Przymusowe lądowanie, przymusowe hamowanie

„Z przyczyn technicznych” zaplanowaną na 14-15 października wizytę prezydenta Władimira Putina w Turcji przeniesiono na listopad. A dobrze poinformowani komentatorzy zaraz dodali, że raczej na „święty nigdy”.
„Przyczyny techniczne” kolejnego przymrozku w stosunkach Rosji z zagranicą, tym razem z Turcją, to sytuacja w Syrii i wokół Syrii. Karty przy politycznym stoliku dodatkowo pomieszał nieprzyjemny incydent z cywilnym samolotem syryjskich linii lotniczych lecącym z Moskwy do Damaszku, który tureckie siły powietrzne zmusiły dwa dni temu do lądowania w Ankarze.
Samolot przestał na lotnisku osiem godzin, cywilni pasażerowie nie dostali w tym czasie nic do jedzenia ani nie mogli skontaktować się z rosyjskimi dyplomatami w Turcji i teraz mają o to uzasadnione pretensje. Premier Turcji Recep Tayyip Erdogan miał pretensje innego rodzaju: powiedział, że Rosja złamała zasady dotyczące funkcjonowania lotnictwa cywilnego, gdyż na pokładzie samolotu znajdował się sprzęt wojskowy, wyprodukowany w zakładach zbrojeniowych w Rosji: „I nie ma wątpliwości co do tego, dla kogo był ten ładunek – dla ministerstwa obrony Syrii”. Turecka prasa napisała, że w dziesięciu skrzyniach przewożonych samolotem były elementy radarów, moduły rakiet, sprzęt telekomunikacyjny.
Moskwa początkowo wyrażała zdumienie i oburzenie. Zaprzeczano, że ładunek znaleziony na pokładzie samolotu to sprzęt wojskowy, dementowano informacje, że to sprzęt rosyjski itd. Dzisiaj po naradzie z prezydentem Putinem i członkami Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow potwierdził, że na pokładzie Airbusa A320 znajdował się sprzęt dla radiolokacyjnych systemów obrony przeciwlotniczej. „Nie mamy tajemnic. Tam nie było broni, nie mogło jej tam być. Samolot przewoził legalny ładunek, który wysłano legalnie do legalnego odbiorcy. [Przewożony sprzęt] to aparatura podwójnego przeznaczenia, która nie jest zabroniona przez międzynarodowe konwencje. Przewożenie tego rodzaju ładunków cywilnymi samolotami jest absolutnie normalną praktyką”.
Dzisiejszy „Kommiersant” napisał, że na pokładzie samolotu było dwanaście (nawet dwanaście, nie dziesięć) skrzyń z technicznymi elementami dla stacji radiolokacyjnych wraz z dokumentacją. Teraz Federalna Służba Bezpieczeństwa szuka, gdzie nastąpił przeciek informacji na temat wrażliwej przesyłki do Syrii, czyli skąd Turcy wiedzieli, który z samolotów zmusić do lądowania. „Czy Turcja miała prawo, by zmusić samolot do lądowania na swoim terytorium? To sprawa niejasna – skomentował Fiodor Łukjanow w „Moskowskim Komsomolcu”. – Po pierwsze, [Turcy] nie mieli takiego prawa, bo to był samolot cywilny, który leciał zgodnie ze wszystkimi międzynarodowymi porozumieniami nad terytorium Turcji. Po drugie, Syria nie jest podmiotem żadnych sankcji międzynarodowych, zaaprobowanych przez Radę Bezpieczeństw NZ. Czyli nie ma bazy prawnej do powietrznej blokady Syrii. Turcja zapowiada, że dalej będzie tak postępować, ale to już sprawa polityczna. Natomiast jeżeli na pokładzie samolotu rzeczywiście znajdował się sprzęt, który był przeznaczony dla kompleksu obronnego Syrii, to już sprawa etyki – jak można wykorzystywać tego rodzaju samoloty rejsowe do przewożenia tak niebezpiecznych ładunków.[…] Był już taki przypadek, kiedy przewożono ładunek wojskowy z Rosji do Syrii drogą morską. Został zatrzymany w brytyjskich wodach terytorialnych i zawrócony”.
Tureckie władze zachowują się coraz bardziej nerwowo w związku z Syrią. Napięcie na granicy rośnie z każdym dniem. Na początku października doszło do ostrzału ze strony syryjskiej tureckiej wioski, zginęli cywile, Turcja nie pozostała dłużna i odpowiedziała ostrzałem.
Pozycja Rosji w sprawie Syrii, jej poparcie dla Baszara Asada, drażni Ankarę. „Interesy Rosji i Turcji krzyżują się w Syrii – napisał w komentarzu w „Politcom” Iwan Prieobrażenski. – I [premier Turcji] Erdogan, i Putin uważają za regionalnych liderów siebie, osobiście. Turecki lider uważa, że Syria to była turecka kolonia i znajduje się w strefie tureckich interesów, a nielojalny [wobec Ankary] reżim Asada powinien zostać wyeliminowany. Putin uważa, że Rosja jako spadkobierczyni ZSRR ma prawo do tego, by liczono się z jej interesami w Syrii. Mało tego – że ma prawo zachować strategicznych sojuszników w regionie, z których Asad jest już ostatni. Rosja gotowa jest bronić Asada, tym bardziej że i sam syryjski prezydent demonstruje gotowość i zdolność do utrzymania się u władzy”. Turcja wspiera opozycję antyprezydencką i coraz mocniej podkręca spór. Rosja opowiada się za władzą Asada i nieinterwencją z zewnątrz. A więc – przeciwstawne pozycje. Brak możliwości zbliżenia stanowisk.
Odwołanie wizyty (formalnie – jej odłożenie na później) to ważny sygnał w języku dyplomacji: „nie możemy teraz rozmawiać, bo nie podoba nam się to, co robicie, drodzy partnerzy, nasza wizyta mogłaby zostać odczytana jako wsparcie dla was i waszych poczynań, a my wam takiego wsparcia nie udzielamy i udzielić nie zamierzamy, wręcz przeciwnie”. Z drugiej strony otwarte pójście na udry z Turcją też nie jest Moskwie na rękę. Ankara pozostaje ważnym partnerem w wielu kluczowych kwestiach regionalnych, przez ostatnie lata stosunki Putin-Erdogan układały się przecież doskonale. Może będzie do czego wrócić w przyszłości.

