Prochorow – reaktywacja. Gryzłow – zejście ze sceny

Niedawno przytopiony przez kremlowskich speców od marketingu politycznego miliarder Michaił Prochorow nieoczekiwanie ożył i postanowił wrócić na scenę.

Przed grudniowym plebiscytem popularności Jednej Rosji, nazywanych oficjalnie wyborami do Dumy, Prochorow stanął na czele partii Prawoje Dieło (Słuszna Sprawa). Partia miała imitować alternatywę wobec „partii władzy”. Autorzy pomysłu (najprawdopodobniej główny kremlowski inżynier dusz Władisław Surkow) chcieli w ten sposób przyciągnąć do udziału w głosowaniu liberalnie nastrojony elektorat. Wszystko szło świetnie, aż tu tuż przed zjazdem partii poświęconym przystąpieniu do kampanii wyborczej nagle pojawiła się grupa rozłamowców, która Prochorowa wyślizgała. Publicznie nie wyjaśniono, dlaczego postanowiono pozbyć się Prochorowa z projektu ożywienia Słusznej Sprawy. Można było przypuszczać, że to dlatego, iż tak ochoczo zabrał się do montowania poparcia dla swojej partii, że zaczął odsysać elektorat Jednej Rosji, a że nie tak miało być, projekt utrącono. Partia Prawoje Dieło wprawdzie wystartowała w wyborach, ale dostała znikome poparcie. Prochorow odgrażał się, jak bohater „Szwejka”, wy mnie jeszcze nie znacie, ale wy mnie jeszcze poznacie.

I oto teraz, gdy po wyborach parlamentarnych powstała nader niekomfortowa sytuacja przed wyborami Putina na prezydenta (wyznaczone na 4 marca, a więc czasu tyle, co kot napłakał, żeby grupa trzymająca władzę mogła diametralnie zmienić scenariusz przedwyborczy), Prochorow wyskakuje jak diabeł z pudełka i woła: „Nic się nie stało, kochani, nic się nie stało. Przemyślałem, wyważyłem i jestem – chcę być waszym prezydentem”. W moskiewskich salonach towarzystwo chichocze, czytając doniesienia, że dla poprawy wizerunku playboy Prochorow gotów jest się nawet ożenić.

„Owszem, jestem wygodny dla Kremla – napisał Prochorow na swoim blogu. – Owszem, oni chcą rozegrać sprawę z placem Błotnym, chcą pobawić się w demokrację, żeby ludzie mieli coś w rodzaju wyboru. […] Owszem, władza chce nas wykorzystać w swoich celach, ale i my wykorzystamy władzę”. Były wicepremier Alfred Koch w komentarzu na temat planów Prochorowa stwierdził, że to jednak zawsze jest jednostronne wykorzystywanie (tzn. Kreml wykorzystuje, a nie jest wykorzystywany). Prochorowa Kreml wykorzysta, a następnie „spuści do kanalizacji”. „Widocznie Kreml postanowił zagrać w ryzykowną grę w drugą turę” – podejrzewa Koch, znający dobrze kremlowską kuchnię.

Na giełdzie politologiczno-dziennikarskiej krąży już dziś wiele różnych scenariuszy rozwoju wydarzeń, m.in. rozważana jest wersja z przyspieszeniem wyborów, wcześniejszym podaniem się Miedwiediewa do dymisji, stworzenia rządu pod kierunkiem jakiegoś cieszącego się autorytetem liberała (np. Aleksieja Kudrina, do niedawna wicepremiera, ministra finansów). Widać, że szykowane są na Kremlu różne zapasowe lotniska i szalupki ratunkowe na wypadek, gdyby dotychczasowy gwarant spokojności elit, komfortu „rospiła” budżetu przez grupę trzymającą władzę, czyli Władimir Putin, stracił dotychczasową moc.

