Ten spektakl stawia ważne pytania. Pytania rzadko obecne lub wręcz nieobecne w rosyjskiej przestrzeni publicznej – pytania o rozliczenie/rozliczenie się ze zbrodniami stalinowskiego reżimu. W Centrum Sacharowa w Moskwie można obejrzeć dokumentalny spektakl Aleksandry Poliwanowej i Michaiła Kałużskiego „Akt drugi. Wnuki”, w którym wykorzystano relacje potomków enkawudzistów. Kim był dziadek/pradziadek/ojciec/babka/prababka/matka w czasach stalinowskiego terroru, jaką rolę pełnił, z jakich pobudek zaangażował się w pracę w organach bezpieczeństwa, jak się żyje ze świadomością takiej spuścizny?
To spektakl interaktywny. Przy wejściu każdy (i aktorzy, i widzowie) dostaje numerek, który wyświetla się na tablicy w trakcie spektaklu. Wtedy można zabrać głos, opowiedzieć swoją historię, a można pomilczeć. „Większość widzów milczy” – mówią twórcy spektaklu. Ale to, że niektórzy się otwierają, to przełom. Jedna z oglądających spektakl kobiet napisała potem, że kiedy wyświetlił się jej numerek, nie zdobyła się na odwagę, by powiedzieć coś na głos, ale w środku cały czas prowadziła dialog ze sobą samą i próbowała zrozumieć, jak te straszne czasy przeżyli jej dziadkowie, jakim kosztem. Aktorzy wypowiadają kwestie przygotowane na podstawie autentycznych świadectw dzieci, wnuków, prawnuków tych, którzy stanowili trybiki – większe i mniejsze – piekielnej machiny terroru.
Poliwanowa i Kałużski przyznają, że celowo dobrali relacje ludzi o poglądach, jak mówią, „humanitarnych i liberalnych”. „Nie chcieliśmy jednak, aby uczestnicy naszego projektu oceniali swoich przodków, naszym zadaniem było postawienie pytania, a nie jednoznaczna odpowiedź nań. Chodzi nam o przełamanie milczenia. Rosja jest dotknięta dramatem milczenia – mamy problem z rozmawianiem nie tylko o represjonowanych, ale represjonujących” – mówi Poliwanowa w wywiadzie dla internetowej „Gazety.ru”.
Temat ważny, temat bolesny, temat omijany w dyskursie publicznym. Odpowiedzialność, rozliczenie, trybunał dla stalinowskich zbrodniarzy. To hasła wywołujące w wielu środowiskach w Rosji wielki protest: jakże to tak? nie godzi się szkalować wielkiej historii wielkiego narodu! jeśli o historii, to tylko chwalebnie, każdy, kto zadaje takie niegodziwe pytania, pluje na krew przelaną w boju z caratem/kontrrewolucją/faszyzmem. Takich środowisk jest wiele. Większość społeczeństwa, jak większość widzów spektaklu, milczy. Jest i mniejszość, rozumiejąca potrzebę pokazywania również rzeczy w historii potwornych i wstydliwych. Przywracaniem pamięci ofiar czasów przeklętych zajmuje się m.in. stowarzyszenie Memoriał.
Czy popatrzenie na traumę narodową przez pryzmat traumy osobistej pomoże zrozumieć mechanizm powstawania aparatu terroru, mechanizm akceptacji społecznej dla represji?
Spektakl porusza, prowokuje. Tatiana Awiłowa w swoim blogu napisała: „Historię znamy, totalitaryzm, ludobójstwo zostały potępione, co do tego nie może być dwóch zdań. […] Kiedy powstaje pytanie, czy [potomkowie represjonujących] czują się współodpowiedzialni za to, co robili ludzie z ich rodziny, okazuje się, że to już nie jest takie oczywiste. Syn nie odpowiada za ojca. Usprawiedliwiają [swoich dziadków], że każdy wykonywał swoje obowiązki, że wpisywał się w swój czas i że nawet swoje dzieci składali w ofierze Molochowi świetlanej komunistycznej przyszłości, a zbrodnie popełniali bez przyjemności i nie dla korzyści. Bo byli bezinteresowni. Wszyscy rozumieli, kto jest kim, Stalina nienawidzili, ale robili swoje – więc za co ich teraz potępiać. Tylko jedna kobieta powiedziała, że nie podpisała się pod rehabilitacją swojego ojca, enkawudzisty, którzy został skazany, jak wszyscy bezsensownie, ale ucierpiał z innego powodu i to jest sprawiedliwe. Rzeczywiście, to szalenie skomplikowany problem: jak potępić zło i nie rzucić kamienia w samego człowieka”.
