Wiosna w ogniu

17 kwietnia. Od lat ekolodzy próbują przekonywać, że wypalanie traw jest szkodliwe dla łąk i powoduje gigantyczne zagrożenie pożarowe – bez skutku. 12 kwietnia na skutek wypalania traw rozpętał się koszmarny pożar w Republice Chakasja (Syberia), spłonęło doszczętnie 40 miejscowości, bez dachu nad głową zostało pięć tysięcy ludzi, śmierć poniosło trzydzieści osób. Według władz republiki, do września należy zbudować dla pogorzelców około 2500 domów, na co potrzeba 6 mld rubli. Prezydent Putin podczas wczorajszej telekonferencji obiecał uruchomić specjalne fundusze, z których będą wypłacane rekompensaty dla rodzin ofiar.

Wstrząsające reportaże z miejsc, przez które przeszedł niszczący żywioł, można obejrzeć m.in. tu: http://www.yodnews.ru/2015/04/14/burn

Na filmie widać ogrom zniszczeń: https://www.youtube.com/watch?v=IYtEa0NPD6U

Chakasja nie jest jedynym regionem, w którym szaleje ogień. Według danych ministerstwa ds. sytuacji nadzwyczajnych, w Kraju Zabajkalskim płonie 121 tysięcy hektarów (spłonęło 500 domów mieszkalnych, zginęły 4 osoby), w Buriacji – pali się las (dwa tysiące hektarów), w Tuwie – 284 hektary, w obwodzie irkuckim – 19 hektarów.

Strażacy gaszą, ale niewiele mogą wskórać. W jednym miejscu ugaszą, ale w innym – ktoś biega z zapałkami i pali trawy mimo zakazu. Zdaniem Goslessłużby, w 90 procentach przypadków pożar jest wynikiem nieostrożnego obchodzenia się z ogniem. Najwidoczniej zabrzmiało to dla niektórych zbyt banalnie. Znacznie bardziej oryginalną wersją przyczyn pożarów błysnął pełnomocnik prezydenta w syberyjskim okręgu federalnym Nikołaj Rogożkin (uprzednio dowódca Wojsk Wewnętrznych MSW, generał). Na naradzie w sprawie opanowania sytuacji z szalejącymi w okręgu pożarami stwierdził, że ogień podkłada specjalna grupa opozycjonistów-podpalaczy: „Zebrała się grupa ludzi – opozycja, jak ją teraz nazywają. Przeszła instruktaż i przeprowadziła akty dywersji polegające na podłożeniu ognia w tym czy innym miejscu wokół Czity oraz innych miejscowości, w tym samym momencie wzięli i podpalili. Może tak być? Dzisiaj osobiście latałem śmigłowcem i widziałem – tam są takie miejsca, że normalny człowiek tam nie dotrze. Do tego trzeba dobrze wyszkolonego speca, który na dostanie się do tych miejsc musi przeznaczyć co najmniej dobę. Gotów jestem wysłuchać każdego – uczonych, szamanów, każdego, kto może mi wyjaśnić, jak to możliwe”. Później pan generał tłumaczył się, że miał na myśli tych, którzy „są w opozycji wobec władz poprzez to, że nie stosują się do przepisów, zabraniających wypalania traw”. Sekretarz prasowy Putina indagowany, co pełnomocnik prezydenta miał na myśli, wymigał się od odpowiedzi.

Lokalne media wskazywały, że gniewne słowa prezydenckiego pełnomocnika skierowane były pod adresem przesiedlonych na rosyjski Daleki Wschód uciekinierów z Donbasu. „W Zabajkalu dyskutuje się o wypowiedzi Rogożkina, wielu uczestników forów internetowych zgadza się z generałem: no tak, przyjęliśmy uchodźców z Ukrainy Wschodniej, a oni tak naprawdę są piątą kolumną i banderowcami. To zrozumiałe na tle tych wielkich emocji – przecież jakoś trzeba wyjaśnić, dlaczego tak się dzieje, trzeba znaleźć winnych, to dużo łatwiejsze, niż przyznanie, że sam jesteś winien” – pisze portal „Mediazona”.

