Raszka-gowniaszka ministra Medinskiego

Raszka to slangowe rosyjskie określenie Rosji, takie specyficzne zdrobnienie od „Russia”. Drugi człon wyrażenia zawartego w tytule nie wymaga tłumaczenia.

Tłumaczenia wymaga natomiast użycie tego słowotworu przez ministra kultury (tak jest, kultury) Władimira Rostisławowicza Medinskiego. Kilka dni temu minister bardzo kulturalnie pojechał do Petersburga i na spotkaniu z czytelnikami w słynnej petersburskiej księgarni „Bukwojed” oznajmił, co następuje. Ministerstwo kultury nie będzie dawało pieniędzy na filmy, które opluwają wybrane władze. „To o tych, którzy robią filmy wedle zasady Raszka-gowniaszka. Po co [im dawać]. To jakiś państwowy masochizm”.

Zapowiedział jeszcze, że ministerstwo nie będzie dofinansowywać takich projektów jak festiwal filmów dokumentalnych Artdokfest, z powodu politycznej postawy Witalija Manskiego, dyrektora festiwalu. Manski uważa, że w dokumentach należy pokazywać świat takim, jakim on jest, a nie pudrować, a ponadto (o, to grzech śmiertelny) jest przeciwny polityce Putina na Ukrainie i kłamstwom, jakie rosyjskie media opowiadają o wydarzeniach na Ukrainie. No to nic nie dostanie.

Powiedzonko „Raszka-gowniaszka” zrobiło momentalnie karierę w portalach społecznościowych i spłodziło liczne zastępy memów i dowcipów. Ale Medinskiego skrytykowano za te słowa nie tylko na wesoło. Poważni komentatorzy wzywali ministra do przeprosin, odkażenia języka itd. Choć samej istoty wypowiedzi nie podważano. To znaczy, o niedopuszczalnym grzesznym pluciu na „wybrane władze” itd. Filmy mają najwyraźniej wyłącznie sławić władze. Jeśli ktoś nie zamierza realizować tego wysokiego zamówienia, to sam jest „gowniaszka” i tyle. Ilja Milsztejn na Grani.ru kpi z konceptu ministra Medinskiego niemiłosiernie: Sytuacja finansowa kraju jest niewesoła. „I jeśli tak dalej pójdzie, to pieniędzy w ministerstwie nie wystarczy nawet na filmy o Raszce-Krymnaszce czy Raszce-Sakralaszce. Cała zawartość skarbca rozejdzie się na potrzeby zbrojeniówki, Federalnej Służby Bezpieczeństwa, wojsk wewnętrznych MSW, telewizję RT (d. Russia Today)”. Raszka-Krymnaszka, hm, bardzo trafnie.

Ciekawie w kontekście wypowiedzi złotoustego ministra kultury zachowało się samo ministerstwo: odcięło się mianowicie od jego słów. Komunikat głosi, że Medinski wypowiadał te słowa nie jako minister, a jako pisarz (był wszakże na spotkaniu z czytelnikami). Doktor Jekyll i mister-minister Hyde?

Szum wokół „gowniaszki” w ustach ministra przez wiele dni się nie uspokajał. Medinski postanowił więc posypać swoją łysawą głowę popiołem i dziś podczas spotkania z deputowanymi Dumy przeprosił za niefortunne sformułowanie. „Po prostu cytowałem znanych blogerów, nie sądziłem, że to odbije się takim echem. Wyrażenie było nieszczęśliwe, ale od sensu swych słów się nie odżegnuję” – powiedział opływowo.

To jeszcze nie koniec rewelacji ministra dotyczących kinematografii. Medinski oznajmił, że gotów jest na poważnie zająć się ograniczaniem liczby hollywoodzkich produkcji w  rosyjskich kinach. Amerykańskie obrazy stanowią dziś 70% filmów pokazywanych na ekranach w Rosji. Podał świetlany przykład Chin, gdzie pokazuje się dwadzieścia amerykańskich filmów rocznie. Z inicjatywą ograniczenia dostępu rosyjskiego widza do wrażej tandety wystąpili deputowani z partii komunistycznej.