Podejrzana jedenastka

Ci ludzie, tytułowa podejrzana jedenastka, nie mają nic wspólnego z futbolem. Amerykanie postawili w Nowym Jorku zarzut „niezgodnego z prawem eksportu” jedenastu Rosjanom. Dziś od oficjalnego przedstawiciela MSZ Rosji można było usłyszeć, że podejrzani nie mają nic wspólnego z działalnością wywiadowczą – to zwyczajny kryminał i tyle. Dyplomata po to jest dyplomatą, żeby używać okrągłych dyplomatycznych sformułowań. O co chodzi z tą kolejną rosyjską wpadką na amerykańskim gruncie?

Prokuratura Brooklynu podała do wiadomości, że dzielna jedenastka zajmowała się nielegalnym przekazywaniem nowoczesnych technologii Federacji Rosyjskiej, m.in. elementów mikroelektronicznych, chipów, mikroprocesorów, znajdujących się pod czułą opieką władz USA. Krótko mówiąc, z pominięciem wymaganych prawem procedur, Rosjanie szmuglowali na ojczyzny łono urządzenia podwójnego przeznaczenia. Takie, którymi władze USA nie zamierzają się dzielić z zagranicą. Takie, które mogą być wykorzystywane do celów cywilnych, i do celów wojskowych. Tymczasem główny podejrzany w sprawie, 46-letni obywatel USA i Rosji o swojsko brzmiącym nazwisku Alexander Fiszenko (lub Fiszczenko) – szef amerykańskiej firmy Arc Electronics działającej w Houston i zarejestrowanej w Moskwie Apex System – wraz z całym sztabem współpracowników bez wiedzy amerykańskich władz miał się dzielić amerykańskim wrażliwym sprzętem z centralą w Moskwie. Według FBI, przez kilka ostatnich lat Arc Electronics wysłała do Rosji aparaturę, części, sprzęt na łączną kwotę 50 mln dolarów. Jeżeli wina zostanie udowodniona, Fiszenko, któremu Amerykanie zarzucają m.in. to, że nie zarejestrował się w charakterze „oficjalnego agenta rządu Federacji Rosyjskiej”, może dostać wyrok nawet 55 lat więzienia. Amerykańskie media podają, że podejrzani starali się również pozyskać dane dotyczące arsenału jądrowego USA, amerykańskiej polityki wobec Iranu oraz informacje o amerykańskich kongresmanach i wysoko postawionych osobach w CIA. Jako kamuflaż służyły podane oficjalnie cele działalności firmy Arc Electronics: produkcja kutrów rybackich i ulicznej sygnalizacji świetlnej.

