Na talerzu Putina, czyli przypadki pewnego kucharza

2 czerwca. Tak go nazywają – kucharz Putina. Panowie znają się z dawnych czasów, z Petersburga. Uzdolniony restaurator nazywa się Jewgienij Prigożyn. Ostatnio znalazł się na medialnym widelcu z uwagi na usilne zabiegi, aby na mocy orzeczenia sądu z wyszukiwarek Yandex (najpopularniejsza wyszukiwarka rosyjskiego Internatu), Google i Mail.ru zniknęły linki do publikacji, które sam Prigożyn uważa za niewiarygodne.

„Nowaja Gazieta” wzięła pod światło te informacje. „Redakcja od dawna z uwagą przygląda się działalności miliardera, którego firmy zaopatrują struktury władzy w wyżywienie. Domyślamy się, na usunięciu których linków zależy panu Prigożynowi”. Zanim jednak wraz z „Nową Gazietą” przyjrzymy się szczegółom, kilka słów wprowadzenia.

Jak pisze „Encyklopedia haków” (compromatwiki.org), Prigożyn zaczął zajmować się biznesem na początku lat dziewięćdziesiątych zaraz po wyjściu na wolność (w 1979 r. został skazany za kradzież, rozbój, oszustwa itd.) w Petersburgu, a właściwie jeszcze Leningradzie sprzedawał hot-dogi. W drugiej połowie lat 90. otworzył luksusową restaurację. Biznes rozwijał się świetnie. Autorzy hasła „Jewgienij Prigożyn” wysuwają przypuszczenie, że z Władimirem Putinem zawarł znajomość w 1991 r., kiedy Putin stanął na czele ciała nadzorującego z ramienia merostwa gry hazardowe (o tym epizodzie z życia prezydenta pisałam niedawno na blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/04/22/znajomy-z-yakuzy/). Dalej czytamy: „Putin często bywał w restauracjach Prigożyna New Island, Russkaja Rybałka i Na Zdrowie wraz z wysoko postawionymi gośćmi. W 2012 roku firma Prigożyna wygrała przetarg na obsługę przyjęcia z okazji trzeciej kadencji Putina”. Jednym słowem, Prigożyn władzę karmił dobrze. Gorzej było z kontraktem na żywność dostarczaną dla szkolnych stołówek. W 2008 r. firma Prigożyna wygrała przetarg na dostarczanie „innowacyjnego jedzenia” dla placówek oświatowych. Porcyjki nazwano „whiskas dla uczniów”, dzieci się skarżyły, rodzice zaprotestowali. Wiele szkół zerwało kontrakty. Dwa lata później sam Putin przyjechał na uroczyste otwarcie kombinatu Prigożyna produkującego żywność dla szkół. Kombinat zbudowano dzięki ulgowym kredytom, przyznanym szczodrze, zapewne dzięki wysokiej protekcji. Wiosną 2011 r. jedzeniem wyprodukowanym przez firmę Prigożyna zatruli się słuchacze uczelni wojskowej na Uralu. Prigożyn, jak się miało okazać, karmił również wojsko. Słynna instytucja Oboronserwis – kompleks zewnętrznych firm zawiadujących mieniem wojskowym itd. – o której świat usłyszał w związku z głośnymi aferami korupcyjnymi pod światłym przewodem ministra obrony Anatolija Sierdiukowa i licznego zastępu sprawnych blondynek (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2012/11/06/zmiany-zmiany-zmiany/), dała zarobić Prigożynowi na cateringu. Ciekawe szczegóły znajdą Państwo w obszernej publikacji na stronie internetowej TV Rain: https://tvrain.ru/articles/statja_fontanki_kotoruju_ochen_hochet_zabyt_evgenij_prigozhin-410502/ To zapewne jeden z tych artykułów, które Prigożyn chciałby usunąć z przestrzeni internetowej, bo nieformalne powiązania i korzystanie z „błatu” (protekcji) widać tu jak na dłoni.

Do licznych lokali gastronomicznych należących do imperium Prigożyna w 2009 roku dołączyła elitarna restauracja, działająca na zamkniętym terytorium należącym do rządu (http://crimerussia.com/corruption/17937-17937/).

