Spis oprawców

21 listopada. To dla przywracania pamięci o ofiarach stalinowskiego terroru przypadek bez precedensu: prawnuk rozstrzelanego w 1938 roku niewinnego człowieka, bezpodstawnie oskarżonego o szpiegostwo i spiski, dotarł do dokumentów związanych ze skazaniem, egzekucją i ustalił pełną listę oprawców swego pradziadka.

Pamięć. Rosyjskie władze co rusz potykają się o nieodrobione lub odrobione po łebkach lekcje historii. Dziś na oficjalnych salonach w łasce są wyłącznie heroiczne strony historii, upudrowane do telewizyjnej kamery, wyczyszczone z chwastów pytań i wątpliwości. Rzeczy wstydliwe zamiata się pod dywan. Ale one spod tego dywanu z uporem wychodzą.

Kilka lat temu Dmitrij Miedwiediew, wówczas prezydent, w Dniu Pamięci Ofiar Represji Politycznych wzywał, aby nie usprawiedliwiać stalinowskich zbrodni, oddał cześć ofiarom. Część represjonowanych została zrehabilitowana jeszcze w latach Chruszczowowskiej odwilży, część – dopiero za pierestrojki. Na podstawie ogólnego stwierdzenia „bezpodstawnie skazany, stracony, więziony”. Nie poszła za tym akcja ustalania detali, a w tym – nazwisk konkretnych osób, wykonawców tego fatalnego bezprawia w granicach zbrodniczego prawa. Państwo rosyjskie nie wzięło na siebie trudu zadośćuczynienia.

Prace nad przywracaniem pamięci od lat prowadzi niezrównane stowarzyszenie Memoriał. Dzięki historykom wyciągnięto na światło dzienne wiele dokumentów świadczących o rozmiarach stalinowskich zbrodni, o chłodnej kalkulacji, bezwzględności nieludzkiej machiny. Historycy badający te ponure czasy nie mają łatwo. Archiwa są – jak kiedyś pisałam – „szeroko zamknięte” (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/04/14/archiwa-szeroko-zamkniete/). Znalazł się wszelako śmiałek, który nie zwracając uwagi na rzucane pod nogi kłody, parł do ustalenia prawdy w każdym szczególe. I dopiął swego.

Denis Karagodin z Tomska w 2012 roku zaczął zbierać dokumenty dotyczące śmierci pradziadka, chłopa Stiepana Karagodina, rozstrzelanego w styczniu 1938 roku pod Tomskiem za „zorganizowanie grupy szpiegowsko-dywersyjnej i współpracę z japońskim wywiadem wojskowym”. O tym, że Stiepan został stracony, rodzina dowiedziała się pod koniec lat pięćdziesiątych z przysłanego na adres domowy zaświadczenia o rehabilitacji.

Denis wyruszył na poszukiwania – chciał ustalić wszystko: od wyroku poprzez nazwiska oprawców do miejsca pochówku. Pracował w archiwach, rozsyłał listy do krewnych innych ofiar, zbierał ziarnko prawdy do ziarnka (o benedyktyńskiej robocie mówił w audycji Radia Swoboda http://www.svoboda.org/a/28126732.html). Zajęło mu to cztery lata. Udało się: nazwiska oprawców są znane. Konkretne osoby, konkretne nazwiska. Nie ogólne stwierdzenie, że NKWD zabiło bezpodstawnie oskarżonych ludzi, a trzy nazwiska katów, którzy wypełniali zbrodnicze polecenia zwierzchności.

„Pokolenie, które przeżyło czasy stalinowskiego terroru, nauczyło się bać państwa i przekazało swoim dzieciom dewizę: lepiej trzymać się jak najdalej. Paraliżujący strach obywatele czuli wobec organów bezpieczeństwa państwowego, całkiem możliwe, że spokój stosunkowo rzadko sięgającego po represje okresu rządów Breżniewa to efekt pokory społeczeństwa, które wiedziało, że państwo może zacząć zabijać. Nie można się zatem dziwić, że myśl o wysunięciu wobec państwa roszczeń z tytułu represjonowania przyszła do głowy dopiero prawnukowi ofiary, który urodził się już po śmierci Breżniewa” – pisze w portalu Republica.ru Iwan Kuriłła. I dalej wskazuje rzecz o kapitalnym znaczeniu: „Denis Karagodin postawił kwestię odpowiedzialności państwa i konkretnych wykonawców polityki terroru, przy czym nie chodzi o odpowiedzialność polityczną, o której mówiono od XX zjazdu KPZR, a odpowiedzialność karną. Zabójstwo niewinnego człowieka – niezależnie od tego, kto je popełnił – wymaga śledztwa, procesu i ukarania winnych”.