Historyk wywiadu Borys Wołodarski w ocenie wyczynów pana Fiszenki-Fiszczenki i spółki nie był tak dyplomatyczny jak oficjalny przedstawiciel MSZ: – Tu nie chodzi o szpiegostwo przemysłowe w czystej postaci – powiedział Wołodarski w wywiadzie dla Radia Swoboda. – Mamy do czynienia z operacją wywiadowczą. Pod szpiegostwem przemysłowym rozumiemy kradzież technicznych i przemysłowych sekretów, a w danym wypadku został zorganizowany przerzut z USA do Rosji tajnego sprzętu mikroelektronicznego, produkowanego do celów wojskowych. To najprawdopodobniej operacja wywiadu wojskowego GRU, wykonywały ją bowiem struktury afiliowane z wojskiem. Siatka pracowała od dawna, obserwowana była od 2008 roku. Ich działalność przyczyniła Stanom sporych strat.

Odmiennego zdania na temat charakteru działalności pana Fiszenki-Fiszczenki jest ekspert ds. służb specjalnych Andriej Sołdatow: „Ten biznes [nielegalnego eksportu wrażliwych towarów podwójnego przeznaczenia] zawsze był karany, ale nigdy nie był uważany za prawdziwe szpiegostwo. Jeśli porównać dwie afery – tę z 2010 roku, kiedy Amerykanie złapali i wysłali rosyjskich nielegałów, i tę obecną – to widać jedno: etatowi pracownicy wywiadu, uśpieni agenci [z Anną Chapman na czele] przez wiele lat nic nie wskórali, tymczasem przedsiębiorca z firmy Arc Electronics raczej nie pobierał uposażenia z kasy Służby Wywiadu Zagranicznego czy GRU, tymczasem przeprawił do Rosji całkiem sporo”. Czy „na etacie” czy „nie na etacie” struktura zorganizowana przez Fiszenkę przesyłała towar do resortu obrony i do Federalnej Służby Bezpieczeństwa. W aktach sprawy, jak twierdzi FBI, znalazł się list z Federalnej Służby Bezpieczeństwa, w którym odbiorca skarży się na kiepską jakość chipów i prosi o ich wymianę.

Wołodarski wyklucza, by Rosja była w stanie odpowiedzieć Amerykanom pięknym za nadobne i zatrzymać analogiczną liczbę szpiegów, polujących na rosyjskie rarytasy techniczne. „Pewnie wymienią ich na pseudoszpiegów, czyli najpewniej na rosyjskich uczonych” – przypuszcza ekspert. Jego zdaniem w wielu krajach świata – przede wszystkim Szwajcarii, Austrii i USA – działa wiele nielegalnych rosyjskich siatek, uprawiających nielegalny proceder: pranie brudnych pieniędzy, inwestowanie „wypranych” środków, polowanie na technologie, nielegalny przerzut do Rosji pozyskanych technologii. „Można mówić o swego rodzaju renesansie działalności szpiegowskiej w wykonaniu Rosjan” – twierdzi Wołodarski.

Przygruntowe przymrozki?

