Krab na galerach

Pod koniec drugiej kadencji prezydenckiej Władimir Putin wypowiedział zdanie, które potem wielokrotnie cytowano: „Harowałem jak niewolnik [kak rab] na galerach”. Naród ten aforyzm przeinaczył po swojemu: zamiast „kak rab”, zaczęto z ironią wymawiać „kak krab”.

Motyw kraba na galerach wykorzystał pisarz i publicysta Dmitrij Bykow w szybkim poemacie politycznym poświęconym wywiadowi Natalii Wasiljewej. Bykow zatytułował swój utwór „Poeta i obywatel”, czerpiąc z tradycji zaangażowanej społecznie poezji Niekrasowa. Wiersz z emfazą wyrecytował w internetowej telewizji „Deszcz” znany aktor Michaił Jefriemow. Można to obejrzeć na youtube. 

Natalia Wasiljewa – asystentka sędziego Wiktora Daniłkina, który orzekał w drugim procesie Michaiła Chodorkowskiego – w zeszłotygodniowym wywiadzie dla „Gazety.ru” i wspomnianej już powyżej telewizji „Deszcz” oznajmiła, że jest przeświadczona, iż Daniłkin nie napisał ani sentencji wyroku, ani nie zdecydował o wymiarze kary (zgodnie z przepisami, wyrok może napisać osobiście wyłącznie sędzia prowadzący proces). Według słów Wasiljewej, wyrok został napisany w wyższej instancji – Mosgorsud, czyli w moskiewskim sądzie miejskim, a Daniłkin go tylko na polecenie z góry odczytał. Przez cały czas podczas trwania procesu na sędziego wywierano presję, a sędzia bardzo to przeżywał, bo to uczciwy człowiek, wypił morze kropli nasercowych, gdyż naciski góry były bardzo silne, a on to bardzo źle znosił, był przybity. Tyle wywiad.

Po wypowiedzi Wasiljewej w rosyjskim internecie huczało jak w ulu. Choć z drugiej strony – czy to naprawdę była aż taka sensacja? Wasiljewa powiedziała na głos to, o czym wszyscy od dawna szeptali: że proces Chodorkowskiego był procesem zrealizowanym na zamówienie polityczne. Ale powiedzieć na głos coś, o czym nawet wszyscy wiedzą, ale boją się mówić, to w Rosji akt obywatelskiej odwagi. Bykow w poemacie napisał: „Natasza Wasiljewa uratowała nas od hańby”. Wasiljewa powiedziała, że nie może już dłużej uczestniczyć w systemie, że ją te praktyki zakulisowych nacisków na „najbardziej humanitarny sąd na świecie” mierżą.

Michaił Chodorkowski w dzisiejszym wywiadzie dla tygodnika „Kommiersant Włast’” potwierdził słowa Wasiljewej. Jego zdaniem, Daniłkin nie napisał wyroku sam, a odczytał przygotowany tekst, „podobny do protokołu politycznej rozprawy”. Według Chodorkowskiego, wyrok został napisany przez kilka osób, które nie uczestniczyły w procesie i że to można udowodnić. Dalszy ciąg może być więc bardzo ciekawy, jeśli adwokaci eks-oligarchy pociągną ten wątek.

W wywiadzie dla „Kommiersanta” Chodorkowski stwierdził też, że jeśli w wyborach „wystawi się” Putin, to będzie oznaczać, że próba spokojnego przekazania władzy nie powiodła się. Powrotu Putina na Kreml, zdaniem skazańca, znaczna część społeczeństwa nie zaakceptuje: „nie można ciągle demonstracyjnie cofać się w przeszłość”.

Podobna myśl przewija się w poemacie Bykowa: „wszyscy jesteśmy dziś przygnieceni krabami z ciężkich kremlowskich galer”.

Oświadczenie Wasiljewej stało się natchnieniem poetów, ale nie pociągnęło za sobą na razie żadnych reakcji instancji wskazanych w wywiadzie jako łamiące prawo. Przedstawicielka Mosgorsuda bąknęła wprawdzie, że to wszystko nieprawdziwa nieprawda, że to prowokacja, ale na tym koniec – żadnych kroków prawnych, mających obalić/potwierdzić słowa asystentki sędziego.

