Zmieszane sztuki walki

Im bardziej nie gwizdali, tym bardziej było słychać gwizdy – tak można by sparafrazować „Alicję w Krainie Czarów”, opisując to, co wczoraj wydarzyło się w sportowym kompleksie Olimpijskij w Moskwie.

Po walce MMA (mieszane sztuki walki) Rosjanina Fiodora Jemieljanienko, ps. Ostatni Car z wytatuowanym jak nieboskie stworzenie Amerykaninem Jeffem Monsonem na ring wszedł „sobstwiennoj piersonoj” Władimir Putin, który z pierwszego rzędu obserwował spotkanie. Publiczność akurat biła brawo co sił w rękach zwycięzcy – Ostatniemu Carowi, który powalił amerykańskiego niedźwiedzia na dechy. Pojawienie się obok Jemieljanienki Putina sala powitała buczeniem. Przy pierwszych słowach przemowy Putina, który gratulował zwycięstwa „prawdziwemu rosyjskiemu herosowi”, rozległy się gwizdy, które wzmagały się z każdym słowem premiera. Gdy premier zakończył wystąpienie i oddał mikrofon Jemieljanience, wybuchła wrzawa, publika klaskała i wznosiła okrzyki ku czci zwycięzcy. Relację ze sportowego wydarzenia prowadziła jedna ze stacji telewizyjnych. Na żywo. Ci, co oglądali, słyszeli gwizdy i buczenie. Natomiast ci, co oglądali potem wiadomości telewizyjne, usłyszeli już tylko neutralny odgłos z trybun. Gwizdy „wygumkowano”. W internecie, który dosłownie urywa się od komentarzy, można obejrzeć obie wersje i porównać.

Od wczoraj trwa w portalach społecznościowych ożywiona wymiana zdań na temat tego, co się właściwie wydarzyło po walce MMA. Rzecznik premiera stwierdził, że okrzyki nie były wymierzone w jego pryncypała. Zwolennicy Putina też gorąco zaprzeczają, jakoby w kompleksie Olimpijskij doszło do wygwizdania naclidera. Jeden z członków Jednej Rosji napisał w blogu, że słyszał okrzyki „Ura”, a nie żadne „U-u-u”. Inny obrońca Putina utrzymuje, że tłum odprowadzał buczeniem pokonanego Monsona, którego znoszono do szatni. Ostatni Car mocno uszkodził mu nogę i amerykański zawodnik nie mógł poruszać się o własnych siłach. Trudno jednak uwierzyć, że pokonanego w uczciwej walce zawodnika publiczność wygwizdała. Aktywistka prokremlowskiej młodzieżówki napisała w blogu, że gwizdy były przyjazne, że publiczność mieszanych sztuk walki zawsze tak wita swoich idoli, natomiast okrzyki „Fu” odnosiły się nie do Putina, a do organizatorów przedsięwzięcia, którzy – zdaniem aktywistki – nie dopuszczali widzów do toalet.

Blogerzy z przeciwnego skrzydła podchwycili „toaletową” wersję w lot. „To dlaczego chwilę później, gdy do głosu doszedł sam zwycięzca, wszystkich odpuściło, a jak Putin przemawiał, to wszyscy koniecznie rwali się do toalety?” – ironizuje jeden z blogerów.

Zachodnia prasa nie miała wątpliwości, że gwizdy były prawdziwe. „Financial Times” uznał, że te gwizdy w Olimpijskim to oznaka niezadowolenia społecznego z ostatniej rotacji na szczytach władzy (premier na prezydenta, prezydent na premiera). „Wielu kibiców, którzy uczęszczają na mecze bokserskie czy zawody sztuk walki, wyznaje poglądy nacjonalistyczne, kiedyś stanowili oni żelazny elektorat Putina, teraz cofają poparcie dla ludzi władzy”. Rankingi władzy rzeczywiście ostatnio spadają, co odnotowało kilka ośrodków badania opinii publicznej. Poparcie dla prezydenta deklaruje 57%, dla premiera – 61%. Wcześniejsze notowania sprzed tygodnia dawały odpowiednio 62 i 66%. Rok temu poparcie dla Putina wynosiło 80%.

22 listopada Władimir Putin ponownie ma pojawić się w kompleksie Olimpijskij. Tym razem nie na ringu, a na akcji antynarkotykowej „Pacany, wam eto nie nado [chłopaki, po co wam to]”.

