Składki partii władzy

Do Petersburga na zjazd partii władzy „Jedinaja Rossija” 21 listopada przyjechało trzy tysiące delegatów. Wielu z nich zamieszkało w najdroższym hotelu w mieście – „Astorii”. Dziennikarze rozgłośni Echo Moskwy wyrazili przekonanie, że rachunki za tę i inne zjazdowe rozkosze partia zapłaciła ze składek. Wielka partia władzy na pewno zbiera mnóstwo forsy ze składek. Sprawdziłam: w 2007 roku – jeszcze przed kryzysem – w okresie prosperity partia zebrała 118 mln rubli. Wysokość składek jest zróżnicowana, biedni płacą mało (6 rubli na kwartał), bogaci – procentowo wyliczaną kwotę od dochodów. Płacenie składek jest od ubiegłego roku dobrowolne, jak ktoś nie chce, może zaoszczędzić te sześć rubli na kwartał.  

Najtańszy pokój w „Astorii” kosztuje 9500 rubli za noc, luksusowy apartament – 15 300 rubli. W tańszym hotelu „Newski Express”, który w całości został wynajęty dla delegatów, obowiązywała, jak pisała prasa, prohibicja (choć niektórzy delegaci poradzili sobie z tym dziecinnym ograniczeniem). Gdyby wszyscy delegaci spędzili noc w najdroższym hotelu, to partia musiałaby wybecelować na to prawie 46 mln rubli, co stanowi ponad jedną trzecią rocznych składek ogólnopartyjnych, druga połowa pewnie idzie na zwrot za dojazd oraz jedzenie, bo można założyć, że delegaci nie jedzą czebureków z najbliższej uzbeckiej budki na rogu. No, ale nie ma o czym mówić – zjazd odbywa się tylko raz w roku, składek wystarczy. Na działalność partia otrzymała w zeszłym roku 2 mld rubli z budżetu federalnego. Kolejny miliard (to dane oficjalne) wpłynął do partyjnej kasy od biznesmenów (5 mln rubli wpłacił np. Oleg Deripaska, który zagrał rolę pokornego oligarchy w słynnym epizodzie „Premier Putin ratuje Pikalowo i upomina się o długopis”). Teraz mamy rok chudy, więc pieniędzy jest mniej, ale, jak widać, też można poszaleć.

Opłacanie – czy ze składek czy z innych funduszy – najdroższych hoteli wydaje się jedyną ideologią rządzącej partii. Tak można podejrzewać, bo żadnych innych widomych idei ani celów, ani zadań zjazd partii nie wygenerował i przed członkami swymi nie postawił. We władzach nie nastąpiła rotacja. Premier Putin nie wstąpił do partii, choć nadal stoi na jej czele. Prezydium głowiło się głównie nad tym, jak ubrać w słowa pustosłowie. Przewodniczący rady partii Borys Gryzłow oznajmił wprawdzie, że ideologia partii nazywać się będzie od dziś „rosyjski konserwatyzm”, ale na razie żadne tęgie głowy nie są w stanie wyjaśnić, co to mianowicie znaczy. Gryzłow też nie wyjaśnił.

Do partii władzy byle kto nie może należeć, szeregi zasilają przede wszystkim urzędnicy wysokiego i średniego szczebla. W telewizji ładnie się prezentują wybitni działacze kultury i sportowcy (a jeszcze lepiej sportsmenki z platynowym balejażem), więc w pierwszym rzędzie na zjeździe jest kogo posadzić. Oglądając telewizyjną transmisję ze zjazdu, trudno się było uwolnić od wrażenia, że to było poszerzone posiedzenie rządu – takie nudne teatrum dla wytrwałych, którzy lubią słuchać o sukcesach rządu w walce z kryzysem, poprawie bytu emerytów dzięki trosce premiera i zmniejszeniu inflacji, która zżera oszczędności roztropnych panien (temu głównie było poświęcone wystąpienie Putina, który jak prymus podczas wizytacji wyrecytował krzepiące serca dane o postępach rosyjskiej gospodarki pod światłym przewodem i zapowiedział wypłacanie premii tym, którzy zdadzą stare samochody do utylizacji).