Relacje konkretnych ludzi są wstrząsające. Jeszcze raz zacytuję Awiłową: „Żenia Berkowicz opowiada o swojej babce, która była tak oddana ideałom socjalizmu, że poświęciła nawet własne dzieci. Zbierała pieniądze dla głodujących dzieci Powołża, ale jej własne dziecko zmarło z głodu. Potem się okazało, że babcia miała zastępy mężczyzn, a z nimi kilkoro dzieci; porzucała je, gdy tylko zaczynały chodzić. Co to była za ofiara? Ofiara jest wtedy, kiedy poświęcasz siebie, a nie innych. Takich zamian pojęć było w „sowku” morze, na każdym kroku jakieś zakłamanie. Czyż można się dziwić, że trzecie pokolenie, wychowane z takimi przekręconymi mózgami i duszami nie potrafi odróżnić prawej ręki od lewej?”.
Ten spektakl to ciekawy eksperyment. Dotychczas oficjalne władze Rosji ustami Dmitrija Miedwiediewa, również Władimira Putina, potępiały zbrodnie stalinizmu. Ogólnie zbrodnie. Zbrodniarzy bez twarzy, bez imienia. Ten spektakl pokazuje inną płaszczyznę problemu – od strony ludzkiej, od strony tego, jak ci ludzie funkcjonowali w społeczeństwie, w rodzinie.
Ostatnie wpisy
Herod zamyka szpital
Szpital nr 31 w Petersburgu ma dobre wyniki w leczeniu chorób nowotworowych u najmłodszych pacjentów. Od lat pracuje tu grono fachowców specjalizujących się w dziecięcej onkologii. Szpital został wyposażony w nowoczesny sprzęt specjalistyczny. Ponadto, co nie jest w rosyjskich szpitalach standardem, rodzice mogą przebywać w placówce z chorymi dziećmi. „Oczywiście szpital nr 31 nie jest oazą szczęśliwości, tu też są problemy: ubezpieczenie nie pokrywa kosztów przeszczepu szpiku kostnego czy rehabilitacji po operacjach. Leczonym w szpitalu dzieciom muszą pomagać fundacje – pisze petersburska dziennikarka Tatiana Woltska. – Do grudnia 2012 roku władze miasta wspierały szpital. I nagle – jak nożem uciął”.
Co się stało? Szef departamentu zarządzającego majątkiem Kremla, Władimir Kożyn 13 grudnia podpisał dokument, zgodnie z którym ministerstwo zdrowia do spółki z władzami Petersburga mają w ciągu dwóch tygodni przedstawić plan przeniesienia sprzętu szpitalnego do innych placówek służby zdrowia oraz znalezienia pracy dla personelu medycznego w innych szpitalach. Sam szpital ma zostać zburzony. Dlaczego? Bo ma tu powstać nowy szpital. Ale nie dla chorych na nowotwory dzieci, a dla… sędziów Sądu Arbitrażowego i Sądu Najwyższego. Oba sądy mają być przeniesione z Moskwy do Petersburga w ślad za Sądem Konstytucyjnym.
„Jeśli lekarze zostaną rozrzuceni po różnych innych placówkach, a sprzęt zdemontowany, to oznacza, że utracimy cenne kadry, od lat zdobywające doświadczenie w zespole. Część drogiego sprzętu zostanie zmarnowana, nie wszystko da się tak po prostu rozmontować i przenieść. Co ciekawe, niedaleko szpitala nr 31 znajduje się nowoczesne centrum medyczne, zbudowane za 600 mln rubli dla sędziów Sądu Konstytucyjnego. Centrum wykorzystywane jest w dwudziestu procentach” – nie może wyjść ze zdziwienia Aleksandr Skobow w internetowej gazecie „Grani.ru”. I zadaje pytanie, czy jeszcze kilku sędziów dwóch sądów nie zmieściłoby się w tym centrum, czy naprawdę konieczne jest likwidowanie dobrze pracującej placówki.
