System pokazuje coraz bardziej ponure oblicze. Dziś sąd rejonowy dzielnicy twerskiej Moskwy uznał prawnika pracującego dla Hermitage Capital Siergieja Magnitskiego winnym zarzucanych mu czynów – opracowania dla zatrudniającej go firmy schematu pozwalającego uchylać się od podatków, co umożliwiło brytyjskiej fundacji niedopłacenie 522 mln rubli podatków. Sąd odstąpił od wymierzania wyroku z powodu śmierci prawnika (listopad 2009, areszt śledczy Matrosskaja Tiszyna; został aresztowany po tym, jak ujawnił przewały finansowe, jakich dopuszczają się wysocy urzędnicy MSW; zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach; wskazywani przez Magnitskiego urzędnicy zostali wybieleni).
To pierwszy w sowieckiej i rosyjskiej praktyce sądowej proces nad nieżyjącym oskarżonym. Przepisy dopuszczają pośmiertny proces, ale tylko na żądanie rodziny zmarłego (wyłącznie jeśli ma to na celu rehabilitację). Tymczasem krewni Magnitskiego nie tylko z takim wnioskiem nie występowali, ale odmówili udziału w procesie i oświadczyli, że jest on amoralny i niezgodny z prawem. Dlaczego w takim razie proces się odbył? Ze względu na społeczną wagę sprawy – argumentowały władze.
Drugim oskarżonym w procesie był dyrektor generalny Hermitage Capital William Browder, który miał zastosować schemat Magnitskiego. Zaocznie skazano go na karę dziewięciu lat pozbawienia wolności. Wielka Brytania odmówiła wydania Browdera w ręce rosyjskiego wymiaru sprawiedliwości.
Magnitski, jak głosi orzeczenie sądu, wymyślił i wprowadził w życie mechanizm oszustwa podatkowego: zarejestrował w 2001 roku w Kałmucji (republika na południu Rosji) dwie firmy, w których fikcyjnie zatrudniano inwalidów. Dzięki temu firmy mogły wystąpić o ulgi podatkowe. Magnitski działał w interesach Browdera.
Prowadzone w tej sprawie śledztwo umorzono w 2009 r. w związku ze śmiercią Magnitskiego. Wznowiono je jednak w sierpniu 2011 r. Proces zaczął się na początku br.
Ponieważ rodzina Magnitskiego odmówiła udziału w procesie, obrońcę przydzielono z urzędu. Wyznaczony adwokat wielokrotnie wskazywał, że proces narusza kodeks postępowania karnego i stoi w sprzeczności z orzeczeniem Sądu Konstytucyjnego. Zdaniem Amnesty International, proces nie jest sprawiedliwy: Magnitski nie ma możliwości osobistego udziału w rozprawach, został pozbawiony jednego z podstawowych praw – prawa do obrony. Mimo to proces toczył się dalej.
W przeddzień ogłoszenia wyroku w procesie Magnitskiego-Browdera przedstawiciele Hermitage Capital opublikowali list: „Sąd po śmierci to polityczny kafkowski proces putinowskiego reżimu, zorganizowany w celu ochrony urzędników, którzy ukradli Rosjanom 5,4 mld rubli, a co odkrył Siergiej Magnitski. Proces jest świadectwem braku poszanowania władz dla praw i swobód jednostki […], pogardy dla prawa i dla swoich obowiązków. Urządzając pośmiertny proces Magnitskiego i zaoczny nad Browderem za rzekome uchylanie się od płacenia podatków, rosyjskie władze zignorowały fakt przedawnienia wszystkich domniemanych uchybień – termin upominania się o nieopłacone podatki minął dziewięć lat temu, a termin pociągnięcia za to do odpowiedzialności karnej – dwa lata temu”. Jeszcze dobitniej wyraził się Browder: „Dzisiejszy werdykt sądu zostanie zapisany w annałach rosyjskiej historii jako jeden z najbardziej haniebnych od czasów Józefa Stalina. To pierwszy wyrok skazujący wobec zmarłego, orzeczony w Europie od dziesięciu wieków. Determinacja, z jaką Putin działa, dowodzi, że jest gotów mścić się na każdym, kto obnaża złodziejstwo i korupcję, którym on patronuje”. „Jeżeli Browder pojawi się na terytorium Rosji, będzie siedział” – powiedział szef parlamentarnej komisji ds. prawa Paweł Kraszeninnikow. Deputowany uznał, że proces Magnitskiego-Browdera to „normalna praktyka sądowa. Byli we dwóch [oskarżeni], nie można rozpatrywać sprawy jednego bez sprawy drugiego”.