To nie koniec dobrych wiadomości od generała Rogożkina: podczas spotkania z pogorzelcami opietruszył nieszczęsnych, że zamiast zakasać rękawy i ze zgliszczy wydłubać rzeczy, które mogą się przydać, a także pozbierać złom i sprzedać, oni czekają, że władze im pomogą. „My z gubernatorem do wszystkich nie dotrzemy. Nie liczcie na to, że my wszystko zrobimy. Przepraszam bardzo, ale to cynizm”. Jasne, jeszcze jaki! Liczyć na to, że państwo pomoże – szczyt cynizmu, nieprawdaż?

Do akcji gaszenia pożarów włączyła się Cerkiew. Po Zabajkalu akurat peregrynuje święty ogień z Jerozolimy (według tradycji Kościołów wschodnich, w Wielką Sobotę w Bazylice Grobu Pańskiego w Jerozolimie zstępuje w cudowny sposób święty ogień, od pochodni przewodniczącego uroczystości hierarchy zapalane są potem przez obecnych w świątyni wiernych tysiące świec i pochodni). Święty ogień w tym roku wożony jest po Rosji specjalnym wagonem wraz z cudowną ikoną świętego Mikołaja Cudotwórcy. Z inicjatywy duchownych ogień i ikona dotrą do miejsc objętych pożarami, by powstrzymać rozprzestrzenianie się płomieni. Skoro nie można liczyć na władze, to nie pozostaje już nic innego, jak tylko liczyć na cud.

Monolog człowieka chrząkającego

16 kwietnia. Niewolnik na galerach ma raz do roku przyjemność porozmawiania z tymi, którzy go do tych galer przykuli – czyli narodem. Z roku na rok przyjemność jest coraz bardziej uteatralizowana. W tegorocznym spektaklu pod tytułem „Bezpośrednia linia z prezydentem Putinem” na spontan pozostawiono niewielki margines. Za to wazelina lała się strumieniami ze wszystkich szczelin. Jednak mimo usilnych starań, zza zasłony pochlebstw otoczenia co rusz wyzierała trudna rzeczywistość kryzysu. Prezydent starał się zahipnotyzować audytorium, uspokoić przytaczaniem skwapliwych statystyk, obiecał, że już zaraz, za chwilę, najwyżej za półtora roku kryzys się skończy, rząd ma świetny pomysł na pokonanie przejściowych trudności, a w obecnej sytuacji to lepiej się nie ruszać. Przetrwamy kryzys i będzie świetnie, tylko się nie denerwujcie, grażdanie.

Prezydent Putin cierpliwy był, łaskawy był, nie unosił się gniewem, wszystko znosił, wszystkiemu wierzył, we wszystkim pokładał nadzieję, jak powiada Pismo. Starał się nie poruszać ostrych tematów, raczej uspokajać niż rozjątrzać, pochylał się z gospodarską troską nad poziomem udoju w obwodzie kostromskim, weteranowi Wielkiej Wojny Ojczyźnianej obiecał przyzwoite mieszkanie (znowu, po tylu latach). Najwidoczniej obawa, że jak będzie jeszcze gorzej w gospodarce (a będzie) i nastroje społeczne spadną, spędza sen z podciągniętych świeżym liftingiem powiek Władimira Władimirowicza. Dlatego tak ważna jest sakralizacja wysokiego rankingu prezydenta. Ale czy same rytualne zaklęcia wystarczą? Na biegnącym w dole ekranu pasku z pytaniami nadchodzącymi od widzów na bieżąco (studio stworzone specjalnie do przyjmowania pytań odnotowało, że wpłynęło ponad trzy miliony zapytań) wyświetlił się w pewnym momencie tekst: „Putin, przyślij pieniądze, ciężko tu”.