Wraz z powrotem Władimira Putina na Kreml w stosunkach Rosji z Zachodem zaczęło się robić coraz chłodniej. Nowy-stary prezydent demonstracyjnie nie wybrał się wiosną do Stanów Zjednoczonych na szczyt G8. Swoimi pierwszymi wizytami po zaprzysiężeniu zaznaczył, że droższe mu są Białoruś i Kazachstan, a zaraz potem Chiny. Żywiołowe protesty polityków i artystów z Zachodu wobec procesu członkiń zespołu Pussy Riot, który zakończył się wyrokiem skazującym, odbierane były przez oficjalną Moskwę z rozdrażnieniem. Podobnie jak wsparcie dla białego ruchu protestu. Duma przegłosowała ustawy uznające NGO przyjmujące zagraniczne granty za „agentów zagranicznych”. Ostatnio została wyrzucona z Rosji amerykańska agencja realizująca projekty rozwojowe USAID (rosyjski MSZ uzasadnił to posunięcie tym, że działalność agencji wykraczała poza deklarowane cele; jej wsparcie dla monitorowania wyborów uznano za instrument wpływu politycznego). Przyjaznych gestów jak na lekarstwo: „jesień idzie, nie ma na to rady”. A wraz z nią przygruntowe przymrozki.

Teraz nowy akord w antyzachodniej uwerturze. Rosyjska delegacja na Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy jeszcze przed wyjazdem na październikową sesję wysłała „znaczące sygnały”. Przewodniczący Dumy Siergiej Naryszkin oświadczył, że nie stanie na czele delegacji, jak było w planie i nie pojedzie do Strasburga, gdzie miał przedstawić jakieś tajemnicze „strategiczne propozycje” w fundamentalnej sprawie rozwoju europejskiego parlamentaryzmu. „W miarę zbliżania się terminu wyjazdu poczuliśmy, że moje strategiczne propozycje nie zostaną usłyszane przez szereg przedstawicieli Zgromadzenia Parlamentarnego i szereg liderów rusofobicznych delegacji”. Kim są owe delegacje rusofobów, pan Naryszkin nie uściślił. Z klasycznym manewrem wyprzedzającym wystąpił Aleksiej Puszkow, w przeszłości prokremlowski dziennikarz specjalizujący się w tematyce międzynarodowej, obecnie szef komisji spraw międzynarodowych Dumy. Zapowiedział, że jeżeli Rada Europy przeniesie monitorowanie Rosji na poziom komitetu ministrów Rady Ministrów Europy, to owo posunięcie znacznie skomplikuje stosunki Rosji z Rady Europy.

A Rada Europy pewnie przeniesie monitorowanie na wyższy szczebel, w każdym razie powinna. O co chodzi? Skąd te groźne pomruki niedźwiedzia? Otóż, Rada Europy wykazała zainteresowanie pospiesznie wprowadzanymi w Rosji ustawami, ograniczającymi swobody obywatelskie (nowela ustawy o zgromadzeniach publicznych, ustawa o działalności NGO, ustawa o wprowadzeniu odpowiedzialności karnej za oszczerstwo, planowana ustawa o wprowadzeniu odpowiedzialności karnej za obrażanie uczuć religijnych – trochę się tego ustawowego towaru nazbierało). Czyż takie przyglądanie się poczynaniom rosyjskich władz, pilnie manipulujących przy pokrętle dokręcającym śrubę, to nie przejaw zaawansowanej rusofobii?

Być może Naryszkin nie tyle obawiał się o to, że nie zostanie usłyszany, ale o to, co sam mógłby usłyszeć w Strasburgu – na październikowej sesji ma zostać przedstawiony raport o dopełnianiu przez Rosję zobowiązań wynikających z członkostwa w Radzie Europy, a po przedstawieniu raportu planowane jest przyjęcie rezolucji. W dokumencie Rady Europy znalazła się krytyki procesu Pussy Riot, wzmiankowane powyżej nowe ustawy oraz wezwanie do zaprzestania prześladowania obrońców praw człowieka.