Plany zburzenia szpitala wywołały protesty mieszkańców Petersburga. W niedzielę odbyło się spontaniczne zgromadzenie, na które przyszło kilkaset osób, ponad 40 tys. podpisało petycję w sprawie pozostawienia szpitala, w Internecie zebrano kilkaset tysięcy podpisów, od kilku dni przy wejściu do szpitala stoją pikiety, jutro ma się odbyć kolejny protest (organizatorzy spodziewają się kilku tysięcy uczestników). Gubernator uspokaja, że interesy dzieci nie ucierpią. Tymczasem jego zastępczyni ds. socjalnych Olga Kazanska, według rozpowszechnianych w Internecie informacji, zastrasza lekarzy pracujących w szpitalu nr 31, którzy wyrażają negatywne opinie na temat przenoszenia szpitala. Kreml próbuje zdystansować się od skandalu i przerzuca piłeczkę na stronę władz miasta: pomysł zburzenia szpitala miał pochodzić ze Smolnego, a nie od Kożyna, Smolny się broni. Petersburscy dziennikarze w gorących komentarzach wyrażają przypuszczenie, że nie chodzi o sam szpital, tylko o prawie osiem hektarów parku wokół szpitala. Taki teren na malowniczej wyspie Krestowskiej to łakomy kąsek. Według szacunków speców od nieruchomości wartość gruntu wynosi ok. 700 mln rubli, ale jeśli ziemię przeznaczyć pod hotele, to cena wzrośnie do 2 mld. Jak pisze branżowe pismo „Biulletień Niedwiżymosti”, cena jednego metra kwadratowego mieszkania na wyspie wynosi 190 tys. rubli. Na wyspie Krestowskiej mieszkają wysoko postawieni urzędnicy, miliarderzy, znani celebryci ze świata kultury i sportu. Tutaj też zbudowano luksusowe domy dla sędziów Sądu Konstytucyjnego (widocznie jako rekompensatę za konieczność opuszczenia stolicy). Budowie „sędziowskiego” osiedla towarzyszyły skandale. Wokół zlikwidowano żłobek, przedszkole, klub wioślarski i dom mieszkalny. Ludzi wysiedlono. Ci, którzy nie chcieli się przenosić do proponowanych im mieszkań na obrzeżach, poszli ze skargą do sądu. Przegrali, przecież sędziom potrzebne było elitarne osiedle na wysoki połysk.
Na jeszcze jeden aspekt sprawy zwraca uwagę „Gazeta.ru”: w Rosji nadal żywy jest sowiecki relikt specjalnej obsługi w specjalnych klinikach/ośrodkach/ domach/placówkach przeznaczonych dla nomenklatury. Zawsze tak było, więc dlaczego nie miałoby być tak i teraz. Ważniejsze są zatem interesy leczących się sędziów niż tak zwanych zwykłych obywateli.
Czy tym razem będzie inaczej? Czy głos ludu zostanie usłyszany i uwzględniony? Czy dbająca o swoje korporacyjne interesy wierchuszka zrezygnuje z takiego dobrego biznesu? „Do władz chyba dotarło, że [w sprawie szpitala nr 31] trochę się zagalopowały – napisał cytowany już przez mnie powyżej Aleksandr Skobow. – Władze boją się, że ludzie znowu masowo wyjdą na ulicę. Tak naprawdę to tylko tego się boją. Do Petersburga zmierza komisja ministerstwa zdrowia, która ma ponownie zapoznać się z planami lokalizacji kliniki dla sędziów. […] Gubernator Połtawczenko powiedział, że ci, którzy występują przeciwko rozformowaniu szpitala, wykorzystują dzieci do swoich celów politycznych. Faktycznie powiedział tym samym: kto jest przeciwko likwidacji szpitala, ten jest przeciwko władzy, przeciwko Putinowi. Połtawczenko absolutnie ma rację. Zgodnie z feudalną logiką systemu, elitarna wyspa Krestowska należy się panom”.