W przemówieniu prezydenta Miedwiediewa, który był gościem zjazdu, zwróciło uwagę jedno zdanie w obfitej pianie aprobaty dla potencji partii: prośba, żeby towarzysze partyjni nie przesadzali podczas wyborów i nie podmieniali procedur wyborczych procedurami stricte administracyjnymi. Odważnie przyłożył – skrytykował partię Putina. Po ostatnich wyborach regionalnych, na których „Jedinaja Rossija” wzięła wszystko, protest podniosła nawet pokorna zwykle, kieszonkowa opozycja. Ale i ten poryw Miedwiediewa nie wybił delegatów ze stuporu, w jakim spokojnie tkwili sobie przez kilka godzin.

Podczas zjazdu nie było dyskusji. To kolejne – po parlamencie – miejsce w Rosji, w którym się nie dyskutuje. Zjazd polegał na zjechaniu się, wysłuchaniu przemówień prezydenta i premiera oraz oddaniu kluczy w recepcji hotelowej. Niektórzy obserwatorzy mówią, że w rządzących elitach coraz mocniej czuje się rywalizację pomiędzy najważniejszymi osobami w państwie – premierem i prezydentem. Nawet jeśli to prawda, to zjazd „JR” nie stał się w tej grze jakimś przełomowym momentem – role zostały napisane i bezbarwnie wykonane zgodnie z planem. Hasło modernizacji, rzucone przez Miedwiediewa w uprzednio publikowanych dokumentach programowych (artykuł „Rosjo, naprzód!” i orędzie), zostało na zjeździe skomponowane z wydmuszką ideową „rosyjski konserwatyzm”. I tyle. Żaden fragment przemówienia nie przerwał delegatom wyćwiczonego snu z otwartymi oczami. Niektórych obudził dopiero drobny wypadek: kilkoro delegatów spadło z podestu i mocno się potłukło.

Ważne sprawy są dziś w Rosji dyskutowane raczej w Internecie niż na rządowych/parlamentarnych/partyjnych zlotach – o korupcji, bezprawiu, porządkach-nieporządkach w milicji itp. można się dowiedzieć z blogów czy innych żywych bytów światowej sieci. Internet stał się dla wielu ludzi w Rosji czymś w rodzaju ostatniej instancji i konfesjonałem. Nie wiem, czy to oznacza, że partia może spać spokojnie, jak większość delegatów na luksusowym zjeździe.

Konserwacja poprzez modernizację

Zróbmy sobie nową Rosję – nowoczesną, światłą, otwartą na zagraniczne kapitały i technologie, ale jednocześnie tak wspaniałą, jak Rosja Putina. Stare, sowieckie, kruszeje, a nawet skruszało do tego stopnia, że nie da się już dłużej z tego korzystać. Armii potrzebne jest nowe uzbrojenie. I to dużo. I to już. Gospodarka – wpieriod! Nie można przecież dłużej funkcjonować jedynie dzięki surowcom. Konieczna jest modernizacja, modernizacja i jeszcze raz modernizacja. To główne założenia orędzia Dmitrija Miedwiediewa.

Postulat modernizacji Rosji był jednym z naczelnych haseł pierwszej kadencji prezydenckiej Władimira Putina, potem jakoś dyskretnie hasło to wycofano z agendy, nowymi sloganami stały się podwajanie PKB i Strategia 2020. Teraz znowu hasło wraca, w nanotechnologicznym opakowaniu pod rękę z obowiązkiem wprowadzenia energooszczędnych żarówek i ograniczenia liczby stref czasowych w Rosji (też z uwagi na oszczędności).

Czym w istocie miałaby być owa odmieniana przez wszystkie przypadki modernizacja? Wielkie pytanie.

