Łada kalina i telewizyjna krucjata

Ostatnie dni sierpnia premier Władimir Putin spędził w niestandardowej podróży – za kierownicą żółtej jak dojrzała cytryna łady kaliny mknął po nowo zbudowanej trasie z Chabarowska do Czity. Chciał osobiście sprawdzić, czy na tym nowym super-odcinku asfalt leży jak należy, a przy okazji zademonstrować, że popiera wytwory upadającej od dwóch lat samochodowej fabryki AWTOWAZ, prowadzonej przez przyjaciela. No i że te wytwory w ogóle jeżdżą. Codziennie rosyjska telewizja pokazywała obszerne reportaże z gospodarskiej wizyty premiera na Dalekim Wschodzie Rosji. Obrazki jak zwykle były wyreżyserowane do najmniejszego szczegółu, PR-owcy premiera poszli na całość. Po pustej szosie jedzie żółciutka łada, premier w luzackim jasnym polo sam nalewa benzyny do baku samochodu, pije kawę w przydrożnym barku w niewymuszonej atmosferze rozmawiając z kierowcami TIR-ów, premier udziela wywiadu dziennikarzowi gazety „Kommiersant”, który przejeżdża z premierem 180 km trasy Chabarowsk-Czita, a następnego dnia wszystkie media żarliwie komentują wypowiedzi premiera.

PR-owska robota na medal. Ale idyllę potiomkinowskiego przejazdu popsuli niestety internauci: zamieścili w Internecie filmik nakręcony przez członków klubu kierowców „Dywersant” z Zabajkala, którzy stali na poboczu drogi, oczekując przejazdu premiera. Film trwa niecałe trzy minuty. Najpierw przed zgromadzonymi na poboczu młodymi ludźmi przejeżdża kolumna fantastycznych aut (BMW i mercedesy różnych odmian i ani jednego samochodu rosyjskiej produkcji), pomiędzy czarnymi dostojnymi samochodami z obstawą i personelem obsługującym podróż premiera pomyka niepozorna żółta łada. Zgromadzeni wiwatują. Przed nimi przejeżdża długa, oj, długa kolumna samochodów: obstawa, dziennikarze, ambulans, wszystko jak trzeba zgodnie z wymogami bezpieczeństwa dla premiera. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że wśród samochodów jedzie… jeszcze jedna łada koloru dojrzałej cytryny. Zgromadzeni wybuchają śmiechem, krzyczą jeden przez drugiego „Zapasowa, kurczę, zobaczcie…” itd. Kiedy kolumna z zapasową ładą przejeżdża, a zgromadzeni na poboczu wielbiciele dżipów, ciągle trzęsąc się od śmiechu, już mają się rozchodzić, na szosie pojawia się kolejna kolumna: autobus, kilka wypasionych mercedesów, eleganckie zagraniczne furgonetki i… kolejna żółta łada, tym razem na lawecie. Chłopcy z „Dywersanta” wpadają w szał radości. „Jeszcze jedna zapasowa, ale chyba wiozą ją na lawecie, bo się popsuła, nie wytrzymała podróży, zajeździł ją na śmierć…”.

Filmik zamieszczony na You Tube obejrzało dotąd kilkadziesiąt tysięcy użytkowników Internetu. Wśród nich byli i dziennikarze białoruskiej telewizji ONT. We wczorajszym wydaniu wieczornych wiadomości znalazł się materiał nakręcony przez członków klubu „Dywersant”, opatrzony zjadliwym acz dowcipnym komentarzem. „Akcja reklamowa rosyjskiego przemysłu samochodowego, budowniczych dróg i samego premiera prawie się udała. Ale autorzy operacji „Amur” najwidoczniej zapomnieli, że nie żyją w czasach Potiomkina i jego wiosek, a w epoce cyfrowych technologii i Internetu. […] Cztery dni pracy kremlowskich speców od PR z budżetem równym budżetowi telewizyjnego filmu zdały się psu na budę”, bo nikt nie uwierzy, że samochody z AWTOWAZ-u mogą jeździć, skoro zmontowana specjalnie dla Putina łada nie mogła o własnych siłach przejechać 350 km.

