Którzy odeszli – 2013, część druga

W części drugiej tegorocznych pożegnań – ludzie polityki.
23 marca w willi niedaleko Ascot w hrabstwie Berkshire znaleziono w łazience ciało Borysa Bieriezowskiego. Śmierć nastąpiła na skutek powieszenia. Policja nie stwierdziła śladów przemocy. Śledztwo w sprawie wyjaśnienia przyczyn śmierci nadal się toczy. Jednym z najbardziej prawdopodobnych motywów jest samobójstwo.
„Mnie to się wydaje, że on ma ogon, tylko zasłania go dłuższą marynarką” – powiedziała kiedyś moja znajoma, przyglądająca się z bliska poczynaniom Borysa Bieriezowskiego. Tak w czasach Jelcyna postrzegała Bieriezowskiego duża część rosyjskiego społeczeństwa. On sam dbał o swoją reputację demona. Podstęp, nagły zwrot przez rufę, diabelski spryt – to było instrumentarium, które pozwoliło mu w latach gorącej transformacji lat 90. zbić fortunę i zająć poczesne miejsce blisko tronu. Był mistrzem mistyfikacji, więc – jak utrzymuje wielu wnikliwych kremlinologów – również rozpowszechniona opinia, że to on pociąga za sznurki na Kremlu, była jego kreacją na użytek zewnętrzny. Owszem, należał do wąskiego kręgu przy Jelcynowskiej Familii, owszem, odgrywał w niej ważną rolę. Ale to nie on podejmował decyzje. Jego dochodzenie do majątku, ostre gry w biznes i politykę w latach 90. zostały drobiazgowo opisane i przez przyjaznych mu literatów, i przez analityków, i przez wrogów. Na podstawie jednej z książek, autorstwa Jurija Dubowa, powstał film „Oligarcha”. Główny bohater – Płaton (po emigracji do Wielkiej Brytanii Bieriezowski zmienił formalnie nazwisko na Płaton Jelenin) – wymyśla genialny w swej prostocie „akcelerator”, pozwalający na zrobienie szybkiej kasy. To „numer” zaczerpnięty z arsenału pomysłów Bieriezowskiego. Z wykształcenia matematyk (miał tytuł doktora habilitowanego, był członkiem korespondentem Rosyjskiej Akademii Nauk) biznes poddawał analizie matematycznej. Ale jego żywiołem był nie tyle biznes, ile intryga. O jego zamiłowaniu do towarzystwa pięknych kobiet i dziewcząt (jedna z jego „pasji” miała zaledwie czternaście lat) wiecznie rozpisywały się brukowce na całym świecie. Metodę analizy matematycznej Bieriezowski próbował zastosować również w polityce. Ale w 2000 r. coś w tym równaniu nie wyszło. Pod jedną z niewiadomych Bieriezowski podstawił nieodpowiednie wartości. Bieriezowski trąbił, że to on jest autorem „projektu Putin”, że to on wyznaczył na następcę ciężko chorego, ustępującego prezydenta Jelcyna młodego, lojalnego wobec Familii następcę. Czy rzeczywiście tak było? Nie wiem, czy kiedykolwiek się tego dowiemy. Ale fakt, że Bieriezowski obnosił się z tym, ile Putin mu zawdzięcza, stało się jednym z najważniejszych powodów powodem ich rozłamu. Przede wszystkim jednak Bieriezowski nie zrozumiał nowych reguł gry, chciał nadal mieć władzę. Jak niepyszny musiał jednak unosić głowę z Rosji – przeciwko niemu wszczęto kilka postępowań o malwersacje. W 2003 r. uzyskał azyl polityczny w Wielkiej Brytanii. I dalej walczył z „krwawym reżimem Putina”. A reżim wysłał za nim list gończy. Bieriezowski próbował nadal stosować swoją maksymę „Kupić można wszystko. Trzeba tylko znać cenę”. No więc płacił za swoje pomysły, które miały nasolić Putinowi. W wywiadach dla brytyjskiej prasy chwalił się, że finansuje przeciwników Kremla. W 2005 r. utrzymywał, że przekazał pokaźne sumy na sfinansowanie pomarańczowej rewolucji na Ukrainie, też na złość Kremlowi. Udzielał pomocy uciekinierom z Czeczenii – przeciwnikom Ramzana Kadyrowa. Jego cień towarzyszył sprawie zabójstwa byłego funkcjonariusza Federalnej Służby Bezpieczeństwa Aleksandra Litwinienki, otrutego polonem w Londynie w 2006 r. Zdaniem brytyjskich śledczych (i samego Bieriezowskiego), sprawcami śmierci byli funkcjonariusze FSB Andriej Ługowoj i Dmitrij Kowtun. Śledztwo trwa nadal. Co jakiś czas w prasie pojawiały się też wieści o przygotowywanych zamachach na życie Bieriezowskiego.
