Putin i trybunał

17 lipca. Wracam ponownie do tematu katastrofy Boeinga 777 w niebie nad Donbasem. Nie ma spokoju pod kremlowskimi oliwkami – do gry wszedł sam głównodowodzący, prezydent Władimir Putin. We wczorajszej rozmowie z premierem Holandii Markiem Rutte Putin dobitnie powiedział, że Rosja uważa za „przedwczesne” i „kontrproduktywne” propozycje utworzenia międzynarodowego trybunału, który miałby ustalić winę i pociągnąć do odpowiedzialności osoby, winne śmierci pasażerów samolotu Malezyjskich Linii Lotniczych, zestrzelonego nad wschodnią Ukrainą. Stanowisko Rosji już znamy z oświadczeń kilku dyplomatów, przygotowujących grunt pod oświadczenie Putina. Od mieszania tego gorzkiego cukru w szklance słodyczy nie przybywa, nie przybywa też po stronie rosyjskiej argumentów, które miałyby kogokolwiek przekonać, że taki międzynarodowy arbitraż jest zbędny w tej zawiłej historii.

Putin nie usynowił oficjalnie zielonych ludzików, którzy wjechali na terytorium Ukrainy, by wywołać i wesprzeć zbrojnie separatystyczną rebelię. Co więcej, wyparł się ich kilkakrotnie, nawet gdy zostali złapani za rękę (zabłądzili; z ukraińską armią walczą traktorzyści i górnicy Donbasu – to słyszeliśmy od Putina). Konwoje, które dowożą do Donbasu Bóg wie co, nazywa się oficjalnie humanitarnymi, Putin nie przyznał się, że wysyła na Ukrainę czołgi i wyrzutnie rakiet. W czerwcu ubiegłego roku rosyjska telewizja donosiła: „Nieba nad Donieckiem bronić będą wyrzutnie Buk”, które separatyści mieli przejąć w zdobytej bazie ukraińskiej armii. http://www.vesti.ru/doc.html?id=1741703

Prezydent Putin w rozmowie z holenderskim premierem wyraził też wielkie niezadowolenie z powodu „wrzutek” medialnych różnego rodzaju wersji, „noszących jawnie upolityczniony charakter”. Niepokój prezydenta Rosji wywołały zapewne liczne publikacje, opierające się na przeciekach z raportu międzynarodowej komisji śledczej. Prace nad raportem zakończono 1 lipca, z publikacji wynika, że komisja ustaliła: rakietę ziemia-powietrze wystrzelono z Buka, który znajdował się na terytorium kontrolowanym przez separatystów. Rosyjskie media tymczasem już od roku kolportują rozliczne wersje autorstwa katastrofy i wcale się nie ograniczają. Widzowie i czytelnicy najpopularniejszych rosyjskich mediów mogli się dowiedzieć, że: samolot zestrzeliło ukraińskie lotnictwo (myśliwiec lub rakieta powietrze-powietrze wystrzelona z samolotu), Buk był ukraiński, celem ostrzału był prezydencki samolot, wiozący akurat Putina na pokładzie itd. Jeśli nie są to wrzutki medialne noszące jawnie upolityczniony charakter, to co nimi jest?

Jeszcze jeden aspekt rozmowy. Jak można przeczytać na stronie internetowej Kremla, podczas rozmowy „zaakcentowano, że mechanizm sądowy i pociągnięcie do odpowiedzialności winnych […] powinny być obiektywne […] oraz w pełnej zgodzie z rezolucją 2166 Rady Bezpieczeństwa Narodów Zjednoczonych z 21 lipca 2014 przyjętej z inicjatywy Rosji”. Zajrzałam do tej rezolucji (http://www.un.org/ga/search/view_doc.asp?symbol=S/RES/2166(2014)&Lang=R), nie ma w niej nic, co byłoby sprzeczne z obecnymi inicjatywami Malezji czy Holandii, natomiast w kilku miejscach mówi się o udostępnieniu miejsca katastrofy śledczym, pełnej współpracy itd. Kreml informuje, iż rezolucja 2166 została przyjęta z „inicjatywy Rosji”. Przejrzałam doniesienia medialne sprzed roku. Projekt rezolucji wniosła Australia. Rosja dołączyła swoje poprawki (http://mir24.tv/news/world/10922892). Przedstawiciel Rosji przy ONZ Witalij Czurkin popisał się skrzydlatą frazą: „Nie należy zmieniać dyskusji o tragedii w farsę”. Pinokio ze swoim długim nosem kłamczucha to płaskonosy pekińczyk przy tych mistrzach.