Agencje informacyjne przyniosły niedawno jeszcze jedną wiadomość: Indie zaproponowały Rosji wznowienie współpracy w produkcji filmowej. Być może owocem tej współpracy będzie film o miłości rosyjskiego biznesmena do indyjskiej studentki, ich uczucie napotyka wiele przeszkód, ale oni śpiewając rosyjsko-indyjskie czastuszki, w miłosnych prysiudach z udziałem chóru Aleksandrowa idą ku słońcu, nie plują na „wybrane władze”, nie pokazują „Raszki-gowniaszki”. Jak ten neo-Bollywood będzie się nazywać? Rollywood?

Rubel i kociak przy apetycie

Ulubieńcem rosyjskich mediów stała się w ostatnich dniach pewna kotka z Władywostoku. Pod osłoną nocy zakradła się do lady chłodniczej sklepu na lotnisku i urządziła ucztę co się zowie – najadła się wszelakich rybnych delikatesów za sumę 60 tysięcy rubli. Zdjęcia pożywiającego się zwierzęcia, zamieszczane z entuzjazmem w sieci, podbiły serca Rosjan. Wiadomość o wyczynie smakosza zajmowała przez kilka dni czołowe miejsca w rankingach najczęściej czytanych i komentowanych doniesień.

Hokejowa drużyna Admirał Władywostok zgłosiła chęć zaopiekowania się żarłokiem i uczynienia zeń talizmanu ekipy. Kotce nadano imię Matroskina. Miejmy nadzieję, że nie zostawią jej na lodzie. Zanim kotkę znaleziono i przekazano klubowi, swoją propozycję zgłosili Komuniści Petersburga i Obwodu Leningradzkiego (KPOL). Bojownicy z burżuazją chcą się zaopiekować bezdomną bohaterką, wydali kici legitymację organizacji (numer 6), liczą, że ulubienica tłumów będzie im towarzyszyć na wiecach. Obok portretów Lenina, Stalina i Che Guevary wizerunek zaradnej kocicy ma zagrzewać do walki politycznej. „To kot-Robin Hood, dostał się do ekskluzywnego sklepu dla bogaczy, zwykłych ludzi nie stać na takie drogie produkty” – wywodził towarzysz z Pitra.

O pochodzeniu pożartych przez słynnego kota owoców morza agencje nie pisały. Czy były to miejscowe specjały czy rarytasy z zagranicy – nie wiadomo. Za to wiadomo, że premier Miedwiediew podejmuje gości wyłącznie wyrobami rodzimego przemysłu spożywczego. W dzisiejszym wywiadzie dla telewizji stwierdził, że nie ma takiego produktu żywnościowego [zagranicznego], którego nie można by zamienić [na krajowy]. „Dam przykład. Na urodziny zaprosiłem jak zwykle przyjaciół i specjalnie postawiłem zadanie, aby na stole były wyłącznie dania z krajowych produktów. Wyszło wspaniale”. I ser, i mięso – wszystko znakomitej jakości. „Były nawet omułki z Morza Czarnego, które są lepsze od śródziemnomorskich, bo są świeższe i smaczniejsze” – podsumował ze znawstwem premier. Omułki są świeże, gdy są świeże. Omułków drugiej świeżości nie ma. Podobnie jak jesiotrów. Nie wiem, czy spożycie krajowych omułków wzrosło w Rosji w ostatnich miesiącach, natomiast na pewno wzrosły ceny żywności i to znacząco. A braki w dostawach kaszy gryczanej urosły do rangi ogólnonarodowego problemu.