Wprowadzający sankcje wobec osób winnych śmierci Siergieja Magnitskiego tzw. akt Magnitskiego, przyjęty pod koniec 2012 r. przez Kongres USA, stał się jednym z powodów ochłodzenia i napięć na linii Moskwa-Waszyngton. Kreml był oburzony i szukał sposobów, by dotkliwie odwinąć się Ameryce. Ten proces to w pewnym sensie sąd nad tą listą. System pokazuje, że będzie do upadłego bronił ludzi, których oszustwa wychwycił i upublicznił Magnitski. Bo to ludzie systemu. Na tym system się trzyma. Trudno uwierzyć, że proces i wyrok jest przypadkiem. Przecież trzeba pokazać światu, że Magnitski, którego broni Zachód, to skazany prawomocnym wyrokiem „najbardziej humanitarnego sądu” oszust, a nie żaden bojownik o wolność i prawdę.
Kiedyś prezydent Putin powiedział, że dorwie czeczeńskich terrorystów nawet w kiblu. Można sparafrazować tę frazę i powiedzieć, że system konsekwentnie będzie ścigał swoich wrogów i dorwie ich nawet w trumnie.
Ostatnie wpisy
Zagraniczny agent Putina
Kiedy byli nastolatkami, ćwiczyli wspólnie chwyty dżudo. Kiedy jeden z nich zaczynał swój niewolniczy trud na galerach, a drugi był dyrektorem petersburskiej Szkoły Mistrzów Sportu, wspólnie wydali podręcznik sztuk walki „Dżudo – historia, teoria, praktyka” i inne książki poświęcone tej dyscyplinie. Dziś jeden z dżudoków nadal haruje na kremlowskich galerach, a drugi jest zasłużonym trenerem, działaczem sportowym, deputowanym Dumy Państwowej z ramienia Jednej Rosji, prezesem Międzynarodowej Federacji Sambo. Obaj troszczą się o pozytywny wizerunek Rosji w świecie.
O kim mowa? Dżudoka na galerach to prezydent Władimir Putin, a jego dawny partner na tatami i współautor książek o umiłowanym sporcie to Wasilij Szestakow. Znowu mają coś wspólnie do zagrania.
W Londynie podano do wiadomości, że pod koniec czerwca zarejestrowano tu fundację „Pozytywna Rosja”. Jej zadaniem jest popieranie wszelkich inicjatyw mających na celu stworzenie pozytywnego wizerunku Rosji w Wielkiej Brytanii i nie tylko. Na czele fundacji stanął Szestakow.
Brytyjska „Pozytywna Rosja” nie jest pierwszą instytucją, zajmującą się kreowaniem dobrego wizerunku współczesnej Rosji poza jej granicami (od razu powstaje też historyczna paralela: ZSRR po mistrzowsku wykorzystywał postępowych zachodnich intelektualistów i ludzi kultury do głoszenia chwały komunizmu, za Leninem nazywano ich poetycko „pożytecznymi idiotami”). Dwa rosyjskie instytuty demokracji i współpracy powstały przed sześciu laty w Paryżu i Nowym Jorku. Na ich czele stanęli zasłużeni towarzysze walki ideologicznej. Prawnuk Wiaczesława Mołotowa, Wiaczesław Nikonow objął z kolei stanowisko utworzonej też kilka lat temu fundacji „Russkij Mir”, do której zadań należy propagowanie rosyjskiej kultury i utrwalanie dobrego wrażenia o Rosji. Czy wizerunek Rosji w świecie poprawił się dzięki tym domom kultury radzieckiej? Może by się i poprawił, gdyby nie to, że rosyjska rzeczywistość na świecie niespecjalnie się podoba: fałszowanie wyborów czy przykręcanie śruby na każdym odcinku frontu (w tym m.in. wprowadzenie obowiązku rejestrowania się jako zagraniczni agenci dla NGO, finansowanych z zagranicy).