Dzisiaj miało miejsce jeszcze jedno ciekawe wydarzenie „kadrowe”. Przewodniczący Dumy dwóch ostatnich kadencji Borys Gryzłow oznajmił, że odchodzi: „Dwie kadencje – i wystarczy”. Złośliwe języki dały mu przezwisko „Android”. To on był autorem genialnego powiedzonka, precyzyjnie charakteryzującego kieszonkowy parlament w systemie politycznym Rosji: „Parlament to nie jest miejsce do dyskusji” i rzeczywiście postępował zgodnie z tą swoją dewizą: Duma głosowała zgodnie z wytycznymi partii. Cztery lata temu przed wyborami, kiedy Putin łamał sobie jeszcze głowę pytaniem, kogo posadzić na chwilę na tronie po zakończeniu swej drugiej kadencji, po Moskwie chodził żarcik: „Wy budietie smiejatsia, no Gryzłow toże choczet byt’ priezidientom”.  

Jego odejście może być sygnałem, że w ramach operacji oczyszczania atmosfery społecznej po sfałszowanych wyborach parlamentarnych władze zdecydują się na pewne zmiany kadrowe. Wśród jego ewentualnych następców wymienia się m.in. wicepremiera Zubkowa, szefa administracji prezydenta Siergieja Naryszkina czy wicepremiera Aleksandra Żukowa. A więc starzy sprawdzeni parteigenosse z tej samej gliny co Gryzłow.  

Tymczasem w Internecie nadal „burlit” , mnożą się inicjatywy „ruchu niezadowolonych”. Dziś „Time” ogłosił jak zwykle o tej porze „człowieka roku” – został nim „uczestnik protestów, człowiek protestujący”. Wiadomo już, że kolejna demonstracja „niezadowolonych” odbędzie się w Moskwie na Prospekcie Sacharowa 24 grudnia. Ciekawa jest gra władz Moskwy, z którymi toczone są rozmowy o lokalizacji protestu: jednocześnie w tym samym miejscu ma się odbyć manifestacja nacjonalistów… Ale o tym może bliżej wigilijnego terminu.

Poznajmy się na placu

Coraz więcej relacji, spostrzeżeń, pomysłów i komentarzy po sobotnich demonstracjach w rosyjskich miastach. Socjolodzy konstatują, że na moskiewskim wiecu na placu Błotnym 10 grudnia ciekawsze niż mówcy na trybunie były szeregi protestujących. Z trybuny przemawiało wielu tych polityków pozasystemowej opozycji, którzy na ogół byli aktywni podczas demonstracji „31” lub innych. Natomiast na ulicy spotkała się na placu nowa „tusowka”. Przyszli ludzie, którzy do tej pory nie brali udziału w protestach ulicznych – biznesmeni, studenteria, przedstawiciele wolnych zawodów. „To nie był tłum – napisał publicysta Andriej Kolesnikow – to był zbiór indywidualności. To, co stawiano jako zarzut – brak lidera – można byłoby odczytać jako plus. Ci ludzie nie szli za wodzami, nie zamierzali robić rewolucji. Głównym motywem było wypowiedzenie opinii, próba samopoznania. […] To, co odbywało się ‘w parterze’ demonstracji, było raczej podobne do konferencji, na której wymienia się poglądy, niż do wiecu. […] Na placu Błotnym spotkali się ludzie, których wartości być może będą dominować za jakieś pięć lat. Tym bardziej jeśli wybory zostaną zniesione”.

No a teraz najciekawsze pytanie brzmi: co dalej? Na 24 grudnia zwołana ma być kolejna demonstracja, jeśli władze nie uchylą rezultatów wyborów, nie zmienią Centralnej Komisji Wyborczej i nie rozpiszą nowych wyborów. Nic nie wskazuje na to, by władze miały ulec postulatom protestujących.