Wywiad Wasiljewej okazał się inspiracją nie tylko dla poetów, ale także prozaików. Wadim Zajdman napisał krótki utwór prozą z gatunku political fiction „Nie mogę milczeć” o tym, jak asystentka prasowa prezydenta Miedwiediewa Natalia Timakowa udzieliła nieoczekiwanie wywiadu w radiu, a w nim opowiedziała, jak to jej szef musiał się we wszystkich sprawach konsultować z wyższą instancją, że go te wieczne naciski dużo kosztowały, że przeżywał, był przygnębiony i pił dużo kawy, a ręce mu się trzęsły. Po tym sensacyjnym wywiadzie rzecznik prasowy premiera oznajmił, że to prowokacja, a Timakowa niebawem wszystko odwoła.

Blog hydraulika

13 lutego 2011. Nie tak dawno Francuzi straszyli dzieci widmem polskiego hydraulika, który pożre francuski rynek pracy. Potem okazało się, że polski hydraulik nie jest taki straszny i nawet coś potrafi. Ale to i tak nic w porównaniu z tym, czym wykazał się rosyjski hydraulik – Wiaczesław Sołdatienko jest najsławniejszym rosyjskim blogerem.

Mieszka w Rydze, pisze pod nickiem „pesen net”, książkę „Hydraulik, jego kot, żona i inne drobiazgi” wydał pod pseudonimem Sława Se. Książka momentalnie stała się bestselerem.

Pisze urocze drobiazgi (cząstka tytułu książki nie jest przypadkowa) z życia codziennego, które czyta czterdzieści tysięcy użytkowników dziennie. Są trochę sentymentalne, do bólu szczere i bawią po pachy.

„Trzeźwy Dziadek Mróz – to hańba i brak szacunku dla dzieci. Pojawić się w takim trzeźwym stanie na choince to szczyt nieodpowiedzialności. Rok temu Dziadek Mróz przyszedł jak trzeba pijany w deskę, podarował dzieciom wulkany zabawy i szczęścia. Nadeptywał im na nóżki, opowiadał jakieś koszmarne dowcipasy. Uszczypnął wychowawczynię. Pod okiem śliwa. Malcy bali się go troszkę i jednocześnie kochali bezgranicznie. A w tym roku przyszedł jakiś nakrochmalony sztywniak. No i choinka była do bani. Brodaty robot”.

Albo: „W młodości pracowałem jako muzyk. Byłem wtedy cudownie nieżonaty i nosiłem atrapę obrączki. Wielu muzyków tak robi – dla seksualnego bezpieczeństwa. Nasz basista nie nosił i co wieczór dziewczyny dorywały go nawet w toalecie i zmuszały do tych rzeczy. Najpierw basista się cieszył, ale potem zachorował na jakieś świństwo i rozczarował się co do miłości.

A teraz jestem dorosły, śpię na rozkładanym łóżku, jestem koszmarnie nieżonaty i nie umiem gotować. To znaczy – co znaczy „nie umiem gotować”. W moich garnkach można napotkać żywnościowe emanacje trzech rodzajów: warunkowo jadalne, niejadalne i barszcz. Ale za to moje córeczki są szczupłe. Czasem dla odmiany kupuję w delikatesach sznycle. Można z nich robić okłady na siniaki. Albo wsadzić do lodówki. Lodówka, w której są sznycle, wygląda jakoś tak dostojniej, jak róg obfitości nie przymierzając. Sznycle zmieniają kolor – od poniedziałku do soboty. Młodzieży podoba się ten fenomen”.

Albo: „Lalka spotkała na ulicy przyjaciela Iwana, który szedł z ojcem w niewiadomą siną dal.

– Cześć, Iwan – wrzasnęła Lala tak przyjaźnie, że z pobliskiego drzewa zwaliła się wrona.

– Cześć, Lalka! – krzyknął Iwan, ale jakoś bez wyrazu.