Ale wróćmy do „Pozytywnej Rosji”. Jak miesiąc temu pisała petersburska „Fontanka”, w pałacu Kensington odbyła się uroczystość, podczas której spotkali się przedstawiciele brytyjskiej arystokracji i Rosjanie z czołówki listy „Forbesa”. Na czele delegacji rosyjskich miliarderów stanął Wasilij Szestakow – miliarderem wprawdzie nie jest, ale w maju został obdarzony tytułem honorowego obywatela londyńskiego City. Ponadto według oficjalnych zapowiedzi, wieczór poświęcony był 75-leciu sambo. Ale korespondent „Fontanki” donosił, że tak naprawdę chodziło nie o sporty walki i popychanie kandydatury sambo jako dyscypliny olimpijskiej, ale o lobbing pomysłu fundacji „Pozytywna Rosja”. Tak na marginesie, bankiet odbył się na koszt przyjaciela Silvio Berlusconiego, honorowego prezesa włoskiej federacji sambo, Vincenzo Traniego.
I jeszcze jedno: „Struktury, podobne do „Pozytywnej Rosji” są zagranicznymi agentami w czystej postaci – napisał w komentarzu na portalu „Slon.ru” Paweł Czernomorski. – Per analogiam można by wymienić British Council czy francuski odpowiednik, kształtujące pozytywny wizerunek swoich krajów na świecie [tak na marginesie: filie British Council zostały z Rosji wypchnięte w 2008 roku – http://labuszewska.blog.onet.pl/2008/01/22/british-council-w-trybach-przykrej-wojny/; u siebie żadnych „zagranicznych agentów” Rosja nie toleruje, a sama chętnie z gościnności niezrażonych wyspiarzy korzysta – AŁ]. Rosja na razie nie może się pochwalić sukcesami w dziedzinie propagowania pozytywnego wizerunku. Zamiast globalnej agencji piarowskiej u nas powstają puste synekury z tytułami i niemałym finansowaniem z budżetu”.
Teraz jak to w celebryckich bajkach bywa, Szestakow zapewnia na prawo i lewo, że to Anglicy wystąpili z propozycją stworzenia takiej fundacji, która będzie pracować nad wizażem Rosji. Takiej propozycji wychodzącej od brytyjskiego premiera i bliskiego krewnego angielskiej królowej nie można odrzucić.
Szestakow zresztą ostatnio poszalał w Londynie jako lobbysta nie tylko w swojej dyscyplinie, ale znacznie szerzej. Dzisiaj uskrzydlony komentował zawarcie umowy sponsorskiej pomiędzy Aerofłotem a klubem Manchester United: „To doniosły krok z punktu widzenia wizerunku kraju. Taka reklama [piłkarze Manchesteru będą nosić na koszulkach emblemat Aerofłotu i latać na imprezy sportowe samolotami rosyjskiego przewoźnika] działa na ludzi. Patrzą na koszulkę zawodnika, widzą napis Aerofłot i od razu przychodzi im na myśl, że to dobre linie z dobrego kraju”.
„Kotlety otdielno, muchi otdielno” – powiedział kiedyś Władimir Putin, wyprowadzony z równowagi przez prezydenta Łukaszenkę podczas dyskusji o buksującej integracji. Ten słynny cytat można by zastosować do opisu rosyjsko-brytyjskich zawiłości. Bo z jednej strony honorowy obywatel City Szestakow, Aerofłot i przyjemne party w pałacu Kensington, a z drugiej lista Magnitskiego (ostatnio podano do wiadomości, że Londyn sporządził własną listę złożoną z 60 nazwisk Rosjan), rosyjscy antyputinowscy emigranci i jadowita prasa, krytykująca Putina od stóp do głów.
Milczenie prosiąt, czyli jeż w spodniach
Szpiegowski thriller polityczny z Edwardem Snowdenem w niejasnej roli tytułowej płynnie przeszedł w komedię omyłek, by ostatnio ostentacyjnie skręcić w stronę komedii romantycznej.