Czy może prezydent Miedwiediew zapowiedział zmiany w patriarchalnym, monopartyjnym systemie politycznym, który jest głównym hamulcowym modernizacji? Położył nacisk na konkurencję różnych wizji i programów na scenie politycznej? Odżegnał się od brzemienia poprzednich ekip, które doprowadziły gospodarkę do opłakanego stanu, a państwo pozostawiły daleko za uciekającym do przodu Zachodem? Skrytykował rząd za nieefektywną politykę antykryzysową? Dał do zrozumienia, że przekręty zostaną rozliczone, a ich sprawcy ukarani, skrytykował oligarchiczny system wysysania gospodarki? Nic podobnego – elity mogą spać spokojnie. No, może lekką, ale tylko lekką, trwogę odczuwają szefowie korporacji państwowych – gigantów stworzonych w celu wyprowadzania państwowych pieniędzy i wysyłania ich gdzieś w przestrzeń międzyplanetarną, która ma tajemne połączenie z Wyspami Dziewiczymi czy Belize. Miedwiediew zapowiedział, że będzie goskorporacje powoli likwidował, bo nie zdają egzaminu. Ale czy operacja ich likwidacji oznacza modernizację systemu zarządzania państwem, wymianę skompromitowanych elit? Na razie nic na to nie wskazuje. Prezydent Miedwiediew modernizując, chce zakonserwować, a konserwując – modernizować.

Choć w warunkach kryzysu pewne istotne przemieszczenia wewnątrz rosyjskich elit następują, bez dwóch zdań. Teraz trzeba znaleźć dobre hasło, pod którym da się przeprowadzić każdą potrzebną operację – np. skorygować pewne sfery, poprawić wizerunek, aby pozyskać inwestycje, zrezygnować dyskretnie z tego, co już nie zdaje egzaminu. Czujni kremlinolodzy są zdania, że jeżeli do utrzymania się elity na powierzchni potrzebna będzie wymiana „samego”, czyli pierwszej osoby w państwie, to taka wymiana zostanie przeprowadzona.

Ekonomiści krytykują Miedwiediewa za to, że zapowiada budowę szklanych domów i ogólną szczęśliwość w nowoczesnym państwie z Internetem pod każdą strzechą, znakomicie prosperującą Doliną Krzemową, dostępem do wszelakich dóbr, służby zdrowia i edukacji, a nie mówi, skąd weźmie na to wszystko pieniądze.

Prezydent mówił w orędziu o bardzo wielu ważnych aspektach polityki rosyjskiej, niepodobna nawet pokrótce wymienić tu wszystkich. Internetowa gazeta „Jeżedniewnyj Żurnał” próbuje spojrzeć na ambitne plany modernizacyjne prezydenta z perspektywy Woroneża – dużego miasta w europejskiej części Rosji, z dobrymi kupieckimi tradycjami. „Osiemdziesiąt lat temu autorzy powieści „Dwanaście krzeseł” pisali, że w powiatowym mieście N „brud błyszczał w świetle księżyca jak antracyt”. W historycznym mieście Woroneż brud błyszczy jak antracyt nie w świetle księżyca, a w świetle lamp luminescencyjnych. To miejscowi urzędnicy w rekordowym tempie wymieniają z entuzjazmem stare żarówki na energooszczędne” – pisze Grigorij Niechoroszew. Miejscowi urzędnicy zacierają już ręce, nie mogąc się doczekać pieniędzy z Moskwy na modernizację domów mieszkalnych, z których połowa nie ma szyb w oknach na klatkach schodowych, dachy przeciekają, a ciepła woda bywa, jak Bóg da. Można założyć, że żarówki zostaną wymienione, ale gorzej z oknami i dachami. To inna para kaloszy, inna kasa, inna modernizacja. W Woroneżu na pozwolenie na budowę trzeba czekać 1207 dni, czyli trzy lata i trzy miesiące. Co wcale nie oznacza, że w Woroneżu nic się nie buduje. Owszem, buduje się. Nawet nowe fabryki z zachodnim wyposażeniem. Tylko bez oficjalnych pozwoleń. Za łapówki urzędnicy zamykają oczy na te „drobne niedociągnięcia” w papierach. Niechoroszew pyta, czy w warunkach wszechogarniającej korupcji (w ostatnim rankingu Transparency International Rosja zajęła 146. miejsce na 180 sklasyfikowanych państw w doborowej stawce między Kamerunem, Ekwadorem, Kenią i Sierra Leone), przy braku instytucji społeczeństwa obywatelskiego i wolnej prasy w ogóle jakakolwiek modernizacja jest możliwa. „Tym bardziej jeśli Kreml uważa, że technologiczną modernizację można przeprowadzić bez modernizacji politycznej”.