Utalentowany pan Jewgienij Wiktorowicz sprawdził się nie tylko na niwie gastronomicznej – w 2012 r. wspierał medialne projekty obliczone na zdyskredytowanie protestującej opozycji. „Nowaja Gazieta” odnotowała kilka prowokacji przeciwko opozycyjnym mediom, a także zorganizowanie przez Prigożyna „fabryki trolli”. Zacytuję ten fragment publikacji „Nowej”: „dziennikarze doszli do wniosku, że holding Jewgienija Prigożyna ma związek z fabryką trolli na peryferiach Petersburga, na podstawie wielu przesłanek. […] Pracowała tu jedna z osób, którą Prigożyn wykorzystał do prowokacji w mediach. Ponadto właśnie trolle z ulicy Sawuszkina 55 były zaangażowane z prowokacje wobec czasopisma „Forbes” [gazeta wiele uwagi na przestrzeni lat poświęcała biznesom Prigożyna] i innych tytułów”. To doświadczenie miało się z kolei przydać w „oprawianiu” operacji dezinformacji wobec Ukrainy, począwszy od listopada 2013 roku. Kilka agencji (dez)informacyjnych powstało, jak twierdzi „Nowaja”, za pieniądze restauratora. (Całość publikacji „NG”: http://novayagazeta.livejournal.com/5117311.html).

Jak widać, totumfacki Putina przydaje się na wielu frontach. A i sam chętnie korzysta ze specjalnego statusu. Jak pisała w zeszłym roku petersburska „Fontanka”, Prigożyn przedstawia się jako „doradca prezydenta”, został odznaczony kilka wysokimi odznaczeniami państwowymi, korzysta z możliwości przelotu rządowymi samolotami i śmigłowcami. No i dba o pamięć. Zdaje się, że publikacje o ostatnich „występach” w centrum Petersburga, kiedy to limuzyny należące do Prigożyna nie podporządkowały się poleceniom drogówki, która chciała je zatrzymać za łamanie przepisów, też trafią na listę „podlegających zapomnieniu”.

 

Pieniędzy nie ma, czyli rozmówki rosyjsko-rosyjskie

31 maja. „Mamy pieniądze” – napisał butnie czołowy rosyjski politolog Siergiej Karaganow w artykule z 2005 roku, który ukazał się na łamach rządowego dziennika „Rossijskaja Gazieta”. Właśnie zaczynała się kolejna kadencja Putina, ceny ropy rosły, korporacja czekistów już wpiła się w stołki, poczuła się na nich pewnie, ogłosiła „strategię trwania” i odkryła, że strumień petrodolarów pozwala na większą swobodę manewru po kilkunastu latach chudych i chaotycznych.

Od tamtej chwili minęło jedenaście lat. Po drodze było wiele wzlotów i upadków. Ostatnio obserwujemy zdecydowanie przewagę tych drugich – po aneksji Krymu karta się odwróciła; Putin przelicytował i teraz, jak mówią brydżyści, leży bez dwóch, a może nawet trzech. I to z kontrą sankcji gospodarczych.

Krym staje się w sensie przenośnym i dosłownym coraz bardziej uciążliwym bagażem. A koszty jego utrzymania rosną. W zeszłym tygodniu zagarnięty półwysep odwiedził ze świtą premier Dmitrij Miedwiediew. Wizycie poświęcono dyżurną uwagę w głównym wydaniu programu informacyjnego, z reportażu wynikało niezbicie, że z nudów padły wszystkie krymskie muchy. Zapewne nikt by nie zauważył, że „Dimon”, jak familiarnie nazywa premiera nieprzychylny rosyjski Internet, w ogóle dokądkolwiek pojechał, gdyby nie pewna dociekliwa krymska emerytka. Podczas rytualnego spotkania premiera z mieszkańcami Krymu starsza pani zachowała się nieprotokolarnie i zadała konkretne pytanie: kiedy mianowicie wzrosną emerytury na Krymie, co solennie obiecała cała polityczna wierchuszka. Premierowi najwyraźniej otworzyło się trzecie oko świadomości, bo wypalił szczerze: „Pieniędzy nie ma. Ale wy się tu trzymajcie. Życzę dobrego nastroju i zdrowia” (https://www.youtube.com/watch?v=WSq7oxM_fyo).