Informacja o tym, że Denis Karagodin ustalił, kto rozstrzelał jego pradziadka, momentalnie rozeszła się po sieci. Nazajutrz skontaktowała się z nim wnuczka jednego z oprawców. Poprosiła Denisa o wybaczenie. W liście napisała, że nie miała pojęcia, czym zajmował się jej dziad (był naczelnikiem więzienia, wchodził w skład „trójki” dokonującej egzekucji). „Jakie to straszne i bolesne. [Jeden rozstrzeliwał], a tymczasem inny mój pradziadek był represjonowany. W historii jednej rodziny są i ofiary, i oprawcy” – napisała.

Dokonania Denisa nie wszyscy powitali z radością i nadzieją. Liczne są wszakże zastępy tych, którzy gloryfikują Stalina i jego metody rządzenia. W tym segmencie internetu ukazały się materiały szkalujące Karagodina juniora, wyśmiewające jego działania, podające w wątpliwość autentyczność dokumentów, na które ten się powołuje. Metoda znana – np. dokument o decyzji najwyższych czynników państwa sowieckiego o zbrodni katyńskiej też ogłasza się fałszywką, było, minęło, kogo to dzisiaj obchodzi.

A jednak obchodzi.

Bałkański łącznik

19 listopada. Tym, co dzieje się w państwach powstałych po rozpadzie Jugosławii, interesuje się na co dzień garstka specjalistów i deputowany Dumy Państwowej Siergiej Żelezniak. Wydarzenia, jakie rozegrały się na przełomie października i listopada w Czarnogórze, sprawiły, że Bałkany przyciągnęły uwagę szerszej publiczności.

O Czarnogórze w Rosji zasadniczo pobieżnie wiadomo tyle, że to malowniczy kraj, w którym można stosunkowo tanio nabyć nieruchomość w atrakcyjnym miejscu nad ciepłym morzem. Mniej lub bardziej tymczasowo mieszka tu spora rosyjska diaspora, w tym przedstawiciele inteligencji twórczej, którym niespecjalnie podoba się Putinowska Rosja. Czarnogóra równa się oaza spokoju i cicha przystań dla zmęczonych pieniędzy. Czysto, wygodnie, a co najważniejsze – z dala od głównych szlaków, w oczy nie kłuje.

Tymczasem w październiku zaczęło się tu dziać coś nieprzyjemnego, a w każdym razie nieprzewidywalnego. Przypomnę pokrótce sekwencję niestandardowych wydarzeń. Miesiąc temu w Czarnogórze odbyły się wybory parlamentarne. Wygrała je partia urzędującego premiera Milo Djukanovicia. Czarnogórskie władze na granicy z Serbią zatrzymały dwudziestu obywateli tego kraju. Postawiono im zarzut szykowania rozruchów – według ujawnionego planu grupa ta miała opanować parlament i strzelać do zgromadzonych pod gmachem Skupstiny zwolenników opozycji, aby sprowokować szturm. Władze Serbii potwierdziły wersję czarnogórską, dodając, że tajemnicza grupa działała „w koordynacji z cudzoziemcami”. Jakimi? Tego nie dopowiedziano. 26 października do Belgradu przybył niespodziewania sekretarz rosyjskiej Rady Bezpieczeństwa, były czekista Nikołaj Patruszew. Spotkał się z wysokimi przedstawicielami serbskich władz. Po co przyjechał – głośno nie powiedział. Później w prasie pojawiły się dementi doniesień, jakoby Patruszew miał przepraszać serbskich partnerów za spartaczenie roboty w Czarnogórze i prosić ich, by nie nadawali sprawie rozgłosu. Wizycie Patruszewa towarzyszyły informacje serbskich mediów, że z kraju deportowano 30-osobową grupę rosyjskich obywateli, mających związek z przygotowywaniem akcji w Czarnogórze. Dwa dni później jednak serbskie władze zdementowały te informacje. To jeszcze nie koniec dziwnych i sprzecznych wiadomości: tego samego dnia policja znalazła pod domem serbskiego premiera schowek z bronią. Media rozkrzyczały się nagłówkami, że to świadectwo przygotowywania zamachu na premiera Serbii. Podobne nagłówki ozdobiły pierwsze strony gazet w Czarnogórze – prokurator oznajmił, że jacyś bliżej nie sprecyzowani „nacjonaliści z Rosji” szykowali zamach na premiera Djukanovicia w razie zwycięstwa jego partii w wyborach. Wczoraj do tego chóru dołączyła państwowa telewizja Czarnogóry, która w programie Vijesti podała dwa nazwiska organizatorów domniemanego zamachu: to Rosjanie Eduard Szyrokow i Władimir Popow. Kim są obaj panowie – nie podano. Według komunikatu prokuratury, plan rosyjskiej grupy był następujący: Djukanovicia miał zastrzelić snajper, a potem miały się zacząć zamieszki. Kreml ustami rzecznika Pieskowa wyparł się, że ma cokolwiek wspólnego z przygotowaniami zabójstwa Djukanovicia.