– Tato, to jest Lalka, która cały czas pluje i pokazuje język – przedstawił nas Iwan tatusiowi. Ojciec Iwana popatrzył na nas spode łba, głównie na moje usta, jak gdyby stąd właśnie spodziewał się nieprzyjemności.

– Laleczko, czy naprawdę plujesz i pokazujesz język? – spytałem głośno i fałszywie. Czasem lubię przy ludziach sprawiać wrażenie przyzwoitego człowieka. Lalka odpowiedziała mi spojrzeniem, że uważa mnie za tchórza. Prawdziwy przyjaciel na moim miejscu sam pokazałby wrogowi język i jeszcze dla pewności splunąłby w jego stronę.

W ten oto sposób dowiedziałem się, że moja córka dorosła i że jest pełna kobiecej dumy, której potrafi bronić, spluwając obficie.

Przypatrując się dzisiaj rano, jak kot drapie się tylną łapką pod paszką, myślałem o pozostałych kobietach z mojej rodziny. Wszystkie są dumne i ślinę mają zawsze w pogotowiu, i jeszcze zawsze pod ręką mają różne przydatne sprzęty domowe w rodzaju żelazka. I prędzej podrapią się nogą pod paszką, niż pozwolą mężczyźnie zdecydować o czymś ważnym – gdzie postawić szafę, jaką drogą pojechać, czy ta śmietana skwaśniała czy nie, czy już się rozwieść czy jeszcze dać sobie szansę.

Mężczyźni w naszej rodzinie mogą się wykazać tylko w takich drobiazgach jak walka z kryzysem i wybory prezydenta”.

I tak dalej. Wdzięk i dowcip, i dobrze przyswojone lekcje literatury rosyjskiej. Trochę Zoszczenki, trochę Dowłatowa, ale bez dekadencji. Dużo siebie.

W wywiadzie dla tygodnika „Itogi” Wiaczesław Sołdatienko wyznał, że już nie pracuje jako hydraulik: „Nie jestem fanem rękodzieła, na widok zardzewiałych rur łzy nie cisną mi się do oczu, cóż, praca i tyle. Ale kiedy nie masz możliwości, żeby zarabiać na życie w przyjemny sposób rysowaniem czy śpiewaniem, to nieźle jest znaleźć sobie zajęcie, które nie trzepie ci nerwów, chodzi o to, żeby normalnie pracować i nie zrywać się z krzykiem po nocach, jak to czasem bywa z bankierami czy milicjantami. I żeby nie było szkoda rzucić tego w odpowiednim momencie. Teraz jestem blogerem. To znaczy jeśli wziąć pod uwagę kryterium włożonego w to przedsięwzięcie wysiłku i czasu, to najbardziej jestem właśnie blogerem. Jak każdy zajadły użytkownik internetu jestem nałogowcem, oderwać się nie mogę. Teraz już i tak jest lepiej, wcześniej to nawet na spacer nie mogłem spokojnie wyjść, pół godziny na dworze wydawało mi się egzekucją, grzybobranie – bezsensownym ciężkim przeżyciem. Byłem pochłonięty tylko internetem i moim blogiem – wszystko inne było nieważne. Jakie tam grzyby, jaki spacer – skoro można pisać. Wszystko, co odrywa od pisania, drażni, denerwuje. Wiem, jestem fanatykiem. Nie ma dla mnie nadziei”.

Pierwszy bez Romana

Pierwyj, czyli Pierwszy Kanał rosyjskiej telewizji ma największy zasięg i największą oglądalność w kraju. Stacja nadaje najpopularniejszy dziennik – „Wriemia”, który podaje codziennie doskonale przeżutą papkę na temat dokonań najwyższych władz partyjnych i państwowych, cieszące się wzięciem plastikowe seriale, na ogół kiepskie programy  rozrywkowe i uczesaną publicystykę. W stacji (nie tylko tej) obowiązuje czarna lista z nazwiskami osób wysoce niepożądanych w studiu i na ekranie (czy muszę dodawać, że to osoby, które nie lubią władzy, zresztą z wzajemnością). O tym, kto może zostać dopuszczony przed czujne oko kamery, decyduje dyrekcja w porozumieniu… No, to kuluary, a więc nie wiadomo, w porozumieniu z kim. W gorących czasem dyskusjach w programach publicystycznych dozwolony jest pluralizm poglądów: może wystąpić deputowany z frakcji komunistycznej, wypowiedzieć się poseł z partii Sprawiedliwaja Rossija, a podważyć jego argumenty przedstawiciel związków zawodowych. Do debaty Wałęsa-Miodowicz jeszcze jednak daleko.