W redakcyjnym komentarzu na temat demarche Naryszkina internetowa Gazeta.ru napisała: „Rosyjskie władze wyraźnie postawiły na przykręcenie śruby wewnątrz kraju i wykorzystanie Zachodu w charakterze głównego wroga w propagandowej retoryce. Zachód stracił złudzenia co do możliwości demokratyzacji rosyjskiego reżimu, które powstały podczas prezydentury Dmitrija Miedwiediewa. Stanom nie przyniósł politycznych dywidend kurs na reset, Barack Obama raczej nie będzie się upierał przy kontynuowaniu tego kursu, jeśli pozostanie w Białym Domu na drugą kadencję. Rosja politycznie odchodzi od Zachodu coraz dalej i dalej, Europa i USA nie mają żadnych sposobów, aby zawrócić Rosję z tej drogi”.

Tendencja odwracania się plecami do Zachodu, wchodzenia w przydeptane kamasze pochodzącej z czasów ZSRR antyzachodniej propagandy jest z jednej strony dla wielu osób z rosyjskiej wierchuszki powrotem do naturalnego stanu rzeczy, zgodnym z ich przekonaniami, przyzwyczajeniami, potrzebami. Ale z drugiej strony wiele osób z wierchuszki nie wyobraża sobie zamrożenia stosunków z Zachodem i opuszczenia nowej żelaznej kurtyny – bo co się wtedy stanie z tymi wszystkimi słodkimi pierniczkami zdeponowanymi tu i ówdzie na tym okropnym Zachodzie. Zabawa w przeciąganie liny może się okazać dla jej uczestników drogą przyjemnością. Ale o różnicach zdań w tej i innych sprawach w bliskim otoczeniu Putina – w następnych odcinkach.

 

Prawda czasu

Wielkie było poruszenie, gdy prezydent Dmitrij Miedwiediew wprowadzał „wieczny” czas letni i redukował strefy czasowe w Rosji z jedenastu do dziewięciu. Beneficjentem tych zmian miały być nie tylko krowy dojone o stałej porze niezależnie od pory roku, ale przede wszystkim masy pracujące. W tym masy pracujące w bankach i na giełdach, w urzędach i na pocztach, które przez redukcję stref miał dzielić mniejszy dystans czasowy. W kraju tak wielkim jak Rosja gdy jedni kładą się spać, inni właśnie wstają do roboty, „sprasowanie” stref czasowych miało zbliżyć rytm dnia w oddalonych regionach. Wbrew astronomii i fizjologii. Jak to w rosyjskich bajkach bywa, prezydent chciał jak najlepiej, a wyszło jak zwykle. W niektórych regionach na skutek zmian czasu ludzie wstawali w środku nocy, prowadzili dzieci do szkoły po ciemku i długo jeszcze budzili się dodatkowymi kawami w pracy. W wielu miastach (m.in. w Samarze, Pietropawłowsku Kamczackim) odbywały się „marsze z pochodniami”, podczas których protestowano przeciwko redukcjom stref czasowych i ciągłemu przechodzeniu „z czasu na czas”. Nawet sam ówczesny premier i kandydat na prezydenta Władimir Putin skarżył się, że zimą ciężko mu się wstaje. Projekt wstrzymania słońca i ruszenia ziemi w wykonaniu Dmitrija Miedwiediewa okazał się nieżyciowy.

Zmiany na cyferblacie były częścią modernizacyjnych projektów Miedwiediewa. Teraz trwa wielkie sprzątanie po tych nieśmiałych w gruncie rzeczy przymiarkach do innowacyjności. Duma Państwowa w ekspresowym tempie ma teraz przyjąć kolejną ustawę – tym razem o „wiecznym” czasie zimowym. Przewodniczący komisji zdrowia Dumy, Siergiej Kałasznikow wniósł projekt o przejściu na czas zimowy. Projekt zostanie zapewne błyskawicznie przyjęty, aby zdążyć ze zmianą czasu pod koniec października. „W rządzie przyjęto ten wniosek ze zrozumieniem – poinformował projektodawca Kałasznikow. – Proponujemy, by cofnąć wskazówki zegarków o godzinę, wtedy 54 regiony Rosji będą funkcjonować według czasu astronomicznego, ponadto sezonowe przechodzenie na czas letni zostanie uchylone”.