W kwietniu 2012 r. Bieriezowski ustanowił nagrodę w wysokości 50 mln rubli za aresztowanie Putina, później zwiększył kwotę do 500 mln. Ciągle się z kimś procesował, m.in. z autorem książki „Ojciec chrzestny Kremla” amerykańskim dziennikarzem Paulem Chlebnikowem (zginął w zamachu w Moskwie w 2004 r.) czy brytyjską gazetą „Eurobusiness”, która wskazywała na powiązania Bieriezowskiego z zabójstwem deputowanego Dumy Państwowej Siergieja Juszenkowa. W sierpniu 2012 r. zakończył się proces, w którym Bieriezowski pozwał Romana Abramowicza, zarzucając mu oszustwo i złamanie umowy dżentelmeńskiej w sprawie sprzedaży firmy Sibnieft’ i domagając się zadośćuczynienia w wysokości 5,6 mld dolarów. Bieriezowski był pewien wygranej. Bez żenady opowiadał o porządkach panujących w szalonych latach dzikiej prywatyzacji, na widoku publicznym odbywało się pranie politycznych i biznesowych brudów Rosji (pisałam o tym procesie w blogu: http://labuszewska.blog.onet.pl/2011/11/12/dwaj-przyjaciele-z-sibniefti/). Ale Bieriezowski proces przegrał. Po przegranej Bieriezowski popadł w depresję i w tarapaty finansowe. Według wielu komentatorów właśnie to stało się powodem targnięcia się na życie. Wokół jego życia i śmierci nadal jest wiele znaków zapytania.
I jeszcze jedno wspomnienie – 11 lutego zmarł Rem Wiachiriew, nazywany „gazowym królem Rosji” wieloletni szef Gazpromu (do 2001 roku), bliski współpracownik twórcy Gazpromu, premiera Wiktora Czernomyrdina. W latach 90., gdy państwowa kasa świeciła pustkami, Wiachiriew wspomagał rząd – Gazprom zawsze miał pieniądze. Wiachiriew i Czernomyrdin dzięki wpływom i układom na górze przeprowadzili prywatyzację Gazpromu na korzystnych dla siebie zasadach (wymyślonych i narzuconych przez siebie). Po 1998 r., kiedy Czernomyrdin przestał być premierem, Wiachiriew stracił przemożny wpływ na decyzje podejmowane w sprawie Gazpromu, ale utrzymał stanowisko szefa gazowego giganta. Wraz z przyjściem do władzy Putina wycofał się na ciche, najwyraźniej z góry upatrzone pozycje. W niedawnym wywiadzie wspominał: „Kiedy Putin się dowiedział, że chcę odejść, strasznie się ucieszył”. Wiachiriew nie rzucał się w oczy, a nowa ekipa nie szarpała go za klapy. Zachował akcje Gazpromu (wartości ok. 13 mln dolarów). W 2004 roku po cichu zniknął z listy najbogatszych Rosjan sporządzanej przez Forbesa. Zmarł w swoim podmoskiewskim majątku z powodu niewydolności krążenia. Został pochowany na cmentarzu Wostriakowskim w Moskwie.