Skąd w purytańskiej, zdyscyplinowanej białoruskiej telewizji taki wybuch ironii pod adresem premiera państwa, z którym Białoruś pozostaje w jednym Państwie Związkowym? To zapewne kolejny akt ciągnącej się od paru tygodni rosyjsko-białoruskiej wojny informacyjnej. Reportaż z białoruskiej telewizji wykorzystujący filmik o kulisach przejazdu Putina nowo zbudowaną trasą to odpowiedź na kolejny film kompromitujący Łukaszenkę „Chrzestny bat’ka”, jaki w ostatnich dniach wyemitowała rosyjska telewizja NTW.

Białoruski lider śmiało sobie poczyna w tej info-wojnie z Rosją. Po incydencie z obrzuceniem rosyjskiej ambasady w Mińsku koktajlami Mołotowa stwierdził, że to dzieło rosyjskich służb specjalnych. „Jeden atak, drugi atak, trzeci atak w mediach, bezprecedensowy nacisk w gospodarce. Chcieli, by prezydent zgiął kark, ale efekt jest odwrotny. Trzeba poszukać innych metod” – poradził jowialnie kolegom z Moskwy.

Oprócz medialnych kąśliwości Łukaszence ma w wojowaniu z Rosją pomóc także program dywersyfikacji dostaw nośników energii, do realizacji którego Mińsk rzucił się teraz z siłą wodospadu. Łukaszenka chce zostać ponownie wybrany na prezydenta Białorusi. Po raz pierwszy w atmosferze niechęci, jeśli nie wrogości ze strony Moskwy. Większość prognoz politologicznych stwierdza, że nawet ten chłód wiejący od Kremla nie przeszkodzi mu jednak w utrzymaniu się na stanowisku.

Syn Swaroga uciekł z psychuszki

Aktywista nielegalnego Sojuszu Słowiańskiego, radykalny nacjonalista, siłacz (wzrost 190 cm, waga 140 kg), poganin, uważający się za syna Swaroga, Wiaczesław Dacyk kilka dni temu uciekł z zakładu psychiatrycznego niedaleko Petersburga. Milicja północnej stolicy usilnie i do tej pory niestety bezskutecznie go poszukuje, a koledzy z Sojuszu Słowiańskiego cieszą się z ucieczki i wolności druha.

Strona internetowa lidera Sojuszu Słowiańskiego – nielegalnej ultraprawicowej organizacji „białych Rosjan” – wita odwiedzających listem-apelem do prokuratury generalnej: serwer, na którym zarejestrowano stronę, jest zagraniczny, administrator nie jest obywatelem Federacji Rosyjskiej, a zatem wszelkie treści zamieszczane na stronie nie podlegają rosyjskiej jurysdykcji. A treści mogą podnieść włos na głowie. Jest tam cała „klasyka gatunku” – hasło „Rosja dla Rosjan”, dywagacje o wyższości rasy białej nad innymi i Rosjan nad innymi narodami, wezwania do unicestwiania „czarnych” (pod tym pojęciem rosyjscy ultranacjonaliści rozumieją przede wszystkim ludzi z Kaukazu), o przeciwstawieniu „religii Holocaustu” chrześcijaństwu i tak dalej w tym duchu.