Premier był w tym tygodniu wyjątkowo rozmowny. Podczas transmitowanej przez telewizję rytualnej rozmowy z dziennikarzami wzywał rodaków do zachowania spokoju. Rosjanie, nic się nie stało, tłumaczył Dmitrij Anatoljewicz, owszem, sankcje Zachodu są dotkliwe, owszem, rubel pikuje w dół, ale nie takie kryzysy przechodził, i wychodził z nich, i teraz też tak będzie, tylko proszę bez paniki. Cierpliwości, zaraz wszystko się zatrzyma, utrzęsie i znowu będzie dobrze. Zapewniał, że sam trzyma oszczędności w rublach. Nie wiem, czy kogoś przekonał. Sądząc po reakcji komentatorów z licznych portali społecznościowych, raczej wzmógł niepokój. „Może zamiast przeliczać dolary na ruble, przejdziemy na przelicznik w rowerach” – podpowiadali jedni. „Niektórzy mówią, że w styczniu dolar będzie kosztował sto rubli. To bzdury – wtedy już będziemy płacić krymskimi muszelkami” – kpili inni. „A ja myślę, że ten kot, który urządził sobie kolację za tysiąc baksów, to był taki próbny balon: niedługo będą nam wyjaśniać, gdzie się podziały rezerwy walutowe banku centralnego” – przewidywali lepiej poinformowani.

Giełdy się zapewnieniami rosyjskiego premiera niespecjalnie przejęły. W piątek wieczorem euro i dolar znów pobiły historyczne rekordy. Za euro trzeba zapłacić 72 ruble, za dolara – 58 rubli. Jak podliczono, od czerwca rosyjska waluta straciła w stosunku do dolara blisko czterdzieści procent. Tymczasem notowania ropy znowu spadły – poniżej 62 dolarów za baryłkę. „Rosyjski budżet na rok 2015 należałoby przekazać do biblioteki, do działu fantastyka naukowa, żadne przewidziane w nim parametry nie są już aktualne” – mówił jeden z ekonomistów w wywiadzie dla telewizji Dożd’.

Podczas telewizyjnej rozmowy premiera z dziennikarzami padło pytanie o koszty Krymu. W ostatnim orędziu Putin nadał Krymowi status narodowego sacrum. W podobnym duchu zawtórował mu Miedwiediew: „tego nie da się zmierzyć w kategoriach ekonomicznych, są rzeczy ważniejsze od chwilowych strat”. „Chwilowe straty” z tytułu krymskiej awantury idą w miliardy. A to na pewno daleko nie koniec. I jeszcze nie wiadomo, kto będzie za to płacił.

Opera za milion

Eksportowy sopran z Krasnodaru, śpiewająca na renomowanych światowych scenach operowych Anna Netrebko, nieoczekiwanie wystąpiła w nowej roli. Podczas uroczystości przekazania donieckiemu teatrowi opery i baletu czeku na milion rubli sfotografowała się na tle flagi „Noworosji”. Flagę przyniósł na imprezę Oleg Cariow, jeden z polityków kręcących separatystyczne lody na wschodzie Ukrainy. Cariow – były deputowany ukraińskiej Rady Najwyższej – jest dyżurną gadającą głową we wszystkich politycznych talk show rosyjskiej telewizji państwowej. Jeździ po Rosji i zbiera fundusze i co tam jeszcze może na projekt „Noworosja”.

Po uroczystości pytana przez dziennikarzy o przyczyny wspierania separatystów opiernaja diwa wyznała, że nie zna się na polityce (uchyliła się od odpowiedzi na pytanie, czy Krym jej zdaniem należy do Ukrainy czy do Rosji), a milion rubli dla Doniecka to wyraz jej solidarności ze śpiewającymi pod bombami kolegami. Dowcipni internetowi komentatorzy natychmiast zaczęli wymieniać opinie, na co pójdzie ten „melon” rubli, najczęściej brzmiało przypuszczenie, że na wódzię dla separatystów. Gazeta internetowa Grani.ru zwróciła uwagę, że Netrebko całkiem nieźle radzi sobie nie tylko na scenie operowej, ale także politycznej: w 2012 roku była mężem zaufania kandydata na prezydenta, Władimira Władimirowicza Putina. Dała się też namówić do odśpiewania hymnu Rosji podczas uroczystości otwarcia igrzysk w Soczi. Może się doczekamy, że w ślad za Josifem Kobzonem i Wiką Cyganową zacznie śpiewać liczne hymny „Noworosji” (http://labuszewska.blog.onet.pl/2014/11/29/noworosja-tanczy-i-strzela/).