Którzy odeszli – 2013, część pierwsza

Zwyczaj wspominania zmarłych 1 i 2 listopada jest tradycją polską (katolicką). Rosjanie odwiedzają groby bliskich w trzeci dzień po Wielkanocy lub w sobotę poprzedzającą Zielone Świątki. Zbierają się też na „pominki” trzy, dziewięć i czterdzieści dni po śmierci osoby bliskiej. Ale ja tutaj przypomnę tych, którzy odeszli w tym roku, zgodnie z tradycją polską.
Aleksiej German, reżyser filmowy, 75 lat. „Jestem wariatem – nieustannie myślę tylko o kinie” – mówił nie bez kokieterii. Stworzył jedne z najważniejszych rosyjskich filmów. „Próba wierności”, „Dwadzieścia dni bez wojny”, „Mój przyjaciel Iwan Łapszyn”, „Chrustalow, samochód!” i ostatni, niedokończony „Trudno być bogiem” (na podstawie powieści braci Strugackich). Nad każdym filmem pracował wiele lat, cyzelował scenariusz, z pietyzmem odnosił się do najdrobniejszego detalu. Legenda głosi, że wszystkie przedmioty, które „zagrały” w „Chrustalowie”, musiały być autentyczne: i meble, i filiżanki, i deski klozetowe wiszące na gwoździach w korytarzu pod wspólną dla mieszkańców komunałki toaletą. Te detale tworzyły atmosferę. German był mistrzem autentyczności. W jego filmach nie ma ani grama fałszu. Krytycy mówili, że jego czarno-białe obrazy są jak dokumenty.
W tych dniach na festiwalu filmowym w Rzymie w ramach światowej premiery filmu „Trudno być bogiem” zostanie wręczona nagroda specjalna za całokształt twórczości dla Aleksieja Germana. Odbiorą ją żona Germana Swietłana Karmalita i syn Aleksiej German jr., również świetny reżyser filmowy. To wydarzenie bez precedensu – po raz pierwszy w historii europejskich festiwali nagrodę przyznano nieżyjącemu reżyserowi.
W jednym z wywiadów na pytanie „czego się pan boi?”, odpowiedział: „Snów w nocy z czwartku na piątek. Ostatnio śniło mi się, że Swietłanę [żonę] wpuścili do raju, a mnie nie. Ten człowiek, podła gadzina, z budki przy bramie raju wysunął głowę i mówi: – Nie zakryłeś worków celofanem. Ja mu odpowiadam: – Wszystko mi pan poplątał. A on wsiadł na mój rower i odjechał. Stoję przed tą budką sam, a Swietłana idzie sobie do raju i nawet się nie odwróci”.
Do bram raju zapukał też reżyser Aleksiej Bałabanow , lat 54, twórca zmienny, kontrowersyjny, poszukujący własnego języka, niespokojny, wkurzony na świat. Mówił rzeczy ważne i nieprzyjemne. Programowo odrzucał upiększanie na ekranie – wręcz przeciwnie, dotykał brzydoty, podłości, rozkładu. Z obrzydzeniem, ale i spokojną konstatacją, że tacy jesteśmy. Pisałam o nim i jego filmach w tym blogu: http://labuszewska.blog.onet.pl/2010/01/10/rzeka-tredowatych/; http://labuszewska.blog.onet.pl/2013/05/19/aleksiej-balabanow-in-memoriam/).
W kwietniu odszedł grafficiarz, scenograf, artysta street artu Pasza183, P183, Paweł Puchow, lat 29. Nazywany był „rosyjskim Banksym”. Przyjaciele Paszy183 nazywali Banksy’ego „angielskim Paszą183”. Sam Banksy poświęcił mu graffiti (http://lenta.ru/news/2013/04/08/banksy). O przyczynach śmierci w tak młodym wieku nic nie wiadomo. (http://labuszewska.blog.onet.pl/tag/pasza183/).