Wczoraj na placu Maneżowym w Moskwie odbyła się manifestacja zwolenników sfałszowanych wyborów. Full spontan a rebours. Oglądałam reportaż z tej manifestacji w telewizji rosyjskiej, a potem jeszcze poczytałam i pooglądałam relacje w Internecie. Sytuacja jak z piosenki Młynarskiego „przyszło mało, a pokazać trzeba dużo” (znowu nie można się było doliczyć uczestników, tylko tym razem w przeciwieństwie do sobotniego wiecu policja podawała znacznie wyższe liczby niż komentatorzy prasowi, którzy doliczyli się zaledwie pięciu tysięcy wobec deklarowanych przez władze 25 tys.). To po pierwsze. Po drugie, Internet bezlitośnie pokazał kuchnię tego radosnego spotkania. W „rolikach” wywieszonych w sieci widać było na przykład, jak uczestnicy wiecu otrzymują zapłatę za udział. A kto wziął udział? Tadżyccy gastarbeiterzy mieli dużą reprezentację, z tego, co mówili, wynikało, że ich administracja kazała im przyjść. Po „Maneżce” przechadzały się też przywiezione ewidentnie spoza Moskwy damy ze złotymi zębami od ucha do ucha. Elegancki jegomość z zadbaną bródką a la Lenin miał w jednym z „rolików” interesujący monolog, sławiący Putina.

Na razie nadal wszystko idzie utartym torem. Władze Moskwy wykręcają się jak mogą od ustalenia z organizatorami „wigilijnego” protestu miejsca, gdzie wiec miałby się odbyć. Wszystkie miejsca, gdzie mogłoby się zebrać kilkanaście tysięcy ludzi, okazuje się, już dawno są zaklepane na jakieś inne imprezy. Internetowa gazeta „Grani” cytuje natomiast wypowiedź sekretarza Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej, byłego dyrektora Federalnej Służby Bezpieczeństwa Nikołaja Patruszewa dla jednego z tygodników: „W Internecie trzeba wprowadzić rozumne regulacje. Tak jak to się odbywa w USA, Chinach i innych krajach. Próby ograniczania komunikacji ludzi są kontrproduktywne i amoralne. Jednak nie wolno ignorować korzystania z Internetu przez przestępców i grupy terrorystyczne” – oznajmił Patruszew. Gazeta przypomina, że w Chinach zakazane są portale społecznościowe, Facebook, Twitter, LiveJournal, Youtube.

W zeszłym tygodniu odnotowano kilka poważnych ataków hackerskich na strony opozycji. Dziś na przykład przez cały dzień niedostępny był bardzo krytyczny wobec Kremla „Jeżedniewnyj Żurnał”.

Wyszli na plac

Demonstracja przeciwko falsyfikacji wyborów do Dumy na placu Błotnym w Moskwie zebrała od 25 (ocena policji) do 85-100 tysięcy (ocena organizatorów) uczestników (dane policji dowcipnie skomentowali internauci: policja liczy tak samo świetnie jak Czurow). To pierwsza tak liczna demonstracja protestu od 1991 r. Miała charakter pokojowy, uczestnicy podziękowali policji za spokojne zachowanie. Przebieg demonstracji można było śledzić w Internecie. Protesty odbyły się w 134 miastach Rosji, zatrzymano dziesiątki demonstrantów. Odsiadujący piętnastodniowe kary „aresztu administracyjnego” organizatorzy poprzednich protestów (m.in. Aleksiej Nawalny, Ilja Jaszyn) co godzinę walą pięściami w drzwi cel w akcie poparcia dla dzisiejszej ulicznej manifestacji. Z kolei lider Młodej Gwardii (młodzieżówka Jednej Rosji) oznajmił w rozgłośni Echo Moskwy, że w razie potrzeby zgromadzi i 170 tysięcy demonstrantów, żeby obronić rezultaty wyborów.

Na moskiewskiej demonstracji przyjęto rezolucję, zawierającą postulat unieważnienia wyborów, wypuszczenia więźniów politycznych i zwolnienia „czarodzieja”, szefa „ministerstwa kłamstwa” Władimira Czurowa, przewodniczącego Centralnej Komisji Wyborczej, która narysowała Jednej Rosji dwa razy więcej głosów (takie wyliczenia na podstawie analizy ujawnianych fałszerstw ogłoszono podczas wiecu). Jeżeli władze nie pójdą na ustępstwa, 24 grudnia odbędzie się kolejna demonstracja.