Jak wielu prawdziwych patriotów Rosji i Anna Netrebko ma podwójne obywatelstwo: rosyjskie i austriackie. MSZ Austrii po opublikowaniu zdjęcia śpiewaczki z flagą nowotworu oświadczył, że takie focie mogą zostać wykorzystane w celach propagandowych. Netrebko jest twarzą kampanii reklamowych linii lotniczych Austrian Airlines, przedstawiciel AA napisał w Twitterze, że firma zawsze dystansowała się od ekstremalnych poglądów politycznych. Kontrakt Netrebko zakończył się z końcem listopada, o jego prolongacie nic nie słychać.

Głupia sprawa. Pani Anna, zdaje się, nie trafiła w czas. Bo wiele też wskazuje na wycofywanie się przez Kreml z projektu Noworosja. A przynajmniej na czasowe przymrożenie (w sensie przenośnym i niestety również dosłownym) konfliktu na wschodzie Ukrainy. Kremlowskie wróble ćwierkają, że patron projektu Władisław Surkow wymienia kadry (odwołuje „bohaterów” nieudanej wiosny, z kremlowskiej administracji odeszło dwóch wysokich urzędników zajmujących się „Noworosją”) i zmienia kurs. Po ogłoszeniu przez Kijów decyzji o zawieszeniu zobowiązań socjalnych, działalności banków itd. na terytoriach kontrolowanych przez separatystów, Moskwa zaczęła dziwne manewry, wskazujące na to, że nie ma zamiaru dokładać do tego kiepskiego interesu. Inicjowane są kolejne rozmowy w Mińsku z udziałem separatystów. Moskwa znowu rozpoczyna partię na kilku szachownicami: z jednej strony wypuszcza w świat gołębie pokoju, z drugiej – przez nieszczelną granicę ładuje na wschód Ukrainy dziesiątki sztuk sprzętu wojskowego. Chyba nie będą występować w operze.

Wzgórze Świątynne na Krymie – teraz i na zawsze

Nie będzie liberalizacji, otwarcia i odbudowy dobrych relacji z Zachodem, będzie konfrontacja i budowa nowej kurtyny, jeśli nie żelaznej, to w każdym razie odgradzającej od wrogiej szarańczy, która tylko czyha, by podbić oblężoną twierdzę Rosja – jedyną na tym świecie złym krynicę humanistycznych wartości. Prezydent Putin w wystąpieniu przed obiema izbami parlamentu, rządem i innymi ważnymi osobami w rosyjskiej polityce opowiedział, jak on rozumie, a zatem jak zgromadzeni mają rozumieć to, co dzieje się w Rosji i z Rosją.

Na początek była więc szkolna czytanka o zorganizowanym przez Amerykanów na kijowskim Majdanie przewrocie, o obronie rodaków na Krymie przed zakusami tych kijowskich władz, które zdobyły legitymację nielegalnie, Rosja chciała dobrze, a Zachód nie wiedzieć czemu się zbiesił i wprowadził sankcje. Z wykładu prezydenta wynika, że sankcje wprowadzono nie dlatego, że Rosja zagarnęła część terytorium sąsiada, gwałcąc prawo międzynarodowe i własne zobowiązania, ale dlatego że Zachód chce w wyniku podłych intryg Rosję osłabić i rozbić na części. Wszędzie spiski. W bankach też. Spadek kursu rubla? Putin ma prostą odpowiedź: To spekulanci. „Putin jeszcze raz dał nam do zrozumienia, że nie widzi żadnych fundamentalnych przyczyn, dla których kurs rubla spada – komentował dziś w rozgłośni Echo Moskwy politolog-putinolog Stanisław Biełkowski. – Rubel spada bez powodu, więc jak to wytłumaczyć? Że to nieszczęście sprowokowane jest wyłącznie spekulacjami walutowymi i zaraz my tych spekulantów weźmiemy za fraki i wsadzimy do więzienia, pozabieramy im licencje i wtedy rubel zacznie rosnąć w siłę. To doskonały przykład myślenia Władimira Władimirowicza”. Szef wywiadu Michaił Fradkow poszedł za ciosem i przed wieczorem już zaraportował, że zna winowajców: spadek kursu rubla to wina spekulacji dokonywanych przez zagraniczne instytucje finansowe. Wprawdzie nie wymienił konkretnych nazw, ale zaznaczył, że USA i ich sojusznicy chcą zguby rosyjskiej gospodarki, grając na obniżenie wartości rosyjskiej waluty i zaniżając cenę ropy, co w rezultacie miałoby prowadzić do wymiany rosyjskich władz. Cóż, nie ma co dłużej zwlekać – rubel spada i spada, ropa spada i spada, teraz wszystkie ręce na pokład i trzeba ścigać tych niegodziwych spekulantów. Ciekawostką jest to, że w ostatnich tygodniach to w znacznej mierze (obserwatorzy rosyjskiego rynku mówią, że w jednej trzeciej) walutę skupują zwykli Rosjanie, przerażeni tym, w jakim tempie ich pieniądze tracą na wartości. Wychodzi na to, że mamy do czynienia z wielomilionową armią spekulantów.