Z życia zarazków

Moskwa mocno upomniała się o rodaków skazanych na drakońskie kary w Tadżykistanie. Tak mocno, że aż nie wiadomo, co z tego dalej wyjdzie.

Dwóch rosyjskich pilotów pracujących dla firmy obsługującej amerykańską misję w Afganistanie kilka miesięcy temu lądowało, jak twierdzą piloci, przymusowo na południu Tadżykistanu. Zostali zatrzymani i postawieni przez tadżycki wymiar sprawiedliwości w stan oskarżenia za nielegalne przekroczenie granicy i przemyt, a w zeszłym tygodniu skazani na karę 8 lat pozbawienia wolności. Szok. Takie kary za to, że samolot awaryjnie lądował! Faktycznie, „nieadekwat”. Moskwa odpowiedziała z waszecia i z grubej rury. Po Moskwie zaczęto łapać nielegalnie przebywających lub nielegalnie pracujących Tadżyków. Wyłapano kilkuset i zapowiedziano deportacje tych i następnych. O co w tym wszystkim chodzi – nie do końca wiadomo. Prasa spekuluje, że prezydent Tadżykistanu wziął niejako zakładników, których ma zamiar wymienić na krewnego któregoś z członków klanu, który wpadł w Rosji z heroiną i teraz siedzi w rosyjskim więzieniu. A może przedmiotem targu będą sprawy polityczne i gospodarcze: rosyjskie inwestycje, amerykańskie zaangażowanie w regionie, a może warunki pozostania rosyjskiej bazy wojskowej lub powrót rosyjskich wojsk granicznych, które do 2005 roku ochraniały granicę tadżycko-afgańską. A może w ogóle chodzi o jeszcze coś innego, o czym publicznie nie wiadomo.

Publicznie natomiast wiadomo, jaki popis dyplomatycznej elokwencji dał naczelny lekarz sanitarny kraju Giennadij Oniszczenko, znany z wrażliwego politycznego nosa na nieświeże polskie mięso, zjełczałe białoruskie masło czy zatrutą wodę Borżomi i mętne osady w gruzińskich winach. Tym razem przeszedł samego siebie, uzasadniając konieczność wywalenia tadżyckich gastarbeiterów: Tadżycy są chorzy na AIDS i gruźlicę i roznoszą zarazę po Rosji. „A przed procesem rosyjskich lotników Tadżycy nie chorowali na gruźlicę?” – pytał jeden z komentatorów.

W Rosji pracuje około miliona tadżyckich gastarbeiterów – przede wszystkim na budowach i przy brudnych zajęciach miejskich, których nie chcą podjąć się Rosjanie. Ich przekazy pieniężne faktycznie utrzymują Tadżykistan. W ojczyźnie nie ma dla nich pracy. Mieszkają najczęściej w warunkach trudnych do opisania, w pozbawionych wygód piwnicach i barakach, stłoczeni (Oniszczenko nie pochylił się jednakże z troską nad takimi ciężkimi warunkami bytowymi gastarbeiterów).

Sprawa zatrzymanych w Tadżykistanie rosyjskich pilotów jest też stosowana w Rosji „do użytku wewnętrznego”. Idą wybory, potrzebna jest mobilizacja elektoratu, a atak na „obcych” jest dobrze sprzedającym się towarem agitacyjnym w środowiskach karmiących się niechęcią do migrantów. „A jeszcze lepiej przed wyborami urządzić jakąś kolejną zwycięską wojenkę w obronie naszych” – napisał znawca tematyki środkowoazjatyckiej Arkadij Dubnow.

I jeszcze jeden aspekt stosunków tadżycko-rosyjskich. Rosja podejmuje kolejne inicjatywy integracyjne na obszarze WNP. Unia celna Rosji, Kazachstanu i Białorusi ma być rdzeniem przyciągającym pozostałe kraje, Tadżykistan jest wymieniany wśród pożądanych partnerów nowej unii. Skandal z lotnikami i gastarbeiterami jakoś nie wygląda na dobry grunt takiej integracji.

Chiński „antynobel” dla Putina?