Osobą nadzorującą Pierwyj Kanał był od lat Roman Abramowicz, zwany sakiewką Kremla, od lat okupujący czołowe pozycje na listach bogaczy, znany jako właściciel klubu Chelsea Londyn i najdłuższego jachtu. Osoba zaufana Władimira Putina. Władimir Putin wierzy w hipnotyczną moc ekranu telewizora, jest entuzjastą tego medium i najwyraźniej jest przekonany (nie bez racji, jak widać), że kto ma dostęp do telewizji, ten ma władzę. Czyli w rosyjskich warunkach – kto redaguje „Wriemia”, ten ma władzę. Pan premier ma dostęp. Czy redaguje „Wriemia”? Na pewno jest głównym aktorem tych miłych dla oka PR-owskich spektakli. Państwo ma 51 procent akcji Pierwszego. Państwo płąci, państwo wymaga. Niedawno premier przechodził koło siedziby Pierwszego z tragarzami i zajrzał na chwilę na zebranko redakcyjne. „Chciałem złożyć życzenia Konstantinowi Lwowiczowi [Ernstowi – dyrektor stacji] z okazji urodzin” – uzasadnił nagłe gospodarskie pojawienie się w telewizji. Wprawdzie nie był to dokładnie dzień urodzin Ernsta, ale przecież nie będziemy czepiać się szczegółów: takie dobre życzenia na pewno zachowały pierwszą świeżość do właściwego dnia. Nie od dziś wiadomo, że pańskie oko konia tuczy, a takiego telewizyjnego konia trzeba tuczyć, zwłaszcza przed sezonem wyborczym, nawet jeśli to wybory tylko fasadowe.

W tym tygodniu podano do wiadomości, że Roman Abramowicz odstąpił swoje udziały w Pierwszym (kupione swego czasu za bezcen od Borysa Bieriezowskiego, który popadł wtedy w niełaskę) Jurijowi Kowalczukowi. 25 procent za jedyne 150 mln dolarów (zdaniem speców od rynku mediów – to jak za darmo). Jurij Kowalczuk, główny udziałowiec banku Rossija i właściciel dwóch stacji telewizyjnych, kilku gazet i portali internetowych, jest opisywany przez media jako bliski przyjaciel Władimira Putina. Bliższy niż Abramowicz? Tej bliskości zmierzyć niepodobna. Zresztą, za próbę określenia stopnia bliskości przyjaźni z premierem można trafić nawet przed oblicze sądu (co ostatnio przećwiczyli autorzy raportu „Putin. Itogi” Borys Niemcow i Władimir Miłow, którzy w tym opracowaniu określili właściciela firmy Gunvor Giennadija Timczenkę mianem „przyjaciela Putina”, a pan Timczenko pozwał Niemcowa do sądu i kazał się przepraszać za takie określenia, aprzede wszystkim za sugestię, że gigantyczny majątek Timczenki spuchł dzięki tej bliskiej przyjaźni; ale to temat na inną opowieść). Wróćmy do smacznego pakietu akcji telewizji. Może jednak Abramowicz – człowiek jeszcze Jelcynowskiej familii – nie jest tak bliski jak Jurij Kowalczuk? Jak napisał Witalij Portnikow: „On [Putin] nie jest przeciwko familii, ale jeszcze nie wie, czy klan weteranów go poprze [w 2012 – roku wyborczym]. I nie chce ryzykować, musi trzymać palec na pilocie. Właśnie dlatego czyni faktycznym właścicielem kanału człowieka, któremu może zaufać i którego biznes jest związany przede wszystkim z przyszłą rolą Putina w państwie. Czy to oznacza, że Pierwszy się zmieni? Oczywiście, że nie – nikt nie jest zainteresowany takimi zmianami, władze chcą, żeby wszystko zostało po staremu […] Po co zmieniać, skoro wszystko jest znakomicie. Abramowicz odstąpił Pierwszy nie dlatego, że władza chce zmian, a dlatego, że władza nie chce żadnych niespodzianek”.