Zawiązanie akcji obiecywało wiele: 29-letni pracownik amerykańskiej agencji bezpieczeństwa NSA pod sztandarem walki z obłudą polityków wyjawił tajemnice wuja Sama, bliskiego kuzyna Wielkiego Brata. Według Snowdena, USA podsłuchuje i podpatruje swoich obywateli i nawet najbliższych sojuszników, a ponadto dokonuje ataków hackerskich na serwery rywali. Snowden udzielił wywiadu dziennikarzom „Guardiana” i „Washington Post” po ucieczce ze Stanów, siedząc w hotelu w Hongkongu. Cały świat się zaciekawił, prezydent Obama dostał szału, czym jeszcze bardziej zaciekawił świat zaciekawiony rewelacjami Snowdena. Zdenerwowali się także podsłuchiwani partnerzy. Na prezydenta Obamę. Ale z przyznawaniem prawa pobytu Snowdenowi nikt się nie wyrywa. Bronią go niektórzy rosyjscy komentatorzy, organizacje obrony praw człowieka i WikiLeaks. Media zgodnie rzuciły się na wakacyjną atrakcję i rozwałkowywały ją na cienkie plasterki.
Rozwinięcie akcji przyniosło rozczarowanie – nie tylko widzom, którzy stracili z oczu głównego bohatera skandalu, ale także być może samemu bohaterowi. Z niewiadomych powodów Snowden opuścił 23 czerwca hotel w Hongkongu (albo nie opuścił), wsiadł pod opieką prawniczki WikiLeaks do samolotu rejsowego do Moskwy (albo i nie wsiadł), pod swoim nazwiskiem albo i nie swoim, i bez przeszkód wylądował na Szeriemietjewie. Z paszportem albo i bez paszportu. Tam podobno koczuje do dziś, co chwila wpadając na inny pomysł wykaraskania się z opresji (ostatnio azyl zaproponowały mu Nikaragua, Wenezuela i Boliwia). Albo i nie koczuje.
Podczas kryzysu karaibskiego gensek Nikita Chruszczow oznajmiając o wysłaniu rakiet na Kubę, wypowiedział słynny aforyzm: „wpuściliśmy Amerykanom jeża do spodni”. Sądząc z rosyjskich komentarzy prasowych, po wylądowaniu Snowdena w Moskwie panowało oczekiwanie, że Rosja znowu będzie miała okazję wpuścić Amerykanom jeża do spodni. Snowden demaskujący podłość światowego hegemona wpadł Rosjanom jak gruszka do antyamerykańskiego fartuszka. Nic tylko brać, nic tylko korzystać, nic tylko wykazywać niegodziwości, łamanie reguł i praw jednostki. Ale czas płynął, wuj Sam groźnie ściągał brwi, Snowden nie wsiadał do kolejnych samolotów lecących do Hawany. Nie został też zabrany do prezydenckich odrzutowców, którymi podróżowali wizytujący akurat Moskwę prezydenci nieprzychylnych Waszyngtonowi krajów Ameryki Łacińskiej. Powstało nawet wrażenie, że to Rosjanie ze Snowdenem na Szeriemietjewie mają teraz jeża w spodniach.
Spekulacje na pewien czas przerwał prezydent Putin: „Przybycie [Snowdena] do Moskwy było dla nas całkowitym zaskoczeniem – powiedział na konferencji prasowej w Finlandii. – Przyjechał jako pasażer tranzytowy. Nie potrzebuje więc ani wizy, ani żadnych innych dokumentów, ma prawo kupić bilet i odlecieć, dokąd chce. Nie przekroczył granicy, więc jakiekolwiek oskarżenia pod adresem Rosji to brednie. Co do potencjalnego wydania [Snowdena] Stanom Zjednoczonym, to możemy wydawać obywateli obcych państw tylko tym państwom, z którymi mamy zawarte odpowiednie międzynarodowe umowy o wydawaniu przestępców. Mam nadzieję, że to w żaden sposób nie odbije się na pragmatycznym charakterze naszych stosunków z USA i mam również nadzieję, że nasi partnerzy to zrozumieją”. Prezydent zapewnił, że Snowden nie jest agentem rosyjskich służb i dodał, że nie zamierza zagłębiać się w sprawę Snowdena: „Z tym jest tak, jak ze strzyżeniem prosiąt: dużo wrzasku, a sierści mało”. Sekretarz prasowy Putina dodał później, że uciekinier mógłby liczyć na pozostanie w Rosji, gdyby zrezygnował z antyamerykańskiej działalności.
