Lepszy rosyjski stół

Krym nie był deserem, był przystawką. I to przystawką, która niezmiernie zaostrzyła narodowe apetyty. Nie słodkie rodzynki i wanilia, a gorzkie migdały, pieprz i ostra papryka znacznie lepiej odpowiadają wojowniczym nastrojom w Rosji, wzbudzonym „małą zwycięską”, a na dodatek bezkrwawą wojną na Krymie. Mniejsza o przyprawy, chodzi o to, by znów zasiąść przy „lepszym rosyjskim stole”. Przy stole, przy którym zapadają najważniejsze decyzje. W Zgromadzeniu Ogólnym Narodów Zjednoczonych Rosja poniosła klęskę w głosowaniu nad rezolucją potępiającą aneksję Krymu? Ha! Obama nazwał Rosję regionalnym mocarstwem? Och! Nie będzie już grupy G8? Pff… W takim razie wywracamy tamte stoliki i stawiamy własny.

Teraz wielka rosyjska machina państwowa – od MSZ, przez Dumę, delegację do Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, gazowników, dziennikarzy, ideologów, propagandystów i pomniejszych ideowych wolontariuszy niewidzialnego frontu po generalicję i zaciągi prorosyjskich tituszek rozrabiających we wschodnich obwodach Ukrainy – trudzi się nad zestawieniem odpowiednio przyprawionego głównego dania przy tym stole.
Co więcej – minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow już sprasza gości. Rosyjska dyplomacja staje na głowie, żeby uzmysłowić całemu światu, jak bardzo źle się dzieje na Ukrainie, którą koniecznie trzeba sfederalizować, której trzeba dać nową federacyjną konstytucję. I to szybko, już, już. Federacyjna mantra powtarzana jest we wszystkich programach publicystycznych i (dez)informacyjnych rosyjskiej telewizji, w codziennych trwożnych oświadczeniach MSZ Rosji, rozpisywana na głosy w gazetach, blogach, forach internetowych. Patriotyczna piana uderza do rosyjskich głów, mąci umysły, podgrzewa nastroje społeczne. To temat na oddzielną rozprawę. Wróćmy do federacyjnych baranów dla Ukrainy.
No bo jeśli nie federalizacja od zaraz, to na razie kontrolowany chaos na wschodzie. Rozdmuchiwany do histerii przez rosyjskie media. Chodzi o wytworzenie wrażenia zamętu przed 25 maja.
Wybory prezydenckie na Ukrainie? Jakie wybory? Bez federacyjnej konstytucji? Mowy nie ma. Te wybory będą nielegalne – trąbią propagandowe tuby Kremla. Mieszkańcy wschodnich regionów – przekonują – nie chcą władzy Kijowa, zobaczcie: ruszyli się, ogłosili własne republiki – doniecką, ługańską, charkowską. Proszę bardzo, zuchy! I niech ukraińskim władzom w głowie nie postanie użyć siły wobec tych, którzy zajęli budynki użyteczności publicznej i wywiesili na nich flagi obcego państwa. A więc w zamyśle Moskwy, podsycany umiejętnie separatystyczny chaos na wschodzie ma uniemożliwić wybranie prezydenta, którego legalność trudno będzie podważyć. A wśród startujących liczących się kandydatów nie ma człowieka Moskwy. Rosja szyje grubymi nićmi. Jest mocno zdeterminowana. Argumentacja kupy się nie trzyma, ale to nie szkodzi. Wobec tego krzyczmy jeszcze głośniej: Rosjanie są gnębieni przez banderowską juntę, trzeba im udzielić pomocy, a co najmniej sfederalizować Ukrainę!

