Pomarańczowa alternatywa w Twitterze

Zamiłowanie prezydenta Miedwiediewa do nowych internetowych zabawek znane jest wszystkim. Ostatnio podczas wizyty w Ameryce rosyjski prezydent z płonącymi z zadowolenia oczami oglądał tamtejsze nowinki i na oczach całego świata założył sobie konto Twitter.

Rosyjska społeczność internetowa w podskokach podchwyciła motyw z prezydenckim Twitterem i bawi się, tworząc „jajeczne” niby-prezydenckie Twittery i blogi, przekręcając „prezydent” na „perzydent”, a „Kremlin” (oficjalny adres prezydenckiego gadżetu) na „Kermlin”. Zamieszczane są tam krótkie wypowiedzi parodiujące styl Miedwiediewa.

Ostatnio internetowa brać wzięła się też za panią prezydentową, a właściwie perzydentową. W sieci mikroblogów Twitter pojawiła się w tym tygodniu parodia blogu żony prezydenta – informuje Newsru.com. Pierwszy wpis na Twitterze „żony prezydenta” pojawił się 19 lipca: „Jeżdżę volkswagenem golfem, 1999 rok produkcji. Co prawda, to już nim nie jeżdżę od dawna. Może oddam Iluszce [synowi]. Albo sprzedam Angeli Merkel”. Jeszcze bardziej sarkastycznie brzmi wpis komentujący niebywałe upały, jakie nawiedziły Moskwę w ostatnich tygodniach: „Żona prezydenta powinna żyć w interesie narodu. Nie może nam być chłodno, kiedy narodowi jest gorąco. Wyłączę klimę w gabinecie męża i w pokoju Iluszki, ucieszą się, jak wrócą wieczorem – ich dzień był poświęcony narodowi”. Albo po wizycie Miedwiediewa w Finlandii, kiedy zostało podane do publicznej wiadomości, że oboje prezydenci byli w saunie, perzydentowa pisze: „Nie wiem dlaczego media nie publikują żadnych informacji o saunie”.

I tak dalej w tym duchu.

Istniejące przed uruchomieniem prezydenckiego Twittera fałszywe quasi-prezydenckie byty zostały starannie usunięte z portali społecznościowych. Następne wyrosły jednak szybko i nadrobiły zaległości. Na razie Twitter „żony perzydenta” zebrał zaledwie dwieście osób (Miedwiediew w swoim Twitterze ma ponad 50 tysięcy „przyjaciół”), ale to dopiero początki.

Spokojnie, to tylko dywersja

Wczorajszy atak i zamach bombowy na Baksańską Elektrownię Wodną w kaukaskiej republice należącej do Federacji Rosyjskiej – Kabardyno-Bałkarii – nie został uznany za akt terroru, a jedynie za dywersję. Jako organizatora napadu i podłożenia ładunków wybuchowych w elektrowni rosyjskie służby specjalne wskazują przywódcę miejscowego dżamaatu – Kazbeka Taszyjewa. Wiele wskazuje na to, że działał on na polecenie Dokki Umarowa, kaukaskiego terrorysty numer jeden. Kilka miesięcy temu Umarow odgrażał się, że zaatakuje Rosjan w czułe miejsca. W zeszłym roku przyznawał się chełpliwie, że awaria na Sajano-Szuszeńskiej Elektrowni Wodnej to jego dzieło, choć po ekspertyzach komisja badająca awarię wykluczyła zamach terrorystyczny jako przyczynę katastrofy.

Kaukaskie podziemie islamskie uderzyło w bardzo czuły punkt – strategiczny obiekt, który powinien być strzeżony jak źrenica oka. Jak twierdzą eksperci, tylko cudem nie doszło do wielkiej tragedii.

Terroryści czy, jak wolą rosyjskie służby specjalne, dywersanci dostali się do hydroelektrowni nocą, zabili ochraniających obiekt milicjantów, a następnie ze znawstwem podłożyli materiały wybuchowe. Bojownicy kaukascy regularnie dokonują napadów – agresję kierują głównie pod adresem milicji i innych struktur siłowych, ale mają na koncie także kilka zamachów na pociągi, gazociągi czy podpalenia sklepów handlujących alkoholem. Ale zaatakowanie ważnego obiektu strategicznego to już inna kategoria. Atak został przeprowadzony profesjonalnie.