Możliwe, że Kreml nie wiedział o przygotowaniach do wywołania niepokojów w Czarnogórze. Możliwe, że odbyło się to na niższym szczeblu. Julia Pietrowska w opozycyjnym portalu internetowym „Insider” pisze: „W ostatnich miesiącach osobą, która zajmowała się Czarnogórą, był deputowany z ramienia Jednej Rosji, Siergiej Żelezniak. Przyjmował w Moskwie liderów czarnogórskiej opozycji, nazywał ich przyjaciółmi i wzywał do zjednoczenia całej opozycji. Wiosną tego roku Jedna Rosja podpisała z kilkoma opozycyjnymi partiami deklarację o formowaniu w regionie „przestrzeni neutralnych państw z udziałem Serbii, Czarnogóry, Macedonii, Bośni i Hercegowiny”. Po wyborach w Czarnogórze Żelezniak poparł opozycję, która nie zamierzała uznać korzystnego dla Djukanovicia wyniku wyborów. Drugą osobą, blisko związaną z Czarnogórą jest generał w stanie spoczynku Rieszetnikow, pracował od 1976 roku w wywiadzie. Nazywany jest gubernatorem Bałkanów i uważany za autora obecnej polityki Rosji wobec regionu. […] Ciekawe że zaraz po tym, jak wyszły na jaw poczynania prowokatorów w Czarnogórze, Putin odwołał Rieszetnikowa ze stanowiska dyrektora Rosyjskiego Instytut Badań Strategicznych (RISI)”.

Nadal pływamy w gęstej zupie domysłów. Po co „zielone ludziki” w Czarnogórze i Serbii? Pół roku temu podpisany został protokół o przystąpieniu Czarnogóry do NATO. Może o to chodziło, by utrudnić Podgoricy marsz w stronę Zachodu. W komentarzach w rosyjskim Internecie często powtarza się teza, że rozróbę w Czarnogórze mieli rozkręcić „byli ochotnicy, walczący z Ukrainą na Donbasie. Teraz pojechali ustanawiać Russkij Mir w Czarnogórze. Skoro się nie udało zabić premiera Czarnogóry, to pojadą tam, gdzie w ich wyobraźni – produkcie telewizji i wódki – ktoś obraża Świętą Ruś walczącą z natowskim smokiem. W Rosji nikt tych ludzi nie będzie ani stawiać przed sądem, ani leczyć. Podobnie jak nikt nie sądzi i nie leczy seryjnego zabójcy Striełkowa-Girkina. Ich proces stałby się sensacją, przyciągającą uwagę, wypłynęłyby sprawy, które jednoznacznie wskazywałyby na udział władz Rosji [w awanturze na Donbasie]”. (Igor Jakowienko)

Na koniec przytoczę jeszcze kolejną ciekawostkę. Po tym jak czarnogórskie media podały nazwiska Rosjan mających organizować zamach na czarnogórskiego premiera i nazwały ich „rosyjskimi nacjonalistami”, odezwali się przedstawiciele organizacji nacjonalistycznych. Jeden z liderów oznajmił, że to ludzie, którzy brali udział w działaniach bojowych na Donbasie po stronie separatystów, ale nie mają nic wspólnego z rosyjskim ruchem nacjonalistycznym.