Popatrzmy jeszcze, nad czym trudzi się minister Ławrow, kogo chce posadzić przy tym lepszym rosyjskim stole. Otóż, dyplomaci z Rosji, USA i UE, a Ukrainę mają przy nim reprezentować przedstawiciele Kijowa i… wschodnich regionów. Zadziwiająca koncepcja. Któż ze wschodu miałby mieć mandat do takich rozmów i na jakiej podstawie ( bo jednocześnie Rosja podkreśla, że do stołu nie zaprasza oligarchów, pełniących obowiązki gubernatorów z nadania nowych władz w Kijowie)? Ponadto Rosja chce się zawczasu zapoznać z przygotowywanym projektem ukraińskiej konstytucji – zapowiada Ławrow. Dlaczego? Bo Rosja nie chce uprawomocnić swoją obecnością konstytucji, której wcześniej nie widziała – mówi Ławrow. Pozostaje zadać pytanie: a po co Rosja chce oglądać na którymkolwiek etapie konstytucję obcego państwa? I jeszcze jedno: dlaczego Rosja, która separatyzm czeczeński brutalnie rozjechała czołgami, teraz tak zażarcie kibicuje grupkom separatystów, szturmujących siedziby władz w Doniecku czy Ługańsku? I kim są ci separatyści, którzy zyskali sympatię Moskwy, programowo zwalczającej separatyzm? To kolejny temat na oddzielną rozprawę. I jeszcze: gdyby separatyści opanowali jakiś budynek rządowy w jakimś rosyjskim mieście, czy rosyjskie władze zachowałyby spokój, nie używały siły etc. (dla ułatwienia dodam, że przepychanki na ulicach Moskwy w przeddzień inauguracji prezydenta Putina dwa lata temu zakończyły się aresztowaniami, a potem wysokimi wyrokami łagru dla tych, którzy rzekomo stawiali opór policji, łojącej pokojowych demonstrantów pałami, cóż dopiero mówić o próbach zajęcia budynków rządowych).

Łamańce ministra Ławrowa mają najwyraźniej przekonać zagranicznych partnerów, by Moskwa mogła mieć decydujący głos w sprawach uregulowania kryzysu ukraińskiego – to znaczy by mogła umeblować ukraiński dom wedle własnego gustu. Zabiegi dyplomatyczne to może się okazać za mało. Szef komitetu ds. obronności Rady Federacji przypomniał, że pan prezydent ma już od dawna w szufladzie zgodę izby na użycie sił zbrojnych za granicą w obronie ludności rosyjskojęzycznej. Jeszcze z tego prawa nie skorzystał, ale przecież w każdej chwili może. Ponadto Kreml jak zwykle sprawnie posługuje się gazrurką – codziennie ogłasza komunikat o rosnących cenach gazu dla Ukrainy i podlicza rosnące długi.
Te dania na lepszym rosyjskim stole nie wyglądają zbyt zachęcająco. Niestrawność po nich wysoce prawdopodobna.

Który Hitler był lepszy?

Dziwne paroksyzmy przeżywa dysputa historyczno-współczesna w Rosji. Jedną z jej osi są analogie w postępowaniu Adolfa Hitlera, który w trosce o los uciskanej przez Czechosłowację mniejszości niemieckiej zagarnął Sudety i dokonał aneksji Austrii, oraz rosyjskich władz, które zagarnęły Krym w trosce o los mniejszości rosyjskiej na Ukrainie. Podobnie jak Hitler – bez jednego wystrzału (co szczególnie podkreślił prezydent Putin w orędziu z 18 marca po triumfalnej aneksji Krymu).
Za artykuł, w którym analogie te zostały rozebrane na czynniki pierwsze, pracę w prestiżowej uczelni MGIMO stracił historyk, profesor Andriej Zubow. Dlaczego? Dobre pytanie. W uzasadnieniu władze MGIMO napisały, że zwolniły profesora z paragrafu 8 punktu 81 kodeksu pracy: „dopuszczenie się przez pracownika wypełniającego funkcje wychowawcze amoralnych postępków”. Profesor wszelako nie łapał studentek za kolanka podczas egzaminów, tylko wykazał podobieństwo pomiędzy aneksją Austrii i Krymu. Czy to amoralny postępek? Widocznie wzywanie do opamiętania pośrodku uczty zwycięzców, na jakie pozwolił sobie profesor Zubow, tak się dziś w Rosji kwalifikuje.