Wznoszone podczas wiecu okrzyki i hasła odnosiły się zarówno do wyborów: „Czurowa na nary”, „Wasze wybory to farsa”, „Domagamy się nowych wyborów”, jak i do Putina: „Nowy Rok bez Putina”, „Rosja bez Putina”. „Powinniśmy podziękować Jednej Rosji, która dokonała cudu – staliśmy się narodem” – powiedział z trybuny nacjonalista Konstantin Kryłow. Borys Akunin, który w trybie pilnym przybył z francuskiej wioski, gdzie pracował nad kolejnym tomem przygód Fandorina, powiedział, że „takiej Moskwy jeszcze nie widział”. Pisarz wezwał do bojkotu marcowych wyborów prezydenckich. Przewodniczący partii Jabłoko, Grigorij Jawliński (jego partia startowała w wyborach, ale nie przekroczyła progu wyborczego) oznajmił, że właśnie zaczęła się kampania legalnego odsunięcia Putina od władzy. Ekspremier Michaił Kasjanow wzywał, by „nie wpuścić Putina na Kreml”. Rozrzut światopoglądowy duży, cel jeden – unieważnić wybory i doprowadzić do nowych, uczciwych.

„Hańba putinowskiemu zombijaszczikowi (telewizji, która kłamie)” – krzyczał popularny prezenter telewizyjny Leonid Parfionow. „Jeżeli znowu usłyszymy, że przyszliśmy demonstrować, dlatego że Hillary przysłała smsa, żeby porozrywać Rosję na kawałki, to odpowiemy: Nie zapomnimy, nie wybaczymy”. Dziś od rana po Internecie krążyła wiadomość, że prezenter TV NTW Aleksiej Piwowarow postawił swojemu szefostwu ultimatum: jeżeli znowu w wiadomościach wieczornych nie będzie wzmianki o protestach, to on odmawia współpracy i programu nie poprowadzi. Podkabłucznyje (znajdujące się pod obcasem władzy) stacje telewizyjne informowały o dotychczasowych protestach skąpo albo wcale. Obszernie pokazywały natomiast konferencje prasowe związane z podawaniem przez CKW wyników, usłużnie podawały w wątpliwość doniesienia o naruszeniach i fałszerstwach.

Na demonstracji i w wielu komentarzach internetowych nawiązywano do ukraińskiego Majdanu. Komentator internetowej gazety „Grani.ru” Witalij Portnikow nie widzi analogii. Na Ukrainie do 2004 r. była polityczna konkurencja. „W rosyjskiej sytuacji nie ma niczego podobnego. Ludzie, którzy doszli do władzy w rezultacie wydarzeń 1991-2000, wyczyścili polityczne poletko do tego stopnia, że tam nie tylko trawa nie rośnie, ale ziemia jest zaasfaltowana i pomalowana w barwy partyjne Jednej Rosji. Ci, którzy wychodzą dziś na ulice rosyjskich miast, są poza polityką. Paradoks sytuacji polega na tym, że poza polityką znajduje się 99 procent Rosjan. Nie ludzie są zmarginalizowani – zmarginalizowany został proces polityczny. A proces polityczny może się zacząć tylko wtedy, kiedy w rosyjskim społeczeństwie zacznie się realna konkurencja. Jeżeli partie opozycyjne będą się mogły zarejestrować i dostaną dostęp do telewizji. Jeżeli telewizja będzie nadawać nie bajki napisane w kremlowskich gabinetach, a realne nowości. Jeśli demokracja przestanie być sterowana. Konkurencji nie wytrzyma 90% tych, którzy dziś stanowią władze kraju. Ani Putin, ani Miedwiediew nigdy nie prowadzili publicznej dyskusji, nigdy nie odpowiadali na prawdziwe pytania, nigdy nie spotkali się z poważną krytyką w ogólnokrajowych mediach. Czy zmiany są możliwe? Tylko w razie nawiązania dialogu między władzą a społeczeństwem. Czy społeczeństwo jest gotowe do takiego dialogu? Społeczeństwo powinno mieć swoich przedstawicieli i możliwe, że jacyś liderzy wyłonią się w trakcie protestów. Ale co z tego. Nieszczęście polega na tym, że do takiego dialogu nie jest absolutnie gotowa władza”. Dialogu z amerykańskimi najmitami, za jakich Putin uważa wiecujących, nie będzie – konkluduje Portnikow.