Ale prezydent nie tylko grzmi na spekulantów, ale też jest dobry i wyrozumiały i rękę wyciąga do tych, co niegdyś zgrzeszyli i wywieźli pieniądze za granicę. Nawet te niezbyt czyste pieniądze można teraz spokojnie powyciągać z Kajmanów i Belize, przywieźć do Rosji, zalegalizować. Propozycja nie do odrzucenie dla tych, którzy skroili okrągłe sumki na lewo, a teraz chcą zażyć ziemskiego raju w uporządkowanym systemie bankowym Federacji Rosyjskiej. Mało prawdopodobne, że operacja „powrót pieniądza” się powiedzie. Ekonomiści na razie notują od dłuższego czasu proces odwrotny: z Rosji uciekło w tym roku około 120 miliardów dolarów przestraszonego kapitału. Nie wydaje się, by właściciele tych miliardów chcieli teraz znów złożyć je w rosyjskich bankach. Chyba że sprowadzą je na chwilę, zalegalizują, a potem znowu wyprowadzą. Nie, to żart.

Jednym słowem ci, którzy czekali, że Putin wyjaśni, jak władza zamierza działać w sytuacji recesji i nadciągającego jak letnia burza kryzysu, nie doczekali się żadnych konkretnych wyjaśnień ani zapowiedzi. Prezydent po raz kolejny pokazał, że ekonomia i w ogóle polityka wewnętrzna go nudzą. I tyle. „Główne pytanie, na jakie spodziewano się usłyszeć odpowiedź podczas orędzia, brzmiało: czy Putin ma świadomość tego, jak bardzo zmienia się świat i sytuacja wewnątrz kraju? Teraz już otrzymaliśmy jednoznaczną negatywną odpowiedź. A zatem kraj będzie rządzony po staremu” – pisze moskiewska politolożka Tatiana Stanowaja (Slon.ru). Zamiast dróg rozwiązania problemów – idee, zawieszone gdzieś w obłokach.

Niemniej „po staremu”, jak pisze Stanowaja, rządzić się jednak już też nie da. Zasoby, które dotychczas pozwalały Kremlowi zarządzać „tortem” i odkrawać i starym elitom, i nowym ambitnym graczom pojawiającym się z biegiem lat, kurczą się. Już nie wystarczy dla wszystkich. To ogromne pole do rywalizacji, ba, konfliktów. Na razie jeszcze można jednym dawać, a drugim nie dawać. Za chwilę może być gorzej i żeby dać jednym, trzeba będzie zabrać drugim. A to nie takie proste. Wiadomo, że z pustego Salomon nie naleje, a właściwie naleje przede wszystkim sobie. Bliski krąg zostanie usatysfakcjonowany kosztem zgromadzonych w funduszach rezerwowych środków. A reszta?

Jak zwrócili uwagę komentatorzy, Putin nie użył w swoim wystąpieniu ani razu słów „ropa” i „korupcja”. Znamienne.