No i się zaczęło. Słowa premiera momentalnie podchwycił Twitter i inne media społecznościowe, powstały setki memów, klipy (https://www.youtube.com/watch?v=SlX-veNRo-4), a fraza „pieniędzy nie ma” stała się najczęściej cytowaną wypowiedzią rosyjskiego polityka za półrocze (co najmniej). Satyrycy zrobili też użytek ze słów Miedwiediewa i umieścili je jako hasło na plakatach wyborczych partii Jedna Rosji. Wszak w połowie września maja się odbyć wybory do Dumy Państwowej. W wielu memach powtarzała się sugestia, aby brakującej forsy poszukać w Panamie lub innych rajach podatkowych.

Wypowiedź jak wypowiedź – nic nadzwyczajnego. Suche stwierdzenie faktu, o którym wiedzą wszystkie kremlowskie wróble, a odczuwają w portfelach wszyscy Rosjanie – pieniędzy nie ma. Ma się rozumieć, tuby oficjalnej propagandy ciągle zapewniają, że wszystko jest w porządeczku. No, może przez chwilę być trochę trudno, ale pod światłym przewodem wiecznego prezydenta na pewno znowu wypłyniemy na pełne morze i znowu słowa Karaganowa staną się upragnionym ciałem.

Ale na to ciało się nie zanosi. Wskaźniki spadają, mimo zaklęć najwyższych władz partyjnych i państwowych Zachód – przynajmniej na razie – nie zdejmie sankcji. Pozostaje naprawdę odwołać się do dobrego nastroju i życzyć zdrowia.

Nie jest jednak tak, że kierownictwo nic nie robi. Robi. Prezydent Putin wyciągnął ostatnio ze schowka Aleksieja Kudrina, którego kilka lat temu „Dimon” się pozbył z posady wicepremiera ds. finansów (bo go nie lubił po prostu). Kudrin – uważany za liberalne skrzydełko Putinowskiej ekipy – siedział spokojnie na zapleczu i czekał się, aż prezydent znów uzna, że jego dobra rada jest niezbędna. Teraz mamy najwyraźniej taką sytuację i „senator, który wypadł z łaski” ma uzdrowić chorą gospodarkę. Zdaniem specjalistów od kremlinologii stosowanej, Putin chce wrócić do starych sprawdzonych rozwiązań, nie ma zaufania do rozwiązań innych, nieodmiennie wierzy w pomysły Kudrina. Ale nie da się wejść do tej samej rzeki, w niej upłynęło ostatnimi laty wiele wody. Zmieniła się sytuacja na świecie oraz – a może przede wszystkim – zmieniła się pozycja Rosji w świecie: po aneksji Krymu stosunki z Zachodem uległy ochłodzeniu, a współpraca z Chinami daje mizerne efekty. Pierwszym sygnałem, że Putinowi jednak trudno będzie się dogadać z Kudrinem, był dialog obu panów na spotkaniu prezydium rady ds. gospodarki. Kudrin podpowiedział, że niezbędnym warunkiem stymulowania gospodarki jest przyciągnięcie inwestycji zagranicznych. „Rosja jest technologicznie zacofana, więc powinna – nawet jako państwo drugoplanowe spróbować włączyć się w międzynarodowe technologiczne łańcuchy. Ażeby mogło do tego dojść, trzeba zmniejszyć napięcie geopolityczne”. Na to usłyszał z najwyższych ust: „Może Rosja i jest zacofana, ale ma za plecami tysiącletnią historię i nie będzie handlować swoją suwerennością”. I zapewnił, że będzie jej bronił do końca swoich dni. Brakowało jeszcze tego, by dodał: „Nic z tego wszystkiego nie będzie. Ale wy się trzymajcie. Życzę dobrego nastroju i zdrowia”.

Młoda Armia w starych dekoracjach

28 maja. „Przysięgam zawsze być wiernym swojej Ojczyźnie i bractwu Młoda Armia” – tak zaczyna się przysięga członków patriotycznego ruchu młodzieżowego Junarmia (Młoda Armia). Minister obrony Rosji Siergiej Szojgu odebrał uroczystą przysięgę od dwustu adeptów ruchu. Ściskał dłonie junaków w czerwonych beretach i wręczał znaczki z godłem organizacji: gwiazda wpisana w łeb orła. Każdy z uczestników uroczystości dostał na dodatek chabrowy lub czerwony mundurek – tak ma wyglądać uniform organizacyjny.