Moment jest rzeczywiście bardzo ciekawy. Gdyby nie marcowe wybory w perspektywie, Putin mógłby nic sobie nie robić z protestów po wyborach parlamentarnych. Ale one – zwłaszcza jeśli będą się przedłużać i konsekwentnie domagać się spełnienia wysuniętych postulatów – mogą mu utrudnić powrót na Kreml. Ale powrót, z punktu widzenia władzy, jest nieunikniony. Jeszcze raz zacytuję Portnikowa: „Władza straciła zaufanie społeczeństwa, ale jest przekonana, że rządzić będzie wiecznie i wobec tego będzie walczyć o pozostanie u steru – w przeciwnym razie nie będzie mogła zachować tego, co zgromadziła. Społeczeństwo może dość szybko dojść do wniosku, że władze trzeba zmienić, ale nie będzie mogło tego dokonać w ramach prawa – dlatego że wszystkie legalne drogi są przegrodzone przez OMON. Sytuacja może się rozwijać o wiele bardziej dramatycznie niż w Kijowie w 2004. W Moskwie Majdanu nie będzie”.

Ciekawe jest to, że odmawiać współpracy z władzą zaczęła część „obsługi” – ludzi kultury, politologów, którzy zasiadali w rządowych czy prezydenckich gremiach i nadawali im pozór pluralizmu i demokracji. Kilka osób wyszło ze składu Izby Społecznej. Świta czyni króla. Dlatego tak „stracił się” Putin, kiedy wyszedł w Olimpijskim na ring i został wygwizdany. To świta go wygwizdała. Bardzo ważne jest to, czy Putin utrzyma się w nowym rozdaniu na szczycie stworzonej przez siebie piramidy, być może ta świta, wyczuwszy jego słabość, w celu zachowania swoich pozycji poświęci go.

Tymczasem rzecznik prasowy premiera, Dmitrij Pieskow, oznajmił, że „rząd nie ma na razie stanowiska w sprawie dzisiejszych demonstracji w Moskwie. Jeśli takie stanowisko się pojawi, na pewno się o nim dowiecie”. Jak widać, Portnikow ma rację – dialogu nie będzie.

Na koniec jeszcze fragment listu otwartego Aleksieja Germana juniora, jednego z najciekawszych reżyserów młodszego pokolenia, do gubernatora Petersburga Gieorgija Połtawczenki. List jest związany z niedotrzymaniem obietnic gubernatora wobec środowiska twórców, ale ma także szerszy kontekst: „Czy nie wydaje się panu absurdalne to dążenie władzy, by otrzymać poparcie społeczeństwa, następnie konsekwentnie to społeczeństwo okłamywać, a potem się dziwić, że uczucia gasną. Jestem człowiekiem apolitycznym, ale dla mnie i dla wielu współobywateli istnieje ta granica, poza którą mój szacunek do samego siebie i ludzka godność nie może już dłużej istnieć w tych współrzędnych, które mi się wyznacza. Nie jestem bydłem. Nie jesteśmy bydłem. Mam do pana pytanie: Nie wstyd panu? I jeszcze jedno pytanie: Czy mam już się pakować, jak Brodski, Dowłatow i inni?”.

Czy dzisiejsze demonstracje oznaczają koniec dotychczasowego kontraktu społecznego polegającego na oddzieleniu społeczeństwa od polityki? Ludzie powiedzieli władzy, że nie chcą być dłużej traktowani „jak bydło”. Tylko czy władza zechce to uwzględnić? Monopol jest przecież podstawą jej trwania.