Respekt i szacun

Breakdance, hip hop i graffiti to lepsze zestawienie niż wódka, kawior i matrioszki – powiedział wczoraj premier Putin na spotkaniu z raperami w muzycznej stacji telewizyjnej „Muz-TV”, w której rozegrano konkurs hip-hopowców. Premier Putin stał na scenie w towarzystwie gwiazd niepokornego rosyjskiego hip-hopa, chętnie używającego w tekstach i dialogach z publicznością na koncertach kwiecistej łaciny i podkreślającego programowy pofigizm (tumiwisizm). Premier propagował zdrowy styl życia. Przede wszystkim chodziło o to, aby młodym ludziom wpoić niechęć do narkotyków (według relacji licznych gazet, premier użył nawet słowa „gówno” w odniesieniu do narkotyków, co spotkało się z gorącą owacją zgromadzonej w studiu publiczności).

Władimir Putin zawsze lubił pokazywać się w niecodziennych dla polityka kostiumach i sytuacjach – przebierał się w mundury, kimona, czapeczki, kurteczki. Tym razem wystąpił w białym golfie i eleganckiej kurtce zapinanej na zamek błyskawiczny. Finał konkursu w popularnej stacji muzycznej, wedle organizatorów zapewnia widownię do 25 milionów przed telewizorami (retransmisja ma być pokazana 15 listopada), była to więc dobra okazja, by pokazać się w niestandardowej sytuacji, przypomnieć, że pan premier to nie tylko poważny gość w garniturze i krawacie, który liczy pieniądze za gaz i z niechęcią mówi o zachodnich partnerach. Większą część widowni muzycznego kanału stanowią bardzo młodzi ludzie w wieku od 10 do 16 lat.

„Mam dla Putina szacun i respekt, chciałbym z nim nagrać wspólny track – rapował ze sceny finalista konkursu hip-hopowiec Roma Żygan. – To nasz idol, to nasz brat, krzyczmy dla Putina – niech usłyszy świat”. Roma Żygan ma za sobą kolorowe życie, odsiadkę w ciurmie, „narkotu” (teraz propaguje życie bez narkotyków), próbuje różnych stylów – naśladuje amerykański rap, ale nagrał też pieśń z chórem Kozaków: „Kocham Cię, Rosjo, jak syn kocha matkę, byłbym idiotą, gdybym chciał stąd wyjechać. Błądziłem, myślałem, że wszystko może załatwić zasrany dolar. Byłem ślepcem, nie zauważałem tego, co najważniejsze. Jestem wdzięczny Bogu za to, że uczynił mnie Rosjaninem. Nasza jedność w sile i prawosławnej wierze. Szczerze kocham Cię – Rosjo, Białorusi i Ukraino – nikt nas nie rozdzieli, jesteśmy jednością”.

Twórcze poszukiwania Żygana w stylu patriotycznego hip-hopu nie są charakterystyczne dla całego rosyjskiego rapu i hip-hopu, można powiedzieć, że są wyjątkiem. Hip-hop jest programowo niepolityczny, często antypolityczny, jest nurtem nonkonformistów z gniewnych przedmieść. A Żygan sławi Putina i przywiązanie do matrioszek.