Najpierw było nieprzyjemne zamieszanie z niemiecką nagrodą Kwadryga (którą Władimirowi Putinowi przyznano, a potem z przyznania się wycofano pod naciskiem opinii publicznej), a teraz obserwujemy niejednoznaczne zabiegi i przedbiegi z Nagrodą imienia Konfucjusza. Władimir Władimirowicz nie ma najwidoczniej szczęścia do międzynarodowych nagród. Wczoraj światowe agencje podały, że premier został laureatem chińskiego „antynobla”, jak określa się potocznie Nagrodę imienia Konfucjusza, za wkład w utrwalanie pokoju na świecie, w szczególności za konsekwentny sprzeciw wobec bombardowań Libii.

Kiedy we wrześniu podano wiadomość, że Putin został jedną z osób nominowanych do „Konfucjusza”, rzecznik prasowy rosyjskiego premiera nie skomentował tego. Oznajmił, że nie wie, czy nagroda jest prestiżowa i za co się ją przyznaje. Teraz też oficjalne rosyjskie czynniki milczą. Rosyjskie gazety odnotowały rzecz zdawkowymi notkami. Szerzej rozpisała się światowa, szczególnie zachodnia, prasa.

Dziwna ta chińska nagroda. Więcej wokół niej znaków zapytania niż pewników. Została ustanowiona jako chińska odpowiedź na przyznanie w 2010 roku przez Komitet Noblowski nagrody pokojowej chińskiemu dysydentowi Liu Xiaobo. „Konfucjusz” miał być alternatywą wobec Pokojowego Nobla. W ubiegłym roku w trybie pilnym przyznano nagrodę politykowi z Tajwanu Lien Chanowi, który na uroczystość wręczenia naturalnie nie przybył. Niebawem doszło w ChRL na tle przyznawania nagród do rozłamu. Jak pisze japońska prasa, uniwersyteccy profesorowie, którzy ustanowili nagrodę, natychmiast się podzielili na dwie konkurujące ze sobą grupy. Teraz nawzajem oskarżają się o uzurpowanie prawa do przyznawania nagrody. Chińskie ministerstwo kultury oznajmiło, że w tym roku żadna z tych grup nie ma prawa do wręczania nagrody w imieniu ministerstwa (choć nagroda nie ma oficjalnego statusu nagrody rządowej, w zeszłym roku chińskie ministerstwo „oprawiało” ją medialnie). Zdaniem źródeł japońskich, w związku z tym, że nagroda nie ma w ChRL statusu oficjalnego, nie można jej odczytywać jako przyjaznego sygnału pod adresem Putina ze strony Pekinu.

Wiadomość z Chin, chłodno skwitowaną przez rosyjską prasę, podchwyciła blogosfera i zachodnie wydania. Słów krytyki nie szczędzi się ani pod adresem Chin, kraju, który łamie prawa człowieka, a jednocześnie przyznaje nagrody za pokój na świecie, ani pod adresem laureata, któremu przypomina się „przyniesienie pokoju” do Czeczenii. Większość komentarzy utrzymana jest w tonie prześmiewczym („New York Times”: „komitet przyznający nagrodę docenił decyzję Putina o rozpoczęciu w 1999 roku wojny w Czeczenii. Jego żelazna ręka, którą zademonstrował w tej wojnie, zrobiły wielkie wrażenie na Rosjanach”; „Rue89”, Francja: „Wybierając Putina, jury nagrody nagrodziło przyjaciela Chin, który lekceważy zachodnią linię obrony praw człowieka. Biedny Konfucjusz! Uczył, że cnota zawsze przyciąga cnotę, a teraz został podany w takim sosie”). „Wall Street Journal” zauważa natomiast, że wiadomość o nagrodzie dla Putina szybko zniknęła z chińskich portali informacyjnych.

Nie pomyli się zapewne ten, kto założy, że Putin nie pojedzie po wartego 15 tys. dolarów „Konfucjusza”, którego wręczenie zaplanowano na 9 grudnia.

Dwaj przyjaciele z Sibniefti

„Kinul? Co to znaczy kinul?” – dopytywał skonsternowany brytyjski prawnik podczas procesu, jaki Borys Bieriezowski wytoczył Romanowi Abramowiczowi. Proces toczy się przed sądem w Londynie. Przedmiotem sporu jest drobna kwota 5,5 mld dolarów, o jakie Bieriezowski upomina się u Abramowicza. Bieriezowski był jednym z najważniejszych „rozgrywających” epoki Jelcyna, człowiek bliski Familii, deputowany, krezus z wiecznie fantastycznymi pomysłami na pomnażanie dóbr; Abramowicz był w tym czasie jego młodszym partnerem biznesowym. Teraz Bieriezowski jest przyczajonym emigrantem politycznym na gościnnym łonie Albionu, ściganym przez rosyjskie władze za przestępstwa gospodarcze, a Roman Abramowicz – jednym z zaufanych dzisiejszych władców Kremla, właścicielem najdłuższego jachtu i Chelsea, zajmującym wysoką pozycję na liście Forbesa.