Głos w dyskusji nad tezami Zubowa zabrał ostatnio pewien zasłużony dla Kremla politolog, Andranik Migranian. Migranian jest wieloletnim szefem nowojorskiego instytutu rosyjskiej soft power – Institut for Democracy and Cooperation (instytucji powołanej przez Putina w 2007 roku, by monitorować przestrzeganie praw człowieka w USA, a przy okazji namawiać do miłości do Rosji). W Moskwie profesor Migranian pracował w MGIMO. Poglądy na sytuację ma jednak, jak się okazało, zgoła inne niż zwolniony kolega.
W polemice z artykułem Zubowa, zamieszczonej na łamach prokremlowskiej gazety „Izwiestia” Migranian napisał m.in.: „Pokrótce zatrzymam się na niektórych fatalnych wypaczeniach, deformacjach i fałszerstwach profesora. […] Należy odróżnić Hitlera do 1939 roku i Hitlera po 1939 roku, oddzielić muchy od kotletów. Chodzi o to, że dopóki Hitler zajmował się zbieraniem ziem – i gdyby on, jak przyznaje sam Zubow, wsławił się tylko tym, że bez jednej kropli krwi zjednoczył Niemcy z Austrią, Sudety z Niemcami, Memel z Niemcami, faktycznie kończąc to, czego nie udało się dokonać Bismarckowi, więc gdyby Hitler poprzestał na tym, to pozostałby w historii swojego kraju politykiem najwyższej klasy”.

Próba usprawiedliwienia aneksji Krymu przez Rosję zaprowadziła bojownika o demokrację i współpracę między narodami na manowce – Hitler i przed 1939 rokiem miał ręce w krwi i popiele. Nie wiem, czy mocodawca pana Migraniana jest wniebowzięty z powodu takiej jakości obrony. Z drugiej strony – „Izwiestia” nie publikują przypadkowych artykułów przypadkowych autorów.

Ze strony liberalnych uczonych i komentatorów rozległy się głosy krytyczne wobec artykułu Migraniana. Dwóch deputowanych petersburskiego Zgromadzenia Parlamentarnego zwróciło się do Komitetu Śledczego z wnioskiem o wszczęcie postępowania wyjaśniającego, czy Migranian w swoim dziele nie naruszył kodeksu karnego, przewidującego ściganie za ekstremizm.

Duma Państwowa chce wprowadzić odpowiedzialność karną za „publiczną rehabilitację faszyzmu”. Wczoraj odpowiednia ustawa została przegłosowana w pierwszym czytaniu. Jedna z autorek tego doniosłego aktu Irina Jarowaja, argumentowała: taka ustawa jest niezbędna, aby „nigdy i nikt nie mógł w przestrzeni historycznej odrzucić i obalić głównego i niepodważalnego wniosku: w latach Wielkiej Wojny Ojczyźnianej i II wojny światowej ZSRR był państwem-obrońcą, że nasz naród był narodem-wyzwolicielem”. Referująca założenia ustawy Jarowaja nie potrafiła konkretnie odpowiedzieć na pytanie zadane przez deputowanego Iwana Nikitczuka z Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej: „czy będą karani ci, którzy przemilczają rolę i znaczenie głównodowodzącego Stalina i którzy przypinają Rosję do rozstrzelania polskich oficerów w Katyniu?”.
Jeżeli ustawa zostanie przyjęta w kolejnych czytaniach, podpisana przez prezydenta i wejdzie w życie, to do kodeksu karnego zostaną wniesione nowe artykuły, definiujące „rehabilitację faszyzmu”. Zawiłe sformułowanie: „negowanie faktów, ustanowionych werdyktem Międzynarodowego Trybunału Wojennego dla osądzenia i ukarania głównych zbrodniarzy wojennych europejskich krajów osi, akceptacja dla zbrodni ustanowionych w wyżej wymienionym wyroku, a także świadome i publiczne rozpowszechnianie fałszywych informacji o działalności ZSRR w czasie II wojny światowej, połączone z oskarżaniem o dokonanie zbrodni, ustanowionych wyżej wymienionym werdyktem”. Za powyższe przewidywana jest kara do 300 tysięcy rubli lub pozbawienia wolności do lat trzech. Do pięciu lat może posiedzieć osoba, która złamie zakaz, występując w mediach lub wykorzystując swoje stanowisko. Jarowaja podkreślała, że podobne akty prawne obowiązują w niektórych krajach europejskich.