Slalom po ruchomych piaskach

15 listopada. Tego jeszcze w Putinowskiej Rosji nie było: za łapownictwo zatrzymano dziś w nocy federalnego ministra. Aleksiejowi Ulukajewowi, ministrowi rozwoju gospodarczego – bo o nim mowa – inkryminuje się przyjęcie łapówki w wysokości 2 mln dolarów. Korzyść majątkowa miała być wręczona za pomyślne załatwienie sprawy koncernu Rosnieft’, który ubiega się o pakiet akcji drugiej wielkiej firmy naftowej: Baszniefti. Ministerstwo Ulukajewa wydało pozytywną opinię i droga do przejęcia łakomego kąska przez Rosnieft’ stała otworem przed jej szefem – Igorem Sieczinem.

Według informacji mediów, minister został wzięty „na żywca”, zatrzymany z corpus delicti w rękach. Prezydent i premier byli na wcześniejszych etapach dochodzenia informowani przez Federalną Służbę Bezpieczeństwa o postępach. Anonimowe dobrze poinformowane źródła podrzuciły mediom wiadomość, że FSB miało oko na Ulukajewa już od roku.

W warunkach kryzysu nieco biedniejszy tort „nafciarze” i „gazownicy” dzielą wedle płynnie zmieniających się zasad. Jeden z najbliższych współpracowników Putin – Igor Sieczin – co rusz wyciąga rękę po pomoc. Komentatorzy kpią niemiłosiernie z jego wątpliwych umiejętności menedżerskich: „każdą kwitnącą firmę jest w stanie położyć”, „zamiast dywidend przynosi straty”, „nie umie dodać dwa do dwóch” itp. Ale Sieczin ma inny atut: dostęp do ciała, czyli bezpośrednie dojście do Putina. A to on decyduje, jak ma wyglądać przekazywanie aktywów i zarządzanie nimi. Kiedy więc okazało się, że Rosnieft’ znowu przeżywa trudne chwile, mimo uprzedniego wpompowania weń dużych sum, Sieczin postanowił przygruchać sobie Basznieft’. Opracowano kilkuetapowy plan (swoją drogą, sam w sobie temat na frapującą opowieść), którego efektem końcowym miało być wchłonięcie mniejszego partnera przez Sieczinowskiego molocha. 12 października Rosnieft’ zakupiła kontrolny pakiet akcji Baszniefti.

Dwa słowa o samym bohaterze afery. Ulukajew zaczynał karierę na początku lat dziewięćdziesiątych. Reformator epoki Jelcynowskiej, Jegor Gajdar, zaprosił go do pracy w rządzie. Ulukajew zajmował kilka ważnych stanowisk w bloku ekonomicznym gabinetu, potem, już za Putina, był bliskim współpracownikiem kolejnego reformatora, ministra finansów Aleksieja Kudrina, w ostatnich latach zajmował fotel ministra rozwoju gospodarczego. Realizował kolejne programy gospodarcze Kremla. Nie wadził nikomu. Chociaż – może jednak wadził, skoro od roku się na niego zasadzano i czekano na odpowiednią okazję.

Profesor Walerij Sołowiej wprost wiąże zatrzymanie ministra z walką różnych grup interesu w bezpośrednim otoczeniu Putina: „To walka nie tylko o zmniejszające się zasoby, ale w pierwszym rzędzie o przyszłość, o model reform, jaki ma zrealizować Rosja. Tyle słyszeliśmy o liberalnym modelu, przygotowywanym przez Kudrina, a jest przecież konkurencyjny plan, szykowany przez siłowików i kompleks paliwowy, ludzi bliskich prezydentowi. I ten drugi model liberalny nie będzie, raczej nakazowy. Zatrzymanie Ulukajewa to prewencyjne uderzenie, które ma powiedzieć dobitnie: zobaczcie, co stanie się z tymi, którzy staną nam na drodze, z tymi, którym marzy się ta diabelska liberalna pierestrojka”.