Dlaczego Putin zdecydował się na taką niestandardową akcję wizerunkową? „Pomysł, by Putin wziął udział w młodzieżowej imprezie, powstał zapewne dlatego, że ostatnimi czasy prezydent Miedwiediew wiele zajmuje się problemami młodzieży. Doradcy mówią Putinowi: Miedwiediew wiele czasu poświęca młodym ludziom, Władimirze Władimirowiczu, pan też powinien” – analizuje PR akcję politolog Siergiej Michiejew. Michiejew ocenia pomysł negatywnie – „Rap skompromitował się zbyt bliskimi związkami z narkotykami. Mogą ze sceny krzyczeć, że są przeciwko narkotykom, a w tym samym czasie na widowni można nabyć dowolne narkotyki i zażyć na miejscu. To dosyć dziwne, że premier reklamuje taką muzykę”.

Krzyk duszy wujka Stiopy

10 listopada w Rosji obchodzony jest Dzień Milicji. Tego dnia milicjanci przychodzą do pracy w białych koszulach i paradnych mundurach. Z okazji święta w całym kraju odbywają się okolicznościowe imprezy i koncerty. Minister spraw wewnętrznych nagradza medalami zasłużonych, wspomina funkcjonariuszy, którzy zginęli na służbie (w tym roku – ponad trzystu!). W Moskwie na Kremlu odbywa się transmitowany przez telewizję uroczysty koncert w stylu soviet-retro z biegiem lat z coraz większą domieszką „popsy”, w którym – jak zapewnia tygodnik „Ogoniok” – artyści (a stawka zawsze melduje się doborowa) występują za darmo. Jednym słowem – społeczeństwo dziękuje stróżom porządku za swój spokojny sen; z estrad i placów jak Rosja długa i szeroka padają patetyczne słowa podzięki i uwielbienia, dzieci recytują nieśmiertelne dzieło „gimnopisca” (hymnopisarza) Siergieja Michałkowa „Wujek Stiopa” o wielkim milicjancie, który zawsze znajduje się tam, gdzie człowiek, zwłaszcza mały człowiek, potrzebuje pomocy i zawsze wie, jak go poratować, a wszyscy go podziwiają, a wszyscy bezbrzeżnie mu wierzą, a wszyscy doń jak w dym.

Tegoroczne święto milicji nie miało jednak jednoznacznie świetlistego charakteru. Przez ostatnie miesiące tematem bulwersującym opinię publiczną był „przypadek Jewsiukowa” – oficera milicji, który z broni służbowej strzelał do ludzi w supermarkecie. Przełożeni Jewsiukowa próbowali sprawę zamieść pod dywan, co wywołało jeszcze większą falę protestów, fala dopłynęła aż do Kremla, prezydent odwołał prefekta dzielnicy. Przypadek Jewsiukowa nie był jedynym świadectwem tego, że oględnie mówiąc, coś złego dzieje się w milicji – w mediach (głównie Internecie i prasie lokalnej, ale zdarzało się i w telewizji) opisywano przypadki korupcji, a także spektakularne wypadki drogowe, spowodowane przez funkcjonariuszy na fleku (niektóre ze skutkiem śmiertelnym), większość takich spraw następnie starano się zatuszować. Ale nie tylko głośne przestępstwa ludzi w mundurach sprawiają, że opinia o pracy organów ochrony porządku jest w Rosji negatywna. To przede wszystkim codzienna praktyka – nieudolność, korupcja, pijaństwo. Według badań socjologicznych, 67 procent Rosjan nie ma zaufania do milicji, 64 procent uważa, że organy pracują nieefektywnie.

Tegoroczny Dzień Milicji miał w Rosji jeszcze jeden wymiar. Wewnętrzny bunt na pokładzie. Major Aleksiej Dymowski z Noworosyjska kilka dni temu zamieścił w Internecie swą niezborną opowieść o smutnej codzienności milicjanta – niskie zarobki, praca ponad siły, korupcja, szycie na zamówienie oskarżeń wobec niewinnych ludzi, krycie swoich. Dymowski mówił o swojej służbie (dostał awans za sprokurowanie oskarżeń przeciwko niewinnemu człowiekowi; nie dostał należnego mu zaświadczenia lekarskiego), ale wystąpił też w sprawie ogółu: zaapelował do premiera Putina, by ten powierzył mu sprawę oczyszczenia szeregów milicji – nie tylko noworosyjskiej, ale całej rosyjskiej – ze skorumpowanych funkcjonariuszy. Majora z milicji wylali. Wczoraj major był w Moskwie, zwołał konferencję prasową, na której licznie stawili się przedstawiciele mediów (rwetes wokół rewelacji Dymowskiego jest potężny). Dymowski zapewnił, że ma dowody skorumpowania wszystkich swych zwierzchników (nagrywał rozmowy na „szpiegowski” dyktafon).