Temat opieki nad dziećmi nie schodzi w Rosji z pierwszych stron gazet od miesiąca, od momentu przyjęcia „ustawy Heroda”, jak rosyjski Internet ochrzcił akt zakazujący zagranicznych adopcji. Burza w tej sprawie trwa nadal. I pewnie jeszcze potrwa.
Śmierć w Starym Faetonie
Niezaprzeczalną gwiazdą zaczynającego się 31 grudnia noworoczno-świątecznego karnawału w Rosji od lat jest Died Moroz. Dzisiaj został zdetronizowany przez Dieda Hasana. W dzisiejszych doniesieniach medialnych w Rosji pierwsze miejsce zajmuje zabójstwo Asłana Usojana, bardziej znanego jako Died Hasan (Dziad Hasan), legendarnego mafiosa kontrolującego najważniejsze ciemne biznesy Rosji. Jego królewstwem był nielegalny hazard, narkotyki, broń, ale także budownictwo i surowce.
Według wstępnych ustaleń śledztwa, snajper wystrzelił z dachu lub strychu pobliskiego domu (według dziennika „Moskowskij Komsomolec” to dom, w którym mieszkał twórca tekstu hymnu Siergiej Michałkow) jedną, trzy lub sześć kulek, które trafiły Usojana w szczękę, gdy wychodził z restauracji Stary Faeton w centrum Moskwy, w biały dzień. Nieprzytomnego mafiosa ochrona zawinęła w dywan i przywiozła do szpitala, lekarze stwierdzili zgon. Knajpa Stary Faeton była czymś w rodzaju nieoficjalnej siedziby Dieda Hasana – często organizował tu ważne spotkania z kolegami mafiosami. Dzisiejszy zamach był trzecią próbą odstrzelenia Usojana, zajmującego szczyty mafijnej hierarchii – w 1998 r. w Soczi snajper chybił, a dwa lata temu killer postrzelił go, ale nie zabił. Od tamtej pory gangster był czujny jak ważka. Zamieszkał w podmoskiewskich Lubiercach. Gdy opuszczał willę, zawsze towarzyszyli mu przyklejeni do niego ochroniarze – podobno świetnie wyszkoleni eksfunkcjonariusze milicji. Tym razem żywa tarcza z goryli nie wystarczyła.
Kto „zakazał” Usojana? Tego się być może nigdy nie dowiemy. Miał na pieńku z wieloma gangsterami, wielu nadepnął na odcisk. Eksperci są zdania, że na rynek powrócili po odsiadce mafiosi, którzy próbują odzyskać pozycję i wpływy i ponownie dzielą rewiry. Hasan im zawadzał.
Jednym z wątków, o którym piszą dziś rosyjskie media, jest działalność firm, kontrolowanych przez Usojana, zaangażowanych w budowę obiektów olimpijskich w Soczi. Niesnaski na tym tle miałyby być powodem pozbycia się Dieda Hasana z gry. Inna wersja wskazuje na konflikty z klanem Tariela Oniani (Taro) i Meraba Dżangweladze (Meraba Suchumskiego). Jeszcze inna – na wojnę z Rowszanem Dżanijewem (Rowszanem Lankorianskim), królem azerskiej mafii, kontrolującej w Moskwie bazary. Dżanijew – swoją drogą postać zasługująca na oddzielne opisanie – miał apetyt na moskiewskie interesy Usojana. Dżanijew został za karę „rozkoronowany” przez Dieda. Ostatnimi czasy podobno wzmocnił swój klan i wydał wojnę klanowi Usojana.
