) wprawdzie nie wpisano na nowo słów sławiących Stalina, ale wiele się robi, aby dawną chwałę mu przywrócić. W podręcznikach historii najnowszej jest on przedstawiany jako „efektywny menedżer” i główny architekt Zwycięstwa – jedynej pozytywnej idei jednoczącej wszystkich Rosjan.

Władze nie mogą się zdecydować, jak traktować Stalina: „Nagle Putin w rozmowie z Natalią Sołżenicyną mówi, że dyktator był potworem […] Z ukraińskim podejściem do Hołodomoru byłoby może łatwiej walczyć, gdyby w Rosji postawić pomniki ofiarom głodu, ale na to się jakoś władze nie mogą zdobyć, coś w środku im przeszkadza. Butowo i inne miejsca masowych kaźni państwo oddaje we władanie Cerkwi, ale w imieniu państwa nie ma tam nawet najmniejszej tablicy pamiątkowej z napisem… No właśnie, tylko co na takiej tablicy napisać…” – zastanawia się w internetowej gazecie „Jeżedniewnyj Żurnał” Siergiej Iwanow.

Kilka pomników wodza już w Rosji stanęło, może będzie ich więcej. Najważniejsze, żeby nie fałszować. W ramach wybielania tragicznych konsekwencji paktu Ribbentrop–Mołotow zbliżeni do Kremla publicyści i historycy (historycy?) rosyjscy wysławiają teraz na wyprzódki przenikliwą myśl Stalina, który ograł głupią Europę w przeddzień wielkiej wojny. Widocznie tę przenikliwą myśl uznano za godną utrwalenia. Jeśli odwołać się do słów inskrypcji – Stalin był nie tylko genialnym dyplomatą, ale i dobrym wychowawcą.

Tajne przez jawne

W ramach zarządzonej jakiś czas temu przez Władimira Putina ogólnopaństwowej gimnastyki „Rosja wstaje z kolan” toczona jest również rozgrywka o pamięć.

Znakomity rosyjski satyryk Michaił Żwaniecki zwykł mówić, że Rosja jest krajem o nieodgadnionej przeszłości. Tę przeszłość każda z kolejnych ekip rządzących stara się nagiąć do aktualnych potrzeb politycznych. Obecna ekipa czyni to ze szczególną zaciekłością.

Z okazji okrągłych rocznic, przypadających w sierpniu i wrześniu tego roku – podpisania paktu Ribbentrop–Mołotow z jego tajnymi protokołami, rozpoczęciem II wojny światowej i wkroczeniem Armii Czerwonej na wschodnie tereny Rzeczpospolitej – w rosyjskiej przestrzeni medialnej i politycznej (na razie dyskretniej, ale z wyraźną tendencją rozwojową) toczy się intensywna kampania propagandowa. Telewizja państwowa pokazała quasi-dokumentalny film Wadima Gasanowa, w którym zarzucił on Polsce zawarcie jakichś tajnych porozumień z Niemcami w 1934 roku (i tym – w rozumieniu autora – usprawiedliwia się zawarcie w 1939 roku paktu radziecko-niemieckiego). Służba wywiadu zapowiedziała „mocne uderzenie”: opublikowanie w przeddzień przyjazdu Putina do Gdańska dokumentów z archiwów, mających poświadczyć niecne knowania mocarstw zachodnich i pogrążyć Polskę jako państwo współwinne rozpętania wojny, a usprawiedliwić poczynania rosyjskiej dyplomacji. Wiernopoddańcze gazety publikują w zmasowany sposób materiały broniące stalinowskiej koncepcji polityki zagranicznej, tłumaczące zawarcie paktu rzekomym zyskaniem czasu na podniesienie zdolności obronnej ZSRR w obliczu nieuniknionej agresji Niemiec hitlerowskich na wschód itd. Tylko nieliczne tytuły – jak „Nowaja Gazieta”, „The New Times” (na okładce ostatniego numeru pan młody Hitler prowadzi pod rękę oblubienicę Stalina w białym welonie), „Wiedomosti” („Koktajl Mołotowa wybucha w ludzkich głowach i kaleczy świadomość”) czy internetowe „Grani” i „Gazieta.ru” – pozwalają sobie na krytykę nie tylko agresywnej stalinowskiej polityki bratania się z hitlerowskim ludożercą, ale także krytykę topornej propagandy dzisiejszych władz. Trzeba jednak powiedzieć, że to media dla intelektualnej mniejszości, największy zasięg rażenia ma w Rosji nieodmiennie telewizja i – w dalszej kolejności – wysokonakładowe gazety. A te są kontrolowane przez Kreml.