Dwadzieścia lat bez Sowietów

Kilka lat temu dowiedzieliśmy się od ówczesnego prezydenta Rosji, Władimira Putina, że rozpad ZSRR był największą geopolityczną katastrofą XX wieku. Dziś mija dwudziesta rocznica spotkania trzech „słowiańskich żubrów” w Puszczy Białowieskiej – Jelcyna, Krawczuka i Szuszkiewicza – którzy ową katastrofę przypieczętowali. Zresztą wcale nie uważali jej za katastrofę, a za zwieńczenie pewnego łańcucha wydarzeń – ogólnego kryzysu niewydolnego systemu i parady suwerenności wszystkich republik związkowych po kolei. Podpisane w Wiskulach porozumienie białowieskie, konstatujące, że ZSRR przestał istnieć, zostało cztery dni później ratyfikowane przez Radę Najwyższą Rosyjskiej Federacyjnej Republiki Radzieckiej (wtedy jeszcze tak się nazywała późniejsza Federacja Rosyjska).

I gdzie tu katastrofa? ZSRR, który podczas swego trwania ugrobił miliony, dziesiątki milionów ludzi, rozpadł się łagodnie. Z trzaskiem, ale bez hekatomby ofiar.

Rodacy Władimira Putina odnoszą się do niedawnej historii niejednoznacznie. Żal po ZSRR odczuwa 53% Rosjan (dwa lata temu – 60%), przeciwnego zdania jest 32% (dwa lata temu 28%). To wyniki badania Centrum Lewady. Wśród powodów żalu respondenci wymienili: rozpad wspólnych więzi ekonomicznych (48%), utratę poczucia przynależności do wielkiego mocarstwa (45%), wzrost wzajemnej nieufności (41%). Przywrócenia ZSRR w dawnym wcieleniu chciałoby 14%.

Cytat z parlamentarnego wystąpienia Władimira Putina z 2005 roku o „największej geopolitycznej katastrofie” znowu gęsto przytaczano kilka tygodni temu, kiedy Moskwa ogłosiła nową inicjatywę integracyjną, Unię Euroazjatycką. Na razie z Białorusią i Kazachstanem, wkrótce Kirgizją i Tadżykistanem, a potem – kto wie, kto wie…

Po dwudziestu latach płacz nad rozlanym radzieckim mlekiem jest anachronizmem. Choć nostalgia w wielu środowiskach nadal jest żywa. Ale dziś nie okrągła rocznica rozpadu sowieckiego kolosa jest tematem numer jeden, a ciągle trwające w wielkich miastach Rosji protesty przeciwko naruszeniom i fałszerstwom wyborczym.

Przedstawiciele władz tłumaczą się mętnie. Brną w zaparte: wybory były uczciwe, wątpliwości wokół naruszeń trzeba wyjaśnić i tyle. W odpowiedzi na wiec protestujących zwoływany jest wiec zwolenników władz, którzy biją w bębny, by nikt nie słyszał okrzyków „Rosja bez Putina” (dzisiaj internetowe media podały, że część przywiezionych z prowincji na wiece w Moskwie aktywistów prokremlowskich młodzieżówek przyłączyła się do protestujących). W areszcie na 15 dni zamknięto kilku aktywnych uczestników protestów, m.in. znanego blogera Aleksieja Nawalnego.

Sekretarz stanu USA Hillary Clinton powiedziała dziś w Wilnie, że rosyjskie wybory nie były ani wolne, ani uczciwe. Jej rosyjski kolega Siergiej Ławrow natychmiast się na nią za to obraził. Premier Putin jakby na takie stwierdzenie Amerykanów tylko czekał, zaraz oznajmił, że USA prowokują protesty w Moskwie, i że na to, by zdezorganizować wybory w Rosji, zagranica wybecelowała „setki milionów dolarów”. Wiadomo, wszyscy tylko knują, żeby dosolić Rosji i osobiście premierowi Putinowi.

Tymczasem na wzmiankowanym wileńskim spotkaniu ministrów spraw zagranicznych krajów OBWE rosyjska delegacja zablokowała przyjęcie rezolucji o wolności w Internecie. Znamienne.