Za to zrobił daleką historyczną wycieczkę. Pisałam jakiś czas temu, że Putin uzasadniał podczas spotkania z młodymi historykami, że Krym jest kolebką rosyjskiego chrześcijaństwa (http://labuszewska.blog.onet.pl/2014/11/10/make-love-with-ribbentrop-molotov/). Dzisiaj znów nawiązał do tego wątku: książę Włodzimierz przyjął chrzest na Krymie i dopiero potem ochrzcił Ruś (co ciekawe, prezydent nie zająknął się, że Włodzimierz był księciem kijowskim, Moskwy wtedy nie było). „Dla Rosji Krym, Chersonez, Sewastopol mają ogromne znaczenie cywilizacyjne i sakralne. Tak jak Wzgórze Świątynne w Jerozolimie dla tych, którzy wyznają islam lub judaizm. Właśnie tak będziemy się do tego odnosić teraz i zawsze”. Cóż to za nowa mitologia?

Jeden z popularnych rosyjskich blogerów Rustem Agadamow skomentował ten passus następująco: „Z Chersonezem jako duchową kolebką, która ma dla Rosjan sakralne znaczenie, Putin dzisiaj mnie zadziwił i to nieźle. Diabli wiedzą, kto mu pisze te teksty. Miasto, założone przez Greków, gdzie przez dwa tysiące lat mieszkały różne narodowości, ale nie było żadnych Słowian, wskazał nam w charakterze narodowego sacrum i tego, co ma nas jednoczyć. No, nieźle. Ciekawe, czy Putin zna historię podboju Chersonezu przez księcia Włodzimierza? Włodzimierz przez prawie rok oblegał miasto, które nie było mu do niczego potrzebne. Jak tylko je zdobył, zaraz je opuścił i nigdy nie wrócił. Odciął mieszkańców od wody i miasto się poddało. W Żywocie Włodzimierza można przeczytać, że książę zgwałcił córkę księcia Chersonezu na oczach rodziców, a następnie ich zabił. A chrzest przyjął tu pono dlatego, że taki był warunek jego małżeństwa z córką bizantyjskiego cesarza. Włodzimierz groził, że jak odmówią mu ręki księżniczki, ruszy na Konstantynopol. Biedna Anna, którą pod przymusem wydano za poganina, gwałciciela i zabójcę, mówiła do matki: Już lepiej mi tutaj umrzeć. Jeżeli taka postać historyczna [jak Włodzimierz] i jego wyczyny na Krymie są sakralnym źródłem duchowości dla Rosjan, to czym w takim razie jest dla nich niegodziwość?”

Prezydent przez cały czas wystąpienia pokasływał, były momenty, że tracił płynność wymowy. Premier Miedwiediew z zadowoloną miną zasiadający w pierwszym rzędzie jak zwykle uciął sobie niezobowiązującą drzemkę. W Groznym grupa uzbrojonych bojowników Emiratu Kaukaskiego zaatakowała kilka obiektów.

Słowo na sześć liter

Jeszcze nikt tego słowa nie wypowiada, lecz wiatr już o tym szepcze po ogrodach. Skoro w Rosji ostatnio wprowadza się zakaz za zakazem, to może zakażą wypowiadania go na głos. Dochodzące z giełdy informacje zdają się zwiastunami nastania jego panowania. To straszne słowo brzmi: kryzys. Triumfalny #Krymnasz może, jak podpowiada jeden z komentatorów, stać się niebawem #Namkrysz (nam kryszka, czyli – koniec z nami).

Za dolara trzeba było dziś zapłacić 54 ruble, za euro – prawie 67 rubli. Znakomitą metodę informowania o spadkowych trendach stosuje obcojęzyczna telewizyjna tuba Kremla RT: „euro stracił dwa ruble, dolar – rubel”. Nic dodać, nic ująć, mistrzostwo świata. Był kiedyś popularny kawał, charakteryzujący wygibasy radzieckiej szkoły informacji: Podczas zawodów biegowych wystartowali Breżniew i Nixon. Breżniew przegrał. Następnego dnia radziecka prasa pisze: Towarzysz Breżniew w trudnym zmaganiu na dystansie 800 metrów zajął zaszczytne drugie miejsce, prezydent Nixon był przedostatni.