Propaganda historyczna od dawna jest wykorzystywana przez Moskwę jako narzędzie polityczne – a to można zamieszać na Ukrainie przed wyborami (Rosja kategorycznie nie zgadza się z polityką historyczną Ukrainy, przede wszystkim prezydenta Juszczenki), a to dać Bałtom prztyczka w nos za ich roszczenia za radziecką okupację, w dalszej perspektywie – zdyskredytować domagające się sprawiedliwej oceny dziejów i niezgadzające się z oceną historyczną Kremla kraje, by pozbawić je autorytetu i wpływu na wypracowanie polityki Europy wobec Moskwy itd.

W pokrętnym tłumaczeniu przez Moskwę zasadności zawarcia przez Stalina paktu z Hitlerem mamy do czynienia z klasyczną akcją „Łapaj złodzieja” – skoro Anglia i Francja zdradziły Czechosłowację, to ZSRR miał prawo dogadać się z Niemcami, a więc – umoczeni w rozpętanie wojny są na równi wszyscy. To tak, jak gdyby uznać, że skoro na świecie są złodzieje, to ja też mogę spokojnie kraść. Naiwne i nieprawdziwe. Równolegle z akcją „Łapaj złodzieja” prowadzona jest akcja masowego wylewania nieczystości, aby w nich utopić sedno sprawy.

Opowiadam te rosyjskie argumenty na skróty, choć sprawa jest bardzo złożona i wymagająca na pewno bardziej wnikliwego potraktowania niż krótki z konieczności wpis na blogu. Ale warto zwrócić uwagę na jeszcze kilka aspektów tego zagadnienia.

Z wielkim zapałem kremlowskie elity bronią agresywnej polityki satrapy. To ciekawe podejście. I odważne, trzeba przyznać. Spadkobiercy wielkiej geopolitycznej myśli Stalina są po dziś dzień zafascynowani efektywnością tego menedżera. Czy to znaczy, że zamierzają iść w jego ślady? Mam nadzieję, że nie. Czy należy się spodziewać, że po takim przygotowaniu ogniowym w mediach pan Putin wygłosi w Gdańsku kilka równie mocnych odkryć, jak dwa lata temu w Monachium, kiedy wyłożył uśpionym europejskim politykom, że Rosja jest silna i jak trzeba będzie, to zrobi z tej siły użytek.

I jeszcze jedno: rdzeniem, na którym buduje się (a właściwie próbuje się wspierać) obecna tożsamość Rosji i Rosjan, jest wielkie zwycięstwo nad niemieckim faszyzmem. To zwycięstwo – sztucznie acz skutecznie – zostało umieszczone w sferze sacrum. A zatem wszelka krytyka czy odmienna interpretacja zwłaszcza niektórych wydarzeń (często w Rosji zwyczajnie pomijanych wstydliwie milczeniem) jest postrzegana jako uderzenie wymierzone w Rosję. To, że przyjście Armii Czerwonej do Europy, jest w odbiorze społeczeństw Polski, Litwy i in. zniewoleniem, też jest dla Kremla kamieniem obrazy.

I jeszcze: przewrotnie można na dzisiejsze potyczki o historię spojrzeć pod kątem pewnych zdobyczy. Przez cały czas istnienia Związku Radzieckiego oficjalnie konsekwentnie negowano istnienie tajnych protokołów, sankcjonujących rozbiór Polski i zagarnięcie przez Stalina zachodniej Ukrainy i Białorusi. Sygnatariusz paktu, Wiaczesław Mołotow, do końca życia przysięgał, że nie podpisywał żadnych tajnych protokołów. W okresie pierestrojki i za czasów Jelcyna próbowano rzetelnie badać tę sprawę, potępiono pakt i protokoły. A potem znowu włączono „zamrażarkę”. Jak piszą publicyści „The New Times”, zakłamywanie tego okresu historycznego wpisało się w pełzającą restalinizację. Wzmianki o tajnych protokołach wyparowały z podręczników historii. Ale w obecnych publikacjach pióra nawet najbardziej gorliwych obrońców genialnego posunięcia Stalina nie neguje się istnienia tajnych protokołów, główny nacisk położony jest na ich uzasadnienie względami bezpieczeństwa. Argumentuje się, że Stalin potrzebował czasu, by przygotować się do wojny z Hitlerem. Stan tych rzekomych przygotowań został dotkliwie sprawdzony prawie dwa lata później. Kiepski argument. To po pierwsze. A po drugie – 17 września 39 Stalin do spółki z hitlerowskim agresorem dokonał aktu agresji na Polskę, ręka w rękę, a 23 września odbyła się w Brześciu wspólna defilada zwycięskich wspólników.