Walki buldogów pod dywanem są firmową zabawą Kremla od niepamiętnych czasów, może Ulukajew padł w tej rundzie. Mecz trwa nadal.

W podsumowaniu zaczerpnę z blogu Igora Ponoczewnego pewną pouczającą dykteryjkę z życia sfer urzędniczych: „Mój znajomy miał podjąć pracę na Kremlu. Razem z przyjaciółmi, którzy załatwili mu posadę, siedzieli w kawiarni i rozprawiali o szczegółach technicznych związanych z kolejnym etapem życia zawodowego. Wśród licznych papierów, które były potrzebne przy nowej robocie, trzeba było mieć jakiś dyplom uznania. Znajomy nie miał. Przyjaciele mówią mu: „Zaraz zawołamy jednego klerka, on to załatwi”. Klerk wysłuchał i mówi: „Dwa tysiące euro”. Przyjaciele wywodzący się ze służb, piechoty morskiej, oficerowie itd. oniemieli na takie dictum. Odmówili. Klerk tłumaczy, jak komu dobremu: „Ale ja mam szefostwo nad sobą, a u nas tak jest ustanowione, że bez opłat nic nie robimy”. No i co? Dopóki nie zapłacili, klerk palcem nie kiwnął. Z Ulukajewem mogło być podobnie: dostał zadanie, by wydać pozytywną opinię Rosniefti. W rozumieniu rosyjskich czynowników to praca, za którą bierze się pieniądze oddzielnie. Ulukajew zlecenie wykonał, zażądał pieniędzy, tak jak zawsze. Ktoś z boku mu usłużnie podpowiedział: „Ale to są ludzie, od których pieniędzy się nie bierze, zrozum pan”. Ulukajew wzruszył ramionami: „A co mnie to obchodzi, kim są ci ludzie? Choćby i sam Putin”. Putinowi o tym opowiedziano. Ten się wściekł. No i po Ulukajewa przyszli. Oto dlaczego taka nikła suma i taki mizerny powód całej sprawy. Trafiła kosa na kamień: poległ Ulukajew jak Szura Bałaganow przez drobiazg [bohater „Złotego cielca” Ilfa i Pietrowa, miał wielkie plany, a został przyłapany na małej kradzieży]”.

A co do wysokości łapówki – przypomnę: 2 miliony dolarów – to ciekawe zdanie ma Gieorgij Satarow, ongi doradca Jelcyna. „To jakiś fake. Dziesięć lat temu łapówki w tej wysokości brali celnicy w stopniu majora-pułkownika. Ale nie minister, który decyduje o transakcji z akcjami Baszniefti. 2 mln to trzydzieści-czterdzieści razy mniej od wymaganego poziomu. Ale nie o pieniądze tutaj chodzi. Na tym szczeblu i przy tej skali wdzięczność wyraża się nie pieniędzmi, a udziałami w biznesie itd. Taki pomysł mógł się zrodzić tylko w warunkach całkowitej degradacji prokuratury, Komitetu Śledczego, FSB i posłusznych im sądów”.

Za kulisami tego teatru jest dużo ciekawiej niż na scenie. Tak, tak, dobrze Państwo pamiętacie, cały czas grają sztukę „Putin walczy z korupcją”.

Czy Trump spełni nadzieje Rosji?

9 listopada. Po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych w Moskwie zapanowała euforia. Deputowani Dumy Państwowej przyjęli wiadomość o zwycięstwie Donalda Trumpa gromkimi oklaskami. Prezydent Władimir Putin już z rana wysłał depeszę gratulacyjną do zwycięzcy, wyraził nadzieję na poprawę stosunków rosyjsko-amerykańskich, zapewnił, że dołoży wszelkich starań, aby do tego doprowadzić.