Snowden zrezygnował z ubiegania się o azyl w Rosji. Tymczasem na scenę wkroczyła Anna Chapman, zdemaskowana w USA trzy lata temu rosyjska agentka, o której już wszyscy zdołali zapomnieć. Rudowłosa szelmutka wysłała Snowdenowi za pośrednictwem Twittera propozycję matrymonialną. Snowden wyraził wstępne zainteresowanie.
Ciąg dalszy niewątpliwie niebawem nastąpi, bo do omówienia zostało mi jeszcze wiele interesujących wątków. Poza tym – ten, co pisze scenariusze, jeszcze nie powiedział ostatniego słowa w tej historii.
Białe noce w Siegieży, czyli 50 lat Chodorkowskiego
A przecież mógł być Abramowiczem. Nadal zarządzać imperium biznesowym, pływać luksusowym jachtem, wypoczywać na rajskich wyspach, ściskać prawicę Igorowi Sieczinowi, kibicować własnej pierwszoligowej zachodniej drużynie piłkarskiej. Mógł być Abramowiczem. Gdyby tylko potrafił płynąć z prądem, gdyby posiadł umiejętność niezbędnej w polityczno-biznesowym środowisku mimikry. Mógł być. Ale może ten najsłynniejszy więzień Putina jest kimś więcej. Jest kimś.
Wczoraj Michaił Chodorkowski skończył pięćdziesiąt lat. Po zderzeniu z górą lodową putinowskiej korporacji ostatnie dziesięć lat spędził w aresztach i koloniach karnych. Wiele się przez te lata wydarzyło. Z nim też, choć wydaje się, że życie człowieka wsadzonego za kratki ustaje. Chodorkowski się nie poddał, nie zgiął karku przed władzą, która kilkakrotnie kokietowała go możliwością złagodzenia wyroku – o ile przyzna się do winy, a ponadto (a może w pierwszym rzędzie) okaże skruchę, ukorzy się przed majestatem. Wybrał niezłomność. Wybrał wolność myśli. A myśli te – głównie poświęcone polityce Rosji, ale też zapiski więzienne – przelewa na papier i sukcesywnie publikuje. W 2003 r., gdy go posadzono na ławie oskarżonych, a potem skazano, opinia publiczna była podzielona: część (mniejsza) uważała, że dzieje się rażąca niesprawiedliwość i Chodorkowski płaci za postawienie się Putinowi, ale część (większa) uważała, że dobrze mu tak, bo się wzbogacił kosztem narodu, że zasłużył sobie na strącenie z piedestału. I nie kiwnęła palcem w jego obronie. W wielu publikacjach z okazji jubileuszu Chodorkowskiego powtarza się teza, że pewna część tej większej części niegdyś obojętnej wobec losu magnata dziś sympatyzuje z nim, szanuje za postawę, a nawet uważa za autorytet moralny. Jest przez coraz liczniejszą grupę Rosjan postrzegany jako człowiek z innej gliny niż rządząca kasta, zdeprawowani, kapryśni i trzęsący się w obliczu władzy oligarchowie czy skorumpowani urzędnicy. Od Chodorkowskiego nie zalatuje zgnilizną.
Na urodziny Chodorkowski dostał prezent: mógł się zobaczyć z rodziną. Do kolonii karnej w Siegieży w Karelii pojechali rodzice i żona. (Siegieża po karelsku znaczy „czystość”). W Moskwie na jego urodziny przyszło około dwustu osób. Zebrali się na bulwarze Twerskim, przeszli na Arbat. Pod pomnikiem Okudżawy OMON zatrzymał pięćdziesięciu uczestników, wypuszczono ich dziś rano. Były przemówienia, życzenia, plakaty, portrety, baloniki. I prowokacje.
Realizująca zamówienia z Kremla telewizja NTW też zauważyła urodziny Chodorkowskiego. Nie, nie złożono jubilatowi życzeń – kilkakrotnie przypominano za to o rocznicy zabójstwa mera Nieftiejugańska. W 1998 r. mer tego miasta, w którym zlokalizowane były aktywa Jukosu, został zastrzelony. Wcześniej popadł w konflikt z koncernem Chodorkowskiego, upominał się o płacenie przez Jukos podatków. W materiale telewizji sugerowano, że to Chodorkowski ponosi odpowiedzialność za śmierć mera. Taką sugestię wyraził też trzy lata temu Władimir Putin.