W dzień rocznicy w gazetach i portalach internetowych jest bardzo wiele materiałów poświęconych katastrofie i śledztwu w sprawie wyjaśnienia okoliczności. Borys Sokołow w opozycyjnych „Graniach” pisze: „Najwięcej emocji towarzyszy trybunałowi […]. Malezja, do której należał zestrzelony samolot i której obywatele zginęli, Holandia, która straciła w katastrofie swoich obywateli, Ukraina, nad której terytorium miała miejsce katastrofa, a także inne kraje popierają inicjatywę utworzenia trybunału. Przeciwko jest tylko jeden kraj – Rosja, która konsekwentnie podkreśla, że nie ma nic wspólnego z katastrofą Boeinga. Ale jeśli tak rzeczywiście jest, to zupełnie niezrozumiałe jest, dlaczego na Kremlu tak się wszyscy denerwują. Przecież samolot nie należał do Rosji, nie był w Rosji wyprodukowany ani skonstruowany, jej obywateli nie było na pokładzie, samolotu nie zestrzelono nad rosyjskim terytorium. Wydawałoby się, cóż, niech innych o to głowa boli. Tymczasem najważniejsze osoby w Rosji angażują się i wyrażają zaniepokojenie, dlaczegóż to rosyjskich ekspertów nie dopuszcza się do materiałów śledztwa i z Rosją nie konsultuje się wstępnie kwestii trybunału międzynarodowego. Kiedy w 1988 roku Amerykanie zestrzelili nad Zatoką Perską irański samolot […], Moskwa nie wyraziła życzenia, by wziąć udział w śledztwie. A na ten właśnie wypadek powołują się [minister spraw zagranicznych] Ławrow i Putin, sprzeciwiając się stworzeniu trybunału – argumentują, że wtedy nikt nie dopominał się trybunału. Owszem, nie dopominał się, gdyż USA od razu przyznały się, wzięły na siebie odpowiedzialność i […] wypłaciły Teheranowi rekompensatę. W przypadku malezyjskiego Boeinga tragedia wydarzyła się na terytorium, którego nie kontrolowały ukraińskie władze, a donieccy separatyści, których ścisłe związki z Rosją nigdy nie były tajemnicą. […] Ukraiński rząd na obszarze, kontrolowanym przez prorosyjskie siły, nie może prowadzić czynności śledczych. Holandia i Malezja też nie, gdyż marionetkowych Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych nikt na świecie nie uznaje. I właśnie tu jest miejsce na międzynarodowy trybunał. […] Dla Putina ważne jest niedopuszczenie do utworzenia międzynarodowego trybunału. Bez trybunału raport śledztwa zostanie opublikowany, Rosję pokrytykują, a następnie o temacie zapomną. Inna sprawa, jeżeli będzie pracował trybunał międzynarodowy. Będzie zbierał materiały dowodowe, przesłuchiwał świadków, cały czas będą powody do poruszania tego tematu w mediach. Może powstać pytanie, a co ci ludzie z Bukiem robili na terytorium Ukrainy, kto ich tam posłał? […] Powstanie męcząca dla Putina analogia z trybunałem w Hadze, przed oblicze którego trafili Milosević, Karadżić, Mladić. Można nie mieć wątpliwości, że Rosja zablokuje w Radzie Bezpieczeństwa ONZ powołanie trybunału […]. I trudno będzie uciec od wrażenia, że na złodzieju czapka gore. Wniosek o trybunał można poddać pod głosowanie Zgromadzenia Ogólnego, gdzie Rosja nie ma prawa weta.[…] Ale taka rezolucja nie nakłada na członków ONZ obowiązku współpracy z trybunałem. Za Putina Rosja współpracować z trybunałem nie będzie”.

Na koniec jeszcze kilka informacji związanych z tragiczną rocznicą.