Putin najwyraźniej manewruje pomiędzy chęcią uspokojenia wojowniczych nastrojów a próbą utrzymania wysokiego poparcia dzięki mocnej polityce wobec Ukrainy. Jeśli zacznie zbyt gwałtownie wycofywać się z kursu na przymuszanie Ukrainy do pozostania w obszarze rosyjskiej cywilizacji i zacznie czule przemawiać do Ameryki, to może stracić względy zwolenników silnej ręki. A Putin nie może sobie pozwolić na spadek notowań. Jednak podczas telekonferencji mówił o Ukrainie w sposób bardziej miękki i oględny niż w wielu poprzednich wystąpieniach. Powtarzał oczywiście firmowe kłamliwe mantry, ale bez piany. Po raz kolejny zakomunikował: „Ja w ogóle nie robię różnicy między Ukraińcami i Rosjanami, uważam, że to w ogóle jeden naród”. Przerzucił całą odpowiedzialność za wywołanie wojny w Donbasie na Kijów (nie użył ani razu pojęcia „Noworosja”). A na pytanie, czy rosyjskie wojska walczyły na wschodzie Ukrainy, odpowiedział wprost: rosyjskich wojsk tam nie ma. [Twitter pracował podczas telekonferencji Putina z całych sił. Na to stwierdzenie zaraz pojawiła się reakcja: https://twitter.com/sranysovok/status/588671920968572928, „Władimirze Władimirowiczu, potwierdzam, nas tu nie ma”].

Cały czas prezydent pokasływał i pochrząkiwał. Temat zdrowia Putina był niedawno w centrum zainteresowania w związku z tajemniczym dziesięciodniowym zniknięciem z radarów. Spekulacjom nie było końca. I oto taki rarytas, jak możliwość oglądania pacjenta przez cztery godziny bez przerwy (tyle trwał show). Wygląd: wymuskany. Gdy prezydent reagował bardziej żywiołowo, twarz wykrzywiała mu się w nienaturalnym grymasie (ach, ten botoks bezlitosny). Zaraz po telewizyjnej transmisji „bezpośredniej linii” odbyło się w pierwszym programie telewizji omówienie z udziałem politologów, polityków i dziennikarzy. Uczestnicy audycji jeden przez drugiego rwali się zapewniać, że ten seans łączności ze społeczeństwem pokazał, że prezydent jest zdrowy i pełen sił. Choć patrząc na przypudrowanego, zmęczonego prezydenta, wcale nie miałam wrażenia, że oglądam pełnego temperamentu, przepełnionego entuzjazmem i rwącego się do działania polityka, dobrego na trudne czasy, wodza, który przeprowadzi ufny w jego siły naród przez burzliwe czasy. Pokasłujący, osłabiony i miejscami wyraźnie znudzony Putin nie wypadł przekonująco.

Archiwa szeroko zamknięte

14 kwietnia. Gdy Rada Najwyższa Ukrainy przyjęła pięć dni temu ustawę o odtajnieniu archiwów organów represji totalitarnego reżimu komunistycznego, Moskwa gniewnie fuknęła. Ale zachowała spokój: najważniejsze archiwa KGB opuściły Kijów jeszcze w okresie rozpadu ZSRR, zanim Ukraina proklamowała niepodległość. Można mieć pewność, że tajemnice zbrodniczych instytucji sowieckich długo jeszcze nie zobaczą światła dziennego – w Moskwie są bezpieczne, żadne niepożądane oko nawet przelotnie nie muśnie teczek z napisem „Ściśle tajne”.

Praktyka zamykania (lub niszczenia) archiwów – po krótkim okresie względnej otwartości w latach dziewięćdziesiątych – wróciła już w pierwszej kadencji prezydenta Putina. Pisałam o tym w 2004 r. w „Tygodniku Powszechnym” (http://tygodnik.onet.pl/archiwa-szeroko-zamkniete/8xl0y). Historycy od dawna mówią, że nawet dla nich dostęp do archiwów jest coraz trudniejszy. Jak więc prowadzić poważne badania historyczne bez możliwości pracy z dokumentami?

Wielka bitwa o pamięć, jaką Rosja prowadzi z resztą świata, opiera się na dyrektywach propagandowych, a nie na dociekaniu prawdy historycznej. Kolejne fale wzbierają szczególnie z okazji ważnych dat czy okrągłych rocznic wydarzeń historycznych, teraz obserwujemy wzmożenie w związku ze zbliżająca się siedemdziesiątą rocznicą zakończenia II wojny światowej. Kilka dni temu w Jekaterynburgu została pospiesznie zamknięta wystawa o współpracy Sowietów z aliantami. Dlaczego? Bo Kreml lansuje modę na myślenie, że ZSRR sam wygrał wojnę z Hitlerem. Żadni alianci nie będą się teraz plątać pod nogami jedynego zwycięzcy. Im bliżej rocznicy, tym obfitsza piana toczy się z ust telewizyjnych propagandystów (nazywanych propagandonami). To do nich, a nie historyków czy weteranów będzie należała oprawa rocznicy.