Po co to wszystko? Czy to pogrzeb nauk historycznych w Rosji? Teraz już będzie można mówić i pisać wyłącznie zgodnie z linią, wyznaczoną odgórnie przez odpowiedni wydział kremlowskiej administracji? Niepokalana Armia Radziecka niosła ludom Europy pokój i wolność, a nie zniewolenie i rozpaczliwą noc nowej niewoli. Tak i tylko tak? O Katyniu już znowu nie mówimy?
To już kolejna próba ujednolicenia traktowania historii. Jakiś czas temu Dmitrij Miedwiediew, kiedy pozwolono mu posiedzieć na fotelu prezydenckim, powołał komisję, mającą na celu „przeciwdziałanie próbom falsyfikacji historii na niekorzyść interesów Rosji”. W komisji było kilku bliskich Kremlowi historyków i kilku funkcjonariuszy Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Komisja miała przede wszystkim zapobiegać odmiennym interpretacjom wspólnej historii. Szczególnie w XX wieku. Szczególnie w państwach bałtyckich, na Ukrainie, na Kaukazie. Komisja z wielkim szumem rozpostarła chorągwie, a potem niezauważalnie je zwinęła i gdzieś zniknęła. Ostatnio odpowiednie gremia z entuzjazmem przyjęły natomiast jeden podręcznik historii dla szkół. Odmiennych stanów wiedzy i świadomości się nie przewiduje.

Inicjatywa Dumy świetnie pasuje do amoku, jaki szerzy się po aneksji Krymu. Pisałam kilka dni temu o porażających wynikach sondażu, badającego poziom akceptacji społecznej dla wypaczania informacji, przekazywanych przez media. Większość wyraziła aprobatę dla kłamliwego przedstawiania wydarzeń, „jeżeli służy to interesom państwa”. Skoro tylko niewielka garstka chce mieć dostęp do prawdziwych informacji o tym, co aktualnie dzieje się za oknem, to co tu mówić o chęci rzetelnego zbadania historii. Znowu w cenie są mity.
Michaił Żwaniecki mówił, że Rosja to kraj o nieodgadnionej przeszłości. Teraz można by dodać: i nieodgadnionej teraźniejszości.