Dzisiaj australijskie wydanie gazety „The Daily Telegraph” opublikowało wideo z miejsca katastrofy, zrobione przez separatystów tak zwanej Donieckiej Republiki Ludowej bezpośrednio po wypadku (film można obejrzeć m.in. tutaj: http://echo.msk.ru/blog/echomsk/1586384-echo/). Wstrząsające.

Zestawienie rozbieżności pomiędzy Rosją a resztą świata zamieścił dziś rosyjski portal RBC: http://top.rbc.ru/politics/17/07/2015/55a75ab59a79476cfe87c4ce

Agencja RIA Novosti wykazała się dziś niezwykłym cynizmem: ogłosiła konkurs wiedzy o katastrofie. Prawidłowe odpowiedzi nagradzano radosnym: „gratulujemy!” Po kilku godzinach ze strony internetowej agencji zniknęła informacja o konkursie, kierownictwo zamieściło przeprosiny. (http://www.svoboda.org/content/article/27133998.html).

Pozwany Igor Girkin

16 lipca. Jutro smutna rocznica – rok temu samolot pasażerski Malezyjskich Linii Lotniczych lecący z Amsterdamu do Kuala Lumpur został zestrzelony nad Donbasem, na pokładzie znajdowało się 298 osób, nikt nie przeżył, ciał dwóch osób do tej pory nie udało się znaleźć. Samolot został (najprawdopodobniej, jak zastrzegają niemal wszystkie światowe media piszące o katastrofie) zestrzelony rakietą ziemia-powietrze, wystrzeloną z kompleksu Buk.

Śledztwo w sprawie wyjaśnienia przyczyn katastrofy prowadzi międzynarodowa komisja. Wczoraj telewizja CNN, powołując się na holenderskie źródła, podała, że w raporcie śledczych znalazło się sformułowanie o winie prorosyjskich separatystów.

Wokół katastrofy trwają gry polityczne. O rosyjskich pisałam w blogu wielokrotnie (ostatnio 27 czerwca http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/06/27/blogerzy-podniebnych-drog/ z kilkoma uzupełnieniami w komentarzach). Napięcie rośnie. Wniosek w sprawie powołania międzynarodowego trybunału złożony przez Holandię, Malezję, Australię, Belgię i Ukrainę w ONZ, który ma być rozpatrywany na najbliższym posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa NZ, doprowadził rosyjskich dyplomatów do białej gorączki. Dlaczego? Ich wyjaśnienia są mniej niż przekonujące: bo to inicjatywa kontrproduktywna. Bloger Andriej Malgin tak to skomentował: „Przez cały rok Rosja przekonywała nas, że są niepodważalne dowody, że zestrzeliła Ukraina. Gdyby takie dowody Rosja rzeczywiście miała, to powinna robić wszystko, by powołać taki trybunał. Ale nie, w zeszłym tygodniu przedstawiciel FR przy ONZ pan Czurkin, przedstawiając argumenty, dlaczego trybunał jest zbędny, wspomniał, że były i inne przypadki, kiedy wojskowi nienaumyślnie zestrzeliwali pasażerskie samoloty, przy czym nigdy żadnych międzynarodowych trybunałów nie powoływano, a czasami nawet nie dochodziło do rozpatrywania sprawy w sądzie. Oświadczenie Czurkina oznacza, że Rosja w tej sprawie wycofała się na z góry upatrzone pozycje i umacnia nową linię obrony. Ale ponieważ Federacja Rosyjska nigdy nie mówi prawdy, to znaczy, że sprawy mają się jeszcze gorzej: czyli że samolot nie został zestrzelony przypadkiem”.

Gorzej mają się sprawy Igora Girkina vel Striełkowa, który w zeszłym roku ostro mieszał w zaczynie „rosyjskiej wiosny” na Donbasie, potem pokornie zmył się do Rosji. W poszukiwaniu miejsca na scenie politycznej od czasu do czasu udziela mediom wywiadów, w których opowiada rzeczy odbiegające od oficjalnej kremlowskiej wersji wydarzeń (inna sprawa, że kremlowska linia propagandowa też się gnie i zmienia w zależności od okoliczności).