A co to znaczy „kinul”? „Kinul” (a w polskiej transkrypcji „kinuł”) to, jak się okazuje, jedno z podstawowych pojęć rosyjskiej gospodarki okresu żarłocznego uwłaszczania po upadku ZSRR, do tej pory zresztą używane z powodzeniem do opisu stosunków biznesowych. Czasownik kinut’ oznacza w potocznym języku tyle, co „nie dotrzymać warunków umowy, nabrać, oszwabić”. Umiejętność we właściwym momencie kinut’ właściwą osobę jest w cenie.

„Abramowicz mienia kinuł” – oznajmił Bieriezowski. To stwierdzenie wszystko wyjaśnia. Ale po kolei.

Bieriezowski przedstawia to tak: w 1995 roku Bieriezowski z Abramowiczem i nieżyjącym już dziś Badrim Patarkacyszwilim założyli firmę naftową Sibnieft’; Abramowicz miał w niej 50% udziałów, Bieriezowski z Patarkacyszwilim – po 25%. Interes kwitł i przynosił krociowe zyski. Problemy zaczęły się, mówi Bieriezowski, kiedy do władzy doszedł Putin. Abramowicz przeszedł na stronę Putina. Bieriezowski – wręcz przeciwnie. Według zeznań Bieriezowskiego, Abramowicz zmusił go do odsprzedania 25% akcji Sibniefti po sztucznie zaniżonej cenie – za jedyne 1,3 mld. Bieriezowski stracił na tej transakcji 5,5 mld, o co się teraz upomina. Skąd to wyliczenie? Bo po czterech latach Abramowicz, cieszący się życzliwym patronatem Putina, odsprzedał państwu (tak, państwu) Sibnieft’ za 13,7 mld. „Abramowicz mienia kinuł”. Proste.

Kolejnymi słowami z języka rosyjskiego biznesu, których nauczyła się brytyjska publiczność, słuchając zeznań Bieriezowskiego i Abramowicza przed londyńskim sądem, to „krysha” i „zamoczit’”. Krysha/krysza to dosłownie dach, pokrycie, a w praktyce przestępczo-biznesowej to protektorat kogoś z góry lub z organów. Zamoczit’ znaczy pozbyć się przeciwnika poprzez twarde działania, których repertuar zależy od możliwości tego, który „moczy”.

Brytyjski sąd rozgryza jeszcze jedną immanentną cechę rosyjskiego biznesu lat 90. i nie tylko 90.: wszystkie umowy zawierane były ustnie. Partnerskie porozumienie pomiędzy Abramowiczem, Bieriezowskim i Patarkacyszwilim o założeniu Sibniefti nie zostało podpisane, wszystkie ustalenia były „na gębę”.

Zeznania obu panów są źródłem unikatowej wiedzy o kulisach rosyjskiej polityki i jej styku z biznesem („Nowaja Gazieta”, komentująca proces, zatytułowała swój materiał: „Bieriezowski + Abramowicz = rosyjski Assange”). Potwierdzają, że najważniejsze decyzje w państwie zapadały w wąskim gronie zaufanych osób. Albo że nagle pojawiała się nie wiadomo skąd jakaś osoba, która zaczynała rozdawać karty, zarabiać krocie. Bieriezowski skupia się w zeznaniach na uwypukleniu różnic pomiędzy czasami Jelcyna (kiedy Bieriezowski był w łasce) i czasami Putina (kiedy Bieriezowski wypadł z łaski): za Jelcyna korupcja była, owszem, ale nie więcej niż 3-4 punkty, podczas gdy za Putina osiągnęła 10 w dziesięciostopniowej skali. „Za Jelcyna niepodobna było wyobrazić sobie, że władze mogą skonfiskować czyjąś własność” – dorzucił.