„Miedwiediew próbował wprowadzić czynnik czasu do polityki – czasu przyszłego. Za to zostanie politycznie wygumkowany. Nie było takiego czasu – prezydentury Miedwiediewa – jak w starożytnym Egipcie nie było rządów „zakazanych faraonów”. Ale imię Echnatona usunięto z kamiennych tablic dopiero po śmierci faraona, a Miedwiediew żyje i uczestniczy w „odmiediewowieniu”. Co więcej, nawet sam bierze w ręce narzędzia, aby pozbyć się wszystkiego tego, co jeszcze niedawno zwało się kursem Miedwiediewa” – napisał politolog Gleb Pawłowski, niedawny kremlowski guru, który był gorącym orędownikiem drugiej kadencji Miedwiediewa i za to orędowanie zapłacił stratą pracy na Kremlu.

Coś na rzeczy jest. 18 września podczas zwołanego w trybie nagłym wyjazdowego posiedzenia rządu w Soczi pod nieobecność premiera Miedwiediewa prezydent Putin postawił ministrów do pionu. Grzmiał, że budżet na przyszły rok nadaje się do kosza.  Skrytykował szczególnie segment społeczny rządu, przypomniał, że na początku prezydentury wydał kilka dekretów w sprawach socjalnych i że należy je realizować. Dekrety były populistyczne i niemożliwe do pogodzenia z niezbyt sprzyjającą koniunkturą gospodarczą (zbyt mały wzrost gospodarczy wobec rozdętych obietnic socjalnych). Komentatorzy wywróżyli z tych fusów, że to wieszczy rychły koniec gabinetu Miedwiediewa. Kto wie. Za dwa dni mija rok od zapowiedzi słynnej roszady w radzie rejsu: ówczesny premier Putin powiedział z trybuny zjazdu partii władzy Jedna Rosja, że zamienią się z kolegą prezydentem miejscami. I jak powiedział, tak uczynił.

Miedwiediewa nie było w Soczi, Putin zrugał ministrów, nie samego premiera. Czy to coś znaczy? Nastąpił powrót do starego schematu: prezydent wydaje polecenia (często populistyczne i nierealistyczne), a potem publicznie rozlicza ministrów z ich wykonania, w razie niewypełnienia – udziela ostrej reprymendy, sam stroi się w szaty demiurga, bez którego nic w tym kraju nie działa. Prezydent wychodzi suchy z wody, główną winę ponoszą bojarzy, to znaczy w tym wypadku wysocy urzędnicy. Miedwiediew nadal pozostaje ważnym członkiem putinowskiego „Politbiura 2.0”, ale nie znajduje się już – jak twierdzą autorzy raportu o najbliższym otoczeniu Putina – w kręgu pierwszym, a na jego obrzeżach.

Some days after

Po kolejnym „marszu milionów”, który odbył się 15 września w kilku miastach Rosji (najliczniejszy marsz jak zwykle był w Moskwie) i zgromadził zwolenników opozycji, a przeciwników prezydenta Putina i spółki, trwa zbieranie opinii i refleksji. Entuzjazm zimowych i wiosennych demonstracji ulotnił się jak bąbelki z szampana, ale potrzeba protestowania nie zanikła – ludzi przyszło dużo (choć mniej, niż na poprzednie marsze). Wewnątrz obozu opozycji daje się zauważyć zwątpienie, do którego przyznają się głośno nieliczni. Zwątpienie w celowość walki z reżimem, który okopał się w kremlowskiej twierdzy i przykręca śrubę. Zwątpienie w adekwatność stosowanych środków walki politycznej. Pesymistów przybyło. Ale optymiści trzymają się i nie zamierzają wycofywać. „Przykręcanie śruby” nie zastraszyło ludzi, to dodaje otuchy – podkreśla pisarz Borys Akunin, zimą i wiosną wielki entuzjasta ulicznych protestów, teraz bardziej refleksyjny.