Według rosyjskich publicystów, specjalizujących się w tematyce związanej ze służbami specjalnymi, Iriny Borogan i Andrieja Sołdatowa, „atak na elektrownię to zaniedbanie, którego żadną miarą wybaczyć służbom specjalnym nie można. Rosyjscy siłowicy nie potrafią zapobiegać atakom terrorystów-samobójców, działają niezbornie podczas akcji zatrzymania bojowników, przegrywają wojnę propagandową o sympatie ludności muzułmańskiej. Ale ochrona obiektów specjalnego znaczenia – to akurat służby powinny umieć. I kiedyś to doskonale robiły”.

Zwraca uwagę to, że terroryści odeszli od taktyki punktowych uderzeń na posterunki milicji czy linie kolejowe, a zaznaczyli swoją obecność na wielkim obiekcie, mającym ogromne znaczenie dla całego regionu. Według zgodnej oceny rosyjskiej prasy, to nowy etap terrorystycznej wojny przeciwko Rosji. Istnieją obawy, że terroryści mogą zrealizować swoje pogróżki i zaatakować elektrownie jądrowe czy wielkie tamy. Czy zapowiedziane wzmocnienie ochrony wystarczy?

Kaukaz Północny od wielu lat jest przyczyną bólu głowy dla rosyjskich władz. Biedny region, ogarnięty fermentem – wpierw niepodległościowym, teraz islamskim, przeżarty korupcją. Moskwa nie miała i nie ma skutecznego planu leczenia kaukaskich bolączek. Czeczenizacja Czeczenii i oddanie tam pełni władzy w ręce Ramzana Kadyrowa tylko z pozoru uspokoiły sytuację i zażegnały konflikt. Niestabilność stopniowo rozlewa się po całym regionie. Jeszcze do niedawna w Kabardyno-Bałkarii było względnie spokojnie (na tle niespokojnej Inguszetii, Czeczenii czy Dagestanu, gdzie ciągle dochodzi o strzelanin, zabójstw, zamachów, porwań ludzi). Pomysłem na uspokojenie sytuacji miało być menedżerskie podejście nowo powołanego szefa federalnego okręgu kaukaskiego Aleksandra Chłoponina. Pełnomocnik prezydenta i jednocześnie wicepremier szparko zabrał się do pracy i jakiś czas temu przedstawił władzom zwierzchnim plan przekształcenia regionu w kwitnącą strefę turystyczną. Prezydent obejrzał makiety planowanych obiektów, z aprobatą pokiwał głową. Bardzo piękny obiekt, niech tu sobie stoi w zieleni. Minęło jeszcze zbyt mało czasu, aby zawyrokować, jaki skutek odniosą utopijne projekty Chłoponina. Eksperci wzruszają ramionami – czy w ten sposób można załatwić choć jeden problem regionu? I zadają pytanie kluczowe: czy władze zdążą zrobić cokolwiek sensownego do 2014 roku, kiedy mają się odbyć w Soczi zimowe igrzyska olimpijskie, czy poradzą sobie przynajmniej ze zbrojnym podziemiem, które na pewno będzie sobie ostrzyć zęby na obiekty olimpijskie, które znajdują się po sąsiedzku. To przecież też obiekty strategiczne.

Najpierw żniwa, potem wybory

Kolejna warstwa przekładańca w informacyjnej wojnie Mińska i Moskwy – emisja drugiej części thrillera politycznego „Chrzestny Bat’ka” w rosyjskiej telewizji NTW – każe się zastanowić nad politycznymi konsekwencjami tych zabaw medialnych wewnątrz Państwa Związkowego.

W filmie „Chrzestny Bat’ka-2” przypomniano pokrótce grzechy Alaksandra Łukaszenki z pierwszego okresu jego bezkresnych rządów, przedstawione już w pierwszej części (wypowiedzi sławiące Hitlera, niewyjaśnione do dziś zaginięcia biznesmenów, polityków, dziennikarzy) i dodano nowe wątki: m.in. życie rodzinne, dziecię z nieprawego łoża, niesłowność (po wojnie Rosji z Gruzją Łukaszenka zachwycał się, jak to pięknie Rosja załatwiła sprawę Abchazji i Osetii, a potem zaczął się targować – uznać ich niepodległość czy nie uznać i za jaką cenę), dotacje z rosyjskiego skarbca na rzecz podupadającej, zacofanej gospodarki białoruskiej, niewdzięczność. Przypomniano też obalonego i wygnanego z kraju w kwietniu br. prezydenta Kirgizji Kurmanbeka Bakijewa, któremu Łukaszenka udzielił schronienia. W filmie znalazła się i historia jakichś zakulisowych targów Łukaszenki z USA za pośrednictwem przebywającego na emigracji niegdyś wszechwładnego rosyjskiego oligarchy Borysa Bieriezowskiego. Białoruska widownia, na co dzień oglądająca NTW bez przeszkód, nie obejrzała ani pierwszej, ani drugiej części filmu (prezydent Łukaszenka czuwa, by Białorusini nie przeżywali szoku, oglądając telewizję sojuszniczego kraju, pokazującą wstydliwe bebechy reżimu). W weekend białoruskie opozycyjne strony internetowe były niedostępne. Ale film można obejrzeć na Youtube.