Zaraz też w szybkich mediach społecznościowych zaczęły pojawiać się spisy pobożnych życzeń, które można by zebrać pod wspólnym tytułem „Co Trump teraz powinien zrobić dla Rosji?”. Krótko rzecz ujęła szefowa rosyjskiej tuby propagandowej na zagranicę, telewizji RT, Margarita Simonjan: uznanie Krymu za rosyjski, zdjęcie sankcji, ugoda w Syrii, uwolnienie Assange’a. Ciekawy zestaw. Poprzeczka zawisła wysoko. Ale czy nowo wybrany amerykański prezydent faktycznie spełni pokładane w nim przez rosyjski establishment nadzieje?

Podczas kampanii wyborczej w USA od maja br. na Kremlu stopniowo dojrzewała myśl, że przegrana Clinton (Clintonszy, jak familiarnie i z lekkim lekceważeniem mówiono o Hillary w rosyjskich mediach) otwierałaby nową perspektywę dla kiepskich stosunków rosyjsko-amerykańskich. Trump bowiem zapowiadał weryfikację polityki, wypowiadał się o Putinie przyjaźnie i w ogóle wyglądał na swojego chłopa, z którym można się dogadać. To, że taki ktoś pojawił się na wysokim firmamencie amerykańskiej polityki, Moskwa odczytała jako oznakę kryzysu elit w USA. Maksym Gorki zapewne nazwałby Trumpa „zwiastunem burzy” – nieuniknionych przemian w ładzie światowym. Rosja – sfrustrowana izolacją i kryzysem w gospodarce – chce upiec przy tym ogniu przemian swoją pieczeń.

Putin nie mógł Obamie wybaczyć, że ten określił w jednym ze swoich ważnych przemówień Rosję jako „mocarstwo regionalne”. Rosyjski prezydent poczuł się dotknięty i zaczął wylewać fundamenty pod odbudowanie statusu Rosji jako supermocarstwa, żeby pokazać Obamie, jak bardzo się myli. Sankcje nałożone przez Zachód po aneksji Krymu, spadek cen ropy i kilka innych niekorzystnych czynników sprawiły, że ten marsz ku wymarzonym mocarstwowym wyżynom wpierw mocno spowolnił, a potem wręcz utknął. Mimo to Moskwa nakręcała sprężynę, uciekając się do ostrej retoryki i straszenia wojną, w tym jądrową. Znamienne jest to, że podczas kampanii wyborczej w USA Rosja oficjalnie zachowywała dystans, Putin zapewniał kilkakrotnie, że Kreml będzie współpracował po wyborach z każdym amerykańskim prezydentem. Ale jednocześnie działy się rzeczy bez precedensu – ataki na serwery Partii Demokratycznej, wycieki, mające dyskredytować Demokratów itd. Jednym słowem – Rosja pokazała, że potrafi bruździć i że trzeba się z nią liczyć.

Po wyborach w USA na pewno zmieni się rozkład figur na światowej szachownicy. Rosja liczy na to, że osłabną więzi transatlantyckie, a rozmiękczona dzięki temu Europa łatwiej da się podzielić i urobić. I dotyczy to zarówno sfery gospodarczej i handlowej (np. losów TTIP), jak i militariów. Po warszawskim szczycie NATO, na którym postanowiono wzmocnić wschodnią flankę Sojuszu, Kreml zachował się powściągliwie. Znać było wyczekiwanie, najwyraźniej liczono na to, że jeszcze wszystko da się odegrać, cofnąć, a w każdym razie złagodzić i znowu się w tej sprawie układać. No i jest jeszcze do załatwienia z nowym prezydentem kwestia tarczy antyrakietowej w Europie. Część instalacji w Polsce jeszcze nie powstała, z punktu widzenia Kremla można powalczyć o zniweczenie tego projektu. Czy te optymistyczne rachuby Kremla będą uwzględnione? Trump przecież tak szydził z NATO. Kolejne pytanie.

Ważny rozdział to Ukraina. Rosyjskie media otwartym tekstem powtarzają od miesięcy, że „kijowska junta” to projekt Białego Domu. A zatem na Kremlu być może tli się nadzieja, że wraz z odejściem administracji Obamy projekt ten zostanie zwinięty, a Rosja odwojuje stracone pozycje. Ale czy faktycznie tak się stanie?

No i jest jeszcze Syria – temat na oddzielną rozprawkę.