Ważną publikację o ciągle niedostępnym masywie archiwalnym sprzed siedemdziesięciu i więcej lat zamieścił dzisiejszy „Kommiersant”. Historyk Leonid Maksimienkow wylicza, co jest dostępne, a co niedostępne w archiwach dotyczących lat wojny. Jak się okazuje, „masywy utajnionej prawdy historycznej są kolosalne”. Weźmy choćby archiwum Stalina. Według wyliczeń Maksimienkowa, nie ma dostępu do co najmniej kilkunastu procent tych zasobów. Z dokumentów dotyczących II wojny światowej, „utajnione są szyfrogramy sztabu generalnego Armii Czerwonej, komisariatów ludowych przemysłu lotniczego, zbrojeniówki, przemysłu ciężkiego, niedostępne są kopie rozkazów ludowego komisarza obrony”. Z dokumentów związanych z okresem pomiędzy 1939 a 1941 nie ma dostępu do uwag Stalina na sprawozdaniu komisarza obrony, akt współpracy z Niemcami. „Przed rosyjskimi historykami ukrywa się notatki, informacje, komunikaty i telegramy Stalina dotyczące przygotowań Niemców do operacji na kierunku smoleńskim, o doświadczeniach pierwszych trzech miesięcy wojny, o brakach w wyposażeniu i wyszkoleniu radzieckiej obrony przeciwlotniczej […]. Utajnione są szyfrogramy Stalina i jego ulubieńca Lwa Mechlisa, autora „kerczeńskiej katastrofy z 1942 roku. Czy można bez tych zasobów dyskutować o historii wojskowo-politycznej Związku Sowieckiego w ogóle, a o przygotowaniach i początkowym okresie wojny w szczególności?” – zadaje retoryczne pytanie Maksimienkow. A przecież to niezbędne, by zrozumieć, dlaczego Sowieci dostali w pierwszych miesiącach wojny tak krwawe lanie od Niemców.

„Za to przez dziesięciolecia karmi się nas klonowanym Stalinem z filmów, seriali czy sensacyjnych quasi-dokumentalnych śledztw: Stalina wstał, Stalin poprosił Rokossowskiego, by jeszcze raz się zastanowił, Stalin przypomniał sobie, Stalin pomyślał. Kolejnym pokoleniom Rosjan zawraca się głowę konfabulacją i poi kisielem z wymysłów”. W 2000 roku MSZ zaprzestał wydawania „kanonicznej serii dokumentów polityki zagranicznej ZSRR”, ostatni opublikowany w tej serii dokument nosił datę 31 grudnia 1942 r. Brak korespondencji z ambasadorami ZSRR, protokołów rozmów z zagranicznymi partnerami, utajnione zostały wszystkie tematyczne teczki Biura Politycznego dotyczące polityki zagranicznej ZSRR – pisze Maksimienkow. Na ostatnie posiedzenie komisja ds. archiwum Stalina zebrała się w listopadzie 1998 r. Zgodnie z regulaminem powinna się spotykać raz na dziesięć lat i decydować, które dokumenty można odtajnić. Od tamtej pory komisja się nie zebrała i nie wiadomo, kiedy się zbierze. Może nigdy.

Skoro dokumentów nie ma, archiwa są szeroko zamknięte, to hulaj dusza piekła nie ma – o wojnie można pleść, co dusza zapragnie, zgodnie z koniunkturą i mitologią napisaną przez kremlowskich demiurgów.

Spaleni fast foodem

9 kwietnia. Dawno już w rosyjskim segmencie Internetu nie było takiego karnawału. Reakcja na wiadomość o najświeższym pomyśle reżysera Nikity Michałkowa i jego brata Andrieja-Androna Konczałowskiego (również reżysera) założenia sieci rosyjskich barów szybkiej obsługi przeszła najśmielsze oczekiwania.