Warto jednak podkreślić, że choć poszczególne sekwencje filmu podano w sosie odkrywczej sensacji, są one dobrze znane od lat. I w kraju, i za granicą. Ciekawy jest natomiast moment. Rosyjskie kanały telewizyjne (nie tylko NTW tym filmem, ale szerzej – rosyjskie media o największym zasięgu rażenia) podjęły próbę skompromitowania Łukaszenki – szefa państwa pozostającego przecież w najściślejszym sojuszu z Rosją. W jakim celu?

Od czasu do czasu agencje informacyjne dostarczają wiadomości z frontu kolejnej potyczki Łukaszenki z resztą świata, a w szczególności ze wschodnim sąsiadem. Boksowanie się z Moskalami jest jednym ze stałych fragmentów gry Łukaszenki o polityczny byt – a to „Bat’ka” walczy o mleko w proszku, a to o cenę gazu, a to o pieniądze za jego tranzyt, a to – jak ostatnio – o unię celną; Moskwa przykręca kurek, nie wpuszcza białoruskich towarów, naciska w sprawie przejęcia kolejnych fajnych zakładów przemysłowych na Białorusi, obiecanych jej już kilka razy w uprzednich odsłonach przez Łukaszenkę. Najpierw są potężne wyładowania atmosferyczne, potem następuje chwilowa idylla w związku, a potem znowu burza.

Ostatnia wojenka przybiera kształt sandwicza: raz przykłada Moskwa, raz przykłada Łukaszenka. Moskwa wymusza podpisanie kodeksu celnego nowej unii celnej, Łukaszenka głośno wyraża niezadowolenie – NTW emituje część pierwszą swego filmu – Łukaszenka spotyka się z Saakaszwilim, w białoruskiej telewizji ukazuje się wywiad z gruzińskim prezydentem (pisałam o tym w poprzednim poście) – NTW emituje część drugą filmu. Czy serial „Ząb za ząb” będzie miał kontynuację? Niektórzy moskiewscy komentatorzy podpowiadają, że teraz Łukaszenka powinien odpowiedzieć pięknym za nadobne i podobny film nakręcić o swoich partnerach na Kremlu i ich ciemnych sprawkach. Łukaszenka na razie zachowuje spokój: Białoruś nie będzie „odpowiadać brudem na brud”, z tym że jak przyjdzie co do czego, to i on otworzy Rosjanom oczy. Zdaniem Bat’ki, „kompromat” zamówili jego rosyjscy koledzy. Skarżył się na niezrozumienie z ich strony. „Najwidoczniej mamy inne podejście, inne zasady. Oni są bardzo bogaci, supermiliarderzy. O czym mam z nimi rozmawiać? Jestem dla nich obcy…”.

Czy jednak na tyle obcy, by Kreml chciał wysadzić go z siodła? Eksploatowanie w filmie wątku obalonego prezydenta Bakijewa mogłoby sugerować taki obrót spraw. Czy Moskwa ma jednak alternatywę dla Łukaszenki? Nie widzę, nie słyszę. Niektórzy z komentatorów zauważają, że przed zbliżającymi się wyborami prezydenckimi na Białorusi Rosja może poprzeć innego kandydata (np. mało znanego Andrieja Sannikowa), choć wydaje się to dziś wątpliwe. Białoruska opozycja zaktywizowała się ostatnio, po emisji filmów zażądała wkroczenia prokuratora i wyjaśnienia m.in. tajemniczych zaginięć sprzed lat. Czy skutecznie?