Dacyk wielokrotnie zapewniał, że podpisuje się pod ideologią Sojuszu Słowiańskiego. W wywiadach mówił też o tym, że wraz z towarzyszami ze związku urządzał rajdy za granicę, gdzie unicestwiał ludzi o odmiennym kolorze skóry. Ile w tym prawdy – wie chyba tylko sam Dacyk, który stworzył wokół siebie odjechaną mitologię. Koledzy uwielbiają go nie tylko za niezwykłe opowieści o niezwykłych dokonaniach, ale i za nieziemską siłę. Dacyk bierze udział w tzw. walkach bez reguł, używa pseudonimu Rudy Tarzan i twierdzi, że jest mistrzem świata w wadze ciężkiej (federacja boksu jednak nic o tym nie wie, dopuszcza, że Tarzan mógł brać udział w nieoficjalnych turniejach). Specjalnością Dacyka – poza radosnym mordobiciem – jest okradanie sklepów z telefonami komórkowymi (jak twierdził w wypowiedziach dla prasy, o wyborze obiektu napadu decydowała przynależność rasowa właściciela – jeśli nie był Rosjaninem, tym gorzej dla niego). Za te miłe wyskoki Dacyk trafił w 2007 roku za kratki. Wielbiciele talentu Rudego Tarzana rozmieszczali wtedy w Internecie pieśni wysławiające jego heroizm, a także zapisy wideo jego przesłuchań, w których twierdził on, że „Jezus Chrystus to agent Mosadu” etc. W legendarnym petersburskim więzieniu Kresty Dacyk był autorytetem, bez przerwy okładał się z innymi więźniami, przeważnie „nie-Słowianami”, a że siłę ma piekielną, przeto szybko zyskał sławę i posłuch. Niektóre bójki były tak bujne, że do rozdzielania okładających się stron lub uspokajania Dacyka, który w szale demolował cele, wzywano specnaz. Szalejący w więzieniu Tarzan trafił wreszcie na badania psychiatryczne. Chwalił się potem kolegom, że podczas obserwacji wyrwał kaloryfer, rozwalił umywalkę, rozpirzył parapet, za co lekarze uznali go za niepoczytalnego; zdiagnozowano schizofrenię. Najpierw przebywał w więziennym szpitalu, potem trafił do zwykłego zakładu psychiatrycznego bez specjalnej ochrony i nadzoru. Z psychuszki Dacyk wysyłał sms-y z pogróżkami do osób, które mu „podpadły”, m.in. do lekarki, która badała go w Krestach, obiecywał „obciąć jej głowę i zagrać nią w piłkę”. Pobyt w psychuszce Dacyk wykorzystał bardzo przytomnie – utrzymywał kontakty z kumplami z Sojuszu Słowiańskiego przez portale społecznościowe w Internecie, swobodnie posługiwał się telefonem komórkowym. Kiedy został przeniesiony z Petersburga do prowincjonalnej placówki, urządzał tam imprezy dla kolegów, robił szaszłyki, jakieś pokazy rzutów nożami. Personel placówki – niemal wyłącznie kobiecy – nie śmiał poczynić mu uwag.

Powróćmy jeszcze do organizacyjnej opoki Rudego Tarzana – Sojuszu Słowiańskiego. Hasło „Sojusz Słowiański” można znaleźć w rosyjskojęzycznej Wikipedii. W podstawowych informacjach nt. organizacji figuruje m.in. liczba członków: 50 tysięcy (według danych gazety „Kommiersant” – 5,5 tysiąca bojowników, zorganizowanych w 64 grupy regionalne). Można tam też przeczytać, że w czerwcu tego roku lider Sojuszu Dmitrij Diomuszkin oficjalnie ogłosił o samorozwiązaniu związku po orzeczeniu Sądu Najwyższego podtrzymującym zakaz działalności organizacji i uznaniu jej za ekstremistyczną. Tymczasem aktywność wokół sprawy Dacyka wskazuje na to, że zrzeszeni w Sojuszu Słowiańskim „biali rdzennie rosyjscy” degeneraci nie zamierzają składać broni. Strona internetowa Diomuszkina działa bez przeszkód i codziennie aktualizuje wiadomości na interesujące członków związku tematy (m.in. o ucieczce herosa Dacyka).