Jeden dzień Michaiła Borysowicza

Można by sparafrazować Majakowskiego: „Mówimy Lenin,/ a w domyśle partia, / mówimy partia/, a w domyśle Lenin” i dziś – w dziesiątą rocznicę pozbawienia wolności Michaiła Chodorkowskiego – powiedzieć: „Mówimy Putin, / a w domyśle Chodorkowski, / mówimy Chodorkowski, / a w domyśle Putin”. Bo jak u Majakowskiego Lenin i partia, tak we współczesnej Rosji Putin i Chodorkowski zrośli się jak „bliźnięta-bracia”.
Chodorkowski siedzi już dziesięć lat. Drugi wyrok skończy w sierpniu przyszłego roku. O ile władza, lękająca się konkurencji politycznej z jego strony, nie uszyje mu kolejnego wyroku – zaznaczają sceptycy. W „Financial Times” ukazał się dziś wywiad z Chodorkowskim (pytania na piśmie – odpowiedzi na piśmie via pośrednicy). Tytuł wywiadu „Jeden dzień Michaiła Chodorkowskiego” nawiązuje do utworu Sołżenicyna. „Na obiad bałanda [slangowe określenie cienkiej więziennej zupy] i kartofelki, można się najeść, ale lepiej się nie przyglądać, co się je – można się zdenerwować. Najbardziej doskwiera brak dostępu do książek. Lekarze badają nas regularnie, czy nie mamy gruźlicy. Inne dolegliwości ich specjalnie nie interesują”. Na pytanie, czym jest putinizm, Chodorkowski odparł: „Putinizm to autorytarny kapitalizm państwowy, opierający się na liderze. To próba kontrolowania społeczeństwa i aparatu państwowego poprzez szukanie haków i poprzez dowolne interpretowanie i stosowanie prawa. To konsekwentne unicestwienie niezależnych instytucji obywatelskich. To ręczne zarządzanie wielkim krajem”.
Czym zajmie się, gdy wyjdzie na wolność? „Wiem, że rządzący boją się mojego oswobodzenia, dlatego nie robię żadnych planów. Priorytetem pozostaje rodzina. Nie mam ochoty wracać do biznesu. Nie pociąga mnie też służba państwa, walka o głosy paternalistycznie nastrojonego elektoratu i polityczne intrygi. Ale gotów jestem występować w obronie praw ludzi, którzy trzymają los w swoich rękach, którzy mają poczucie godności, dlatego zajmę się działalnością na rzecz społeczeństwa obywatelskiego”.
A w artykule opublikowanym dziś w „The New York Times” Chodorkowski pisze: „Dużo się zmieniło przez te dziesięć lat. […] W kraju zmniejsza się liczba zwolenników demokratycznego reformowania władzy, powoli, ale nieubłaganie rosną radykalne nastroje, które w kryzysowej sytuacji zrodzą odpowiedniego lidera. Innymi słowy, niezależnie od tego, co robi Putin, w Rosji istnieje ryzyko, że po jego autorytarnym reżimie przyjdzie kolejny”.
W rozważaniach Chodorkowskiego dominują ciemne barwy, złudzeń co do możliwości wyjścia na międloną właśnie przez Kreml i Dumę amnestię jak na lekarstwo (raczej oczekiwanie kolejnych represji). Jelena Bonner po drugim wyroku na Chodorkowskiego napisała: „Wypuszczenie na wolność Chodorkowskiego i Lebiediewa będzie oznaczało wyzwolenie kraju spod władzy tych, którzy jak pijany wozak wpędzają Rosję w przepaść”.
Internetowa „Gazeta.ru” nazywa Chodorkowskiego „więźniem minionej epoki”. Epoka Chodorkowskiego symbolicznie zakończyła się na przełomie roku 2011 i 2012, fala protestów ulicznych wyniosła do góry nowych liderów, nowych bojowników z reżimem. Dlatego władza już nie powinna się obawiać Chodorkowskiego i może go spokojnie wypuścić.