Bardzo możliwe, że poza samą przyjemnością gry Moskwie chodzi o przyciśnięcie Łukaszenki i wymuszenie na nim kolejnych ustępstw. Siedzenie na podpiłowywanej stale gałęzi nie jest wygodną pozycją przetargową nawet dla tak zaprawionego w bojach gracza jak Łukaszenka. Z drugiej strony wyemitowanie materiałów kompromitujących Łukaszenkę stawia i sam Kreml w dwuznacznej sytuacji – no bo skoro tak nagrzeszył, to czy można podawać mu rękę (Saakaszwili np. należy według logiki Kremla do kategorii polityków, któremu władcy Rosji ręki nie podają)?

Łukaszenka w czasie ostatniej gospodarskiej wizyty w obwodzie homelskim powiedział, że na razie o wyborach nie myśli: „Najpierw żniwa, potem wybory”. I dodał jeszcze głosem mocnym, że Białoruś musi dążyć do dywersyfikacji dostaw nośników energii, gdyż jest to fundamentem niepodległości Białorusi: „Jeśli teraz padniemy na kolana, całe życie będą nas trącać. Dlatego nie mogę sobie pozwolić na to, aby przed nimi klęczeć i walić czołem o mur Kremla”. Nie ma się też co oglądać na Unię Europejską z jej Partnerstwem Wschodnim. Trzeba liczyć tylko na własne siły.

A gdzie w tym wszystkim Państwo Związkowe?

Wymiana uprzejmości, czyli telewizja bez granic

Białoruska telewizja nadała wczoraj w godzinach wieczornych wywiad z prezydentem Gruzji Micheilem Saakaszwilim. Ostatnio prezydenci Białorusi i Gruzji spotkali się osobiście – na Krymie na urodzinowych uroczystościach u Wiktora Janukowycza, który szumnie fetował sześćdziesięciolecie. Zaproszenie dla Saakaszwilego było najwidoczniej pokłosiem tej krymskiej rozmowy.

W licznych zapowiedziach, nawołujących do oglądania hitu tygodnia reżimowego mińskiego tv, Saakaszwilego tytułowano „wódz gruzińskiej rewolucji”. Saakaszwili pochwalił zrównoważoną politykę Mińska wobec kwestii niepodległości Abchazji i Osetii (Białoruś nie uznała niepodległości tych dwóch gruzińskich prowincji, mimo ewidentnego oczekiwania i nacisków ze strony Moskwy) i wobec rosyjskiego embarga na gruzińskie wina i wodę mineralną. Wyraził natomiast zdziwienie co do kursu rosyjskiej polityki: „Trudno zrozumieć, czego oni chcieli, dlatego że zawsze wychodziliśmy im naprzeciw. Cały czas, kiedy tylko ustępowaliśmy, oni zaraz chcieli więcej. Myślę, że ta sytuacja jest znana wszystkim innym sąsiadom Rosji” – stwierdził Saakaszwili. Dodał, że szanuje i ceni naród rosyjski. To ostatnie stwierdzenie jest lustrzanym odbiciem ciągłych zapewnień rosyjskich władz, że kochają naród gruziński, który jest wielki i mądry. Stałym patentem Moskwy jest jeszcze „nadbudowa” nad tym rytualnym stwierdzeniem: naród jest fajny, ale obecnym władzom ręki nie podamy. Na razie w Moskwie kilkakrotnie ściskano zaś ręce przedstawicielom opozycji, którzy mają to do siebie, że bardzo nie lubią Saakaszwilego, a wzięci razem do kupy cieszą się poparciem kilku procent ludności. Reszta ludności głosuje na Saakaszwilego. Jest jakaś sprzeczność logiczna pomiędzy wyrazami sympatii pod adresem narodu i nienawiści pod adresem prezydenta, którego ten naród wybrał. Ale wróćmy do zaskakującego wywiadu.

Przeciwko wyemitowaniu wypowiedzi gruzińskiego prezydenta w białoruskiej telewizji zaprotestował przewodniczący rosyjskiej Dumy Państwowej Borys Gryzłow (autor genialnego bon motu „Parlament to nie jest miejsce do dyskusji”, a obecnie promotor projektu „Czysta woda” hochsztaplera quasi-profesora Petrika, co polega na wyciągnięciu gigantycznej kasy z budżetu na rzekomo oczyszczające wodę filtry). Gryzłow wyraził zdumienie, że białoruska telewizja zaprosiła Gruzina do studia: „Ci, którzy dają Saakaszwilemu możliwość poczucia się prezydentem, podejmują decyzje, które nie mogą poprawić stosunków z Rosją”. Proszę docenić sformułowanie „ci, którzy dają Saakaszwilemu możliwość poczucia się prezydentem”.