Utworzenie „Putinjugend”, jak z mety ochrzczono paramilitarną młodzieżówkę, zaanonsowano w kwietniu. Działalność organizacji pełną parą ma ruszyć z początkiem roku szkolnego. Ale już dziś – przed końcem obecnego roku szkolnego – w całym kraju odbywają się pilotażowe zbiórki, zachęcające do wstępowania w szeregi ruchu. Patronat nad młodzieżówką objęło ministerstwo obrony, „jaczejki” Młodej Armii będą ściśle współpracować z jednostkami wojskowymi, uczelniami oraz klubami sportowymi. Chodzi o to, aby zwarta ideowo młodzież nie tylko kochała Putina i umiała powiedzieć za co (to będą krzewić kursy wiedzy o Rosji i świecie współczesnym), ale uprawiała jego ulubione sporty walki i w razie czego potrafiła przywalić we wrogie ucho.

Powołanie Młodej Armii to kolejna inicjatywa w ramach wychowania patriotycznego, programu realizowanego pod skrzydłami wojska. Rosjanie mają być dumni ze swej armii i od dziecka szykować się do zasilania jej szeregów (kiedyś w PRL było takie powiedzonko „Armia Radziecka z tobą od dziecka”, teraz to powiedzonko, jak widać, jest w Rosji galwanizowane dla potrzeb armii rosyjskiej, tylko już bez rymu). W organizacji junakom będzie się wpajać odpowiednią wersję (wyłącznie chlubnej) historii i (bałwochwalczy) stosunek do najwyższych władz partyjnych i państwowych. Młodoarmista od pierwszego wejrzenia będzie potrafił wyhaczyć wroga. Piąta kolumna wewnątrz kraju, a także wraży i cuchnący zepsuciem Zachód będą się mieli z pyszna, gdy naprzeciw nich stanie hufiec w czerwonych beretkach. Pomysłodawcy Młodej Armii kładą nacisk na bliskie współdziałanie organizacji i regularnej armii, szkolenia będą prowadzić zawodowi wojskowi, ćwiczenia obejmują techniki przetrwania, sztukę kamuflowania się, obchodzenie się z bronią (w tym strzelanie), naukę jazdy, sport, kształtowanie odpowiedniej postawy światopoglądowej. Ministerstwo Obrony utrzymuje, że utworzenie Młodej Armii jest związane ze wzrostem zapotrzebowania na „patriotyzm i chęć służenia ojczyźnie”. A tłumacząc na język potoczny, „chodzi o to, aby młodzież nie włóczyła się po bramach”.

Program wychowania patriotycznego i jego umieszczenie w strukturach resortu obrony wprost nawiązuje do wzorców z czasów ZSRR, kiedy wszystkich obowiązywały normy sprawnościowe (zdawane w ramach „Gotow k Trudu i Oboronie” – Gotowy do pracy i obrony; przywrócone kilka lat temu) i odpowiednia postawa polityczna. Militaryzacja świadomości społecznej odbudowywana po latach dziewięćdziesiątych ostatnio znacznie przyspieszyła. Aneksja Krymu i zmiana na geostrategicznej szachownicy pobudziły władze do działania na sprawdzonej niwie.  

W przysiędze Młodej Armii znajduje się punkt, w którym młodoarmista zobowiązuje się „czcić pamięć bohaterów, walczących o wolność i niepodległość ojczyzny”, a także „pokonywać wszelkie przeszkody w walce o prawdę i sprawiedliwość”. Czyli mamy kontynuację bitwy o historię, prowadzonej przez władze Federacji Rosyjskiej na wszystkich frontach historycznych i politycznych.

Zdaniem obrońców praw człowieka, Młoda Armia będzie kolejnym wydaniem „dojnej krowy” – szefostwo się upasie na pieniądzach z budżetu, „rozpiłuje” je, a sensu żadnego z tych zajęć nie będzie. Ponadto rzecz dotyczy niepełnoletnich – w szeregi Junarmii mogą wstępować adepci w wieku 14-18 lat. „Doświadczenie uczy nas, że wszelkie próby militaryzowania dzieci są przestępstwem i naruszeniem ustawy o prawach dziecka, niezależnie od tego, jak piękne szyldy się im wymyśla” – mówi Walentina Mielnikowa z Komitetu Matek Żołnierskich.