Złoto Scytów

W Amsterdamie można oglądać wystawę „Krym: złoto i sekrety Morza Czarnego”. Jedna z setek, jeśli nie tysięcy czasowych wystaw na świecie, na których pokazywane są „gościnne” eksponaty, wypożyczone z innych muzeów. Czemu zatem akurat wokół tej wystawy powstał teraz taki szum? Nietrudno się domyślić: Krym.
Ponad tysiąc artefaktów z krymskich wykopalisk, należących do pięciu krymskich muzeów, wpierw pokazano w Bonn, a od 6 lutego widokiem rzadkich przedmiotów – wspaniałej biżuterii, zdobień, naczyń – mogą się cieszyć Holendrzy. Zgodnie z umową ekspozycja gościć będzie w Niderlandach do końca sierpnia. Ale już teraz wokół drogocennych znalezisk rozpętała się burza.
Troskę o los scytyjskich bransolet wykazują rosyjscy muzealnicy – szef petersburskiego Ermitażu Michaił Piotrowski czy zasłużona wieloletnia dyrektorka moskiewskiego Muzeum Sztuk Pięknych im. Puszkina Irina Antonowa. Ich zdaniem, eksponaty powinny powrócić na Krym. W podobnym duchu wypowiedział się przewodniczący Dumy Państwowej, który dodatkowo wystosował specjalne listy w tej sprawie do ministrów spraw zagranicznych i kultury Rosji. Muzealnicy z Amsterdamu na razie powstrzymują się od komentarzy, według oficjalnego komunikatu – pozostają w stałym kontakcie z Kijowem i Moskwą. W związku z aneksją Krymu przez Rosję sprawa nie jest prosta.
Kijów ma na sprawę scytyjskiej kolekcji inne spojrzenie – ukraiński rząd przekazał eksponaty pod bezpośrednią kuratelę ministerstwa kultury Ukrainy, aby zapobiec ich wywiezieniu do Rosji. Dokumenty z placówkami w Niemczech i Holandii podpisywało ministerstwo kultury Ukrainy. Jednak, jak twierdzi rosyjska specjalistka Łarisa Aleksiejewa, podmiotami porozumienia są muzea, zarówno ze strony przyjmującej, jak i delegującej wystawę. Obecnie nad problemem łamią sobie głowy holenderscy prawnicy.
Publiczna szarpanina powstała też wokół kolekcji obrazów wybitnego rosyjskiego marynisty Ajwazowskiego. Przedstawiciel ukraińskiego ministerstwa kultury oskarżył Ermitaż o zamiar wywiezienia tych obrazów do Petersburga. Informacje te zdementowała dyrektorka muzeum w Teodozji: „Wszystkie obrazy są na miejscu, Iwan Ajwazowski podarował je rodzinnemu miastu, nigdzie stąd nie wyjadą”.
Wokół złota Scytów pojawia się wiele dziwnych pogłosek, m.in. taka – rozpowszechniana przez rosyjskie media, m.in. telewizję Rossija 24 – że kolekcję scytyjskiego złota należącą do jednego z kijowskich muzeów ukraiński premier Jaceniuk zabrał ze sobą do Brukseli (w innej wersji – do Waszyngtonu), by zdeponować ją jako wadium za obiecane kredyty MFW. Plotki zdementowano. Ale emocje kipią nadal.
Kuratorka wystawy Walentina Mordwincewa na pytanie dziennikarki „Moskiewskiego Komsomolca”, czy krymskie artefakty mogą powrócić na półwysep z pominięciem ukraińskich granic, odpowiada: „Możemy tylko mieć nadzieję, że eksponaty wrócą do muzeów, z których pochodzą. Wystawę będzie transportować firma, która wiozła ją do Niemiec i Holandii. Trasa prowadzi przez Kijów. […] Trzeba brać pod uwagę, że kraje Europy i USA nie uznały wyników referendum – Zachód nadal uważa Krym za część Ukrainy. […] Eksponaty powinny być dostarczone do Kijowa, a stamtąd spokojnie być odprawione na Krym. Chociaż wszyscy rozumieją, że powód, by je zatrzymać, jest. Dokumenty dotyczące wywiezienia wystawy za granicę załatwiało ministerstwo kultury Ukrainy, którego już nie ma. Nowe ministerstwo nie ma żadnego odniesienia do tej wystawy”. Jednym słowem, muzealnicy – podobnie jak Kreml – nie uznają nowych władz w Kijowie, z resortem kultury włącznie.
Złoto Scytów i ich zgrabne amfory to jeden z maleńkich problemów w oceanie sporów o własność na całym Krymie. Poczynając od przynależności samego półwyspu, który Rosja z pogwałceniem prawa międzynarodowego uznała za swoje terytorium.

Mniej uznania coraz

Po wojnie z Gruzją w sierpniu 2008 roku Rosja uznała niepodległość dwóch oderwanych w wyniku tej wojny gruzińskich prowincji – Osetii Południowej i Abchazji. Potem pospieszyli uznać niepodległość dwóch parapaństw południowoamerykańscy przyjaciele Moskwy – Wenezuela i Nikaragua. Natomiast sąsiedzi z WNP nabrali wody w usta – niepodległości kaukaskich zdobyczy Rosji nie uznały do tej pory nawet Białoruś i Kazachstan, sprzęgnięte z Federacją Rosyjską unią celną. Jako wielkie osiągnięcie w dziele uznawania nowego państwowego statusu Abchazji i Osetii Południowej przedstawiano w Rosji uznanie ich niepodległości przez trzy egzotyczne państewka – Nauru, Vanuatu i Tuvalu. Chodziły słuchy, że uznanie nastąpiło niebezinteresownie. W klubie uznających było więc łącznie sześć państw.