Tak, to jedno przez dziesięć lat się nie zmieniło. Pytanie, co będzie, jak niezłomny Chodorkowski, który się reżimowi nie kłaniał, wyjdzie na wolność. I czy wyjdzie. Nawet ci, którzy przy każdej okazji na łamach prasy czy na forach internetowych przypominają zekowi z Siegieży, że ma dużo za uszami, nie jest niewinnym nagietkiem i siedzi za konkretne przekręty, dojrzeli do myśli, że nawet jeśli nagrzeszył, to już odpokutował z nawiązką. Tylko czy „bliźnię-brat” już do podobnego wniosku dojrzał?

Paszport terrorystki

Samobójczyni opasana „pasem szahidki” zdetonowała ładunki wybuchowe w autobusie w Wołgogradzie. Poza nią zginęło sześć osób, pięćdziesiąt pięć odniosło obrażenia, kilka osób jest w stanie ciężkim. W mieście ogłoszono trzydniową żałobę.
Trzydziestojednoletnia Naida Asijałowa 21 października zmierzała rejsowym autokarem ze stolicy Dagestanu, Machaczkały do Moskwy. Podróżujący z nią pasażerowie zapamiętali, że miała zabandażowaną i usztywnioną rękę. W Wołgogradzie nieoczekiwanie wysiadła z autokaru i przesiadła się do autobusu komunikacji miejskiej numer 29. Na widok kobiety z zabandażowaną ręką dwie dziewczyny ustąpiły jej miejsca. Asijałowa usiadła. Specjaliści mówią, że to uratowało życie większości pasażerów – gdyby terrorystka zdetonowała ładunki stojąc, ofiar byłoby znacznie więcej.
Jak niespełna trzy godziny po zamachu poinformowała rosyjska telewizja, na miejscu zamachu znaleziono paszport sprawczyni (można go zobaczyć m.in. tu: http://www.novayagazeta.ru/inquests/60590.html). Zaprezentowany przez telewizję paszport był czyściutki, bez zagnieceń i zabrudzeń, na zdjęciu kobieta miała na głowie hidżab (rosyjskie przepisy paszportowe wymagają fotografii bez nakrycia głowy). Blogosfera momentalnie wychwyciła te nieścisłości: jak to możliwe, by wydano Asijałowej paszport ze zdjęciem w chuście, jak to możliwe, że ktoś ją z takim paszportem wpuścił do rejsowego autokaru jadącego z Dagestanu do Moskwy (skrupulatnie sprawdzane są dokumenty wszystkich pasażerów podróżujących na trasach poza granice administracyjne poszczególnych regionów), jak to możliwe, że paszport kobiety, która wysadziła się w powietrze, nie nosi śladów wybuchu, jak to możliwe, że w ogóle samobójczyni, która miała zdetonować bombę, ma przy sobie dokument potwierdzający tożsamość?
Kilka godzin później w Internecie rozpowszechniono kolejny skan paszportu terrorystki – tym razem pomięty i ze zdjęciem bez chusty. Ktoś poszedł po rozum do głowy. Ale skąd się wziął ten pierwszy skan? Celowe zamydlenie oczu? Czyjaś niefrasobliwość? Brak profesjonalizmu? Może wszystkiego po trochu.
Według pierwszych ustaleń śledztwa, Asijałową przygotował do zamachu jej konkubent, 21-letni Rosjanin Dmitrij Sokołow, który jakiś czas temu przeszedł na islam i stał się żarliwym fanatykiem. Przystał do dagestańskich radykałów z dżamaatu Machaczkały. Według „Nowej Gaziety”, ten dżamaat jest najbardziej agresywną i najliczniejszą formacją dagestańskiego podziemia radykalnego; fundamentaliści z tego ugrupowania ponoszą odpowiedzialność za wiele spośród aktów terroru w Dagestanie w ostatnim roku. Asijałowa, jako osoba związana z Sokołowem, była obserwowana przez dagestańskie centrum ds. walki z terroryzmem (podsłuchiwano jej rozmowy, odnotowywano przemieszczanie się itd.). Komentatorzy zadają więc pytania, jak to możliwe, że pilnowana przez antyterrorystów kobieta zdołała swobodnie wyjechać z Machaczkały do Moskwy, następnie wymknąć się z autokaru i wysadzić w autobusie miejskim.