Dziś pod Moskwą odbył się założycielski zlot Młodej Armii – zleciało się pięciuset junaków i minister Szojgu, mają zostać wybrane władze organizacji, jej symbole i hymn (skąpą relację z tego wydarzenia można obejrzeć tu: https://www.youtube.com/watch?v=MeRToFVW97Q). Bardzo jestem ciekawa tego hymnu.

Free Nadija Sawczenko

25 maja. Euforia na Ukrainie. Nadija Sawczenko wróciła z niewoli. Putin podpisał ułaskawienie i wymienił niezłomną ukraińską pilotkę na dwóch funkcjonariuszy GRU, Aleksandrowa i Jerofiejewa, którzy zostali schwytani na wschodzie Ukrainy, postawieni przed ukraińskim sądem i skazani na karę 14 lat pozbawienia wolności. W czasie, gdy samolot wiozący Sawczenko wystartował z Rosji i poleciał w kierunku Kijowa, inny samolot zabrał z Kijowa dwóch panów z GRU, by wysadzić ich na lotnisku Wnukowo w Moskwie.

Nadija stała się na Ukrainie symbolem. Symbolem walki i godności. Stawiła czoło wielkiej machinie, jaką przeciw niej wystawił Putin. I wygrała. Ktoś napisał: „Sawczenko to ukraiński Gagarin”. Porównanie może nie najszczęśliwsze, ale dobrze oddaje nastrój, jaki zapanował dziś w ukraińskim społeczeństwie. Entuzjazm na Ukrainie jest w pełni zrozumiały i stosowny. Poroszenko niesiony tym entuzjazmem wyraził nadzieję, że skoro udało się uwolnić Nadiję, to uda się odzyskać Donbas i Krym. Nadija daje nadzieję. Inna sprawa, jak dalej potoczą się sprawy na Ukrainie. Oto na scenie politycznej – skłóconej, zmieszanej z błotem, pogubionej – pojawia się postać krystaliczna, której ludzie wierzą bezgranicznie. O Sawczenko będą się teraz dobijać najwięksi gracze. Ona nie jest politykiem, ale może odegrać polityczną rolę. Trudno w tej chwili przesądzić, jaką. Ma gigantyczny potencjał.

Z tłumem, który witał Sawczenko na lotnisku w Kijowie, kontrastowało skromne, wręcz ascetyczne powitanie Aleksandrowa i Jerofiejewa w Moskwie. Na lotnisku pojawiły się tylko ich żony i kilku akredytowanych dziennikarzy. Ten kontrast bardzo wiele mówi.

Rosyjskie media odniosły się do wymiany powściągliwie. Cóż, nie ma się czym chwalić. Rosyjskich wojskowych przecież nie było na Ukrainie, wpadka Aleksandrowa i Jerofiejewa, proces itd. to był koszmarny sen rosyjskich władz. Ukraina pokazała światu, że Rosja kłamie. Wrócę jeszcze do tego wątku.

Dzisiejsza doniosła wymiana została w Rosji skrzętnie otulona mgiełką niedopowiedzenia, wręcz tajemnicy. Nie zapowiadano przełomu, nie ogłoszono oficjalnie rozpoczęcia procedury. Rosyjscy politycy – gdy już oba samoloty były w powietrzu – jeszcze odżegnywali się od tego, że cokolwiek się dzieje. Wreszcie, gdy w ukraińskich publikatorach już huczało jak w ulu, przyznali, że – owszem, tak, dojdzie do wymiany.