Dzisiejsze wydanie „Kommiersanta” uraczyło czytelników wiadomością, że braterski duet filmowców wpadł na pomysł utworzenia w Rosji sieci pod szyldem „Jemy w domu”, serwującej wyłącznie rodzime produkty w przeciwieństwie do wrażych zachodnich fast foodów. Na wdrożenie projektu Michałkow i Konczałowski poprosili prezydenta o miliard rubli. Prezydentowi idea się spodobała, zaaprobował ją i przekazał plan pod kuratelę wicepremiera Arkadija Dworkowicza, zajmującego się w rządzie zagadnieniami gospodarczymi.

Filmowi bracia wstrzelili się z biznes planem idealnie. Wyroby z sieci zachodnich fast foodów zaczęły jakiś czas temu szkodzić rosyjskim żołądkom. Do usunięcia McDonalda czy Burger Kinga z Rosji wzywali deputowani z trybuny parlamentu, a publicyści w licznych artykułach pisali o wyższości tradycyjnych rosyjskich potraw nad podstępnymi cheeseburgerami. Jednym z naczelnych haseł w dobie sankcji (wprowadzonych przez Putina zakazów wwozu zachodnich artykułów spożywczych) jest „importozamieszczenije” [импортозамещение], czyli zastąpienie rzeczy z importu rodzimą produkcją. Nie bardzo ta akcja na razie wychodzi, bo Rosja produkuje za mało, by zaspokoić potrzeby rynku w pełnym zakresie. Ale od czego są dobre pomysły osób obsługujących politykę Kremla?

Nikita Michałkow od dawna jest uważany za podnóżek Władimira Putina, realizujący zamówienie na patriotyczną sztukę dla mas. A że przy okazji kręci lody (tu konkretnie zapewne patriotyczne śledziki i barszczyki) na chwałę własnego portfela, cóż, każdy orze jak może. To po pierwsze, a po drugie, za obsługiwanie angielskiego króla należy się premia.

Idealny rodzinny interes ma wesprzeć żona Konczałowskiego (pozującego ostatnio na buddyjskiego mnicha i filozofa), aktorka Julia Wysocka, lansująca się jako wybitny znawca kuchni. Występuje w popularnych programach telewizyjnych propagujących gotowanie, ma w Moskwie dwie knajpy, należy do niej marka „Jemy w domu” (która teraz ma objąć również sieć szybkiej gastronomii). Dziennikarz rozgłośni Echo Moskwy Siergiej Parchomienko dostrzega w dzisiejszym rwetesie wokół planu sieci rosyjskiego „szybkiego jedzenia” jedynie świetną akcję promocyjną dla tych lokali Wysockiej. Aktorka ma w planach rozszerzenie działalności gastronomicznej.

Całe to zamieszanie to rzecz świetnie charakteryzująca dzisiejszą Rosję. Oto dwie znane osoby chcą założyć sieć knajpek. To nie budowa elektrowni jądrowej czy zawrócenie biegu syberyjskich rzek, tylko mała gastronomia. I taką sprawą zajmuje się osobiście prezydent, który zleca pilotowanie projektu wicepremierowi. Oraz wydziela z budżetu państwa, na który składają się podatnicy, miliard rubli na dobrą wróżbę. „Najśmieszniejsze jest to, że nikt nie prosi Putina o pieniądze na drogi” – skomentował jeden z użytkowników Twittera.

Podatnicy, przynajmniej ci, którzy aktywnie korzystają z Internetu, urządzili popisową „rżakę”, nie zostawiając na pomysłodawcach suchej nitki. Krótki przegląd żartów, jakie pojawiły się w blogach i na Twitterze, nie jest w stanie oddać intensywności wymiany myśli o planie Michałkowa-Konczałowskiego.

„Dmitrij Anatoljewicz [Miedwiediew] poprosił Władimira Władimirowicza o pożyczkę na zakup baterii do Leiki” (premier lubi fotografować).

„Josif Kobzon zwrócił się do Putina z prośbą o dofinansowanie projektu sieci patriotycznych zakładów fryzjerskich” (jeśli Państwo pamiętacie, piosenkarz Kobzon jest nosicielem oryginalnej peruczki)

„W następnej książce kucharskiej Julia Wysocka opublikuje przepis, jak z niczego ukręcić miliard”.