Baryłka ropy Brent kosztowała dziś 72 dolary, ale cena w poprzednich dniach spadała już poniżej 70. Prognozy dotyczące ceny ropy przewidują dalszy spadek. Rosyjski internet prześmiewczo bawi się od ładnych kilku dni przypominaniem wypowiedzi przedstawicieli rosyjskich władz sprzed miesiąca, dwóch, trzech. Prezydent Putin jeszcze niedawno przewidywał krach światowej (nie rosyjskiej, a światowej) gospodarki przy cenie ropy 80 baksów za baryłkę. Spece od bankowości przy pierwszych spadkach wartości rubla uspokajali, że to chwilowe wahnięcie i rosyjska waluta wkrótce odrobi straty. Wszechmocny szef Rosniefti Igor Sieczin zapewniał, że cena ropy nie może spaść poniżej 90 dolarów za baryłkę.

Proroctwa na różne gusta zapełniają przestrzeń medialną wzdłuż i wszerz. „Zapamiętajcie mój twitt – ironizuje Paweł Sienko – w styczniu-kwietniu w Rosji nastaną lata dziewięćdziesiąte, którymi Putin straszył społeczeństwo i do których sam osobiście doprowadził cały kraj”. Wielkomocarstwowi zwolennicy rzucania wrogów na kolana natomiast straszą wojną. Gorliwy wyznawca obrony praw rosyjskiego świata rosyjską bronią publicysta Jegor Chołmogorow: „Kurs euro będzie rósł, dopóki Putin nie weźmie Odessy i Charkowa. A kiedy weźmie – kurs będzie nieważny”.  Ekspert do spraw wojskowych Igor Korotczenko poszedł jeszcze dalej: „Jedna taka rakieta sprawi, że za jednego rubla będą płacić 50 dolarów”. Balistyczną sztuczkę można obejrzeć tu: https://twitter.com/i_korotchenko/status/538783161548046336

Jeden z twitterowych ironistów, posługujący się nickiem „spina Putina” (plecy Putina), wspomina dawne dobre czasy: „Siedzieli spokojnie, po cichu kradli, żywili się przy korycie, wywozili. Dolar był po 32 ruble, ropa po 115 dolarów. Żyć nie umierać, raj. Aż tu nagle Putin postanowił pobawić się w imperatora”. No właśnie, układ wewnątrz elity (chłopaki, zarabiamy ile wlezie, lokujemy na Zachodzie) oraz umowa władza-społeczeństwo (my rządzimy, wy bawicie się, w co chcecie, byle nie w politykę i kontrolę nad naszymi poczynaniami) zmieniły się nie do poznania. Zachód został mianowany na głównego wroga, czyhającego na nosicielkę cnót i wartości, podstępnie wzniecającego kolorowe majdany na utrapienie Kremla. #Krymnasz miał zastąpić ludziom wszystko, wynagrodzić wszystkie straty.

O końcu epoki pisze Dmitrij Głuchowski (Snob.ru): „Przyznajcie się – przecież tak naprawdę w głębi serca ani przez sekundę nie wierzyliście, że w naszym kraju zawsze będzie się dobrze żyło. Że Rosja jest do tego zdolna. Przyznajcie się: od zawsze wiedzieliście, że On przyjdzie… […] Czekaliśmy na niego przez wszystkie te lata tłuste, kiedy nabijaliśmy sobie kieszenie banknotami, a usta – wszystkim, co nam się nawinęło. Czekaliśmy, stercząc w koreańskich terenówkach i niemieckich brykach w wiecznych korkach. Spodziewaliśmy się go, jadąc na wakacje nie do świętego Soczi, a do bisurmańskiej Turcji. Każdy, kto mógł sobie na to pozwolić, kupował sobie domki i mieszkanka daleko stąd – w Hiszpanii, na Krecie, w Pradze – w przeczuciu, że niebawem nasza Ojczyzna powróci w swoją historyczną koleinę, wydeptaną przez nadwołżańskich burłaków”. Ten pisany wielką literą nienazwany On to właśnie kryzys, który jeszcze nie wiadomo, czy jest, lecz wiatr już o tym szepcze po ogrodach.