Pukając do bram nieba

Koncert grupy U2, który odbył się w Moskwie 25 sierpnia, był wydarzeniem. Nie tylko dlatego, że mógł się podobać pod względem artystycznym. Dodatkowych smaków i smaczków dodała polityka.

W przeddzień występów w Moskwie lider U2 Bono pojechał do Soczi porozmawiać z prezydentem Dmitrijem Miedwiediewem. Bono prowadzi szeroko zakrojoną działalność charytatywną, wspiera przeróżne fundacje zwalczające narkomanię czy występujące w obronie zagrożonych gatunków zwierząt. Dzięki temu stoją przed nim otworem gabinety wysokich notabli na całym świecie. Bo kto odmówi rozmowy o szlachetnym celu ze szlachetnym i na dodatek popularnym artystą? Miedwiediew nie odmówił. Panowie porozmawiali o profilaktyce AIDS i o innych dobroczynnych misjach. Miedwiediew stwierdził, że muzycy nie powinni zajmować się działalnością społeczną. „Kiedy ludzie zaczynają zbyt intensywnie zajmować się działalnością społeczną, muzyka się kończy”. Od razu zastrzegł, że absolutnie nie ma na myśli samego Bono, któremu harmonijnie udaje się łączyć dobroczynność i koncertowanie. Kogo w takim razie miał na myśli?

Podczas koncertu na moskiewskich Łużnikach Bono wykonał w duecie z rosyjskim piosenkarzem Jurijem Szewczukiem hit Boba Dylana „Knockin’ on Heaven’s Door”. Wbrew przestrogom prezydenta Miedwiediewa Bono dostrzegł jednak społeczny potencjał Jurija Szewczuka i zaprosił go na scenę. Szewczuk zaśpiewał zwrotkę po rosyjsku i refreny wspólnie z Bono po angielsku.

W maju Szewczuk podczas spotkania premiera z przedstawicielami inteligencji twórczej zadał Putinowi kilka niewygodnych pytań, m.in. dlaczego w Rosji nie ma wolności słowa i zgromadzeń (pisałam o tym spotkaniu dwukrotnie na blogu w czerwcowych postach). Od tamtej pory nawet jego adwersarze z uwagą przysłuchują się temu, co mówi i śpiewa Szewczuk, który zyskał sławę pierwszego piewcy rosyjskiej opozycji. A zasłużony rockman udziela się na niwie opozycyjnej z chęcią. Kilka dni temu miał się odbyć na placu Puszkina w Moskwie koncert w obronie lasu w Chimkach pod Moskwą (sprawa tego lasu wymaga oddzielnego szerszego potraktowania – to arcyciekawy casus: grupa ekologów wystąpiła z protestem przeciwko wyrębowi pięknego lasu pod trasę szybkiego ruchu, trasa miała przebiegać inaczej, nie przez las, ale miejscowi urzędnicy na polecenie Putina zdecydowali o innym przebiegu trasy – przez las i zaczęli ów las rąbać, akcja protestu obrońców nielegalnie rąbanego lasu stała się w Rosji głośna, dziś prezydent Miedwiediew polecił, by zaprzestać wyrębu; do tematu lasu w Chimkach warto jeszcze szerzej wrócić). Na niedzielny koncert pod Puszkina przyszło kilka tysięcy ludzi. Mieli śpiewać na koncercie różni wykonawcy, ale nie zezwolono na zainstalowanie aparatury nagłaśniającej (powołując się na to, że miał się odbyć wiec, a nie koncert), przeto większość nie wystąpiła. Nie zraził się natomiast Jurij Szewczuk, który zamiast do mikrofonu śpiewał przez megafon.

Na „obrzeżach” koncertu U2 na Łużnikach doszło do skandalu. Jak zwykle gorliwa, jeśli chodzi o ganianie opozycji, milicja, zatrzymała wolontariuszy Amnesty International i zamknęła stoiska rosyjskiego Greenpeace pod zarzutem nielegalnego rozdawania ulotek.