Od 2011 roku klub się nie powiększył, za to w zeszłym roku zmieniło zdanie Vanuatu. Wyspiarze z Vanuatu, którzy wygrywają w plebiscytach na najszczęśliwszych ludzi na świecie, najwidoczniej uznali w swym pogodnym podejściu do życia, że to uznanie jednak nie jest najszczęśliwszym rozwiązaniem. Dziś z klubu uznających wycofało się kolejne państwo – Tuvalu. Ministrowie spraw zagranicznych Tuvalu i Gruzji podpisali w Tbilisi umowę o ustanowieniu stosunków dyplomatycznych i konsularnych. Dokument zawiera punkt o uznaniu przez Tuvalu integralności terytorialnej Gruzji z Abchazją i Osetią Południową.

Niepodległość Abchazji i Osetii uznała poprzednia ekipa rządząca tym maleńkim, liczącym 26 kilometrów kwadratowych powierzchni, państwem polinezyjskiego archipelagu. W sierpniu zeszłego roku tamten rząd upadł, a nowy postanowił ustanowić stosunki z Tbilisi.

W klubie uznających pozostało jeszcze Nauru, Wenezuela i Nikaragua. No i Rosja, która też jako jedyne państwo uznaje swoją jurysdykcję nad inkorporowanym Krymem. Dziś w Symferopolu odbyło się robocze posiedzenie rosyjskiego rządu. Powołano nowy resort – ministerstwo rozwoju Krymu. W drukarniach tłucze się nowe mapy Federacji Rosyjskiej z zaznaczonym Krymem jako terytorium rosyjskim. Moskwa w blitz tempie stara się „zaklepać” Krym jako swoje rdzenne tereny – czas moskiewski, pieniądze rosyjskie, rosyjski system bankowy, rosyjski system ubezpieczeń, rosyjskie emerytury (to na razie obietnice). A własność? To ciekawe zagadnienie – o tym przy następnej okazji.

W gronie wstrzymujących się przyjaciół

Niedawno pisałam o dyskusjach w Radzie Bezpieczeństwa ONZ nad rezolucją w sprawie referendum na Krymie – delegacja Rosji nakładając weto, zablokowała przyjęcie dokumentu stwierdzającego nieprawomocność głosowania (http://labuszewska.blog.onet.pl/2014/03/16/rada-nierada/). Delegacja Chin wstrzymała się wtedy od głosu.

Rezolucję ponownie wniesiono pod głosowanie – 27 marca głosowało Zgromadzenie Ogólne, gdzie nikt nie ma prawa weta, decyduje większość głosów. I większością głosów rezolucję „Integralność terytorialna Ukrainy”, uznającą krymskie referendum za nieważne i nienaruszalność granic państwowych Ukrainy, przyjęto. W tekście znalazło się także wezwanie do krajów świata, by nie uznawały jakichkolwiek zmian statusu Krymu i Sewastopola.
Dokument zgłosiła delegacja Ukrainy. Głosów za było 100, przeciw – 11, wstrzymało się 58. Oprócz Rosji przeciwko przyjęciu zagłosowały: Armenia, Białoruś, Boliwia, Kuba, Korea Ludowo-Demokratyczna, Mauretania, Nikaragua, Syria, Sudan i Wenezuela. Z ciekawszych głosów za przyjęciem rezolucji wymieniłabym Azerbejdżan i Mołdawię. Od głosu wstrzymały się Kazachstan i Uzbekistan. A także Chiny. Jeszcze trzy delegacje z krajów postradzieckich – Kirgizja, Turkmenia i Tadżykistan – w ogóle nie wzięły udziału w posiedzeniu. Rezolucje Zgromadzenia Ogólnego NZ – w odróżnieniu od rezolucji Rady Bezpieczeństwa – mają jedynie rekomendacyjny, a nie obligatoryjny charakter.