Wczoraj w dalekim Chicago do sądu wpłynął pozew w imieniu osiemnastu rodzin ofiar katastrofy Boeinga 777 przeciwko Igorowi Girkinowi. Byłemu ministrowi obrony samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej zarzuca się zorganizowanie ostrzału samolotu, co doprowadziło do śmierci 298 osób. Dlaczego przed obliczem amerykańskiego sądu? Bo Malezyjskie Linie Lotnicze mają przedstawicielstwo w USA i za pośrednictwem tego przedstawicielstwa niektórzy pasażerowie nabyli bilety na feralny lot.

Pozywający domagają się wypłaty rekompensaty w wysokości 900 mln dolarów. W tekście pozwu podkreśla się, że Girkin działał na Ukrainie „za zgodą Kremla” i wydał rozkaz/współdziałał/namawiał do popełnienia wzmiankowanego czynu osoby, które wystrzeliły fatalną rakietę. Wydał rozkaz, a więc ponosi winę. Jak pisze informująca o pozwie brytyjska gazeta „The Telegraph”, adwokat rodzin ofiar zapewnia, że nie chodzi o pieniądze, ale o to, by Girkin wyjaśnił okoliczności zestrzelenia i aby zmusić Rosję do podjęcia współpracy z międzynarodowym trybunałem.

Girkin vel Striełkow rok temu dowodził oddziałami tak zwanego pospolitego ruszenia w Donbasie. 17 lipca 2014 roku w Twitterze pochwalił się, że w rejonie miejscowości Torez jego podwładni zestrzelili An-26 [należący do ukraińskich sił zbrojnych]: „Uprzedzaliśmy, żeby nie latać po naszym niebie. Ptaszek spadł na terytorium bezludnym, cywile nie ucierpieli”. Wpis pojawił się w sieci o godzinie 16.50 czasu ukraińskiego, Boeing 777 zniknął z radarów o 16.20. Jakiś czas potem zniknął wpis Striełkowa.

Reakcja Girkina na pozew w amerykańskim sądzie na razie nie jest znana.

FR dezerterzy

12 lipca. Iwan Szewkunow w lipcu ubiegłego roku zakończył zasadniczą służbę wojskową, wojsko mu się spodobało, postanowił podpisać z rosyjską armią kontrakt, zgłosił się, by zawrzeć umowę na służbę w Sewastopolu. Komendantura wojskowa wydała mu niewypełniony druk kontraktu i wysłała do Sewastopola, by tam dowództwo uzupełniło puste rubryki. Po drodze wszelako okazało się, że Szewkunow może służyć wyłącznie w brygadzie w Majkopie. Niech będzie Majkop, cóż było robić. We wrześniu pododdziały z Majkopu przerzucono na poligon Kadamowski w obwodzie rostowskim, przy granicy z Ukrainą. Według słów matki Szewkunowa, na poligonie panowały ekstremalnie trudne warunki, ale jeszcze gorsze było to, że na Iwana i jego kolegów wywierano nacisk, aby „dobrowolnie” zgłosili się do wypełniania zadań na terytorium Ukrainy – czyli dołączyli do szeregów tak zwanego pospolitego ruszenia w samozwańczych republikach Donieckiej i Ługańskiej. Kilkudziesięciu odmówiło. W czerwcu br. wszczęto przeciwko nim postępowanie z paragrafu o dezercję (czyn zagrożony karą do dziesięciu lat pozbawienia wolności) lub samowolne opuszczenie jednostki wojskowej.

Przypadki Szewkunowa i jego kolegów z jednostki w Majkopie opisała internetowa Gazeta.ru (http://www.gazeta.ru/politics/2015/07/10_a_7633125.shtml). Tak na marginesie: Gazeta.ru jest medium ostrożnym, neutralnym, przez niektórych uważanym wręcz za prokremlowskie. Aż tu nagle taka publikacja.