Nadija odebrała z rąk prezydenta order Bohatera Ukrainy, będzie fetowana przez cały kraj. A Aleksandrow i Jerofiejew? Na medale nie mogą liczyć. Zostaną wstydliwie zamieceni pod dywan. Może ktoś spróbuje pokazać ich jako ofiary ukraińskiego reżimu, represjonowanych niesłusznie, ach, jak niesłusznie. Może będzie się jeszcze wyciągać, że adwokat, który ich bronił w ukraińskim sądzie, został w tajemniczych okolicznościach zamordowany. Może. Ale z tego białka piany się ubić nie da. „Jerofiejew i Aleksandrow nie tylko nie są dla Rosji w tej chwili bohaterami […]. Nikt ich publicznie nagradzać nie będzie, bo to oznaczałoby przyznanie się Rosji do udziału w wojnie na Ukrainie. Nie będą startować w wyborach, dlatego że to stałoby się precedensem dla innych weteranów Donbasu, którzy chcą się przebić do polityki – pisze w blogu rosyjski dziennikarz Oleg Kaszyn. – Maksimum, na co mogą liczyć, to jakiś wywiad w tv, a dalej cisza, Jerofiejew i Aleksandrow po cichutku rozmyją się w rosyjskiej rzeczywistości, a ich dalsze losy pozostaną nieznane dla społeczeństwa, któremu zresztą i tak jest wszystko jedno”.

A co do „weteranów Donbasu, którzy chcą się przebić do polityki”, to na wymianę zareagował jeden z liderów Noworosji, „lew Słowiańska”, Igor Girkin vel Striełkow. Skrytykował on Kreml za zbyt pospieszną i niesymetryczną wymianę Sawczenko na dwóch funkcjonariuszy GRU. Niesymetryczną pod względem moralnym. Zdaniem byłego „ministra obrony” tak zwanej Donieckiej Republiki Ludowej, Aleksandrow i Jerofiejew nic nie znaczą dla Rosjan, podczas gdy Sawczenko zostanie przedstawiona jako bohaterka narodowa Ukrainy, która walczyła przeciwko Rosji, i jej ojczyzna jej nie zostawiła w potrzebie. Według Striełkowa, wymiana ma zamaskować to, że Rosja nie ma pomysłu na rozwiązanie sytuacji wokół Donbasu. To nie była pierwsza krytyczna wypowiedź Striełkowa pod adresem Putina, weteran walczy o to, by być zauważonym. Wyraża niezadowolenie i w tym jest głosem licznej grupy rozczarowanych entuzjastów Noworosji, którzy czują się przez władze zdradzeni.

Interesujące jest to, że – jak informowały rosyjskie media – do wymiany przyczyniła się „normandzka czwórka”. Intensywne rozmowy pomiędzy Rosją, Ukrainą, Niemcami i Francją na najwyższym szczeblu, miały się toczyć w nocy 24 maja. Nie ujawniono, co utargowano za wolność dla Sawczenko. Można się domyślać, że Rosja okazując łaskawość Ukrainie i uwalniając pilotkę, liczy na podobną łaskawość UE. Sankcje bolą Moskwę coraz dotkliwiej, tymczasem procedura ich przedłużenia o kolejne pół roku jest już na finiszu.

Niezależnie od celów wysokiej polityki należy się dziś cieszyć z tego, że Sawczenko odzyskała wolność i powróciła na Ukrainę. W krótkim wystąpieniu wezwała Rosjan, aby wstali z kolan. „nie ma się czego bać”.

Carska Tauryda – marzenia i potrzeby

21 maja 2016. Swoją majestatyczną carską osobą Maria Władimirowna Romanowa przebywała z kilkudniową wizytą na Krymie. Towarzyszył jej syn Gieorgij Michajłowicz, czyli cesarzewicz Jerzy, następca.

Wielka księżna stoi na czele Domu Romanowów i uważa się, a także uważana jest przez grono zwolenników (również przez Rosyjską Cerkiew Prawosławną), za głowę Domu i prawną następczynię tronu Romanowów. Jej prawo do tytułu podważa jednak – i to stanowczo – część potomków rodu, powołując się na to, że car Mikołaj II Romanow i jego następcy zginęli z rąk bolszewików w 1918 roku, zatem dynastia wygasła, a dziad Marii, Cyryl (stryjeczny brat cara Mikołaja II) ustanowił się w 1924 roku następcą samowolnie. Ponadto małżeństwa, które zawarli dziad i ojciec Marii, uznano za morganatyczne, a więc potomkowie pochodzący z takich małżeństw nie mogą być zdolni do dziedziczenia praw do tronu. Przeciwnicy nazywają Marię samozwanką i za nic mają jej carski majestat. Niektórzy wysuwają przypuszczenie, że Maria w ogóle nie jest córką Władimira Romanowa. Dyskusje wśród potomków Romanowów o nieistniejącej koronie carów trwają w najlepsze od wielu, wielu lat, tymczasem Maria Władimirowna i jej syn próbują zapisać się w kronikach politycznych współczesnej Rosji. I mają w tym pewne sukcesy.