Do momentu zaprzysiężenia nowego prezydenta (styczeń 2017) będą się odbywać rytualne tańce i przymiarki do nowej sytuacji. Na razie politycy tasują karty, jeszcze do nowego rozdania zostało trochę czasu. Jaką treścią napełni się ta chwila i jakie karty będą w grze?

O perspektywach mówią dziś w Rosji wszyscy, którzy mają cokolwiek do powiedzenia. Cytowanie nawet tych najciekawszych wypowiedzi zajęłoby wiele miejsca (czytających po rosyjsku odsyłam do strony Radia Swoboda, gdzie zebrano liczne komentarze: http://www.svoboda.org/a/28105176.html). Wybiorę głos politolożki Lilii Szewcowej: „Trumpizm stał się symbolem rozmiękczenia amerykańskich norm i tabu. Ale uprawiającemu dziś schadenfreude rosyjskiemu audytorium chciałabym przypomnieć, że Rosja przywykła do boksowania się z przewidywalną Ameryką. Kreml wywraca stoliki i zrzuca figury z szachownicy, ale oczekuje przy tym od Amerykanów, że ci będą się stosować do norm i przepisów. Teraz sytuacja może być inna. Trump jest nieprzewidywalny i na zagrywki Kremla może odpowiedzieć niestandardowo”. Na razie to wróżenie z fusów, bo nie znamy zamiarów nowego prezydenta USA. Ale Szewcowa ma rację, jeśli chodzi o sposób prowadzenia polityki przez Kreml – sam reguły łamie, ale od Zachodu wymaga stosowania się do nich. Pod tym kątem warto popatrzeć na reakcję Moskwy po zeszłorocznym incydencie z zestrzelonym przez Turcję rosyjskim samolotem operującym w Syrii. Zdziwienie, że ktoś też zagrał jak chuligan, było w Moskwie ogromne.

Podczas niedawnego zlotu polityków i politologów w ramach Klubu Wałdajskiego chiński uczestnik, pytany o opinię na temat amerykańskich wyborów prezydenckich, opowiedział krótką anegdotkę: „Gdy cztery lata temu wybierano pomiędzy Obamą a Romneyem, mówiliśmy: nieważne, czy wygra czarny kot czy biały kot, to będzie amerykański kot. Teraz gdy Amerykanie wybierają pomiędzy Clinton a Trumpem, mówimy: nieważne, czy wygra kotka czy kocur, to nadal będzie amerykański kot”.

Gdy nieświęci maszerują

6 listopada. Kilka lat temu byłam na początku listopada w Petersburgu. Miasto zeszklone było mrozem, który zamienił jesienną wilgoć w twardą przezroczystą taflę. Przechodnie wywijali przemyślne hołubce, próbując utrzymać równowagę. 4 listopada zaczęło na dodatek wiać lodowatym zimnem. Te zaporowe warunki pogodowe nie przeszkodziły jednak dwóm zorganizowanym grupom obywateli w licznym wyjściu na ulice. Pierwsza z tych grup: aktywiści mieszanych – ultraprawicowej i ultralewicowej – sztuk walki wyszli na „russkij marsz”, by w Dniu Jedności Narodowej zamanifestować wyższość białej rasy nad każdą inną, wznieść hasło „Rosja dla Rosjan” itd. Drugą zorganizowaną grupę stanowili policjanci w kostiumach z filmu „Gwiezdne wojny”. Obie grupy od samego rana ganiały się po mieście. Do większych incydentów nie doszło.

W Moskwie też przez wiele lat z rzędu odbywały się „ruskie marsze”. Apogeum żarliwości przypada na lata 2010-2011. Wtedy w blokowisku Lublino zbierało się kilkanaście tysięcy napalonych nacjonalistów. Ich demonstracje miały zabarwienie antyczeczeńskie i antyimigranckie. Oficjalne uroczystości organizowane przez władze nie gromadziły tak licznej publiczności. Były bezbarwne i oddawały to ciągle obecne zdziwienie: a co my tak naprawdę świętujemy?

Podczas tegorocznych obchodów zauważalna była tendencja odwrotna: na marsz w peryferyjnym Lublino przyszło nieledwie kilkaset osób, oficjalne obchody natomiast zorganizowano z wielkim rozmachem.