Prawniczka Tatiana Czerniecka, która reprezentuje interesy oskarżonych, sprawdziła oficjalną statystykę brygady w Majkopie. W latach 2010-2014 ukarano za samowolne opuszczenie jednostki łącznie 35 żołnierzy. Tylko w pierwszej połowie tego roku – już 62. Epidemia? Sprawy wszystkich kontraktowych żołnierzy, którzy czekają na rozstrzygnięcie sądu garnizonowego z zarzutami dezercji, są podobne jak krople wody: od września do listopada byli na poligonie Kadamowskim, opuścili go, skarżąc się na nieludzkie warunki i nachalną rekrutację do walk w Donbasie po stronie separatystów. „Nikt nie chciał walczyć w Donbasie ani za 8 tysięcy dziennie, jak obiecali werbujący do walk na Ukrainie, ani za 28. Żołnierze uciekali z Kadamowskiego do jednostki [w Majkopie], tam składali wnioski o zwolnienie ze służby, wniosków nikt nie rozpatrywał” – mówi Czerniecka Gazecie.ru.

Jeden z cytowanych w artykule żołnierzy mówi, że od kolegów, którzy dali się namówić do wysłania na Ukrainę, dowiedział się, że żadnych pieniędzy w rezultacie nie dostali. „Nas kinuli”, czyli okantowali – to częste zdanie pojawiające się w relacjach żołnierzy. Rosja nie tylko nie płaci swoim najemnikom obiecanych ośmiu tysięcy dziennie, ale także nie przyznaje się do żołnierzy, którzy zginęli, zostali ranni lub którzy dostali się do ukraińskiej niewoli (pisałam o tym m.in. tu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/05/28/kalambury-czasow-niespokojnego-pokoju/). Morale? A co to jest morale?

Dziennikarz rozgłośni Echo Moskwy Aleksandr Pluszczew, komentując sprawę żołnierzy z Majkopu, napisał: „w artykule mowa jest o tym, o czym niby wszyscy wiemy, ale szczegółów nie znamy, więc teraz znamy, to kolejne potwierdzenie. To materiał o mechanizmie pojawiania się tak zwanych [rosyjskich] ochotników na zbuntowanych ukraińskich terytoriach. To materiał o tym, że nasza armia jest nadal armią złożoną z niewolników, człowiek podpisujący kontrakt to niewolnik, nic więcej. To materiał o tym, jak ludzie w mundurach, służący temu systemowi chachmęcą z kontraktami [puste rubryki w kontrakcie], dokumentacją, oszukują ludzi, wysyłają do walki, narażając na śmiertelne niebezpieczeństwo, a sami siedzą sobie wygodnie w sztabach i gabinetach. Z tego materiału wynika, że system nie zasługuje na zaufanie, i jeszcze, że dezerterów jest wielu”.

Ministerstwo Obrony Rosji na razie nie skomentowało doniesień medialnych o dezerterach z Majkopu.

Jak makiem zasiał

10 lipca. Nie od dziś wiadomo, że rosyjski sąd jest najbardziej humanitarny na świecie. Nowe potwierdzenie słuszności tego stwierdzenia znajdujemy w kronice sądowej miasta Woroneż. Miejscowy sąd skazał czteroosobową rodzinę Połuchinów na kilkuletnie wyroki kolonii karnej za wypiekanie i sprzedawanie w należącej do rodziny kawiarni „Oczag” bułeczek z makiem. Czy Połuchinowie zalegali z podatkami? Nie. Czy napadli na bank w celu pozyskania pieniędzy na działalność gospodarczą? Nie. Czy kogoś okradli? Nie. Zabili? Też nie. Po prostu wypiekali drożdżówki z makiem.

Na podejrzaną zawartość wypieków pięć lat temu zwrócili uwagę czujni funkcjonariusze Federalnej Służby Kontroli Narkotyków. Ich zdaniem Połuchinowie dodawali do spożywczego maku narkotyki. Według materiałów śledztwa, złowieszczy właściciele lokalu w garażu opryskiwali roztworem opium mak, suszyli suszarką do włosów, dodawali słomę makową i w ten sposób przygotowane opium dla narodu sprzedawali (w małych pakietach). Połuchinowie nie przyznali się do zarzucanych im czynów (gdyby się przyznali, dostaliby wyrok w zawieszeniu – tak mówią).