Jedności w obozie protestujących nie ma od początku – choć na demonstracje chodzą nadal wspólnie i radykalni lewicowcy pod wodzą Siergieja Udalcowa, i liberałowie, i nacjonaliści Biełowa, i prawowierni koncesjonowani komuniści. Tym razem też marsz był wspólny.

W Moskwie na prospekcie Sacharowa było 14-50 tysięcy ludzi (jak zwykle według danych MSW było mało, a według danych organizatorów – dużo). Kiedy patrzy się na zdjęcia (można obejrzeć je m.in. na blogu Borysa Akunina: http://borisakunin.livejournal.com/75274.html), liczba zgromadzonych robi wrażenie. Nadal większość uczestników dobrze się bawi dowcipnymi kostiumami, plakatami, transparentami, dotyczącymi aktualnych tematów. Po rozsławionym na cały świat locie prezydenta Putina na motolotni na czele stada śnieżnych żurawi, na demonstracji zjawiło się wielu uczestników z doklejonymi dziobami czy konstrukcjami wyobrażającymi lotnię.

Na trybunie miejsce zajęli najaktywniejsi protestujący, pojawiły się nie tylko stare, ale i nowe twarze. Niektórzy z tych, którzy zwykle występowali na poprzednich marszach, teraz wolało pozostać w tłumie. Przybył też m.in. Giennadij Gudkow, popierający protesty deputowany, którego pozbawiono w zeszłym tygodniu mandatu Dumy Państwowej za – jak głosiła oficjalna formuła – niezgodne z prawem łączenie mandatu parlamentarzysty z działalnością komercyjną (Gudkow ma firmy ochroniarskie, które w poprzednich kadencjach, kiedy protestów nie było, działały i nie przeszkadzały ich właścicielowi, byłemu wysokiemu oficerowi KGB zresztą, w zasiadaniu w fotelu posła, a od grudnia ub. roku zaczęły nagle przeszkadzać).

Aleksiej Nawalny wzywał: „Musimy chodzić na demonstracje jak do pracy”. Nie odpuszczać, naciskać. „Troszeczkę tęskniliśmy za szalonym pędem tamtych pierwszych demonstracji w grudniu ubiegłego roku, kiedy energia była wyczuwalna w powietrzu […] Udział w demonstracjach powinien stać się elementem obywatelskiej tożsamości” – napisał po demonstracji na blogu.

Nowością był udział licznej kolumny nauczycieli stołecznych szkół, protestujących przeciwko łączeniu szkół i mianowaniu na ich dyrektorów ludzi popieranych przez władze miasta. Obok zgłaszanych już podczas poprzednich akcji postulatów uwolnienia więźniów politycznych, powtórzenia sfałszowanych wyborów parlamentarnych i prezydenckich pojawiły się hasła społeczne: żądanie zamrożenia podwyżek opłat komunalnych, zwiększenia nakładów na opiekę zdrowotną, edukację, naukę, uproszczenia przepisów dotyczących organizowania strajków.

Obserwatorzy zwracają uwagę, że obecny format demonstracji jest mało atrakcyjny dla przedstawicieli klasy średniej, którzy stanowili bardzo liczną grupę podczas zimowych i wiosennych protestów, głównie związanych z podważaniem rezultatów sfałszowanych wyborów. A różnorodność ideologiczna przywódców i uczestników protestu nie pozwala na wypracowanie wspólnego programu czy choćby listy postulatów. Łączy ich nadal niechęć do Kremla.

A Kreml tymczasem już najwidoczniej uznał, że nie ma się czego bać: inteligencka opozycja w tym wydaniu nie wywoła rewolucji – ani białej, ani kolorowej. Można więc spokojnie pozwolić na demonstracje, na Hyde Park w centrum Moskwy itd. Ale problemy, które spowodowały w ostatnich miesiącach wstrząsy w rosyjskim życiu politycznym i społecznym, przecież nie zniknęły. Jak wróży były kremlowski guru, Gleb Pawłowski, przyszłość jest tak pełna niebezpieczeństw, że już nie ma się czego bać.