Do końca wyroku zasądzonego w drugim procesie Chodorkowskiemu pozostał rok z hakiem. Kilka tygodni temu media sygnalizowały, że zgodnie z pierwotnym projektem ustawy amnestyjnej Chodorkowski mógłby liczyć na skrócenie wyroku. Ale swoje poprawki do ustawy wniósł prezydent, znacznie zawężając grono, które może podpaść pod amnestię i Chodorkowski już do tego zawężonego grona się nie kwalifikuje. A teraz jeszcze coraz częściej mówi się, że szykuje się nowy – już trzeci – proces Chodorkowskiego.
Na koniec zacytuję z internetowej „Gazety” fragment artykułu Natalii Geworkian, autorki książki „Więzień Putina” poświęconej MBCh: „Chodorkowski siedzi dłużej, niż siedział Bukowski i nawet Szczaranski [sowieccy dysydenci – AŁ]. W ciągu tych dziesięciu lat rozprawy sądowe na odgórne zamówienie stały się rozpowszechnioną praktyką. W 2003 roku [kiedy Chodorkowski został skazany] byli już w Rosji więźniowie polityczni – Limonow i limonowcy. W 2013 roku jest ich o wiele więcej i znacznie rozszerzyło się spektrum. Sąd i więzienie jako sposób na odebranie biznesu stały się powszednie. Dziesięć lat temu mówiono, że historia Jukosu to wyjątek. Po dziesięciu latach można uznać, że sprawa Jukosu to był początek nowego stylu sprawowania władzy w Rosji. […] Chodorkowski nie wypadł z obiegu. W niewoli jest bardziej wolny niż jego koledzy oligarchowie, strachliwie unikający jakichkolwiek pytań, które wydają się im politycznie niepoprawnymi. Chodorkowski ma proste plecy, żyje, zachowując godność. Żyje tak, że jego dzieciom nigdy nie będzie za niego wstyd. […] Ma nie tylko umysł, ale i duszę. Jego oponenci zapewne nie spodziewali się, że tak to się potoczy, tymczasem skazując go, stworzyli mu szansę na odniesienie moralnego zwycięstwa. I on z niej skorzystał”.
Gorycz demiurga i hymn
Kreml powziął plan stworzenia nowej jakości w prasie – ma powstać medium, które stworzy konkurencję ideologiczną opiniotwórczym dziennikom „Kommiersant” i „Wiedomosti”. Nad poprawnością medialnej strawy ma czuwać ISEPI – Instytut Badań Społeczno-Ekonomicznych i Politycznych pod batutą nowego inżyniera dusz Dmitrija Badowskiego.
Zaczyna się nowa epoka. Po wygnaniu z Kremla wpierw (już dawno, dwa lata temu) Gleba Pawłowskiego, a ostatnio Władisława Surkowa – kuratorów „suwerennej demokracji” władze próbują stworzyć projekt odpowiadający duchowi czasu. Fala wynosi w górę Badowskiego, on teraz jest twarzą oficjalnej polityki medialnej. „Nowy projekt – wyjaśnia Badowski – ma rozcieńczyć monopol liberalnych poglądów w rosyjskiej przestrzeni medialnej”. Na czym będzie polegało owo rozcieńczanie – zobaczymy. Liberalne poglądy w Rosji są dziś passe.
Były naczelny inżynier dusz Kremla, autor wizerunku Putina w czasie jego pierwszych kadencji, gorący zwolennik liberalnego (w każdym razie „liberalniejszego”) kursu Dmitrija Miedwiediewa i równie gorący orędownik jego drugiej kadencji Gleb Pawłowski wypadł z łaski (http://labuszewska.blog.onet.pl/2011/04/27/kiedy-mnie-juz-nie-bedzie/). Teraz komentuje wydarzenia na scenie politycznej i wychyla coraz większe czary goryczy. W wywiadzie dla portalu Lenta.ru podzielił się ostatnio wątpliwościami co do nowego projektu medialnego, z obawą odniósł się do przemian w zachowaniach elit i społeczeństwa.