Od 2010 roku w Rosji obowiązuje przepis dopuszczający w obrocie wyłącznie czysty mak spożywczy bez żadnych dodatków. Jak wskazuje portal Meduza.io, mak sprowadza się do Rosji z zagranicy, gdyż własnych plantacji maku w Rosji nie ma od 1987 r., a zagraniczny mak zawiera domieszki, m.in. słomy makowej (słoma makowa może służyć do pozyskania narkotyku). Połuchinowie kupowali zatem zagraniczny mak, na własne potrzeby zużywali dwieście kilo miesięcznie, resztę odsprzedawali przedsiębiorstwu „Chlebograd”.

W badanych pięciu kilogramach inkryminowanego maku specjaliści z Federalnej Służby Kontroli Narkotyków (FSKN) stwierdzili 8,7 grama słomy makowej (0,18% zawartości). Czy to podstawa do ścigania „handlarzy narkotyków”?

Właściciel lokalu „Oczag” Aleksandr Połuchin, emerytowany oficer, twierdzi, że panowie z FSKN proponowali mu „kryszę” (opiekę) za drobne 50 tysięcy rubli miesięcznie, ale on się nie zgodził („Oczag” działał przez piętnaście lat i świetnie się miał). I że konsekwencją tej odmowy była sprawa sądowa, zakończona wysokim wyrokiem. Zdaniem Połuchina, to jeden z przejawów „opracowanego w wysokich gabinetach schematu, polegającego na wybiórczym szykanowaniu przedsiębiorców w interesach FSKN”.

Cała ta makowa historia dzieje się w kraju, który choruje na uzależnienie od narkotyków. Według oficjalnych danych FSKN w Rosji jest 3 miliony narkomanów (8,5 mln używa narkotyków incydentalnie), miesięcznie umiera z powodu narkomanii pięć tysięcy ludzi. Przez Rosję prowadzi narkotyczny szlak z Afganistanu, największego centrum produkcji opiatów.

Politolożka Jekatierina Szulman twierdzi, że FSKN idzie na łatwiznę, ścigając Połuchinów i im podobnych. FSKN powinno ścigać handlarzy narkotyków, ale „to zajęcie niebezpieczne [bo można trafić na kogoś silniejszego lub] przypadkiem pozbawić się źródła dochodu. Ścigać nie tych, kto jest niebezpieczny, a tych, którzy nie mogą uciec – to święta zasada działania organów ścigania, które znajdują się poza kontrolą społeczeństwa. […] W sprawie Połuchinów […] żadnych narkotyków nie było. Teraz trzeba by im znaleźć adwokata z prawdziwego zdarzenia i złożyć apelację”.

Nie wszyscy jednak są przekonani o niewinności biznesmenów z Woroneża. Wysokonakładowa gazeta „Komsomolskaja Prawda” publikowała reportaże, ukazujące rodzinę Połuchinów jako przestępców, którzy zajmowali się procederem zaopatrzenia narkomanów w pełni świadomie. A obrońców praw człowieka troszczących się o pomoc prawną dla podsądnych przedstawiono jako naciągaczy (http://www.kp.ru/daily/26402.7/3278002/, http://www.kp.ru/daily/26402.5/3278009/).

Inaczej relacjonowała proces opozycyjna „Nowaja Gazieta” (http://www.novayagazeta.ru/inquests/69167.html), wykazując słabości aktu oskarżenia, brak materiału dowodowego, absurdy rzekomo niezależnych ekspertyz itd.

Olga Romanowa, szefowa ruchu „Ruś sidiaszczaja”, pisze o swoich wątpliwościach: „1. Może Połuchinowie są winni, może są niewinni. Podczas procesu dopuszczono wiele naruszeń, wcześniej – wiele naruszeń było podczas śledztwa. Wina/niewinność nie została dowiedziona. […] 2. Nie było adwokata, bezpłatny adwokat z urzędu się nie liczy, tacy zwykle działają na szkodę oskarżonych. Dlaczego nie było adwokata? Albo Połuchinowie rzeczywiście handlowali narkotykami, ale w takim razie powinni mieć pieniądze i wykupić się, zapłacić FSKN, prokuraturze, śledczym, ale zostali na lodzie, gdy pieniądze się skończyły (zwykła to rzecz). Albo Połuchinowie są uczciwi. […] 3. Jest taki aksjomat: cały handel narkotykami w Federacji Rosyjskiej znajduje się pod „kryszą” FSKN. Wielkich baronów narkotykowych nie ruszają (współpracują), informatorów wydają swoim, kiedy współpraca dobiega końca, a próbujące działać bez kontroli płotki wyławiają. Połuchinowie to płotki (chociaż te 4 tony maku świadczą, że niekoniecznie). Być może w przeszłości współpracowali z FSKN, a teraz się ich pozbyto. Wariant trzeci – są całkowicie niewinni. Proszę zobaczyć, ile wariantów. A za to winę ponoszą sąd, śledztwo i prokuratura, które nic nie ustaliły”.