Na te pytania odpowiedzi na razie brak. Widać natomiast, że służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo – przede wszystkim MSW i Federalna Służba Bezpieczeństwa – intensywnie starają się zmyć piętno winy z siebie i wskazać na tę drugą strukturę jako winowajcę. Nie wiemy, jakie cele stawiali sobie autorzy zamachu samobójczego, nie wiemy na razie, kim byli. Na tym etapie śledztwa wskazuje się na ludzi z dżamaatu Machaczkały. Dagestan – i szerzej cały Kaukaz Północny – jest porażony paranoją radykalnego fundamentalizmu, który sięga po terror jako instrument walki. Istnieją obawy, że zamachy mogą być też zorganizowane podczas igrzysk olimpijskich w Soczi. Przy okazji tragicznego zamachu w Wołgogradzie powtarzano tę myśl wielokrotnie. Kaukaski terroryzm jest na pewno poważnym zagrożeniem – nie tylko w skali regionu, ale i poza nim.
I jeszcze jedno: dziś mija jedenasta rocznica tragedii na moskiewskiej Dubrowce. Wtedy grupa uzbrojonych czeczeńskich terrorystów sterroryzowała podczas przedstawienia musicalu „Nord-Ost” widzów i wykonawców. Kilka dni później oddziały specjalne uwolniły zakładników, zabiły terrorystów, podczas operacji uwalniania użyto gazu usypiającego, wielu zakładników zginęło w wyniku zastosowania tego gazu i nieskoordynowanej akcji ratunkowej. Wiele pytań nadal pozostaje bez odpowiedzi.

Wojna w czerwonych pantofelkach

Rosja zgłosiła w tym roku do Oscara dwa filmy: „Stalingrad” w reżyserii Fiodora Bondarczuka i „Pantofelki” Konstantina Fama. Dwa różne głosy o wojnie, dwa różne na nią spojrzenia.
W Polsce znany jest poprzedni film Bondarczuka – „Dziewiąta kompania” (Afganistan). Jego „Stalingrad” to też zrealizowana z wielkim rozmachem opowieść o sześciu żołnierzach uczestniczących w tej jednej z największych bitew II wojny. A więc opowieść epicka, z pietyzmem odtwarzająca obrazy gigantycznego starcia dwóch machin wojennych. Ekran wybucha tysiącami pocisków, płonie setkami pożarów. Świat rozrywa się na kawałki. I woła: Chwała zwycięzcom!
Dziś skupię się jednak na tym drugim rosyjskim kandydacie do Oscara. Film Konstantina Fama stoi na antypodach gigantycznej opowieści o wojnie Fiodora Bondarczuka. „Pantofelki” to kameralna opowieść o ludzkim losie złamanym przez wojnę. Film trwa 18 minut. W tych ramach Fam zamyka prostą historię. Dziewczyna kupuje parę pięknych czerwonych pantofli. Przyglądamy się jej zwykłemu życiu, obserwując wydarzenia z perspektywy jej nóg. Bohaterka ma na sobie czerwone pantofle, gdy fotografuje się z wybrańcem serca, gdy huśta swoje dziecko i potem – gdy po wybuchu wojny zostaje wygnana z domu; towarzyszymy jej aż do chwili, gdy czerwone pantofle lądują na górze butów odebranych tym, którzy zginęli w komorze gazowej.