Wygląda na to, że Szewczuk jeszcze sobie nie raz i nie dwa zedrze gardło na koncertach wspierających opozycję. Choć – jak mówią krytycy muzyczni – dziś nie można mówić o sile rocka i jego doniosłym społecznym wymiarze. W latach 80. rosyjski rock góry przenosił – pieśni nieżyjącego już od wielu lat Wiktora Coja (np. „Czekamy na zmiany”) podnosiły w ludziach społeczną i polityczną adrenalinę. Dziś w epoce szybkiego obiegu informacji ta forma cokolwiek się przeżyła.

Trzysta karaluchów mniej

Dalszy ciąg epopei Wiktora Buta, handlarza śmiercią. Wokół ekstradycji Buta powstały dziś nagłe turbulencje. Już miał zostać wydany w ręce amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, już przyleciał po niego specjalny samolot, a ochraniająca super-więźnia gwardia kilkakrotnie ustawiała się w szyku wokół więzienia, szykując się, by eskortować go na lotnisko, gdy oto dziś nadeszła kolejna wiadomość: władze Tajlandii nie zamierzają na razie wydać Buta. Dlaczego? Podobno nadeszły nowe dane o jego nielegalnej działalności i sąd w Bangkoku ma ponownie orzekać o winie Buta, tym razem rozpatrywane mają być oskarżenia strony amerykańskiej o pranie przezeń brudnych pieniędzy, złamanie sankcji ONZ i oszustwa.

Oliwy do ognia dolała jeszcze tajlandzka telewizja, która w krótkim acz wyrazistym, zrealizowanym w formie zbliżonej do klipu, reportażu oznajmiła, że amerykańskie służby specjalne mają dowody na współudział Wiktora Buta w zorganizowaniu zamachów terrorystycznych 11 września 2001 roku w Nowym Jorku. Ani strona amerykańska, ani tajska nie potwierdziły rewelacji przedstawionych w miejscowej telewizji. Widać jedynie to, że jest coraz więcej dymu, a sprawa gmatwa się coraz bardziej.

Za kulisami historii z Wiktorem Butem muszą się toczyć intensywne targi, skoro już przypieczętowany decyzją sądu jego los – natychmiastowa ekstradycja do Stanów Zjednoczonych – został ponownie zweryfikowany. But pozostaje nadal w przyjemnym więzieniu w Bangkoku. Jedyna zmiana ma polegać – wedle słów jego żony – na przeniesieniu go do innej celi, nieco lepszej, „jest w niej może o trzysta karaluchów mniej” – powiedziała pani Ałła But, aktywnie uczestnicząca w zabiegach o uwolnienie męża ze zdradzieckiej niewoli.

Wiktor But wpadł, gdy dobijał targu z południowoamerykańskimi partyzantami na dostawy nowoczesnych rosyjskich ppzr Igła – zestawów rakietowych do zwalczania nisko lecących samolotów, a – jak twierdzi BBC – miał też obiecać, że w każdej chwili może dostarczyć 700-800 rakiet ziemia-powietrze. Zdaniem komentatorów, taka transakcja nie mogła się odbyć bez „klepnięcia” rosyjskiej góry. Jak wysokiego szczebla? Niektórzy wskazują na bardzo wysokie umocowanie takiego „klepnięcia” – nawet na szczeblu wicepremiera (cytowany przez BBC amerykański think tank Stratfor twierdzi, że Wiktor But w Mozambiku służył z człowiekiem o nazwisku Igor Sieczin – ale czy to wystarczająca poszlaka? Zdaniem autora książki o Bucie Duglasa Faraha, But nie mógłby działać w Kongu, Liberii i wielu innych krajach bez współpracy z władzami). Zapewne sprawa sprzedaży ppzr południowoamerykańskim odbiorcom nie wyszłaby na jaw, gdyby partyzanci FARC, zamawiający strzelający towar u Buta byli prawdziwi. Ale w rolę wąsatych partizanos z FARC wcielili się tajnos agentos amerykańskich służb specjalnych. Zastawili pułapkę, w którą But wpadł w 2008 roku w Bangkoku.