Zaproszenie Saakaszwilego do białoruskiej telewizji to kolejny akord w wojnie informacyjnej Moskwy i Mińska. Ponad dwa tygodnie temu, kiedy Łukaszenka wykonywał swoje stałe męczące ćwiczenia, by jakoś wymigać się i nie podpisać dokumentów o unii celnej z Rosją i Kazachstanem i fikał koziołki, próbując wymóc na Gazpromie spłatę zadłużenia za tranzyt, rosyjska telewizja wyemitowała film „Ojciec chrzestny” (a właściwie „Chrzestny Bat’ka”), poświęcony dawnym grzechom Łukaszenki (wyciągnięto m.in. starannie zamiecione pod dywan sprawy tajemniczych zaginięć dziennikarzy i działaczy opozycji sprzed ponad dziesięciu lat).  Filmu białoruska widownia telewizyjna nie miała sposobności obejrzeć, gdyż miłujący swobodę mediów prezydent obłożył go cenzurą. Film hula teraz po Mińsku w licznych kopiach na DVD, przekazywanych z rąk do rąk.

Na dzisiejszy gorący wieczór rosyjska telewizja NTW zapowiedziała drugą część „Bat’ki”.

Cicha sztuka

Praca dyplomatów nie powinna ograniczać się do banalnej pogoni za dostarczanymi do centrali informacjami. Potrzebny jest nowy impuls, przełamanie stereotypów, nowa jakość, kreatywność, większa elastyczność przy podejmowaniu decyzji. Dyplomaci mają w swojej pracy więcej analizować , umiejętnie prognozować rozwój wypadków; jednocześnie należy zachować dotychczasową fundamentalną zasadę dyplomacji rosyjskiej: pragmatyzm – do takich zmian namawiał prezydent Dmitrij Miedwiediew zgromadzonych na zlocie w Moskwie ambasadorów Federacji Rosyjskiej we wszystkich krajach świata. Takie zjazdy odbywają się raz na dwa lata. Prezydent w programowym wystąpieniu wyznacza kierunki pracy rosyjskiej dyplomacji na najbliższy czas. Tym razem – poza wołaniem o przebudzenie i unowocześnienie metod pracy – mowa była o kontynuacji zbliżenia z Zachodem, przy zachowaniu priorytetu na rozwijanie kontaktów z partnerami z WNP. „Musimy pracować otwarcie, zrezygnować z konfrontacji. Dyplomacja to cicha sztuka, ale jednak sztuka” – stwierdził Miedwiediew. Metoda niekonfrontacyjna zdała, jego zdaniem, egzamin w pokonaniu „trudnej historycznej spuścizny w stosunkach z Polską”. Prezydent zwrócił uwagę na konieczność stworzenia modernizacyjnych aliansów z partnerami zagranicznymi, przede wszystkim z USA, Niemcami, Francją, Włochami i z Unią Europejską w całości. Miedwiediew z nadzieją nawiązał do swojej niedawnej wizyty w Stanach: „współpraca w sferze innowacji może stanowić dobre podstawy dla naszej współpracy w innych dziedzinach, nie możemy poprzestać na rozmowach o ograniczeniu zbrojeń strategicznych i poszczególnych konfliktach lokalnych”.

Polityka resetu w stosunkach ze Stanami Zjednoczonymi najwyraźniej podoba się Miedwiediewowi, dla jej kontynuowania Moskwa jest w stanie łyknąć kilka gorzkich pigułek (Waszyngton zresztą również). Rosyjska dyplomacja musiała w ostatnich dniach szybko poszukiwać polubownych rozwiązań w skandalu szpiegowskim, aby nie narazić na szwank kursu na pieriezagruzkę, nie zaprzepaścić dotychczasowych zdobyczy. Widowiskowe wspólne jedzenie niezdrowych hamburgerów przez prezydentów obu krajów daje zbyt wątłe podstawy, by mówić o budowie zaufania. To, że tylu rosyjskich nielegałów ujawniono w USA, jest niewątpliwie rysą na glamourze resetu (nielegałów wysyła się do krajów, uważanych za przeciwnika; w czasie pokoju nie otrzymują oni na ogół do wykonania szczególnych zadań, ważną rolę mieliby natomiast odgrywać w czasie wojny, gdy „pokojowe” kanały komunikacji zatykają się). Szybkie znalezienie rozwiązania i wymiana agentów świadczą o chęci zażegnania nieprzyjemnej sytuacji w imię utrwalenia pozytywnych trendów. Ale wróćmy na stricte dyplomatyczne podwórko.