„- O, rany, umieram z głodu.

– To chodź, tutaj jest bar Michałkowa.

– No nie, nie do tego stopnia”.

„W Rosji powstanie sieć luksusowych więzień pod nazwą „Siedzimy w domu”.

„Nikita Michałkow otworzy sieć kin „Róbta se filmy sami”.

„Dobrze, że nie poprosili kasy na sieć burdeli „Skok w bok”.

„Nazwa sieci barów „Żryj, co ci dają”.

„W barach Michałkowa kasy będą wolne od wpływu zachodnich imperialistów”.

„Potrawy będą podawać z hymnem albo bez hymnu” (ojciec Nikity i Andrieja, Siergiej Michałkow był autorem słów hymnu ZSRR/Rosji).

Całkiem poważnie podszedł do zagadnienia Leonid Krol, który napisał w FB: „Przecież to jasne, że nikt niczego nie otworzy, żadnej knajpy, nie będzie żadnego rospiłu [przywłaszczenia na lewo państwowej kasy]. Potrzebne są dobre, optymistyczne, prowokacyjne nowości. Trzeba zaprezentować, że mamy przyszłość. I to jest wiadomość z tego pożądanego gatunku. Rozrywka zarówno dla wyższych sfer, jak i plebsu. To taki kolejny tani gest antyamerykanizmu, a i okazja, by gwiazda pojawiła się w mediach i dała lekcję dobrego stylu w noszeniu eleganckiego szaliczka”.

Niewidzialny front

8 kwietnia. Dostali się do serwerów Departamentu Stanu, dzięki czemu uzyskali też dostęp do systemów komputerowych Białego Domu – zaalarmowała wczoraj telewizja CNN, informując o harcach rosyjskich hackerów we wrażliwych zakamarkach amerykańskiej administracji. Hackerzy zdołali sforsować zabezpieczenia Departamentu Stanu, wykorzystując zainfekowany mail jednego z pracowników resortu. Włamanie – nazwane największym cyberatakiem na serwery instytucji państwowej USA w historii – miało miejsce jesienią ubiegłego roku; przez kilka miesięcy trwało wnikliwe śledztwo. Zdaniem amerykańskich służb ślady wskazują na to, że hackerzy pracowali dla rosyjskich władz. Urzędnicy zapewniają, że cyberwłamywacze nie dostali się do tajnych bebeszków prezydenckiej administracji, ale niektóre „cenne dane” pozyskali, w tym np. rozkład dnia prezydenta Obamy obejmujący również nieformalne ciche spotkania. Takie „cenne dane” są nie lada rarytasem, za które służby specjalne różnych krajów gotowe są słono zapłacić.

„W Rosji działa około 20 tysięcy aktywnych hackerów, którzy dzięki swojej działalności zarabiają miliardy rubli, sami hackerzy są bezczelni do granic, gdyż są przekonani o własnej bezkarności. Rosyjscy hackerzy zajmują czołowe pozycje na świecie w cyberprzestrzeni, konkurować z nimi mogą bodaj jedynie Chińczycy” – twierdzi Aleksandr Czaczawa, prezes firmy LETA Group, zajmującej się walką z cyberprzestępczością. Rosyjscy hackerzy specjalizują się nie tylko w okradaniu kont bankowych i kart kredytowych, ale także atakach DDoS realizowanych na zamówienie polityczne (atakowani są przeciwnicy polityczni w kraju i za granicą, blogerzy, niewygodni dziennikarze).

W zeszłym roku głośna była sprawa Rosjanina Romana Sielezniowa, który na Malediwach został zatrzymany przez amerykańskie służby i przewieziony do USA, by odpowiedzieć za sprawne okradanie amerykańskich obywateli metodą na cyberrympał i to na niebywała skalę. Jak się bawić, to się bawić – Sielezniow okradł dwa miliony kart kredytowych. Sprawa hackera zyskała niezwykły rozgłos medialny, gdyż Sielezniow okazał się synem deputowanego Dumy Państwowej, Walerija. Pan Walerij Sielezniow poruszał niebo i ziemię, oskarżał Waszyngton o kradzież syna, zapewniał o jego niewinności, ale nie wskórał nic. Roman Walerjewicz oczekuje na proces przed amerykańską Temidą, grozi mu nawet do 30 lat pozbawienia wolności.