Życiorys Dieda Hasana to gotowa kanwa powieści kryminalnej. Pierwszy wyrok Usojan – urodzony w Tbilisi Kurd – zarobił już w wieku dziewiętnastu lat: dostał półtora roku za stawianie oporu milicji, kolejny wyrok – 5 lat zaliczył za kradzież, potem kolejne wyroki za spekulacje. W więzieniu trafił na dobrych wujków, którzy za zasługi koronowali go na „wora w zakonie”, czyli samodzielnego mafiosa, cieszącego się autorytetem, mającego na koncie grubego kalibru przestępstwa i kontrolującego mafijne biznesy i finanse. Przeżył krwawe gangsterskie wojny lat dziewięćdziesiątych, stworzył imperium. Według prasy, był głównym bossem kaukaskiej zorganizowanej przestępczości, kontrolował też ogromne obszary działalności rosyjskich gangów, rozsądzał konflikty. Ale i sam też popadał w konflikty z konkurującymi mafiosami. Prasa kilka lat temu ze smakiem rozpisywała się o wojnie Dieda z ormiańską mafią pod wodzą Rudolfa Oganowa (Rudik Bakinski). Rudik padł w tym boju. Usojan rozdawał i odbierał „korony” gangsterom, którzy kochali go i przysięgali wierność po grób, a zaraz potem nienawidzili i poprzysięgali zemstę. Jak piszą gazety, do 2012 roku milicja prowadziła obserwację Hasana, a w zeszłym roku podobno zaniechano pilnowania gangstera z uwagi na jego podeszły wiek (75 lat). Tymczasem jak twierdzą ludzie z jego najbliższego otoczenia, Usojan nie zasypiał gruszek w popiele, trzymał rękę na pulsie wydarzeń – regularnie urządzał „schodki” i „striełki” (zjazdy koronowanych mafiosów), najważniejsze sprawy powierzał członkom rodziny (głównie siostrzeńcom i bratankowi), koronował kilku zaufanych rzezimieszków. Znawcy tematu mówią, że po zamachu sprzed dwóch lat działał na rzecz przekazania imperium swoim najbliższym. Jako potencjalnego następcę wskazuje się siostrzeńca Dmitrija Czanturię (Miron).
Obecnie w rosyjskich więzieniach siedzi około sześćdziesięciu „worów w zakonie”, przeważnie za posiadanie narkotyków, za zorganizowanie grupy przestępczej – zaledwie kilku.
Ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi.
Nowy obywatel w spodniach szerokich
Śpiączkę noworoczną w Rosji zakłócił w tym roku nowy obywatel Federacji Rosyjskiej – Gerard Depardieu. Albo, jak już powykręcali na rosyjski ład jego nazwisko komentatorzy: Żerar Renewicz Depardiewski.
Zwykle zajęte w okresie świątecznym okolicznościowymi hulankami i prostacką rozrywką albo pogrążone w drzemce rosyjskie media tym razem miały rzucony na pożarcie jeden świeży, fascynujący temat: oto salwujący się przed perspektywą płacenia we Francji wysokich podatków aktor Gerard Depardieu postanowił przyjąć rosyjskie obywatelstwo. Skala podatkowa w Rosji jest wobec zapowiadanych we Francji 75 procent wyjątkowo atrakcyjna: liniowy podatek dla osób fizycznych wynosi 13 procent (dla rezydentów, tzn. tych, którzy przebywają w Rosji przynajmniej 183 dni w roku) lub 30 procent (dla nierezydentów). Jeśli zatem grażdanin Depardieu zdecydowałby się rozliczać z rosyjskim fiskusem, mógłby nieźle przyoszczędzić. Sam zainteresowany zapewniał, że wcale nie chodziło mu o podatki, a obywatelstwo innego kraju postanowił przyjąć, gdyż poczuł się obrażony przez premiera Francji kąśliwymi uwagami.
Prezydent Putin kąśliwych uwag pod adresem aktora nie wygłaszał, co więcej – zaprosił francuskiego artystę o szerokiej rosyjskiej duszy, by na oczach całego świata stał się prawdziwym, zapisanym w urzędzie, Rosjaninem. Możliwość przyznania rosyjskiego obywatelstwa Francuzowi Depardieu prezydent zapowiedział podczas tasiemcowej konferencji prasowej pod koniec grudnia. I jak to w bajkach bywa, Depardieu znalazł w trybie natychmiastowym „cichą przystań, non iron i wikt” w Rosji. Wyznania miłosne Depardieu pod adresem Rosji zostały w Rosji przyjęte z rezerwą, ale przyjęte, natomiast wyznania miłości do Putina wzbudziły liczne sardoniczne komentarze i zapytania, czy na skutek nadużywania mocnych trunków grażdaninowi Depardieu w główce się nie pomieszało. Media niechętne Putinowi nazywają francuskiego, a właściwie już rosyjskiego aktora „nowym błaznem Putina”.