„Mój pomysł polegał na tym, żeby [media i ekipa obsługująca władzę] działały na rzecz konsolidacji lojalnej wobec władz warstwy społecznej, a władza miała rewanżować się lojalnością. […] Obecnie mamy inną sytuację, w której człowiek pracujący dla władzy powinien wyrobić w sobie jakąś prewencyjną umiejętność zgadzania się, powiedziałbym nawet – prewencyjną gotowość do kapitulacji w każdej kwestii. To znaczy dziś złamali twój opór i zmusili, żebyś poparł ohydną ustawę Dimy Jakowlewa, a nazajutrz musisz już wspierać jeszcze bardziej ohydną ustawę o mniejszościach seksualnych albo wybory mera Moskwy, które trudno nazwać wyborami. Media muszą być superlojalne”. A władza wcale nie poczuwa się do odwzajemnienia. Zdaniem Pawłowskiego, ten fundament oznacza degradację. Z przestrzeni publicznej wypycha się ambitne, samodzielne projekty, pozostaje serwilizm. „Dziś kompetencja nie jest w cenie. Celem jest totalny prewencyjny konsens. Ulubiona formuła naszego prezydenta to „miażdżąca większość”. Dla mniejszości – czy to kulturowej, czy seksualnej, czy politycznej – nie ma miejsca. Jeśli prezentujesz siebie jako mniejszość – stajesz się celem dla skrajnych form agresji. To nowa sytuacja, w kraju nie było czegoś takiego od czasów stalinowskiej walki z kosmopolityzmem. To nowa Rosja. Rosja, która rozstaje się z rosyjską kulturą. Mamy do czynienia z nową chorobą, bardzo poważną. Nic się o niej nie dowiemy, jeśli będziemy nazywać automatycznie ją faszyzmem, dyktaturą i tak dalej – tu mamy sytuację, którą społeczeństwo nie tylko akceptuje, a samo prowokuje. […] Obserwujemy uwiąd ludzkich cech naszego społeczeństwa”. Niewesołe konstatacje.
Za przejaw twórczości nowych inżynierów dusz śmiało można uznać pomysł na ustanowienie, a właściwie reanimowanie hymnu Dumy Państwowej (pisałam o tym ostatnio przy okazji ustawodawczej aktywności parlamentu na gruncie walki z propagandą nietradycyjnych zachowań seksualnych). Pieśń wykonał nosiciel najbardziej geometrycznej fryzury XXI wieku – Josif Kobzon (do wysłuchania np. tu: http://www.youtube.com/watch?v=uwr8GFNZoCs).
Zwala z nóg tekst. Już w incipitu dowiadujemy się, że: „Przed wami, wybrańcy narodu, Ruś bije czołem do ziemi”. Dla tych, którzy serce mają mężne, cały tekst: http://www.nvspb.ru/stories/volnoy-volyushki-jelannoy-vy-nam-znamya-prinesli-51562). Autorem tej patetycznej grafomanii jest poeta i historyk filozofii Nikołaj Sokołow. A przy okazji także cenzor z petersburskiego Komitetu Cenzury. Nie, nie, oficjalnie cenzury w Rosji nie przywrócono. Ten utwór powstał w 1906 roku dla Dumy pierwszej kadencji, a carat, jak wiadomo, gnębił cenzurą, choć jednocześnie zgodził się na parlament, wszystko się zgadza. Zgnębiony być może własnym udziałem w cenzurowaniu Sokołow popełnił wiersz (którego mu nikt niestety nie ocenzurował), a Aleksander Głazunow oprawił to w muzykę. Notabene rosyjscy blogerzy wzięli dzieło na warsztat (głównie oburzali się, ale też wyszydzili na wszystkie strony; gdyby Lew Tołstoj był dzisiaj blogerem, pewnie powtórzyłby swoją ówczesną recenzję na temat hymnu: „Nie ma muzycznego natchnienia”) i dopatrzyli się wybitnego podobieństwa hymnu Głazunowa do niemieckiego hymnu autorstwa Haydna „Deutschland über alles”. Cóż, może to i podobne, choć patetyczne hymny wszystkie są do siebie podobne. Nikołaj Sokołow dwa lata po napisaniu dzieła sam uderzył czołem o ziemię i to bynajmniej nie przed obliczem wybrańców narodu – w stanie upojenia alkoholowego napił się jakiejś octowej mikstury i skonał.