W filmie nie pojawia się ani jedna twarz. Jeśli kamera pokazuje twarz – historia staje się osobista, związana z konkretną osobą – tłumaczy reżyser. A „Pantofelki” to swoisty pomnik nieznanej ofierze Holocaustu.
„Kiedy pokazałem film Niemcom, ludzie z departamentu oświaty orzekli, że to fantastyczna płaszczyzna, na której można zacząć budować dialog o Holocauście z młodzieżą, można by ten obraz włączyć do programu szkolnego. Powstał pomysł, aby niemiecka premiera filmu odbyła się na Luitpold Arena w Norymberdze – w miejscu, gdzie Hitler w 1935 roku ogłosił ustawy rasowe” – powiedział Fam w wywiadzie dla „Nowej Gaziety”.
Temat Holocaustu jest bardzo rzadko obecny w rosyjskim filmie. Można nawet powiedzieć, że prawie nieobecny. Dwa lata temu powstał dokumentalny film „Holocaust – klej do tapet?” Mumina Szakirowa – rejestracja wizyty w muzeum w Auschwitz dwóch młodych Rosjanek, które w popularnym teleturnieju na pytanie, czym był Holocaust, udzieliły odpowiedzi: „To klej do tapet”. Zostały po tym programie zaproszone do odwiedzenia muzeum i zapoznania się ze straszną historią, której nie znały. Czy można się dziwić niewiedzy studentek, skoro temat Holocaustu tylko z rzadka przedziera się w mediach czy książkach?
Konstantin Fam uważa, że to temat w Rosji niechciany. „Wydaje mi się, że się boją. Bo to w niezbyt dobrym świetle pokazuje ludzi. Dowłatow zauważył kiedyś: A kto napisał te cztery miliony donosów? Żeby unicestwić kilka milionów Żydów, nie wystarczy gestapo. […] Świetnie jest być wnukiem bohatera, ludzie ze współczuciem odnoszą się do rodzin ofiar, ale jak to jest być potomkiem niegodziwca? Kiedy zrozumiałem, że oprawcy i donosiciele mają dzieci, wnuki, że mieszkają obok mnie, to zrobiło mi się strasznie. […] Nie chodzi o antysemityzm. Antysemityzmu nie ma. Po prostu w Rosji, jak mi się wydaje, w ogóle nie lubi się innych, obcych. Nieważne, czy Żyda czy geja, dysydenta, inteligenta. To się bierze z poczucia mocarstwowości, z chęci dominowania. Ale dopóki nie zrozumiesz, na czym polega twoja słabość, nie jesteś w stanie się wyleczyć. […] Nie wierzę w heroizm narodu, wierzę w heroizm człowieka. Każdy walczy o swoje. Można się o to wiele spierać, ale ja właśnie tak uważam. […] Dość się już nastrzelaliśmy na ekranie, teraz trzeba sięgnąć głębiej”.
Konstantin Fam nosi w sobie temat Holocaustu – to temat rodzinnych opowieści. Jego matka jest Żydówką, ojciec – Wietnamczykiem. Jeden dziadek zginął w Wietnamie, drugi – zaginął bez wieści w czasie wojny. „Mama wspominała, jak [podczas okupacji pod Charkowem] szukali w polu zmarzniętych kartofli, jak puchli z głodu, jak pukali do drzwi domostw i jak ich odpędzano, nazywając żydowskimi wyrodkami. Wojna to rzecz straszna – powszechna tragedia dotycząca wszystkich, ale dla Żydów miała jeszcze dodatkowo takie oblicze”. Inspiracją do napisania scenariusza filmu była wizyta reżysera w muzeum w Auschwitz, gdzie zobaczył wielką gablotę z tysiącami par butów więźniów obozu.
Fam realizował „Pantofelki” za dobrowolne wpłaty osób prywatnych i organizacji, bez państwowych dotacji i wysokiego wsparcia związków twórczych.
Dopełnieniem „Pantofelków” mają być jeszcze dwie nowele poświęcone tematyce Holocaustu: „Brut” i „Skrzypce”.