Nieznani sprawcy

Film „Chodorkowski” miał być zaprezentowany na berlińskim festiwalu filmowym. Premierę wyznaczono na 14 lutego. W nocy z 3 na 4 lutego nieznani sprawcy dokonali włamania do studia filmowego Lala Films w Berlinie, w którym trwały prace nad filmem, wyłamali pięcioro drzwi, zabrali kilka komputerów z montażowni. Na dysku jednego z nich zapisana była finalna wersja 100-minutowego filmu Cyrila Tuschi o byłym właścicielu koncernu naftowego Jukos, szykowana na Berlinale. Reżyser, który pracował nad filmem przez kilka lat, ogłosił, że zdoła zrekonstruować film: „Będziemy pracować ze wszystkich sił, ale pokażemy film na festiwalu. Nie mam pojęcia, kto to mógł zrobić. Studio wygląda jak po wybuchu bomby”. W jednym z wywiadów Tuschi powiedział, że trzy tygodnie temu skradziono mu w hotelu komputer, na którego dysku znajdowała się niedokończona wersja filmu.

Film przedstawia sylwetkę najsłynniejszego więźnia putinowskiej Rosji od pierwszych kroków stawianych przezeń w Komsomole do dziś. „Opowiadam się za uwolnieniem Chodorkowskiego. Chciałem pokazać siłę i sprzeczności tego człowieka. W czasie pracy nad filmem kilkakrotnie zmieniałem opinię o Chodorkowskim.  Obecnie występuję w jego obronie, ale to nie znaczy, że uważam go za pozytywnego bohatera. Albo negatywnego. Pracując nad filmem, starałem się wniknąć w całą złożoność – deklaruje Tuschi. – To szekspirowska tragedia. Dramat osobowości, człowieka ze skromnej radzieckiej rodziny, który stał się najbogatszym człowiekiem w Rosji, a następnie trafił do więzienia – szekspirowski zwrot akcji. Dlaczego trafił za kratki? Czy popełnił jakiś błąd? Dlaczego dobrowolnie pozwolił się wsadzić do więzienie? Próbuję postawić te pytania i znaleźć na nie odpowiedź”.

W wywiadzie dla tygodnika „Kommiersant Włast’” Tuschi mówił: „Okazało się, że wszyscy tu grają w jakiegoś super-pokera. Ludzie Chodorkowskiego też. I wiele rzeczy, które naiwnie uważałem za najważniejsze, np. prawa człowieka, to w tej grze tylko instrument, aby osiągnąć cel, niewidoczny cel. Okazuje się, że strona występująca w obronie Chodorkowskiego i strona, oskarżająca go, jakimiś niewidzialnymi nićmi są ze sobą powiązane”. Zdaniem Tuschi, Chodorkowski i Putin są w pewnym sensie podobni, to ich mecz. „Jest co najmniej dziesięć powodów, dlaczego Chodorkowski siedzi w więzieniu. Jeden z nich to archaiczny męski spór. Putin fotografuje się z gołym torsem na koniu, a Chodorkowski swego czasu zajmował się kulturystyką. To podobne typy. Gdyby, załóżmy, Chodorkowski i Putin byli kobietami, to sprawy nie zaszłyby tak daleko”.