Ciekawe wydaje się też – sugerowane przez obserwatorów – powiązanie obecnej sprawy Buta z dwiema niewyjaśnionymi głośnymi na cały świat dostawami dziwną drogą przez dziwne struktury: aferą z tajemniczą misją statku Arctic Sea i zatrzymaniem (zresztą także w Bangkoku) samolotu Ił-26 z 35 tonami broni i amunicji na pokładzie. To tylko spekulacje prasowe, wejrzenie w sedno sprawy być może będzie miał sąd. O ile Wiktor But w ogóle zostanie przed nim postawiony. Rosyjsko-amerykański mecz o duszę Buta trwa w najlepsze, wygląda na to, iż But stał się poniekąd zakładnikiem pieriezagruzki. Niewykluczone, że jego sprawa będzie się ciągnąć tak długo, że uwikłany w ciemne sprawy wielkiej polityki handlarz śmiercią zdąży zawrzeć bliską znajomość ze wszystkimi karaluchami w tajlandzkim więzieniu.

Handlarz śmiercią i afgańska czara ognia

Nieoczekiwanie tajlandzki sąd zdecydował 20 sierpnia o ekstradycji do USA Rosjanina Wiktora Buta, znanego jako „handlarz śmiercią”. But został dwa lata temu zatrzymany w Bangkoku, był ścigany za nielegalne dostarczanie broni dla karteli narkotykowych i partyzantki w Ameryce Południowej. Według amerykańskiego prawa to przestępstwo zagrożone karą dożywocia. But twierdzi, że jest niewinny jak niemowlę, a sąd w Bangkoku działał pod naciskiem Waszyngtonu.

Ambasador Tajlandii w Moskwie został wczoraj wezwany w trybie nagłym do rosyjskiego MSZ, gdzie wyrażono „niezadowolenie i rozczarowanie” władz rosyjskich. Minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow zapowiedział, że Rosja będzie zabiegać o możliwość powrotu Buta do kraju. Jego zdaniem, decyzja sądu w Tajlandii ma wymiar polityczny – „sąd podjął decyzję pod bardzo silnym naciskiem z zewnątrz”.

Trudno się z panem ministrem Ławrowem nie zgodzić – sprawa Buta rzeczywiście ma od samego początku wymiar polityczny. Oraz wiele tajemniczych zakamarków. Tajne przez poufne – i od strony rosyjskiej, i od strony amerykańskiej. W ciągu dwóch i pół roku, jakie But spędził w areszcie w Tajlandii, jego sprawa periodycznie wypływała w mediach w związku z kolejnymi konwulsjami –  trwały zawiłe procedury prawne, obrona zabiegała o zwolnienie klienta, a kiedy sąd podejmował decyzję o pozostawieniu Buta w areszcie, obrona ponownie występowała z apelacją i tak w kółko aż do wczoraj, kiedy zapadła decyzja o ekstradycji. Za każdym razem przypominano w mediach bujne życie Wiktora Anatoljewicza. Jego nazwisko pojawiło się w ONZ-owskim raporcie nt. nielegalnego handlu bronią z 2000 roku. Według tego źródła, But (ekspilot lotnictwa wojskowego ZSRR) stał na czele dobrze zorganizowanego i prosperującego „koncernu” dostarczającego do Sierra Leone, Angoli, Konga broń z demobilu po Układzie Warszawskim, a potem także „świeżej” produkcji głównie z Bułgarii, Ukrainy i Mołdawii (oficjalnie But zarządzał przedsiębiorstwem transportu lotniczego). „Walutą” rozliczeniową były najczęściej diamenty, wydobywane w afrykańskich kopalniach znajdujących się pod kontrolą rebeliantów, których But zaopatrywał w granatniki, działa, systemy obrony przeciwlotniczej i in. But miał siedem paszportów i mnóstwo znajomości „gdzie trzeba”. Jego zajmujący żywot człowieka niepoczciwego stał się kanwą hollywoodzkiego filmu „Handlarz śmiercią”, w rolę Buta wcielił się Nicolas Cage.