„Historia wokół majora Dymowskiego rozkręca się, a wraz z nią dyskusja, czy major miał moralne prawo naruszyć korporacyjną etykę i czy miał wystarczające powody, aby wystąpić przeciwko „systemowi” – zastanawia się Tatiana Stanowaja (Politcom.ru). – Jedni mówią, że major nie mógł przedstawić nic poważnego, że jego skarga, że nie dostał od lekarza zaświadczenia o chorobie, wyglądają śmiesznie i niepoważnie. Niektórzy śmieją się z tego, że major nie potrafi się wysłowić. Jednakże wobec tych, którzy majora krytykują, w opozycji stoi ta część społeczności, która uważa, że samowola milicji osiągnęła taki poziom, że milczeć dłużej się już nie da i wystąpienia majora Dymowskiego to nie powód, by zajmować się roztrząsaniem problemów majora Dymowskiego, a problemów milicji”.

System zaczął się bronić. „Naczalstwo” departamentu kontroli wewnętrznej MSW wskazuje, że majora wspierają jakieś siły na Zachodzie, które płoną chęcią podważenia fundamentów państwa rosyjskiego i rozsadzenia go od wewnątrz. „Teraz najbardziej ciekawe wydaje się – kontynuuje Stanowaja – jak zareaguje Kreml”, który odszedł od ostrej konfrontacyjnej retoryki w odniesieniu do NGO i Zachodu, podczas gdy kierownictwo MSZ pozostało w starej poetyce. „Sytuacja wokół Dymowskiego na tle przestępstwa, jakiego dopuścił się Jewsiukow, daje efekt kumulacji, podkreślający jeszcze dobitniej konieczność zreformowania organów spraw wewnętrznych. Zapotrzebowanie na to formułowane jest „z dołu” zarówno przez krytyków, jak i obrońców Dymowskiego. O ile dla organów problemem stał się Dymowski, to dla Kremla problemem są już same organy”.

Symfonia dla zeka

W sali koncertowej imienia Rachmaninowa moskiewskiego konserwatorium zaprezentowano 4 Symfonię Arvo Parta „Los Angeles” (wcześniej symfonię wykonano kilkakrotnie w Stanach Zjednoczonych, a ostatnio także w Helsinkach i Lipsku). Estoński kompozytor zadedykował dzieło Michaiłowi Chodorkowskiemu. Inicjator i organizator moskiewskiego koncertu pianista Aleksiej Lubimow zaznaczył, że to wyraz solidarności z więźniem, a także wszystkimi, którzy „wyrażają protest przeciwko niesprawiedliwości, jaka dzieje się w życiu tego człowieka”. Unikający zwykle oficjalnych wypowiedzi Arvo Part w wywiadzie dla Radia Swoboda powiedział: „Chciałem w ten oto muzyczny sposób wyciągnąć rękę do więźnia, a w jego osobie – do wszystkich bezprawnie więzionych w Rosji. Chciałem zrobić coś ku pokrzepieniu ich serc, uczynić lżejszym ich życie w ciężkich warunkach”. Arvo Part, który przyjechał na moskiewski koncert, osobiście udał się do sądu, gdzie toczy się proces Chodorkowskiego i Płatona Lebiediewa. Jak napisała szefowa moskiewskiej Grupy Helsińskiej, Ludmiła Aleksiejewa, wizyta w sądzie zrobiła tak silne wrażenie na kompozytorze, że po próbie w trybie pilnym opuścił Rosję, nie doczekawszy wieczornego koncertu.