Od kilku dni codziennie media dostarczają nowej pożywki. Oto Depardieu przybył do Soczi po paszport. Spotkał się z Putinem. Buzi, goździk, klapa, obnimka, paszport. Drug Żerar pojechał do Republiki Mordwa, w tradycyjnej wyszywanej koszuli śpiewał i pląsał. I wyciągał ze spodni szerokich, przed światem rozkładał – ładunku bezcennego fracht. Rosyjski paszport. Majakowski pisał wprawdzie o sowieckim paszporcie, ale słynny wiersz doskonale pasuje i do dzisiejszych realiów. Czytajcie, zazdrośćcie.
Władze Republiki Mordwa wręczyły gościowi klucze od mieszkania w Sarańsku i zaproponowały posadę ministra kultury republiki. Depardieu jakoś się nie pali do osiedlania w dalekiej republice, słynącej z licznych kolonii karnych (w jednej z nich siedzi Nadia Tołokonnikowa z Pussy Riot). Propozycje zatrudnienia lub zamieszkania sypią się jak z rękawa. Dzisiaj dyrektor teatru dramatycznego z miasta Tiumeń zgłosił, że ma w trupie teatralnej wakat dla aktora. Pensja wynosi 16 tys. rubli, z wysługą lat i dodatkami – 23 tys.
Depardieu uzyskał obywatelstwo rosyjskie w trymiga, z pominięciem procedur. Rzecznik prezydenta, Dmitrij Pieskow kilka dni temu tłumaczył nadzwyczajny tryb przyznania obywatelstwa Żerarowi Renewiczowi jego nadzwyczajnymi zasługami dla rosyjskiej kultury. Depardieu zagrał w rosyjskich filmach dwie role – kilkanaście lat temu w „Zazdrości bogów” i niedawno w „Rasputinie”. Zasługi jak zasługi. Nie o zasługi tu jednak chodziło, a o polityczne show. O pokazanie, że rosyjskie obywatelstwo jest przedmiotem pożądania nie tylko dla dziesiątków byłych obywateli Związku Radzieckiego, ale nawet dla gwiazd francuskiego ekranu.
„Być może na zwykłym rosyjskim szaraczku PR władz na krótką metę zrobi wrażenie – napisała w redakcyjnym komentarzu internetowa „Gazeta”. – Ale w oczach reszty świata Rosja jest krajem, który cynicznie handluje nawet obywatelstwem w koniunkturalnych, propagandowych celach. Nikt na świecie nie odebrał show z rosyjskim obywatelstwem Depardieu jako triumfu rosyjskiej polityki. […] Kraj, z którego wyjechało na zawsze kilka milionów ludzi, tracący potencjał intelektualny, po raz kolejny pokazał, jak lekceważy swoich obywateli. […] Depardieu we Francji nie jest prześladowany, chyba że za szykanę uznać pociągnięcie go do odpowiedzialności za prowadzenie samochodu po pijanemu”.
Nie wiadomo, jak długo potrwa rosyjska odyseja Gerarda Depardieu i jakie jeszcze splendory i zgryźliwości nań spłyną. Zresztą aktor oznajmił, że zamierza nadal ubiegać się też o obywatelstwo Belgii.
Wazeliniarz roku 2012
„W czasie walki Fiodora Jemieljanienki miałam szczęście siedzieć obok Władimira Władimirowicza [Putina] przy samym ringu. Od prezydenta bucha taka energia! Kobiecej intuicji nie da się oszukać!” – taki wazeliniarski pean wygłosiła mistrzyni świata w boksie Natalia Ragozina.