Warto odnotować ciekawy głos z Waszyngtonu. „Jeśli But pójdzie na współpracę z amerykańskim wymiarem sprawiedliwości, to może okazać się bardzo pożyteczny w prowadzeniu amerykańskiej operacji w Afganistanie” – sugeruje „Washington Post”, powołując się na wysokiego urzędnika z administracji poprzednich prezydentów, Clintona i Busha juniora.  Według tego źródła, Amerykanie zainteresowali się Butem, gdy zauważyli jego powiązania z talibami w 1990 roku. Jego znakomite kontakty, znajomość terenu, ludzi – to wszystko może się teraz Amerykanom przydać. Gazeta wskazuje ponadto, że strona amerykańska chce uniknąć ujawnienia swoich powiązań z Butem. „W ciągu ostatnich kilku lat po wkroczeniu do Iraku – pisze „Washington Post” – logistyczne firmy Buta były wykorzystywane przez Pentagon do dostarczania zaopatrzenia do Iraku i Afganistanu. W 2004 r. prezydent Bush zadekretował, że współpraca z Butem jest bezprawna, jednakże Pentagon przedłużył kontrakty do 2006 roku”.

To spekulacje prasowe, „Washington Post” czasem publikuje prowokacyjne informacje, które intrygują i wprowadzają zamieszanie. Czy tak jest tym razem?

Jeśli chodzi o afgański ślad w działalności Buta, to bodaj najbardziej znanym epizodem, który wyszedł na jaw i trafił na czołówki gazet, była afera z samolotem zatrzymanym w Kandaharze. W 1995 roku samolot należący do tatarskiej firmy Aerostan miał dostarczyć zafrachtowane przez Buta 30 ton ładunku do Kabulu. Były to, jak się miało wkrótce okazać, kałachy dla rządu Rabbaniego, który walczył z Talibanem. Samolot został zmuszony do lądowania w opanowanym przez talibów Kandaharze. Przez rok trwały rozmowy o uwolnieniu Bogu ducha winnej załogi samolotu. Jak pisze miesięcznik „Sowierszenno Siekrietno”, w czasie tego roku Wiktor But z przyjaciela Ahmed Szah Masuda stał się głównym dostawcą mułły Omara, jednego z liderów Talibanu. Załoga , jak podano, uciekła z Kandaharu do siedziby firmy Buta w Szardży (sam But twierdził potem, że żadnej ucieczki nie było, załoga została uwolniona, w rozmowach o uwolnieniu załogi miał Butowi pomagać nieżyjący już dziś wiceminister spraw zagranicznych Rosji Wiktor Posuwaluk). W zeszłym roku na ekrany rosyjskich kin wszedł ojczysty „supierbojewik” Andrieja Kawuna o tej rzekomej brawurowej ucieczce pod tytułem „Kandahar” w gwiazdorskiej obsadzie. Film nieudany, z agitatorską tezą, tworzącą mit.  

Ale to tylko tak na marginesie. A co do samego Buta i jego sytuacji, to w mediach pojawiły się sugestie, że to strona rosyjska obawia się śledztwa i procesu w Ameryce, aby nie wyszły przy okazji jakieś ciemne interesy, które za Moskwę prowadził z szemranymi reżimami Wiktor But. Teraz główne pytanie brzmi, czy But pójdzie na współpracę z Amerykanami. Zdaniem eksperta ds. wojskowych Pawła Felgengauera, But nie ma w obecnej sytuacji innego wyjścia.