Prace nad filmem toczyły się przez pięć lat w Moskwie, Petersburgu, Kałudze, Czicie, w Strasburgu i Berlinie, Nowym Jorku, Tel Awiwie i Londynie. Tuschi napotykał co rusz trudności finansowe. Jedna z niemieckich fundacji np. odmówiła reżyserowi pomocy w finansowaniu przedsięwzięcia, otwarcie argumentując: „boimy się, że ambasada Rosji będzie niezadowolona i będziemy mieli problemy”. Tuschi ze zdziwieniem konstatował, że wiele osób nie chce z nim rozmawiać – i to zarówno ze strony władz, jak i zwolenników Chodorkowskiego. „Mimo trudności, mimo że w filmie nie ma wypowiedzi ważnych dla sprawy osób – pisze „Kommiersant Daily” – reżyserowi udało się stworzyć bardzo przekonujący dokument – ten film nie czyni Chodorkowskiego ani świętym, ani zbrodniarzem, a pokazuje złożony, nieuproszczony portret człowieka, który wpierw żył według zasad, rządzących w danym czasie, a potem postanowił te zasady zmienić”.

Nerw wieku

Wczoraj nie mogłam się oderwać od telewizora. To zdarza mi się nader rzadko, bo za telewizją nie przepadam i oglądam tylko tyle, ile muszę. Ale wczoraj 1 Kanał – pierwszy program rosyjskiej telewizji państwowej prawie cały program – od godziny 11 do 21 – poświęcił Władimirowi Wysockiemu, no i nie mogłam się oderwać. Były filmy z udziałem Wysockiego, wywiady, wspomnienia, Hamlet i oczywiście piosenki. 25 stycznia minęła 73 rocznica urodzin aktora, pieśniarza, poety.

Znakomity reżyser Eldar Riazanow z taktem i wyczuciem w czteroczęściowym programie wspomnieniowym poświęconym Wysockiemu (zrealizowany w 1987 roku, siedem lat po śmierci barda) dyskretnie pokazał dramat, złożoność, niepowtarzalność osobowości artysty. Rozmawiał z matką, macochą, ojcem, żonami, synami, kolegami z teatru. Każde z nich miało piękną opowieść o Wysockim. Riazanow odwiedził miejsca, związane z Wysockim – ulica Pierwsza Mieszczańska, Bolszoj Karietnyj pierieułok (miejsca znane z jego słynnych piosenek), ulica Mała Gruzińska, Taganka, wreszcie cmentarz Wagańkowski.

Wysocki cały składał się z kipieli – kipiało w nim wszystko. Wspominają jego przyjaciele – koledzy z teatru: jakieś „gastroli” (występy gościnne), piąty występ tego dnia; „Wołodia, może przyhamuj, jesteś zmęczony, piąty koncert, daj spokój, może skróć, może w ogóle odpuść, może na pół gwizdka”. Na pół gwizdka? O, nie, nigdy. Piąty koncert? To co? Przecież ta publiczność przyjdzie po prostu na koncert, tym ludziom też się należy normalny występ. I Wołodia „wykłada się” bez reszty, nakręca się jeszcze bardziej niż podczas czterech poprzednich koncertów. Ze sceny trzeba go znosić…

Stanisław Goworuchin, reżyser najbardziej znanego filmu z udziałem Wysockiego „Gdzie jest Czarny Kot” („Miesto wstrieczi izmienit’ nielzia”), opowiadał, że Wysocki nie znosił dubli. Kiedy kręcili jakąś scenę, to Wysocki angażował się bez reszty w pierwszy dubel, a gdy reżyser zarządzał powtórkę, Wysocki grał gorzej, w trzecim dublu – jeszcze gorzej. „Nie, nie interesuje mnie to już, już to zagrałem, ile razy można powtarzać” – niecierpliwił się, nudził czymś, co trzeba powtórzyć. Zawsze był „do przodu”. W jednej ze swoich sztandarowych piosenek pisał o swoich koniach narowistych i wiecznie rwących w oszalałym tempie naprzód.

Rola Hamleta w spektaklu Jurija Lubimowa w Teatrze na Tagance była osią teatralnego życia Wysockiego. Kiedyś dowiedział się podczas jednego z wyjazdów, że pod jego nieobecność w teatrze odbywają się próby z innym aktorem, który miał być ewentualnym zmiennikiem Wysockiego w tej roli. Wysocki obraził się śmiertelnie. „Hamlet to moja rola. To ja”. Hamlet z gitarą, w wyciągniętym czarnym swetrze, zachrypnięty, zagubiony, samotny, niezrozumiany. Ostatni raz Wysocki zagrał Hamleta 18 lipca 1980 roku. Był już wtedy na granicy życia i śmierci, w krótkich przerwach, kiedy schodził ze sceny, lekarz robił mu w kulisie zastrzyk pobudzający.