Wymieniane podczas zeznań w londyńskim sądzie osoby ze świata polityki nie komentują tego, co wylewa się na powierzchnię. Biznes uważa natomiast ujawnianie praktyk biznesowych za zdradę. „Można ich zrozumieć, pisze „Nowaja”, teraz cały świat wie, co stoi za rosyjską częścią listy Forbesa. Taki przykład: spotkali się Borys i Roma na lotnisku Le Bourget, usiedli i ustalili, do kogo będzie należało od teraz miasto z milionową ludnością, a żeby gubernator nie bruździł, postanowili, że postawią swojego i że to będzie kosztować tyle a tyle”.

„To, o czym opowiada Abramowicz, to nie tylko fakty, to jeszcze cały system poglądów i pojęć, której zeznający nie potrafi ukryć, choćby z tego powodu, że innego systemu po prostu nie zna – komentuje Witalij Portnikow w internetowych „Graniach”. – Od biedy może wyjaśnić, dlaczego jest samowładnym właścicielem wszystkiego na świecie, […] ale nie wyjaśnia, skąd ma pieniądze i takie możliwości. Dlatego że to wyjaśnienie będzie się wiązało z przyznaniem, że w Rosji żadnego państwa ani żadnego biznesu nigdy nie było. Była tylko drapieżna korporacja, która przejęła kontrolę nad zasobami, rozstawiła swoich ludzi na odpowiednich miejscach, ogłosiła kasjerów władzy oligarchami, kapitanami i wzorcami sukcesu. Jeśli od tej reguły zdarzały się nieoczekiwane wyjątki, włączana była prokuratura, która momentalnie kapitana i wzorzec sukcesu zmieniała w pensjonariusza kolonii karnej. W rosyjskim biznesie przeżywa nie ten, kto silniejszy, a ten, kto jest bardziej potrzebny władzy, ten, który nie zapomina o swoim miejscu na statku. Kajuta jest luksusowa, statek – zapisany na ciebie, ale jeśli każą ci oddać połowę, to oddaj. Dlatego że to nie twoja połowa. W rezultacie powstała symbioza kasjerów i urzędników, władających państwowymi firmami. Jeśli komuś się wydaje, że wraz z usunięciem z tej symbiozy Putina, Miedwiediewa czy Abramowicza sytuacja w Rosji się zmieni, to go czeka rozczarowanie” – podsumowuje Portnikow.

Warto jeszcze kilka słów poświęcić szczegółom ujawnionym podczas procesu. Ale to może następnym razem.

Święto bez jedności

Treść daty 4 listopada – święta państwowego obchodzonego w rocznicę wygnania polskich interwentów z Kremla jako Dzień Jedności Narodowej – ewoluuje z każdym rokiem. Państwowy patronat nad świętem został przesłonięty przez marsze nacjonalistów pod hasłami „Rosja dla Rosjan”, „Koniec z utrzymywaniem Kaukazu”, „Bij Chacza, ratuj Rosję”. Nacjonaliści już dawno sprywatyzowali to święto. Tegoroczną nowością był udział w marszach części środowisk liberalnych pod hasłem „Precz z partią oszustów i złodziei”, jak nazywa się nieoficjalnie, acz coraz powszechniej partię Jedna Rosja (Jedinaja Rossija). Autor określenia „partia oszustów i złodziei”, znany bloger i łowca skorumpowanych urzędników Aleksiej Nawalny, który nie kryje swojej fascynacji nacjonalizmem, stanął na czele jednej z kolumn „russkiego marszu” w Moskwie. „Popełnił polityczne harakiri” – oceniło wielu blogerów.

„Russkie marsze” odbyły się w większych miastach Rosji, ale nie zgromadziły deklarowanych przez organizatorów tłumów. W Lublino (moskiewskie blokowisko) zebrało się od 7 (ocena sił porządkowych) do 25 tysięcy (ocena organizatorów) uczestników. Marsz miał sankcję władz miasta (choć na demonstrację w centrum Moskwy nie zezwolono, marsz mógł odbyć się – już po raz trzeci z rzędu – w tej peryferyjnej dzielnicy), był ochraniany przez policję, która sprawnie udaremniała zadymy. W marszu szli i pospolici zadymiarze, dresiarze, kibole, i ideowi zwolennicy przywrócenia monarchii, i Kozacy, i prawosławni z chorągwiami.