Obecna wizyta księżnej i księcia na Krymie nie jest pierwsza. W 2013 r. (jeszcze przed aneksją) odwiedzili oni półwysep z okazji 400-lecia dynastii Romanowów. Rocznica ta była trochę naciągana – dynastii wszak nie ma od stu lat na tronie, a jej skłóceni potomkowie rozrzuceni są po świecie i nie mogą dojść ze sobą do ładu. Niemniej bal w pałacu carskim w Liwadii pod Jałtą się odbył, zgromadził przedstawicieli domów panujących z Europy. Romanowowie byli zachwyceni Taurydą i solennie obiecali, że powrócą tu.

Przez te trzy lata, jakie minęły od balu w Liwadii, sytuacja na Krymie i z powodu Krymu diametralnie się zmieniła. Rosja po zaanektowaniu półwyspu znalazła się w międzynarodowej izolacji. Z nielicznymi wyjątkami politycy omijają półwysep wielkim łukiem, kontakty biznesowe są objęte sankcjami.

Wizyta Romanowów to uznanie dla rosyjskiej jurysdykcji nad półwyspem, dla polityki Kremla i jego najważniejszego lokatora (w wywiadzie dla Interfaxu Maria Władimirowna powiedziała, że jest bardzo rada powrotowi Krymu do macierzy, gdyż służy to „odbudowie wspólnej przestrzeni cywilizacyjnej i kulturowej, łączącej bratnie narody”). Nie jest to pierwszy wyraz poparcia dla Putina. Maria Władimirowna nadała szlachectwo ludziom z bliskiego otoczenia Putina, przyznała wysokie odznaczenia osobom, zaangażowanym w aneksję Krymu (m.in. „Niaszy”, czyli Natalii Pokłonskiej, prokurator generalnej zaanektowanego Krymu). Jakiś czas temu głośno się zrobiło o tym, że Romanowowie otrzymają jakiś bliżej niesprecyzowany oficjalny status w Rosji, rezydencję, może utrzymanie. Później (chyba z powodu słabego odzewu) się z tego wycofywali rakiem. Jerzy przez kilka lat (2008-2014) był oficjalnie zatrudniony przez przyjaciela prezydenta w firmie Nornikiel. Miał lobbować interesy przedsiębiorstwa za granicą. Po odejściu z Nornikla założył w Brukseli własną agencję PR (Romanoff and Partners), która stawia sobie za cel promowanie rosyjskiego biznesu i ułatwianie kontaktów zachodnich biznesmenów z rosyjskim biznesem. W wywiadach dla mediów zapewnia, że nie ma zamiaru zajmować się polityką: „moim zadaniem jest symbolizować pewne historyczne wartości”. Symbolizowanie nie przeszkadza mu w nawiązaniu „ciepłych stosunków z Putinem” i wysławianiu jego talentów.

Obecna wizyta Romanowów na Krymie związana była ze stuleciem ostatniego pobytu cara Mikołaja II na Krymie. Car lubił pałac w Liwadii, rodzina odpoczywała tu czterokrotnie. W muzeum w odrestaurowanym pałacu eksponowane są pamiątki z tych pobytów, zdjęcia Romanowów. Tak na marginesie to w tym pałacu odbywała się konferencja jałtańska. Też można obejrzeć pamiątki, zdjęcia.

Program pobytu wielkiej księżnej obejmował m.in. odsłonięcie popiersia Mikołaja II, spotkanie z muzułmańskimi duchownymi, wizytę na cmentarzu w Sewastopolu, uścisk dłoni dowódcy Floty Czarnomorskiej, a także udział w oficjalnych imprezach z okazji rocznicy deportacji Tatarów krymskich, w której Marii Władimirownie towarzyszyli przedstawiciele miejscowych władz z rosyjskiego nadania. Ale chyba najpełniejszą oprawę medialną zyskało otwarcie przez wielką księżnę hotelu „Romanow” w Eupatorii, dokąd Romanowowie mają zjechać jesienią. Biznes to biznes.