Rewelacje podane przez CNN na temat wtargnięcia rosyjskich cyberkrasnoludków do Białego Domu nie były pierwszą jaskółką, świadczącą o zainteresowaniu Rosji przeniknięciem za kulisy amerykańskiej (i nie tylko amerykańskiej) polityki za pośrednictwem cyberszpiega. „Wall Street Journal” kilka miesięcy temu pisała o opracowanym w Rosji wirusie (Sofacy) przeznaczonym do szpiegowania. Zdaniem ekspertów, na których powoływała się gazeta, program szpiegujący szyfruje ukradzione dane i przekazuje je dalej. Opisywana grupa hackerów nazwana kryptonimem ATP28 nie zajmowała się banalną kradzieżą pieniędzy czy własności intelektualnej, a pozyskiwaniem konkretnych informacji „na zamówienie władz Rosji w celach szpiegostwa na rzecz Kremla”. Grupa miała działać od 2007 roku i zaglądać przez ramię urzędnikom z państw Europy Wschodniej i NATO.

W Rosji też od czasu do czasu dochodzi do skandali związanych z włamaniami do komputerów różnych ważnych osób. Specjalizuje się w tym tajemnicza grupa Shaltay Boltay (pisałam o niej w blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2014/08/20/anonimowa-miedzynarodowka-internetowa-shaltay-boltay/), która ostatnio zamieściła w przestrzeni publicznej korespondencję sms-ową wysokich urzędników Kremla z deputowanymi, dziennikarzami, wydawcami, ekspertami. Analiza ujawnionych materiałów potwierdza, że Kreml steruje przestrzenią medialną (organizując nagonki na niebłagonadiożnych opozycjonistów lub akcje wsparcia medialnego dla wskazanych osób czy wydarzeń, ingeruje w kształt publikacji itd.), aktywnością Dumy Państwowej, ściśle kontroluje teoretycznie niezależne agencje federalne, m.in. ds. mediów, sprawuje „opiekę” nad ludźmi kultury itd. Obszerne omówienie publikacji można znaleźć tu: http://yodnews.ru/2015/04/02/shaltay

Czemu służą takie publikacje? Zdaniem wielu obserwatorów rosyjskiej sceny politycznej Shaltay Boltay to „projekt” jednej z grupek ma Kremlu. Kremlowskie buldogi nieustannie gryzą się pod dywanem, walcząc o wpływy. Wypluwanie strumieni „kompromatów” (materiałów kompromitujących) na jednego lub kilku wysokich urzędników to jedna z metod tej walki. Wysoko wykwalifikowani hackerzy, którzy potrafią rozszyfrować i dostarczyć „kompromat” na wroga, są na wagę złota. Ostatnio doszło na Kremlu do wymiany kilku ważnych urzędników drugiego szeregu (szefów referatów odpowiedzialnych za politykę wewnętrzną), być może „sliw”, jak fachowo nazywają publikację rosyjscy spece, był związany z tą wymianą kadr.

Inna z wersji każe podejrzewać Shaltay Boltay o powiązania ze służbami specjalnymi. Projekt miałby wzmacniać służby w walce aparatczyków o wpływy u najważniejszego żłobu.

„Ujawniona korespondencja nie jest szczególnie szokująca. Owszem, obnaża obrzydliwe metody pracy Administracji Prezydenta, ale widać, że została świadomie przefiltrowana pod odpowiednim kątem: chodzi o to, by w przestrzeni publicznej nie znalazły się elementy mogące świadczyć o łamaniu prawa” – napisał Paweł Czikow w internetowej „Meduzie”. Rzeczywiście, ujawnione treści odnoszą się do kuchni działań urzędniczych, żadnych przełomów nie spowodują, o rzeczach najważniejszych, mechanizmach podejmowania kluczowych decyzji w państwie, najważniejszych osobach politycznego dramatu nie mówią nic. Co nie znaczy, że hackerzy do takich rewelacji się nie dokopali i że kiedyś nie zostaną one wyciągnięte na światło dzienne.