Kopnij Obamę, czyli jak smakują amerykańskie kanapki?

3 lipca. Unia Europejska długo zaprzęga, ale potem szybko jedzie – słyszę i czytam to zdanie bardzo często w rosyjskich mediach. Porzekadło to przypomniano również po tym, jak przewodniczącego Dumy Państwowej, Siergieja Naryszkina ostatnio nie wpuszczono do Finlandii. „Pan jest objęty sankcjami Unii Europejskiej, pan nie może wjechać na jej terytorium” – usłyszał pan Naryszkin. I bardzo się zdziwił. Nie, nie dlatego, że nagle się dowiedział, iż jego nazwisko figuruje na liście sankcyjnej. Doskonale o tym wiedział od chwili ogłoszenia listy. Ale nic sobie do tej pory z tego nie robił. Jeździł, dokąd chciał. I śmiał się z głupiej Unii, która wpierw wprowadza zakazy, a potem pozwala je omijać. I wierzył zapewne święcie (nie bez podstaw), że zawsze w tej głupiej Unii znajdą się pożyteczni idioci, który uchylą przed nim wrota. Tak było, gdy np. chciał pojechać do Francji.

O podróżach przewodniczącego Naryszkina pisałam już jakiś czas temu (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2014/12/23/deputowani-dumy-skrycie-kochaja-europe/). Członkowie grupy trzymającej władzę, wpisani na listę „niewjazdową”, znaleźli furtki, dzięki którym można było omijać zakaz wjazdu i podróżować po UE. Na przykład gdy dany polityk otrzymał zaproszenie od organizacji międzynarodowej.

Unia zaprzęgała i wreszcie zaprzęgła: wiz dla rosyjskich parlamentarzystów objętych sankcjami, a wybierających się do Finlandii, nie wystawiono. Choć wybierali się na poważną międzynarodową imprezę (sesja Zgromadzenia Parlamentarnego OBWE w Helsinkach, w okrągłą rocznicę podpisania Aktu Helsińskiego).

Jakież było oburzenie, jakiż był gniew! Pan Naryszkin przypomniał zaraz Finlandii, że jeszcze nie tak dawno była częścią imperium rosyjskiego i że trzeba się przyjrzeć, czy sto lat temu, gdy tą częścią przestała być, wszystko odbyło się zgodnie z literą prawa międzynarodowego. Bo jak nie, to się to podniesie gdzie trzeba i pozbawi Finlandię prawa do samostanowienia. Ugf, grr, wrr. Ostatnio w Rosji panuje jakaś epidemia grzebania w aktach dotyczących przesuwania granic byłego imperium. Przy czym ku zdziwieniu przecierającej oczy publiczności wyroki w sprawie konstytucyjności oddania Krymu Ukrainie w 1954 czy odzyskania niepodległości przez państwa bałtyckie w 1991 feruje… Prokuratura Generalna Rosji. Ciekawe. (Analiza na ten temat historyka Borysa Sokołowa: http://grani.ru/opinion/sokolov/m.242379.html)

Finlandia na te wszystkie gniewne okrzyki dobiegające z Moskwy spokojnie odpowiedziała, że czeka na rosyjską delegację, proszę bardzo, tylko niech przyjedzie sześć osób spoza listy sankcyjnej. Jak czytam w programie jubileuszowej sesji OBWE, przewidziana jest deklaracja końcowa, która ma zawierać szereg rekomendacji dla samej organizacji i państw sygnatariuszy. Wiadomo, że oddzielnym punktem ma być rezolucja w sprawie Ukrainy. Oczekuje się, że będzie ona zawierać krytykę pod adresem Rosji za aneksję Krymu. Rosyjska delegacja planowała przedstawienie swoich wariantów rezolucji – o niedopuszczalności wykorzystywania sankcji w stosunku do członków parlamentów krajów członkowskich OBWE i o wypracowaniu wspólnych działań na rzecz przeciwdziałania neonazizmowi.