Zaangażowana sportsmenka wpisała się znakomicie w rozwijającą się w niektórych kręgach gałąź twórczości „ku czci wodza”. Ten gatunek z roku na rok przybiera coraz bardziej barokowe formy, zatem tworząca doroczny ranking lizusów gazeta „Kommiersant” miała w tym roku w czym wybierać. Tak na marginesie – Ragozina mówiła o spotkaniu z Putinem na pamiętnej walce mistrza Jemieljanienki. Pamiętnej, bo to właśnie wtedy Putin został po raz pierwszy głośno wygwizdany przez zgromadzoną publiczność, gdy wyszedł na ring pogratulować zwycięstwa Jemieljanience i zaczął uprawiać agitkę. Bo też miniony rok pokazał, że w Rosji kwitnąć może nie tylko wazeliniarstwo i dostarczył mnóstwa materiału do rankingu wypowiedzi czy haseł antyputinowskich. Niesione podczas masowych demonstracji ulicznych transparenty czy napisy na pomysłowych kostiumach były znakomitą reakcją na wydarzenia polityczne w kraju: np. „Nie kołyszcie łódką, naszemu szczurkowi robi się od tego niedobrze” – brzmiało hasło wymyślone przez pisarza Dmitrija Bykowa. Rozwinęła się też twórczość internautów, komentujących demonstracje i reakcje władz. Każdy spektakularny wyczyn władz – cuda nad urną, pałowanie demonstracji, proces Pussy Riot, lot Putina na czele stada żurawi – był inspiracją do napisania wierszyka czy narysowania dowcipu rysunkowego.
Ale wróćmy do tytułowego wazeliniarstwa. Z uwzględnionych przez „Kommiersanta” pereł wiernopoddaństwa warto przytoczyć kilka najbardziej kuriozalnych przykładów czołobitności w wykonaniu polityków, artystów, sportowców.
„Zawsze byłem za nim [Putinem], jestem i będę. Dlatego że długo żyłem i czekałem, kiedy nastanie władza, która da mi możliwości, które chciałbym mieć. On jest poważnym reprezentantem naszego kraju, kompetentnym w wielu dziedzinach. Ma ogromne doświadczenie. Może mówić z Niemcami po niemiecku, z Anglikami po angielsku. Za naszych poprzednich [przywódców] było mi wstyd za granicą. A teraz mogę zadzierać nos do góry, dlatego że w światowej polityce nie ma jemu równych”. Michaił Bojarski, aktor z Petersburga, nie wiedzieć czemu zawsze chodzący w czarnym kapeluszu.
„Wydaje mi się, że słowa Putin i Rosja rymują się”. Igor Szadchan, reżyser dokumentalista, autor filmów o Putinie, nieoficjalnie nazywany „nadwornym reżyserem”.
„Pomyślcie, przecież Putin jest pierwszym przywódcą Rosji od Mikołaja Romanowa, który doszedł do władzy w stu procentach legalnie. Co więcej, w stu procentach tę władzę legalnie utrzymuje”. Władimir Medinski, minister kultury.
„Putin to silny człowiek. Jest prawdziwym patriotą, wie wszystko o Rosji. Przy czym emocje nie są mu obce – Putin potrafi być sentymentalny”. Denis Macujew, pianista.
„Bardzo szanuję tego człowieka i nie rozumiem tych, którzy Putinowi zazdroszczą, przecież on wykonuje piekielną robotę”. Edgar Zapaszny, treser dzikich zwierząt w cyrku.
I na koniec wypowiedź jednego z najbogatszych ludzi Rosji, Arkadija Rotenberga: „Przyjaźń nigdy nikomu nie zaszkodziła. Ale ja bardzo szanuję tego człowieka [Putina] i uważam, że naszemu krajowi sam Bóg go zesłał”. Ta przyjaźń rzeczywiście nigdy nie przeszkadzała panu Rotenbergowi i jego bratu w robieniu interesów. Rotenberg zajmuje 94. miejsce na liście najbogatszych Rosjan z majątkiem wynoszącym 1 mld dolarów.
Satyryk Michaił Zadornow przypomniał w podsumowaniu roku o pewnym mnichu, który śmiało może zostać wpisany na listę wazeliniarzy roku. Podczas powitania w klasztorze Walaam pocałował on Putina w rękę: „Dzięki temu współpracownicy kancelarii prezydenta dowiedzieli się, że Putina można całować jeszcze i po rękach” – skomentował Zadornow.
Szanowni Czytelnicy, życzę pomyślności w Nowym Roku – zdrowia, wielu powodów do satysfakcji, harmonii i szczęścia.