Rezultaty głosowania są jednoznaczne 100 do 11. Nawet gdyby do 11 głosów przeciw dodać 58 wstrzymujących się, to i tak głosów za przyjęciem rezolucji było o wiele więcej. Każde dziecko, mające cenzurkę z pierwszej klasy szkoły podstawowej o tym wie. Ale nie szef rosyjskiej delegacji w ONZ, wytrawny dyplomata Witalij Czurkin. W wypowiedzi dla agencji TASS stwierdził on: „Rezultat jest naprawdę dla nas niezły, osiągnęliśmy moralne i polityczne zwycięstwo. W tej sytuacji nie może być mowy o żadnej izolacji Rosji”. Zdaniem Czurkina, nie wszyscy oddali swe głosy dobrowolnie: „Wiele krajów skarżyło się na to, że są poddawane potężnym naciskom ze strony krajów zachodnich, by głosować za przyjęciem rezolucji” (w podobnym duchu wypowiedział się też minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow: „My wiemy, jak to jest. Przychodzą i mówią: Jeśli nie poprzesz tej rezolucji, to będzie to miało określone skutki. I mówią, jakie. Koledzy z różnych krajów przychodzą do nas i w zaufaniu wyjaśniają, dlaczego ten czy inny niezbyt duży kraj musi się poddać. Na przykład nie zostaną podpisane kontrakty albo zostaną wycofane polityczne dywidendy. […] Mniej więcej pięćdziesięciu krajom wykręcono ręce”).
Wcześniej pan Czurkin twierdził, że Rosja negatywnie odnosi się do rezolucji, gdyż „nosi ona konfrontacyjny charakter. Projekt próbuje podać w wątpliwość znaczenie referendum na Krymie, które odegrało już swoją historyczną rolę. Spory w tej sprawie są kontrproduktywne”.

Rosyjski MSZ, w specjalnym oświadczeniu wydanym dzień później, stwierdził, że rezolucja tylko skomplikuje uregulowanie wewnętrznego kryzysu na Ukrainie, ale nie zmieni rezultatów swobodnego wyrażenia woli przez ludność Krymu. Jednocześnie „szeroki rozrzut stanowisk państw członkowskich ONZ, wielka liczba wstrzymujących się od głosu stały się dobitnym świadectwem nieprzyjęcia jednostronnego podejścia do wydarzeń, jakie mają miejsce na Ukrainie” – podkreślił MSZ Rosji. I dalej: zdaniem dyplomatów z placu Smoleńskiego w Moskwie, Ukraina i jej zagraniczni „adwokaci” starają się wypaczyć istotę trwożnych procesów zachodzących na Ukrainie, na dalszy plan spychając fakt głębokiego kryzysu wewnątrzpolitycznego w tym kraju i przerzucić odpowiedzialność za eskalację napięcia na Federację Rosyjską.

Minął kolejny dzień. Agencja Reutera, powołując się na szereg źródeł dyplomatycznych, poinformowała, że przedstawiciele Rosji w ONZ w przeddzień głosowania nad rezolucją w sprawie integralności terytorialnej Ukrainy „grozili niektórym krajom Europy Wschodniej, Azji Centralnej [wymieniono Mołdawię, Tadżykistan, Kirgizję] i Afryki”. Czyli nastąpiło lustrzane odbicie oskarżeń Rosji wobec Zachodu, który – wedle zapewnień rosyjskiej dyplomacji – miał wywierać naciski, by rezolucję poprzeć.
Rosja uprzedziła partnerów z WNP, że jeśli nie zagłosują zgodnie z sugestią Moskwyi, to gastarbeiterzy z tych krajów mogą być ciupasem deportowani do swoich krajów, embargo może zostać nałożone na towary eksportowane do Rosji, może zostać zmniejszona kwota dostaw taniego gazu. W wypowiedzi dla agencji Reutera przedstawiciel rosyjskiej misji przy ONZ stwierdził: „My nigdy nikomu nie grozimy. My tylko wyjaśniamy, jaka jest sytuacja”. Nie wykręcają rąk, tylko wyjaśniają.