Dyplomaci rosyjscy mają więc od dziś zabiegać o polepszenie atmosfery w stosunkach z zachodnimi partnerami, aby ci nabrali przekonania, że Rosjanie są sympatyczni i warto podzielić się z nimi technologiami i doświadczeniem. Jest w tym ewidentna gra pozorów – ale cóż, taka jest uroda dyplomacji. Rosyjski prezydent próbuje zapewnić zachodnich przywódców, że Rosja naprawdę nie ma złych zamiarów, nie uważa Zachodu (szczególnie USA) za wroga. A nowe technologie potrzebne jej są wyłącznie po to, aby robić dobre lody i pluszowe misie. Z drugiej strony w oficjalnych doktrynach bezpieczeństwa, polityki zagranicznej, obrony FR w sposób jawny i zawoalowany właśnie Zachód (USA, NATO) wskazywany jest jako pp (potencjalny przeciwnik). Władimir Putin, będąc prezydentem, szydził z dżentelmenów w korkowych kapeluszach, którzy tylko patrzą, jak narzucić Rosji kolonialne jarzmo. Słowa Miedwiediewa podważają tamte sformułowania.

W odniesieniu do NATO w przemówieniu Miedwiediewa padły pewne oczekiwania. „Chcielibyśmy, aby Sojusz zakończył fazę transformacji i stał się nowoczesną organizacją w dziedzinie zapewnienia bezpieczeństwa. Bylibyśmy gotowi uczestniczyć w równoprawnej współpracy z innymi graczami, włączając tych, którzy pracują na kontynencie europejskim, oczywiście, przy bezwarunkowym poszanowaniu norm prawa międzynarodowego, przede wszystkim statutu NZ”. NATO ma patrzeć do przodu, a nie do tyłu. A najlepiej, żeby wyjęło wreszcie sztuczną szczękę, przestało udawać, że potrafi gryźć, że jest sprawnym sojuszem wojskowym, pilnującym swoich interesów i zaprosiło Rosję do zgodnego rozmontowania wszystkiego, na czym Sojusz się trzyma. I jeszcze żeby zrobić prezydentowi Rosji dużą przyjemność Europa i Stany powinny zawrzeć nowy układ o bezpieczeństwie w Europie, ubezwłasnowolniający wszystkich uczestników w kleszczach Moskwy. Ale z drugiej strony Miedwiediew nie grzmiał, że NATO nie może rozszerzać się na wschód, a tarcza antyrakietowa zagraża bezpieczeństwu Rosji. Więcej uwagi poświęcił zagrożeniu płynącemu z Iranu.

Ambasadorowie wysłuchali zaleceń prezydenta i teraz powinni to przełożyć na język konkretów. Czy przełożą? Kiedy? W jaki sposób? Machina biurokratyczna jest dość oporna i pasywna, a dyplomaci lubią wiedzieć, czy te nowe prądy to na chwilę czy na dłużej. Poza tym – pan Miedwiediew na różnych forach wypowiedział już wiele bardzo miłych słów. Tylko czy mają one moc sprawczą? „Linii w polityce zagranicznej nie da się zmienić z dnia na dzień” – zaznaczył były wiceminister spraw zagranicznych Rosji Fiodor Szełow-Kowiediajew. Dodał jednak, że bez zbliżenia z Zachodem nie uda się zrealizować zadań modernizacyjnych, postawionych przez prezydenta. Natomiast lider rosyjskich komunistów, Giennadij Ziuganow nazwał „doktrynę Miedwiediewa” świadectwem niedopuszczalnego kapitulanctwa Rosji wobec Zachodu. „Te ustępstwa będą zgubą dla Rosji” – podkreślił.

Tyle wiemy z otwartej, jawnej części posiedzenia ambasadorów. A odbyła się jeszcze część niejawna. Zapewne była – zgodnie z tradycją rosyjskiej dyplomacji – pragmatyczna. Tymczasem pragmatyczne amerykańskie służby specjalne zatrzymały dzisiaj kolejnego agenta-nielegała, pracującego w Stanach Zjednoczonych na lewych papierach.