Marina Vlady, trzecia żona Wysockiego, zrobiła o nim spektakl „Przerwany lot”, dwa lata temu pokazała go w Moskwie. Wzbudził kontrowersje, bo Marina zdecydowała się mówić o sprawach bardzo trudnych, osobistych, między innymi o nałogu, który zabił Wołodię. Jej monolog nie pozwala pomnikowi zbrązowieć. W wywiadzie dla dziennika „Rossijskaja Gazieta” mówiła: „Dla Rosji był nerwem wieku. Był niezwykłym człowiekiem, pobudzał do myślenia, dawał impuls. Był, jak sam pisał, z tych, którzy chodzą po ostrzu brzytwy i ranią do krwi swoje bose dusze. Wysocki niósł ze sobą i samym sobą powiew wolności, zarażał nią otoczenie. Temu zawdzięcza swoje niesamowite powodzenie. […] Wcale nie był próżny ani zarozumiały, woda sodowa nie uderzyła mu do głowy. Był skromny i silny. Był poetą, aktorem, bardem, kompozytorem, miał dar Boży. Był prostolinijny, a jednocześnie potrafił być sprytny. Kiedy zaczynał pić, to było coś strasznego. Wymyślał jakieś niesamowite uniki, sztuczki, żeby tylko dorwać się do tego przeklętego trunku. Ale o tym wszyscy wiedzą. Pisałam o tym i opowiadałam. W książce, w spektaklu niczego nie owijam w bawełnę, nie ukrywam, mówię szczerze. Ale wcale nie było tak, jak piszą niektóre podłe gazetki, które smakują szczegóły tej historii na swój perfidny sposób. […] Wołodia nigdy nie widział swoich wierszy wydanych drukiem. A więc go nie było, nie istniał. Strasznie to przeżywał. Kiedy zdawał sobie sprawę z całej tej sytuacji, wpadał w szał. I musiał się napić, zagłuszyć ból wódką… Mój spektakl traktuje o naszym życiu, a to nasze życie było wspaniałe. I miłość, i sztuka. Na szczęście mogliśmy trochę razem pojeździć po świecie, spotkaliśmy niezwykłych ludzi. Nie możemy jednak zapominać, że ówczesne władze uważały Wołodię za zagrożenie”.

Riazanow w cyklu o bardzie przypomina, że gdy Wysocki zmarł, trwały igrzyska olimpijskie w Moskwie i pożegnania z artystą nie przyjechał utrwalić na taśmie filmowej żaden operator radzieckiej telewizji – wszyscy byli zajęci zawodami olimpijskimi. Zdjęcia, które znamy, to dzieło zagranicznych korespondentów. Pod Teatrem na Tagance, w którym wystawiono trumnę z ciałem Wysockiego, stały tłumy (choć gazety nie informowały o uroczystości). Ludzie, tysiące ludzi, nieprzeliczony tłum stał w milczeniu, zgromadzeni wypełniali dosłownie każdy centymetr sześcienny przestrzeni – stali na chodnikach, trawnikach, jezdni, na balkonach, na dachach okolicznych domów. Te kadry robią niesamowite wrażenie.

Sam Wysocki też robi niesamowite wrażenie – to, co mówi, jak mówi, jak śpiewa. Życie rwie do przodu, jak nienasycone życiem konie Wysockiego, to jego podkręcenie cały czas czuje się i w coraz bardziej przyspieszonym pulsie teraźniejszości. Kiedy ogląda się program Riazanowa o Wysockim z nie tak odległego przecież roku 1987, słucha ludzi, wspominających jeszcze dawniejsze czasy, widać jednak ten wielki dystans, jaki dzieli dziś od tamtego wczoraj. Inny kraj, inni ludzie, inna miara sukcesu, inne oczy. Ale krzyk Wysockiego o powietrze, o miłość, o wolność – to wieczne, to pozostanie.