Mimo tych „wyjaśnień” Rosję zdecydowało się poprzeć tylko dziesięć państw, wśród nich kilka, które głosują nie tyle za Rosją, co przeciw stanowisku Stanów Zjednoczonych zawsze i wszędzie. „Znacznie ciekawsze wydaje się prześledzenie, kto się wstrzymał – analizuje ukraiński dziennikarz Witalij Portnikow. – Chiny i Indie, których władzom awansem dziękował Putin za wsparcie [w orędziu 18 marca], wstrzymały się”. Podobnie jak pozostałe kraje BRICS – „z grupy krajów tak często przedstawianej przez Moskwę jako alternatywa wobec G8, a która taką alternatywą jakoś ciągle nie jest. […] Wstrzymał się nawet Kazachstan, choć [prezydent] Nursułtan Nazarbajew należy do nielicznego grona polityków, którzy wyrazili ostrożne poparcie dla poczynań Putina. Głosowanie państw WNP stawia pod znakiem zapytania prawdziwy poziom wpływów Rosji w krajach sąsiednich. Rezolucję poparły delegacje Azerbejdżanu i Mołdawii. Pozostali nawet nie przybyli na posiedzenie. Nie przyszła delegacja Iranu, który Moskwa tak długo ratowała, nakładając weto na decyzje Rady Bezpieczeństwa ONZ. […] Serbia, której integralności terytorialnej Rosja konsekwentnie broniła, wolała delegacji nie przysłać”. Czarnogóra i Macedonia poparły rezolucję. Także Grecja, Cypr i Turcja. „Ani Grecja, ani Turcja nie przyłączyły Cypru, chociaż gotowe były prowadzić o niego wojnę. Ten przykład też niczego nie nauczył rosyjskich władz, które są przekonane, że o Krymie wkrótce wszyscy zapomną i będzie znów można szykować się na bankiet. Problem polega na tym, że niebawem nie będzie kogo na ten bankiet zapraszać”.

Na razie bankietu nie ma. Na razie rosyjskie wojska intensywnie ćwiczą przy granicy z Ukrainą. Na razie trwają intensywne rozmowy – Ławrow rozmawia z amerykańskim sekretarzem stanu, Putin dzwoni do Obamy. O czym rozmawiają – tego na razie nie wiemy. W skąpych komunikatach jest mowa o nowym pakiecie propozycji uregulowania sytuacji na Ukrainie.

Moskiewska ulica jak zwykle kwituje wydarzenia polityczne na szczycie żartem: Putin dzwoni do Obamy i pyta: – Barack, czy wiesz, jak u nas w Rosji nazywamy Alaskę? – No jak? – Ice-Krym.
Niesieni wielkim krymskim entuzjazmem zwolennicy zbierania wszystkich ziem ruskich zakrzyknęli, by zwrócić sprzedaną w XIX wieku Alaskę pod władanie Moskwy. Jest prawie tak samo rdzenna jak Krym. Do dziś istnieją tam wioski, w których mieszkają potomkowie rosyjskich osadników. Zachowali oni specyficzny język – archaiczny dialekt języka rosyjskiego. Wprawdzie tych kilkaset osób jeszcze nie wie, że trzeba im zapewnić pełnię praw obywatelskich i bronić przed agresywnym amerykańskim faszyzmem i banderyzmem, ale być może rosyjska dyplomacja im to uświadomi.

Jak słusznie zauważył na łamach gazety „Wiedomosti” Władisław Inoziemcew, „Moskwa de facto uznała, że podstawę do interwencji stanowić może nie prawo, a względy cywilizacyjne” – skoro powołuje się na takie kategorie jak „bezpieczeństwo Rosjan”, „bratnie narody”, „wspólna historia” i „prawosławne korzenie”. „Współczesny prawnomiędzynarodowy system opiera się na kategorii obywatelskiej, a nie etnicznej czy religijnej tożsamości człowieka. Państwa są obowiązane bronić swoich obywateli, a nie przedstawicieli tytularnej nacji czy wyznawanej przez większość wiary. […] Rosja jeszcze nie określa siebie jako państwo rosyjskie i prawosławne. Jeśli pójdzie tą drogą, to państwo przestanie istnieć. Rosja nie ma podstaw, by bronić poza swymi granicami „rodaków”, „rosyjskojęzycznych” czy „prawosławnych”. Jak tak dalej pójdzie, to kolejnym etapem politycznej ewolucji w Rosji staną się wyprawy krzyżowe. Tym bardziej że dogmat o nieomylności naszego „papieża” już został przyjęty”.