Środowiska politologiczne w Rosji zainteresowały się scenariuszem nakreślonym przez byłego przewodniczącego partii Prawoje Dieło, Michaiła Prochorowa: w sytuacji protestów Miedwiediew składa urząd prezydenta, zostaje przewodniczącym Dumy Państwowej, a premier Putin zostaje, zgodnie z konstytucją, p.o. prezydentem; nowe wybory prezydenckie powinny zostać ponownie rozpisane, według nowych reguł (m.in. z obniżonym pułapem liczby podpisów, wymaganej do rejestracji kandydata). Zdaniem Prochorowa, takie rozwiązanie może powstrzymać rewolucję.

Czy Putin skorzysta z podpowiedzi miliardera Prochorowa (który sam nie doczekał startu w wyborach, bo kilka miesięcy temu wszedł w lekką kolizję z kremlowskimi inżynierami dusz i został z kampanii wyślizgany)? Na razie premier Putin zaniósł wczoraj wszystkie papiery do komisji wyborczej, by zarejestrować się w charakterze kandydata przez marcowymi wyborami Putina. Papiery zostały przyjęte.

W sobotę na placu Rewolucji w Moskwie ma się odbyć trzydziestotysięczny wiec protestacyjny.

Na rozstaju

„Cieszy mnie to, że nowy parlament będzie weselszy” – oświadczył dziś prezydent Dmitrij Miedwiediew na spotkaniu z gronem swoich zwolenników. W „wesołym” parlamencie na ulicy Ochotnyj Riad w Moskwie zasiądzie 238 deputowanych „partii władzy” Jedna Rosja. Tylko 238. To wprawdzie większość, ale tylko zwykła. W poprzedniej kadencji parlament, który według znanego powiedzenia swego przewodniczącego „nie był miejscem do dyskusji”, Jedna Rosja miała większość konstytucyjną (315 mandatów). Partie koncesjonowanej opozycji – komuniści, Sprawiedliwa Rosja i Liberalno-Demokratyczna Partia Rosji (Żyrinowski) – zyskały po kilkadziesiąt-kilkanaście mandatów w stosunku do stanu posiadania w ubiegłej kadencji. Na czym miałoby polegać wzmocnienie w tym gronie parlamentarnej wesołości – nie bardzo wiadomo. W ławach poselskich zasiądą przecież sprawdzeni towarzysze z uznanej przez Kreml opozycji, którzy byli poważni: na ogół podnosili ręce, kiedy trzeba i nie mieli żadnych uwag do poczynań władzy. A nawet jeśli od czasu do czasu jakiś sfrustrowany deputowany coś wykrzyczał w słusznym porywie z trybuny, to kto by go tam słuchał. Niech sobie mówi, co chce, jakie to ma znaczenie. Teraz oczywiście może być inaczej. Wynik wyborczy jest sygnałem pewnego „zmęczenia materiału”. Ważne będą wnioski, jakie władza z tego wyciągnie. O tym za chwilę.

Wynik Jednej Rosji – niepełne 50 procent głosów (dane Centralnej Komisji Wyborczej) – w wielu krajach zostałby przez zwycięską partię uznany za nie lada osiągnięcie. Żyć, nie umierać. W realiach rosyjskich to porażka. Wielu komentatorów okrzyknęło to wręcz początkiem nowej ery. To na razie zdecydowanie na wyrost. Ale niewątpliwie coś się w pejzażu polityczno-społecznym zmieniło. Duża część społeczeństwa powiedziała władzy, że ma dość, że nie uznaje już poprzedniej niepisanej umowy społecznej, polegającej na trzymaniu się przez społeczeństwo z daleka od toru władzy. A władza, co również pokazały wyniki wyborów, bardzo by chciała trzymać od tego toru z dala nie tylko społeczeństwo, ale także niekoncesjonowane (nawet bardzo układne) siły polityczne. Do „wesołego” parlamentu nie dostał się nikt przypadkowy.