Właśnie minęła szósta rocznica aresztowania Chodorkowskiego, stanął wtedy przed sądem za malwersacje podatkowe. „Rozpiłowanie” Jukosu najbardziej opłaciło się Igorowi Sieczinowi (dziś wicepremierowi) i Rosniefti, rosyjskiemu gigantowi naftowemu – aktywa odebranej Chodorkowskiemu kompanii trafiły różnymi drogami głównie w ręce wymienionych. Pierwszy proces właścicieli Jukosu był ważną cezurą w historii minionej dekady w Rosji – rządzący czekiści sprawnie acz wybiórczo używając prawodawstwa, podporządkowali sobie wielki biznes. O co chodzi w drugim procesie? Można poczytać sprawozdania z rozpraw, zamieszczane regularnie przez opozycyjną „Nową Gazietę” i „Jeżedniewnyj Żurnał”. Na razie nic z nich konkretnego nie wynika. Oskarżenie aktualnie przesłuchuje świadków, którzy mają zaświadczyć, że – w pewnym uproszczeniu – Chodorkowski i Lebiediew ukradli spore partie ropy naftowej spółkom-córkom Jukosu. Na pierwszy rzut oka – absurd. Tak właśnie twierdzą oskarżeni i ich obrońcy.

Może jakieś wyjaśnienie podpowie kalendarz. Koniec orzeczonej w pierwszym procesie kary – osiem lat pozbawienia wolności – wypada na rok 2011. A w 2012 roku mają się odbyć wybory prezydenckie. Panowie Miedwiediew i Putin już zdążyli wprawdzie powiedzieć wszem wobec, że sami zamierzają wybrać, który z nich będzie prezydentem po 2012 roku i to będzie stanowiło główny sens i treść „operacji 2012”. Ale pan Chodorkowski wydaje się nie przejmować tymi zapowiedziami. Trwa przy twierdzeniu, że jest niewinny, a proces(y) uszyto mu z przyczyn politycznych. W więzieniu czyta gazety, sam pisze rozprawy i artykuły. Pod koniec października zamieścił w tygodniku „The New Times” merytoryczny komentarz do tekstu prezydenta Miedwiediewa „Rosjo, naprzód”, będący zbiorem tez wystąpienia głowy państwa przed połączonymi izbami parlamentu na temat stanu państwa i perspektyw rozwoju (lub zwoju, jak chcą złośliwi). Chodorkowski nie ukrywa, że ma ambicje polityczne. Jego hipotetyczne zaistnienie na scenie politycznej oznaczałoby wymiecenie obecnego układu rządzącego. Nic nie wskazuje na to, że Chodorkowski dałby się omamić koryfeuszom tandemokracji i wpisałby się w ich system jako koncesjonowana opozycja. Zachowuje się pryncypialnie. A to oznacza konflikt wedle wzoru „albo my, albo wy”. Chodorkowski jest więc dla pewnej części politycznych graczy jakąś nadzieją na odmianę, faktyczne unowocześnienie Rosji, symbolem oporu przeciwko żarłocznej władzy uzurpatorów.

We wspomnianym komentarzu na łamach „The New Times” Chodorkowski napisał między innymi: „Trzeba wybierać, czy być ukochanym wodzem i nauczycielem w zacofanym kraju czy krytykowanym i podlegającym wymianie liderem nowoczesnego społeczeństwa”. Ale chyba sam nie wierzy w to, że obecnie rządzący byliby w stanie dobrowolnie poddać się przynajmniej niesterowanym, wolnym wyborom. Racją bytu „grupy trzymającej władzę” jest między innymi owa osławiona sterowalność – w tym pełna kontrola nad czymś, co sami nazywają wyborami.

Jako inspirację swego pierwszego od czterdziestu lat utworu symfonicznego Arvo Part wskazał modlitwę do Anioła Stróża. „Part zwrócił uwagę nie na polityczną stronę sprawy Chodorkowskiego – pisze w komentarzu Ludmiła Aleksiejewa – ale na jej aspekt moralny, że on nie zmył się ze swoimi miliardami za granicę jak inni oligarchowie, a wiedząc, co go czeka, został w Rosji”.