Z sankcjami rzeczywiście jest Kremlowi coraz mniej przyjemnie. Oficjalna propaganda powtarza dziesięć razy dziennie, że amerykańskie i europejskie sankcje nie są groźne, a nawet że nam jeszcze z tego powodu jest lepiej. Ale rzeczywistość coraz bardziej skrzeczy. I skrzeczeć będzie. Bo UE przedłużyło sankcje o kolejne pół roku, a USA wręcz zapowiadają, że wprowadzą jeszcze nowe.

Deputowany Dmitrij Gudkow, jedyny już bodaj opozycjonista w Dumie, który ma cywilną odwagę głosować przeciwko zamordystycznym ustawom, wprowadzanym jedna za drugą, napisał na FB: „Deputowani myśleli, że [sankcje to] fraszka, pogrożą, posrożą się i wpuszczą. Ale teraz, kiedy Zachód rozzłościł się nie na żarty, nikt nie chce znaleźć się w tonącej łodzi razem z narodem. To policjanci niech sobie siedzą w Rosji [od kilku miesięcy funkcjonariuszy policji obowiązuje zakaz wyjazdów zagranicznych] i odpoczywają na Krymie – za to dostaną prawo strzelania do tłumu. A deputowany rwie się do Europy, chce jeszcze raz powąchać słodkawy zapach gnijącego Zachodu”.

Panowie z parlamentu, ministerstw i innych organów władzy, którzy na Zachodzie zbudowali swoje domy, którzy na zachodnich kontach złożyli depozyty na czarną godzinę, którzy na Zachodzie kształcą dzieci, nie wyobrażają sobie odcięcia od tych dóbr. Owszem, na chwilę, ale przecież nie na zawsze, nie na poważnie, nie z powodu jakiegoś głupiego Krymu czy jeszcze głupszej Noworosji. Zapraszani do telewizyjnych seansów nienawiści politycy, eksperci, publicyści, celebryci opowiadają, wyskakując w entuzjazmie z portek, jak powinien zachowywać się prawdziwy patriota rosyjski: nienawidzić Zachód, który rozkłada się moralnie i pod każdym innym względem. To wersja dla maluczkich. Ale w realu liczą się inne rzeczy. Na przykład – poza wyżej wymienionymi willami i kontami – choćby leczenie na Zachodzie.

Zresztą czasem chodzi o rzeczy bardziej przyziemne. Ci, którzy toczą białą pianę z bąbelkami we wspomnianych seansach nienawiści, wieszają na państwach zachodnich najgorsze psy, grożą użyciem bomby jądrowej itd., ostatnio zaznaczyli swój udział w przyjęciu organizowanym przez amerykańską ambasadę z okazji Dnia Niepodległości. Jest np. taki ekspert wojskowy Igor Korotczenko, który regularnie z żarem wyklina wraże NATO, Amerykę, Europę (które jego zdaniem tylko po to istnieją, by rozwalić Rosję), pluje na ukraińskich „benderowców” i wszystkich tych, którzy ich wspierają, kocha rosyjskie Iskandery i głównodowodzącego. Też był na raucie. „Jak panu smakowały amerykańskie kanapki?” – pytali prześmiewcy w sieciach społecznościowych.

Utrzymywaniem kontaktów towarzyskich z Amerykanami Korotczenko raczej się w telewizji chwalić nie będzie. Antyamerykańskie ziarna obficie rzucane przez kremlowską propagandę w rosyjską glebę wydają parszywe owoce. Tego dnia, gdy Korotczenko, Żyrinowski i inni amerykanożercy bawili się na koszt amerykańskiej ambasady, w Bracku odbył się konkurs „Kopnij Obamę”. Uczestnicy konkursu popisywali się kunsztem obrażania wizerunku amerykańskiego prezydenta – najwyżej punktowane było kopnięcie prezydenta [na szczęście tylko jego zdjęcia] w twarz (https://www.youtube.com/watch?v=Ywwdr_4BT7U&feature=youtu.be).