Co wywołało niezadowolenie społeczne? „Prawdopodobnie punktem zwrotnym było ogłoszenie 24 września na zjeździe Jednej Rosji zamiany miejscami pomiędzy członkami tandemu, kiedy okazało się, że tandem bez żadnych wyborów już napisał scenariusz życia kraju na najbliższe 6, a nawet 12 lat. Wybory 4 grudnia pokazały, że ludziom nie podoba się ani ten scenariusz, ani to, że został on napisany nawet bez ich formalnego udziału i zgody” – napisała w komentarzu redakcyjnym internetowa „Gazeta.ru”. Czy rzeczywiście masa krytyczna niezadowolenia została przekroczona? Czy Rosjanie już nieodwołalnie cofnęli przyzwolenie na istnienie dwóch światów – uprzywilejowanej kasty rządzących, stojącej ponad prawem i całej reszty, która o prawa może się co najwyżej upominać? Będzie się można o tym przekonać, przyglądając się poczynaniom władz przez najbliższe trzy miesiące, jakie pozostały do wyborów Putina. Lakier z jego wizerunku zaczął ostatnio odpadać, ale przecież system ma instrumenty, by obronić się przeciwko przejawom społecznego niezadowolenia.

Dziś w Moskwie i Petersburgu odbywają się protesty przeciwko masowemu fałszowaniu wyborów, bierze w nich udział kilka tysięcy osób (właśnie czytam, że protestujący w Moskwie chcieli przejść pod siedzibę CKW, na placu Łubiańskim ich zastopowano, trwa przepychanka z OMON-em, policyjne wozy zapełniają się zatrzymanymi). Wczoraj odbyła się znamienna bitwa – doniesienia o fałszerstwach wyborczych zamieszczano masowo w Internecie, aktywność w tym względzie wykazały tysiące ludzi, natomiast w państwowej telewizji prezentowano sielski obrazek wyborów bez naruszeń. Wprawdzie była drobna wpadka, bo podczas jednej z relacji telewizyjnych z podliczania głosów podano, że w jednym z regionów oddano łącznie 130 procent głosów, ale kto by się takich drobiazgów dopatrzył. W symbolicznym starciu „partii telewizora” i „partii Internetu” tę ostatnią już na bieżąco próbowano przywołać do porządku, przypuszczając ataki hackerskie na strony internetowe opozycyjnych mediów i blogosferę. Ktoś niedawno powiedział, że albo Internet wysadzi w powietrze system, albo system zamknie Internet. Może tak ostro nie będzie, ale coś na rzeczy jest. W Rosji stale rośnie liczba ludzi korzystających z Internetu, a w Internecie pojawiają się materiały bez kontroli kremlowskich inżynierów dusz, ujawniane są grzechy i grzeszki „włast’ imuszczich” [rządzących], które ci starają się zamieść pod dywan. Putin Internet lekceważy, uważa, że to kłamliwe medium, które robi wodę z mózgu. Ale przecież lepiej mieć Internet za sobą niż przeciw sobie. Miedwiediew uwielbia wszelkie nowinki techniczne, sam „siedzi w Internecie” i zapewne czyta to, co o nim piszą blogerzy, ogląda, jak przedstawiają go karykaturzyści (ciekawe, czy mu się to podoba).

Jakie będą rezultaty wczorajszego głosowania? Jaki sposób przygotowania się do swoich marcowych wyborów wybierze Putin? Dwa scenariusze zmian rysuje „Gazeta.ru”: „pierwszy – odgórna transformacja, kiedy klasa rządząca zaczyna żyć zgodnie z prawem, stwarza warunki prowadzenia biznesu, przywraca realną politykę i swobody obywatelskie, ogranicza wszechwładzę siłowików. Ten wariant nie wydaje się realistyczny, bo w takim razie Putin będzie musiał wyrzec się swoich fundamentalnych wyobrażeń o polityce i władzy. Drugi wariant to oddolna transformacja, pojawienie się nieformalnych ugrupowań obywateli, akcje nieposłuszeństwa obywatelskiego, protesty”. Ja bym dodała do tego trzeci wariant: odgórna transformacja, owszem, ale nie w stronę poluzowania, a w stronę przykręcenia śruby. Wybory dały niewłaściwy rezultat? Tym gorzej dla wyborów.