Nacjonalizm i jego rosnąca rola stał się jednym z medialnych tematów w zeszłym roku, kiedy doszło do demonstracji (a właściwie zadymy) na placu Maneżowym w Moskwie. Iskrą, która wyprowadziła wtedy na moskiewskie ulice tysiące protestujących, było nie tyle zabójstwo kibica moskiewskiego Spartaka przez Dagestańczyka Asłana Czerkiesowa (właśnie zakończył się proces, Czerkiesow dostał wysoki, dwudziestoletni wyrok), ile zachowanie milicji, która zatrzymanego Czerkiesowa wypuściła z aresztu, najprawdopodobniej za łapówkę. Podniosła się fala: koniec panoszenia się „czarnych”, jak pogardliwie nazywa się przybyszów z Kaukazu. Ta fala nie opada do dziś, wzmocniona jeszcze rzuconym niedawno hasłem „Nie będziemy żywić Kaukazu”. Tym hasłom przyklasuje (po cichu i głośno) większość Rosjan – takie stwierdzenie można spotkać w wielu publikacjach prasowych.

4 grudnia odbędzie się głosowanie nazywane wyborami do Dumy Państwowej. Komuniści zgłosili inicjatywę przywrócenia w dowodach tożsamości rubryki „narodowość” (była w sowieckich dowodach, potem została usunięta), niezmienny lider komunistów Giennadij Ziuganow powtarza, że Rosjanie są „pokrzywdzoną mniejszością” w swoim kraju. Liberalno-Demokratyczna Partia Rosji Władimira Żyrinowskiego jak zawsze broni praw Rosjan. W ramach Ogólnorosyjskiego Frontu Narodowego do głosu został dopuszczony odsunięty nieco w cień z krajowej sceny politycznej po poprzednich wyborach wyrazisty polityk Dmitrij Rogozin (przedstawiciel Rosji przy NATO), który w poprzedniej kampanii wsławił się reklamówką wyborczą, wzywającą do „oczyszczenia Moskwy z brudu” (przyjezdnych o innej kulturze) i wieloma wypowiedziami ocierającymi się o ksenofobię. „Rosjan trzeba bronić” – napisał Rogozin kilka dni temu na swoim Facebooku. Ruch, którego Rogozin jest nieformalnym liderem, Ojczyzna (Rodina) – Kongres Wspólnot Rosyjskich, zadeklarował bliską współpracę z Jedną Rosją. „Wystarczy już marznąć na ruskich marszach, najwyższy czas zając gabinety, gdzie decydują się lody kraju” – agitował Rogozin podczas wrześniowego zjazdu, na którym przegłosowano decyzję o wejściu Rodiny do putinowskiego Frontu, dzięki czemu członkowie rogozinowskiego ruchu będą mogli startować z „frontowych” list wyborczych.

W rosyjskich mediach w związku ze świętem przetoczyła się dyskusja, czym jest dziś rosyjski nacjonalizm. Wypowiedziano wiele słów, wylało się wiele emocji. Jeden z komentatorów, socjolog Władimir Mukomiel, zwrócił uwagę na to, że gruntem dla rozwijania się nurtu nacjonalistycznego w rosyjskim społeczeństwie jest nie tylko (czy raczej nie tyle) czynnik etniczny, ale – może nawet przede wszystkim – czynnik społeczny. „Wszystkie problemy, związane z brakiem możliwości wspinania się po drabinie społecznej, zatkane kanały komunikacji społecznej, przekierowywane są na płaszczyznę problemów etnicznych, chociaż ich natura jest inna. Problem polega na tym, że takie ujęcie jest akceptowane przez większość ludzi „na górze”. Władze są zainteresowane są, by przenieść dyskusję na tematy społeczne na płaszczyznę etniczną. Zwyczajnemu zjadaczowi chleba łatwiej jest zobaczyć wroga w „obcym”.

Ciekawe wyniki przynoszą ostatnie sondaże Centrum im. Lewady. 78% pytanych nigdy nie słyszało, że 4 listopada są organizowane „russkie marsze” pod hasłami obrony praw rdzennych Rosjan. Na pytanie „jak oceniasz marsze” odpowiedzi „pozytywnie” udzieliło 22%, „negatywnie” – 32%, a aż 47% nie umiało się określić. W innym sondażu na pytanie o nazwę święta obchodzonego 4 listopada właściwej odpowiedzi udzieliło 41% badanych.