Na „ruskim marszu” wznoszono nie tylko stare hasła: „Rosja dla Rosjan”, ale także nowe: „Rosja bez Putina”. Tak, tak. W ciągu ostatnich dwóch lat władze przetrzepały szeregi nacjonalistów, główne organizacje zostały uznane za nielegalne. Kryzys ruchu nacjonalistycznego w Rosji nastąpił w 2014 r. w związku z wydarzeniami na Ukrainie. „Część ultraprawicowych organizacji ochoczo przyjęła politykę Kremla w stosunku do zrewolucjonizowanej Ukrainy […]. Teraz jesteśmy z państwem, to nasz program – oznajmiła część organizacji. […] Druga część nacjonalistów zakwalifikowała wojnę Kremla przeciwko Ukrainie jako ekspedycję karną wymierzoną w naród ukraiński, który odważył się wzniecić bunt. Sympatie tego segmentu ruchu nacjonalistycznego były po stronie ukraińskich nacjonalistów, którzy stali się ważną siłą Majdanu i z powodzeniem bili się z milicją w Kijowie. Jedni rosyjscy nacjonaliści, sympatyzujący z ukraińską rewolucją (np. Aleksandr Biełow), ograniczyli się do sabotażu polityki Kremla przy werbowaniu nacjonalistów na ukraińską wojnę, a inni sami się wybrali na wojnę, by walczyć po stronie ukraińskiej”. Cytat zaczerpnęłam z opracowania na stronie „Otwartej Rosji”, polecam: https://openrussia.org/post/view/17998/

Tak więc amok „krymnaszyzmu” porozrzucał nacjonalistów na dwie przeciwstawne strony barykady. Część zasiliła takie animowane przez Kreml byty jak Antymajdan czy NOD, które mają czuwać, by na „wypalonej napalmem polanie” (słowa jednego z liderów ruchu nacjonalistycznego) nie wyrosły żadne pędy „kolorowych rewolucji”.

Zorganizowane przez władze imprezy związane z 4 listopada miały zamanifestować jedność narodu (dużo zdjęć i komentarzy tu: http://www.svoboda.org/a/28096636.html). Wokół pojęcia „naród” ostatnio wiele plusku w kremlowskiej sadzawce. Prezydent zamierza wypromować ustawę o narodzie rosyjskim. Zebrał naradę, posadził różne mądre głowy do myślenia nad kształtem doniosłego aktu. Krytyczni komentatorzy inicjatywy Putina twierdzą, że żadną ustawą narodu się nie stworzy. Można popatrzeć choćby na nie tak dawne doświadczenie schyłkowego ZSRR. Zastojowy gensek Breżniew cieszył się na początku lat osiemdziesiątych, że oto wykuwa się nowy byt: naród radziecki, który trwać będzie wiecznie ku chwale równie wiecznego ZSRR. Wieczność nie trwała nawet dekady – wszystko się posypało i popruło właśnie po szwach narodowych.

Jednym z elementów budowania jedności narodu rosyjskiego ma być pomnik św. Włodzimierza. Putin postawił go pod murami Kremla, osobiście odsłaniał, wygłaszał przemówienie. Obecna na uroczystości polityczna klaka zachwycała się, że oto Moskwa uczciła „twórcę państwa rosyjskiego”, „tego, co zbierał ziemie ruskie”, „tego, co dał nam wiarę chrześcijańską”. Tytuł Włodzimierza – wielkiego księcia kijowskiego – nie został przywołany ani razu. Monumentalna propaganda Putina ma za zadanie wydrzeć Kijowowi miano kolebki chrześcijaństwa i wszystkiego, co się z tym wiąże. Wśród niepochlebnych komentarzy przeciwników stawiania pomnika powtarzało się zdanie: „Putin postawił pomnik w Moskwie, gdzie Włodzimierz nigdy nie był”. Ba, nawet o Moskwie nie mógł słyszeć, bo pierwsze wzmianki o tym mieście pojawiły się pół wieku później. Ale to nieważne, grunt, by odebrać Ukrainie patrona.

Dowcipnie sytuację podsumował Michaił Chodorkowski: „Teraz w Moskwie jeden Władimir leży, drugi Władimir siedzi, a trzeci Władimir stoi”.